bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Sporo zastanawiałam się, czy dobrym rozwiązaniem będzie podzielenie się na tym forum swoimi niektórymi wędrówkami ale czort z tym. Turystyka niebieszczadzka, choć w głównej mierze bieszczadzka (jednak nie zawsze).
Beskid Niski - Noc Świętojańska
http://www.joplin.republika.pl/noc_s..._w_niskim.html
Bieszczady - Majówka
http://www.joplin.republika.pl/majow...y/majowka.html
mnie się podobało !;)
dawno nie było tak bieszczadzkiej relacji jak ta bieszczadzka.
tak się zastanawiam, co ja bym zrobił, gdyby po wyjściu z namiotu, wydarł się na mnie niedźwiedź (znaczy jakbym ja wyszedł z namiotu, nie niedźwiedź ;) ) ; pewnie bałbym się wrócić do namiotu i oddaliłbym się, zostawiając misiowi namiot do dyspozycji. może się kiedyś przekonam jak bym zareagował. też lubię chodzić w pojedynkę; to daje najwięcej doznań i, paradoksalnie, takie chodzenie jest najciekawsze towarzysko,
ale z drugiej strony jak się podróżuje z fajnymi towarzyszami, też jest super. Nie sposób określić, który sposób lepszy; trzeba znaleźć swoją równowagę.
przypomniałem sobie Włóczykija:
http://www.youtube.com/watch?v=UsiMw...eature=related
a ostatnio widzieliśmy jego kapelusz w Beskidzie Niskim:
Załącznik 29371
Świetna relacja-mocna, brak mi tylko Twego foto....
Witaj Córko Browara
Sporo zastanawiałam się, czy dobrym rozwiązaniem będzie podzielenie się na tym forum swoimi niektórymi wędrówkami ale czort z tym. Turystyka niebieszczadzka, choć w głównej mierze bieszczadzka (jednak nie zawsze). Zawsze warto. Wielu zaglądnie w te miejsca poprzez wspomnienia.
Warto je odkurzać, aby spojrzeć inni mogli na nie nie swoimi oczami.
Szkoda tylko, że zabrakło Ci troche czasu na odwiedzenie przepięknie odnowionej kapliczki i posiedzenie sobie na przełęczy Chyrcza.
Ale wszystko przed Tobą.
Pięknie było poczytać.
A baza namiotowa stara jak świat - nic i nikt jej nie ruszy.
Dziękuję
I serdecznie pozdrawiam
...czytam Twą relację ... zaczytałem już do dolinie Łopienki ...
...zdjęcia z pażdziernika zeszłego roku jakeśmy szli torami z Balnicy do Maniowa i w samym Maniowe...
Załącznik 29487Załącznik 29493Załącznik 29492Załącznik 29488Załącznik 29489Załącznik 29484
Załącznik 29486Załącznik 29491Załącznik 29485Załącznik 29490
... :)... pozdrawiam... dotycztałem do końca...
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Szczerbanówka :) "Domek" dla turystów mają wręcz luksusowy jak widać na zdjęciu :) no i słynny PKS :) to po lewej stronie co widać kawałek od domku to miejsce na sianko - ma dach ale z przodu ściany brak - najlepsze miejsce do spania:)
w ogóle nie spodziewałam się zupełnie, że relacje spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem (wszak furorę robią wyjazdy na Ukrainę a co ja mam takiego do opisania) ale umieściłam je za namową Sławka - Miejscowego. Sławek -co innego jakby misiek szedł w moją stronę. ale jak nie wchodzi mu się w drogę to nie dojdzie do żadnego starcia więc czego się tu bać. zbudził się niespodziewanie w nocy, pewnie miał młode, zobaczył człowieka, pokazał kto rządzi na jego terenie (w lesie), ja się wycofałam, pokazałam kto rządzi na moim terenie, po czym oboje udaliśmy się w dalszą drzemkę. przed wyjazdem rozmyślałam sobie, żeby iść na Balnicę zahaczając o Hyrlatą i po Balnicy - Matragonę ale widziałam tam tropy miśków i stwierdziłam, że trzeba mieć choć trochę oliwy w głowie i nie pchać się do nich szczególnie na wiosnę. ale najpóźniej na jesieni na pewno tam pójdę (proszę powstrzymać się od komentarzy na ten temat).
Sławku, dokładnie o tą piosenkę Włóczykija mi chodziło a ma ich kilka :) nawet z tego samego filmiku się uczyłam grać:) po przeczytaniu Twego wpisu od razu obejrzałam odcinek Muminków -taki o zaczarowanym kapeluszu. pewnie nie uwierzysz, ale mam zdjęcie tego domku z kapeluszem dokładnie z tego samego miejsca robione :P
Michał, masz rację, na Łopienkę jeszcze nie szłam od strony Stężnicy i nie byłam na tej przełęczy ale na pewno jeszcze będę na niej kiedyś i to nie raz!
(...)
w ogóle nie spodziewałam się zupełnie, że relacje spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem (wszak furorę robią wyjazdy na Ukrainę a co ja mam takiego do opisania) ale umieściłam je za namową Sławka - Miejscowego. (...)! I bardzo dobrze , że Cię namówił, bo z prawdziwą przyjemnością przeczytałem Twoje wspomnieniowe opowiadanie. Opowiadanie jak najbardziej bieszczadzkie i też nie wiem dlaczego tak mało Bieszczadów w pisanych forumowych relacjach.
Może już wszystko zostało powiedziane ?
Wtedy już nie ma sensu wspinać się przez Hyrczę na łąki Radziejowej, bo i po co ?
Czy wszystko zostało powiedziane ?
....Zawsze warto. Wielu zaglądnie w te miejsca poprzez wspomnienia.
Warto je odkurzać, aby spojrzeć inni mogli na nie nie swoimi oczami.
(...)
Pięknie było poczytać. Też tak sądzę i też mi się podobało! Ale niestety druzgocząca większość forumowiczów leni się i swoimi wspomnieniami podzielić się nie chce (żeby nie szukać daleko - patrz wyżej :mrgreen: ).
Ja bardzo lubię czytać relacje zamieszczane na forum i w tym miejscu wszystkim piszącym gorąco dziękuję za chęć podzielenia się swoimi wspomnieniami, włożoną w to pracę i poświęcony czas.
... zbudził się niespodziewanie w nocy, pewnie miał młode, zobaczył człowieka, pokazał kto rządzi na jego terenie (w lesie),.... Ten fragment przypomniał mi o mojej niedokończonej relacji...
Twoje wspomnienia wniosły trochę świeżości, gdyż ciągle pisze tylko kilka osób a reszta ma to gdzieś i cały wysiłek ukierunkowuje na czytanie :twisted:
Dzięki!
w ogóle nie spodziewałam się zupełnie, że relacje spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem ...trzeba odwiedzać stare miejsca, ja lubię chodzić w miejsca gdzie dobrze się czuję i nie muszą one być całkiem nowe ;)
... i też nie wiem dlaczego tak mało Bieszczadów w pisanych forumowych relacjach.
Może już wszystko zostało powiedziane ? Czy Tu dzisiaj wypiłeś za dużo albo zjadłeś za mało, że Cie taka romantyczność chwyta?:)
Wtedy już nie ma sensu wspinać się przez Hyrczę na łąki Radziejowej, bo i po co ?
Czy wszystko zostało powiedziane ? A na łąki Radziejowej można iść i sto razy, a za każdym razem inaczej: przez Berdo, przez Horb, przez Korbanię, przez Kamień, przez Czartów Młyn, przez Lipowiec, i przez coś tam jeszcze też. Ano przez tę Hyrczę. A każdą z tych dróg można odbyć w dziesięciu wariantach. I ten pierwszy raz to można opowiedzieć. Następnych już nie, bo i dla czytelnika może to być nudne i coś nieopowiedzianego trzeba dla siebie zostawić.
http://www.joplin.republika.pl/beski...ly_lipiec.html
Beskid Mały 14-15 lipca. a co mi tam..
Coby podtrzymać swój temat, od czasu do czasu coś opiszę:
http://sunshine55.republika.pl/Na_zb...yszczatej.html
Na zboczach Chryszczatej, 25 - 27 sierpnia.
Czyt. jak wyżej.
http://sunshine55.republika.pl/Festi...liny_Sanu.html
Festiwal Doliny Sanu, Muczne, Równia, 15-16 września.
Te zdjęcia z lasu już były w innym wątku - nie napisałam tam więc napiszę tu: cudne to słonko przelewające się przez korzenie : )))
Zgadzam się, że cudne :) Miałam tylko telefon komórkowy, więc i zdjęcia nie są wysokiej jakości (w pomniejszeniu tego tak nie widać). Jednak ktoś czyta ten wątek :P
Witaj Wojtku
Pełny cytat bom leniwy, aby dodatkowo cytować Pana Enrico :_(
Czy Tu dzisiaj wypiłeś za dużo albo zjadłeś za mało, że Cie taka romantyczność chwyta?:)
A na łąki Radziejowej można iść i sto razy, a za każdym razem inaczej: przez Berdo, przez Horb, przez Korbanię, przez Kamień, przez Czartów Młyn, przez Lipowiec, i przez coś tam jeszcze też. Ano przez tę Hyrczę. A każdą z tych dróg można odbyć w dziesięciu wariantach. I ten pierwszy raz to można opowiedzieć. Następnych już nie, bo i dla czytelnika może to być nudne i coś nieopowiedzianego trzeba dla siebie zostawić. Eeee, jakby rzekła moja wnuczka. Przez tą Hyrczą się nie przechodzi. Tam można zawitać tylko trzy razy.
Raz samemu, drugi z przyjaciólmi, a trzeci, gdy przyjaciele rozsypią tam Twe prochy.
Eeeee, przez Horb tam się nie chadza.
Ale nie o wszystkim się wie, bo się nie da. I już.
Panie Enrico i Szanowny Wojtku
Mniemam, że jednak wszystko zostało powiedziane. Tylko nie każdy chce, czuje potrzebę pisania o tym samym.
Szczególnie wtedy, gdy ma świadomość, że odziera siebie samego z tej romantyczności.
Nie jest li Ona obrazem samotności?
Pozbawieniem możliwości otarcia się o poezję?
Siebie samego.
Wuka pewnie o trzy nieba i 1000 aniołów bardziej bieszczadko by to napisała.
A może już napisała?
Wojtku
Ani za dużo nie wypiłem, ani za mało nie zjadłem.
Jednak byłem tam już dwa razy.....
Pozdrawiam serdecznie
wprawdzie mniej ciekawe do czytania ale równie przyjemne wędrowanie:
http://sunshine55.republika.pl/drogo...o_lupkowo.html
lasami Jasieniowej...
http://joplin.republika.pl/jasieniowa2/jasieniowa.html
przyjemnie jest błądzić !;)
Odnosząc się do tytułu wątku muszę stwierdzić, że zazdroszczę wędrującym w pojedynkę. Czytając relacje Jimi i inne forumowe relacje z jednoosobowych wędrówek zawsze mam wrażenie, że to chyba taka forma wędrówki, która jest w jakiś sposób esencją wędrowania. Niestety - ja tak wędrować nie potrafię. Mogę nie odzywać się cały dzień, mogę iść gdzieś daleko na końcu, ale muszę czuć, że ktoś wędruje ze mną.
Ale za to relacje z wędrówek w pojedynkę lubię czytać ogromnie. :grin:
âźOpis tej bardzo nieprofesjonalnej wędrówki może być szkołą na to, jak nie powinno się chodzić po górach.â
Chodzić to sobie można po szlakach i wtedy można by gdybać nad tym czy tak się powinno czy nie, ale przecież to była normalna wyrypa a ta z definicji przewiduje nieprzewidywalne trasy i różne ich zakończenia :razz:
âźJuż ponad miesiąc nie byłam w górach. Kiedy człowiek mieszkał w wielkim mieście, ponad 200 km od Bieszczadów, był w górach co tydzień. Przeprowadziwszy się w Bieszczady paradoksalnie było mniej możliwości, by gdzieś wyruszyć, ot sezon.â
Sezon powoli dobiega końca, więc liczę na więcej Twoich relacji!
âźW lesie znajduję ukojenie, spokój, wszystkie emocje stygną, człowiek odzyskuje harmonię.â
Mądrego to i dobrze posłuchać, a nie tak dawno na forum ktoś napisał, że w Bieszczadach to jest za dużo lasu w lesie :mrgreen:
âźStałe podstawowe wyposażenie do lasu: kompas, mapy (jedyna słuszna czyli Ruthenus + najnowszy Compas dla uaktualnienia ścieżek), czołówka i gaz pieprzowy i jedyne słuszne odzienie. âź
Co do aktualnych ścieżek to obecnie nie można ufać żadnej mapie, gdyż na przestrzeni kilku ostatnich lat w lasach powstało zatrzęsienie nowych dróg zrywkowych i żadne wydawnictwo kartograficzne nie jest w stanie za tym nadążyć. Natomiast Ruthenus oprócz oryginalnego i bogatego nazewnictwa najlepiej z nich wszystkich przedstawia linie lasów (choć też w wielu miejscach wymaga to już korekty) oraz ukształtowanie terenu.
âźWyciągnęłam więc usmażone kilka godzin wcześniej proziaki i posmarowałam je marmoladą.â
Narobiłaś mi smaka!
âźWzdłuż szczytu przebiega dawna ścieżka, która prowadzi wzdłuż dwóch ogrodzonych młodników.
Oceniwszy, że ścieżka zaczyna zbaczać w dół, ja zboczyłam na lewo (też w dół), przedzierając się przez niekończące się morze jeżyn.â
Coś ta Jasieniowa ma w sobie i nie pozwala na dotarcie do widokowych polan na Krasnej. Kiedyś w towarzystwie don Enrico i Ciepłego_dwa_posty_na_forum też chcieliśmy przez Jasieniową dotrzeć na Krasną i minąwszy Karnaflów Łaz szliśmy sobie wyraźną dróżką przed siebie, zdobyliśmy szczyt w naszym mniemaniu Jasieniowej i ruszyliśmy dalej ku Krasnej, szliśmy i szliśmy i też zadawaliśmy sobie pytanie:
âźGdzie ta polana? Gdzie ta Krasna?â
aż dotarliśmy do ... Osławicy i torów kolejowych pod Diłem.:mrgreen:
âźZaniechałam dalszych poszukiwań. Stwierdziłam jak typowa baba -chce do domu!â
A my jak typowi faceci żeśmy się zawzięli i od torów wydrapaliśmy się na szczyt Krasnej.
Super relacja, czekam na więcej!
Kiedyś w towarzystwie don Enrico i Ciepłego_dwa_posty_na_forum też chcieliśmy przez Jasieniową dotrzeć na Krasną Coś mi się wydaje, że Ciepły (trzy, trzy! posty na forum!) jest nierozerwalnie z tamtymi okolicami związany. Ja się tam grzebałem raz, na jedym z RIMBów. I choć Ciepłego w ekipie nie było to jak tylko zaczęły się ślady wykopu pod torowisko dawnej kolejki to zaraz się pojawił. Wyszedł był zza krzaka w środku lasu :smile: A potem nam wyjadał pierogi w Prełukach, zbój jeden! :wink:
I choć Ciepłego w ekipie nie było to jak tylko zaczęły się ślady wykopu pod torowisko dawnej kolejki to zaraz się pojawił. Wyszedł był zza krzaka w środku lasu :smile: Żeby sam, ale z całą bandą znajomych, pod pretekstem grzybobrania.
Coś tamte okolice mają w sobie. W ubiegłym roku chcąc dojść z Komańczy do Smolnika udało się nam zejść wprost na Łokieć.
Tak, to na pewno wina Ciepłego, on tak ma, po prostu w jego obecności wszystkie kompasy dostają małpiego rozumu, a wszystkie giepsy idą na psy, błędnik kręci się w koło i jest wesoło.
Tam, w pobliżu gdzieś musiał być Ciepły i tylko taki jest jedyny wytłumaczalny powód tego błądzenia po Jasieniowej.
Jimi ! Jak następnym razem będziesz się gdzieś wybierać, to daj znać , a ja sprawdzę prywatnymi kanałami, czy Ciepłego nie ma w pobliżu planowanej wędrówki, bo jak znów tak trafisz to dostaniesz kręćka .
Bazyl: "Sezon powoli dobiega końca, więc liczę na więcej Twoich relacji!"
-Na ten weekend jadę do rodziców do Stalowej na wesele a po powrocie ruszę na kilka dni z namiotem. Dokąd? Plan -Żuków. A co dalej, się okaże. Już nie mogę się doczekać -spanie na dziko i las pełen ryczących jeleni i.. ja :)
"Co do aktualnych ścieżek to obecnie nie można ufać żadnej mapie, gdyż na przestrzeni kilku ostatnich lat w lasach powstało zatrzęsienie nowych dróg zrywkowych i żadne wydawnictwo kartograficzne nie jest w stanie za tym nadążyć."
-Też się o tym przekonałam. Też o tym, że dawne ścieżki powoli zarastające bywają nieujęte na mapach, dlatego noszę też Ruthenusa -poza tym -lubię wiedzieć po czym dokładnie chodzę i jak poprawnie nazywa się dana góra czy las.
http://joplin.republika.pl/zukow/zukow.html
Rykowisko 2013
a nie swędział Cię czasem nos w tych Bieszczadach-nieBieszczadach (czy co tam ma swędzieć jak ktoś jest obgadywany)?
Rzmawiałem o Tobie z Wojtkiem w Balnicy i doszliśmy do wniosku, że są osoby, które prędzej czy później w Bieszczadach zamieszkają i TY do tych osób należysz.
Szliśmy kilka lat temu grupką haharcerzy z Komańczy do Maniowa, plan był taki, żeby przeturlać się Karnaflowym Łazem na Smolnik najpierw. Skończyło się kąpielą na Łokciu... Góra. Ot co.
W drodze na Chryszczatą... 17.03.2014
http://wadera55.republika.pl/na_chry...ryszczata.html
Mam już dosyć wędrówek! (przynajmniej na najbliższe kilka dni:)
W drodze na Chryszczatą... 17.03.2014 Mam już dosyć wędrówek! (przynajmniej na najbliższe kilka dni:) Piękna wyprawa, tylko można pozazdrościć. A te refleksje pouczające niedoświadczonych i nieznających potęgi gór, SUPER. Praktycznie od potoku o którym pisze, to do szczytu zostało już tylko ok. 500 m. Z takim kompanem tryskającym poczuciem humoru, to można iść nawet na koniec świata.
Zarąbisty opis tej nie równej walki z Chryszczatą....wywołał uśmiech na mojej twarzy..:-P
Zarąbisty opis tej nie równej walki z Chryszczatą....wywołał uśmiech na mojej twarzy..:-P ... nie tylko na Twojej... mi to się przy leśniczym wyobraźnia mocniej uruchomiła i pomyślałem, że chłopisko może zawróci Jimi w drugą stronę i wyperswaduje, że jednak na Chryszczatą trzeba iść ;)... ale może i lepiej, że tak się nie stało...
Zdobędę cię Stara Ruro!!! :razz:
noooo, Anka - SZACUN ! ..teraz wiem, nad czym tak się mozoliłaś z wieczora ...;).i wiaderko pomogło ? mam nadzieję !:lol: zupa skarpetowa- boska !!!
Cieszę się, że relacja budzi uśmiech na twarzy. Mimo całej dramaturgii i beznadziei wędrówki, postanowiłam wpleść te humorystyczne aspekty, mimo że gdy myślałam o Starej Rurze to zupełnie nie było mi do śmiechu :D I wyszło groteskowo :P
Tak Tomek, nie sądziłam, że będę zdrowa ale zrobiłam sobie kurację -moczenie nóg w wiadrze z gorącą wodą, objadanie się czosnkiem + palenie gardła korzennym imbirem, herbata z lipy z miodem i aspiryna. I dziś czuję się jak młody Bóg :D
Cieszę się, że relacja budzi uśmiech na twarzy. Mimo całej dramaturgii i beznadziei wędrówki.... właśnie TAKI jest sens naszego (wielu) łażenia i wałęsania
Super - że kuracja pomogła ( no i ze posłuchałaś rady , wiesz z latarką !...)
No pewnie ale latarka i gaz to moje stałe wyposażenie w góry!
Bardzo mi się podobało. Taki prawdziwy opis wędrówki.
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Tutaj wszystko zebrane do kupy.
Na powyższej stronie masz błędnie podane linki. Przykładowo ostatni adres to:
http://wadera55.republika.pl/na_chry...html%20target=
Jak się usunie końcówkę %20target= to jest ok.
Wracając do samej wędrówki, to takie które dają w dupę się najlepiej wspomina :)
Ha ! ha !
Widzę Aniu , że nie do końca wierzyłaś w dziwne, (słodkie moce) które snują się nad Hruniem.
Albo nie wierzyłaś, albo nie słuchałaś w to, co opowiadaliśmy ledwie dwa miesiące temu, gdy właśnie na Hruniu zniosło nas na pasiekę w Duszatynie.
Nie dziwię się. Ja też nie słucham starszych. Nie ma to jak samemu przekonać się o prawdziwości poplątanych ścieżek.
Ha !
haha Heniu aleś mnie rozbawił :) To mam nauczkę :) Pamiętam opowieść Trzech Krzyżaków, którzy przybyli na odsiecz do Prełuk ale powód poplątania ścieżek jakoś mi umknął chyba :)
Hej Aniu !
Opis wędrówki świetny. też uważam, że do gór trzeba mieć szacunek.
Ale skarpety (sądząc ze zdjęcia) jak i pewnie buty to Ty masz raczej marne.
Mi, pomimo różnych różnistych przygód (często kończę turę wędrując potokiem) buty przemokły wielokrotnie, ale jakoś stopy nigdy nie zmarzły, kiedy cały czas szłam.
Może warto zainwestować 15 zł w zwykłe wełniane skarpetki "od baby", które wprawdzie gryzą, ale nawet mokre porządnie grzeją.
Hej Basiu. Heh, miałam dziś iść w góry ale pogoda pokrzyżowała mi plany. Plecak od wczoraj spakowany a w nim cała masa skarpet, w tym właśnie dwie pary wełniane i jedne wojskowe grube i jakieś inne dwie pary ze sklepu turystycznego. Buty od lat noszę tylko Salomony, uważam je za dobrą, ulubioną markę. Jesienią zeszłego roku przechodziłam w nich 10-krotnie jednego dnia przez rzekę/potoki gdzie woda była zazwyczaj za kostki i mi ani razu nie przemokły. Innym razem także jesienią przeszłam w nich... Osławę i także mi wcale nie przemokły. Mają te wszystkie goretexy i membrany, przód gumowy co jest dla mnie istotne. Ale z głowy uciekła mi impregnacja, więc już mam po butach :) Właściwie teraz praktycznie cały czas szłam wodą, bo śnieg szalenie mokry po deszczu.
Wiesz co Jimi ścia lat temu kiedy poza pastą do butów nie było żadnych impregnatów stosowaliśmy bardzo prosty trik.Na stopy zakładaliśmy reklamówki i jakoś sie szło.A na przemoczone stopy trzeba uważać.Gdzieś w relacjach GOPR jest historia drwala który stracił palce u stóp bo chodził cały dzień w mokrych i zimnych gumowcach - efekt odmrozone palce i amputacja.A działo się to we wrześniu
Na stopy zakładaliśmy reklamówki i jakoś sie szło. Przetestowane i godne polecenia w pewnych sytuacjach. Kolega zajmujący się produkcją worków plastikowych, zrobił mi kilka par takich "skarpetek" i przyznaję, że w sprawdziły się w realu. W butach chlupie, ale nogi w skarpetach suche.
Przetestowane i godne polecenia w pewnych sytuacjach. Kolega zajmujący się produkcją worków plastikowych, zrobił mi kilka par takich "skarpetek" i przyznaję, że w sprawdziły się w realu. W butach chlupie, ale nogi w skarpetach suche. Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Bo nogi się okropnie w takich workach pocą, śmierdzą a po dłuższym chodzeniu można się nabawić odparzeń.
Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Oczywiście, że tak. A kilka godzin jest uzależnione od temperatury otoczenia.
Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Bo nogi się okropnie w takich workach pocą, śmierdzą a po dłuższym chodzeniu można się nabawić odparzeń. ... fakt.. próbowałem, ale też nie polecam.... najlepiej ciepło trzyma gazeta, ale przemaka... gazeta jest idealna w bucie i pod kurtką i w spodniach, ale woda odpada... na zimno i wiatr co by się nie działo najlepsza.. wszelkie nowoczesne tkaniny i wynalazki się chowają (używałem kilka długich lat, bo nie było wyjścia i innej możliwości) ... teraz mi przyszło do głowy:razz:, że może ta drukowana na lepszym kredowym papierze... typu National Geographic byłaby może też nieprzemakalna:mrgreen: ...
... fakt.. próbowałem, ale też nie polecam.... najlepiej ciepło trzyma gazeta, ale przemaka... gazeta jest idealna w bucie i pod kurtką i w spodniach, ale woda odpada... na zimno i wiatr co by się nie działo najlepsza.. wszelkie nowoczesne tkaniny i wynalazki się chowają (używałem kilka długich lat, bo nie było wyjścia i innej możliwości) ... teraz mi przyszło do głowy:razz:, że może ta drukowana na lepszym kredowym papierze... typu National Geographic byłaby może też nieprzemakalna:mrgreen: ... ciekawe czy wypchanie spiwora gazetami tez by zwiekszylo jego zdolnosci grzewcze? chyba bede musiala sprobowac!
Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Bo nogi się okropnie w takich workach pocą, śmierdzą a po dłuższym chodzeniu można się nabawić odparzeń. U mnie zawsze dzialalo! (ale moze dlatego ze ja sie nie poce..)
buba w /5 lat kacetu/ jest opis jak więźniowie zakładali pod ubrania papierowe worki po cemencie które doskonale chroniły przed wiatrem i zimnem więc i w śpiworze działać powinno
Ciekawa wycieczka i patenty. Ważne, że wszystko dobrze się dla Ciebie skończyło. Ale sie zima zrobiła! Jest ciepło to śnieg migiem stopnieje. Ja byłem na Chryszczatej 4 dni przed Tobą przy świetnej pogodzie, były tylko małe płaty śniegu na północnym stoku a w lesie dość sucho jak na tą porę roku.
Co do Hrunia, to też mam z nim porachunki. Już 2 razy szedłem w zimie na nartach, raz z Prełuk a raz z Turzańska i w obu przypadkach przez sporą ilość śniegu i zerową widoczność zawracałem przed Hruniem.
na prośbę kolegi robię małe "kopiuj - wklej" na forum.
W drodze na Chryszczatą 17.03.2014
Wczoraj pod wieczór udałam się znów z Prełuk na Pryslip. Dziś postanowiłam, że przejdę tą samą trasą ale na Hrunia, gdzie dojdę do niebieskiego szlaku i dalej - na Chryszczatą! Niedostępny dotychczas dla mnie szczyt, mimo, że wokół niego krążyłam kilkakrotnie. Znam te tereny, mimo, że nigdy nie było mi po drodze wejść na sam szczyt. To dziś właśnie postanowiłam zmierzyć się z Chryszczatą! Sąsiadka obudziła mnie o godzinie 6:30. Lał deszcz. Zerknęłam o 8 -dalej leje. O godzinie 10 przestało, Zaczęłam przygotowania. Do plecaka spakowałam termos z herbatą z cytryną. Termosik jest bardzo mały, więc nalałam też herbaty do litrowego słoika :) Spakowałam też menażkę, kuchenkę gazową, czołówkę, gaz pieprzowy, pół laski kiełbasy i pierogi. Nie jadłam w domu śniadania, nie miałam apetytu. Ruszyłam. Śnieg bardzo mokry ale cały czas dużo go było w lesie. Numery na mapie będą odpowiadać numerom zdjęć. Literka "ś" oznacza śniadanie :) Wyjęłam kiełbasę i dla przyzwoitości ugryzłam trzy gryzy, mimo, że niespecjalnie byłam głodna, jednak wiedziałam, że później nie będzie ku temu już okazji -odcinek bezszlakowy należało pokonać szybko, jakiekolwiek jedzenie nie wchodziło zupełnie w grę.
http://wadera55.republika.pl/na_chryszczata/mapa.bmp
(zdjęcie pod linkiem)
Załącznik 33905
Jestem już na szczycie Pryslip (1). Bór, który widzisz po lewej na pierwszym zdjęciu zaraz za zakrętem wyglądał tak (2):
Załącznik 33906
Bory nazywam ciemnymi lasami. Do tej pory dwukrutnie najdalej doszłam do punktu 2. Teraz mam okazję zobaczyć co jest dalej! Wejść do owego ciemnego lasu. Śniegu coraz więcej a droga się dłuży i dłuży (3):
Załącznik 33907
Doszłam w końcu do szczytu Czyryny, skąd można było zza drzew podziwiać nieśmiałe widoki na pasmo Suliły (4). (5).
Załącznik 33908Załącznik 33909
Ruszyłam dalej. Chciałam wyciągnąć mapę, by lepiej zorientować się w terenie. Po chwili usłyszałam jakiś szmer. Za chwilę chrumkanie. Pewnie dziki! Nie zdążyłam spojrzeć na mapę, wzięłam nogi za pas. Idąc zdecydowanym, żwawym tempem moja głowa obracała się na wszystkie strony. Przez około 50-100 metrów słyszałam szmery po prawej stronie, jakby zwierze szło za mną gdzieś za drzewami. W lesie najbardziej boję się dzików i niedźwiedzi, gdyż samice tych dwóch zwierząt mogą być niezwykle groźne. Śnieg robił się coraz głębszy (6):
Załącznik 33910
I po chwili moja ścieżka zaczęła się zamazywać, nie była już tak wyraźna, śnieg sięgał zdecydowanie po kostki, drzewa były coraz gęściej. Oceniłam, że przecież za chwilę dojdę do szlaku. Doszłam do jakiegoś dużego skrzyżowania, poszłam drogą prostopadłą -nie, to nie to, żadnego oznakowania. Zawróciłam. Doszłam do skrzyżowania, tylko, że moja ścieżka była już prawie niewidoczna i za chwilę zniknęła zupełnie! Zobaczyłam po prawej stronie w dali pasmo Chryszczatej - "jeeeeeeeeej i ja tam mam dzisiaj dojść?! Przecież to cholernie daleko!!". Ścieżki mojej nie było już od jakiegoś czasu, postanowiłam trzymać się jakiegoś zbocza chodząc po Hruniu. Od tego momentu punkt w jakim się znajdowałam byłam w stanie określić już tylko orientacyjnie, mniej więcej. Trasa, jaką zaznaczyłam na mapie też jest mocno orientacyjna i prawdę mówiąc to zupełnie mi ona nie pasuje ale postanowiłam narysować tak, jak mniej więcej szłam na poziomicach. Wiedziałam, że jestem na Hruniu ale nie miałam bladego pojęcia gdzie dokładnie. Nie miałam też bladego pojęcia, gdzie znajduje się szlak. Byłam przekonana, że on już dawno powinien być a nawet założyłam, że ja już go jakiś czas temu przekroczyłam. Postanowiłam iść "na Kamionki". Cały czas potykałam się o gałęzie, które za każdym razem sprawdzałam, czy nie są to oby rogi. Natknęłam się na jeden trop wilka, za chwilę, drugi i piąty. Pięciokrotnie przecinałam ścieżki wilcze. Ale wilki to pikuś, jest to zwierzę, którego się akurat najmniej boję, czuję go niego wielką sympatię (7), (8).
Załącznik 33911Załącznik 33912
W tym momencie poczułam beznadzieję swojej wędrówki. Zaczęłam kląć jak szewc w myślach. Co jakiś czas krzyczałam "hej! jest tu kto?". Myślałam -"gdzie te turysty mają te swoje pieprzone ścieżki?!" Zakładałam myśl, że szlak przecięłam już dawno i teraz zmierzam w kierunku Kamionek. Nabrałam azymut północno - wschodni. W tym momencie postanowiłam zabezpieczyć się na wszelki wypadek i napisałam smsa do kolegi, że jakby mnie co zeżarło po drodze, to jestem w okolicy Hrunia i zmierzam w kierunku Kamionek, ewentualnie do szlaku. To tak na wszelki wypadek, żeby po kilku dniach gopr wiedział gdzie szukać moich zwłok ;p Byłam wkurzona do granic i rzucałam obelgami na prawo i lewo. Kolega dał mi jakże dobrą radę, bym krzyczała głośno, jakby co. Próbowałam mu odpisać, że od jakiegoś czasu przecież kurwa cały czas krzyczę jednak weszłam w strefę zero, gdzie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Telefon pokazywał maksymalny zasięg a mimo to nie mogłam przez długi czas wysłać żadnego smsa. Gdy wyciągnęłam kompas -kompas wariował, pokazywał na południu północ po czym zaczął się kręcić niezdecydowany. Pewnie na Hruniu działały jakieś dziwne siły magnetyczne. Widziałam pasmo Chryszczatej, więc dobrze wiedziałam gdzie mam północ a gdzie południe. Weszłam na szczyt (9).
Załącznik 33913
Teraz domyśliłam się, że szlaku jeszcze nie przecięłam. Postanowiłam zupełnie olać temat, byleby jak najszybciej zejść do Turzańska, czyli udałam się na północ -pieprzyć te szlaki. Gdy zaniechałam tematu, doszłam do szlaku. Ożesz kurwa -i co teraz robić?! Iść czy nie iść? A pójdę! Zmierzę się z tą gadziną, zwaną przez Was Chryszczatą! Zaczęłam wymyślać jej tysiąc obelg, nazwałam ją Starą Rurą. Nie będzie myślała, że znów nie dam jej rady -o nie, malutka. Wiem, że ty zawsze chcesz pokrzyżować mi plany, zawsze pchasz mnie na siebie dziwnymi trasami, więc nienormalnym by wręcz było, bym weszła na ciebie jak człowiek, jak turysta. Nie, nie, ty zawsze musisz wyrządzić mi jakiegoś psikusa, wejście na ciebie nie może być dla mnie banalne! Ale już cię namierzyłam! Już mnie nie zaskoczysz! Zdobędę cię Stara Ruro!!! Dla przyzwoitości wyciągnęłam kompas. Znów wariował, pokazywał północ na południu. Jednak ja mam swój rozum i wiem gdzie iść, kompas mam w głowie. Chciałam odwołać ewentualną akcję ratunkową ale zasięg odzyskałam dopiero w.. Duszatynie! Poszłam. Szlak oznakowany jak dla debili. Śnieg coraz większy, w zasadzie już po łydki (10).
Załącznik 33914
Zaczęłam się w nim zapadać. Buty zaczęły mi przemakać. Idiotka ze mnie, zapomniałam zabrać drugiej pary skarpet, mimo, że dzień wcześniej o tym myślałam. Powoli traciłam siły aż runęłam na ziemię (11), (12).
Załącznik 33915Załącznik 33916
Chryszczata wydawała mi się ciągle tak daleko. Skarpetki już zupełnie mokre, zaczęło mi być zimno w stopy. Pomyślałam, że na Chryszczatej osuszę je sobie na.. kuchence gazowej :P Widziałam na zdjęciach, że jest tam stolik, więc będę mogła elegancko zrobić zupę ze skarpet. Zaczęłam marzyć o tej zupie, marzyć o ciepłych stopach. Wtem ujrzałam ją - ujrzałam Chryszczatą. Jeeeeeeeeeeej, jak jeszcze daleko! Przecież to cała masa drogi przede mną! A na mapie wygląda, jakby to było tak blisko! (13)
Załącznik 33917
Poczułam, jakbym miała lekkie odmrożenie w stopach. A przecież te buty mi nigdy nie przemokły! Ale od długiego czasu zupełnie zapomniałam o ich impregnacji. Nie dałam rady -zarządziłam zupę ze skarpet w tym miejscu, tu i teraz :) Stopy owinęłam w odpięty kaptur od kurtki, zrobiło się ciepło. (14), (15).
Załącznik 33918Załącznik 33919
:D Później suszyłam je już bezpośrednio nad palnikiem aż parowały. Nawet je sobie podsuszyłam, stopy się ogrzały. Ale co z tego? Jak buty tak przemoknięte, że po założeniu skarpetki zrobiły się znów całe mokre :) I znów lodowato w stopy. Znów spojrzałam na Chryszczatą. Miałam wrażenie, że zupełnie nielogicznie -ona się ode mnie oddala!!! A na mapie była przecież na wyciągnięcie ręki, była tuż, tuż. A przede mną całe nań podejście. Czułam się jakbym była u jej podnóża. Nie miałam siły na to podejście, bałam się, że będę przez te buty chora. Robiąc pętelkę, zawsze to godzina więcej. Nagle zerwał się wielki wiatr, na niebie pojawiły się wielkie czarne chumury -czarne chmury nad Chryszczatą, które symbolizowały nagły gwałtowny deszcz. Chryszczata rzuciła na mnie klątwę! W tym momencie opadłam z sił, zarządziłam schodzenie. Stwierdziłam, że skoro już i tak za wczasu zaczęłam akcję reanimacyjną moich stóp, to czas już schodzić. Spojrzałam jeszcze raz na szczyt, podniosłam do góry skrzyżowane ręce i pokazałam jej podwójnego fucka myśląc "pieprsz się Stara Ruro!!! Znów dałaś za wygraną!". Schodząc szybko natknęłam się na potok i postanowiłam trzymać się go cały czas aż wyprowadzi mnie na Jeziorka Duszatyńskie. Byłam tak wściekła, że jakby teraz jakiś misiek wszedł mi w drogę, to miałby mocno przewalone!!! Co dziesięć kroków krzyczałam "hej", by odpłoszyć to wszystko, mimo to, było to bardzo już groźne "hej". Potoki bardzo mocno wezbrały. Doszłam do ich skrzyżowania (16).
Załącznik 33920
Wtem musiałam wspiąć się na strome, śliskie zbocze po prawej. Nie było łatwo. Wchodziłam na czworaka i co chwilę się ześlizgiwałam i wchodziłam od nowa. Teraz nie dość, że stopy lodowate, to i dłonie lodowate. Ujrzałam kolejny potok z prawej. Już ciepło zrobiło mi się w stopy, mimo, że skarpetki chlupały. Za chwilę otworzył się przede mną przepiękny widok! Wyłowniło się po środku jaru Jeziorko Duszatyńskie! Ciekawe kto ostatni raz ujrzał jeziorko od tej strony! (17), (18 ), (19)
Załącznik 33921Załącznik 33922Załącznik 33923
Usiadłam tuż nad wodą, odpoczęłam, ochłonęłam i uśmiechnęłam się serdecznie do siebie, myśląc "wariatka! :)". Już po wszystkim. Będąc na szlaku papieskim, doznałam oświecenia. Zrozumiałam na czym polegał dziś mój fenomen Chryszczatej. Zrozumiałam swój błąd. To bardzo proste. Po zejściu z Hrunia, nie miałam szacunku do tej góry. Zaczęłam ją obrażać. Ogarnęła mnie pycha. Zrozumiałam, że do gór należy mieć respekt i szacunek. Należy mieć wobec nich pokorę. Nie należy się wywyższać, bo góry są potęgą i potrafią ci dać w kość, nawet w momencie, gdy wydaje ci się, że są na wyciągnięcie ręki. Nie można iść z takim nastawieniem w góry. Wtem Chryszczata wydała mi się przyjazna i serdeczna, to ja byłam zła wobec niej, więc ona nie zaprosiła mnie do siebie. Ruszyłam dalej w dół. Potoki rwały niesamowicie, bardzo przybrały na wielkości a ja pokonywałam je kilkakrotnie, co czasami nie było wcale proste (20).
Załącznik 33924
Po chwili, w okolicy potoku Solona Woda, spotkałam wylot stokówki, którą rok temu schodziłam z Hrunia, gdy także nie dałam rady wejść na Chryszczatą, ponieważ dopadło mnie przeziębienie i gorączka. Dojadłam resztkę kiełbasy-śniadania (dwa gryzy). W zasadzie o połówce kiełbasy byłam dzisiaj cały dzień, zupełnie nie czułam apetytu. Przejrzałam się w lusterku, wyglądałam dość dobrze, makijaż (w góry he, he) się nie rozmazał -więc można śmiało iść do ludzi. Tylko, że ciuchy całe przemoczone. Zbliżając się do Duszatyna spotkałam leśniczego. Gdy powiedziałam "dzień dobry", złapał się za głowę, podniósł ręce do góry i zawołał "Jezu! dziewczyna!". Zdziwił się bardzo, pytał skąd idę, więc odpowiedziałam, że z Prełuk, na co zbaraniał. Dalej resztką sił doczołgałam się do Prełuk. Myślałam, że już nie dam rady, byłam skonana! W domu stopy w gorącej kąpieli się zupełnie zrelaksowały, szybko poczułam się dobrze i zmęczenie sporo opadło. Dosyć zdzwiło mnie to osłabnięcie w nogach w górach, bo zawsze twierdziłam, że nogi to najsilniejsza część mojego ciała i potrafiłam przejść nawet przeszło 30 km po górach nie czując zupełnie w nogach zmęczenia. A tu masz ci los! Myślę, że śnieg i przemoczone skarpety zrobiły swoje :)
http://wadera55.republika.pl/na_chryszczata/trasa.bmp
(zdjęcie pod linkiem)
Pasmo Łopiennika i Chryszczatej - 19/21 marca 2014
http://wadera55.republika.pl/pasmo_l...yszczatej.html
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Kto po ostatniej mojej wędrówce z dn. 17 marca uwierzył w to, że na prawdę mam dosyć wędrówek na najbliższe dni, to oznacza, że mnie wcale nie zna. Już następnego dnia wieczorem spakowałam plecak a w nim całą masę skarpet: wełnianych, wojskowych i turystycznych :) W plecaku znalazło się coś jeszcze.. namiot! Pół nocy nie spałam. O 6.30 obudziła mnie sąsiadka. Czułam się fatalnie, więc poszłam spać dalej. O 9 druga pobudka. Za oknem leje nieubłagalnie. Przesunęłam plan na jutro, choć szkoda mi było tracić jednego dnia a na sobotę musiałam być w Prełukach. Zerknęłam na Forum Bieszczadzkie i tak spędziłam czas do 10:15. Nagle rzuciłam okiem za okno i pomyślałam -"co ja kurna do diaska robię!! Przecież już nie pada!!". Szybka akcja - mobilizacja. O 11 wyszłam z domu - godzina taka nijaka, nie wiadomo co robić ale pomyślałam jedno -"byle dalej", najwyżej w góry pójdę jutro z rana. Ruszyłam drogą do Komańczy. Pogoda beznadziejna, wieje, szaro, jakby zbiera się na deszcz a ja dalej czułam się słabo. W lesie ujrzałam sarnę i koziołka. Sarna pobiegła a kozioł z różkami stał odważnie i wcale nie dał się przestraszyć. Miałam inną parę butów, też Salomony, które kilka razy wcześniej nosiłam ale właśnie teraz ni zowąd, zaczęły mnie obcierać. "No ładnie, jeszcze tego brakuje!" -pomyślałam. Doszedłszy do Komańczy ustaliłam, że jeżeli w Dołżycy będę o godzinie najpóźniej o 14, to jeszcze zaryzykuję pójście w góry. W planach Łopiennik do Jabłonek. Pierwszy stop do Łupkowa, drugi do Cisnej. Jadąc drugim autostopem wesoła ekipa miała ze mnie ubaw, gdy powiedziałam, że po raz pierwszy od niespełna 3 miesięcy ruszam do jakiejś innej miejscowości niż Prełuki-Komańcza. Do tej pory wyprawa do Komańczy to było dla mnie wielkie coś -były tam sklepy, byli tam ludzie. Komańcza to dla mnie teraz metropolia. A Cisna to już ho, ho -wielkie miasto. Tak to jest, gdy człowiek 3 miesiące siedzi w jakiś Prełukach. Andrzej z Cisnej dalej robił sobie ze mnie jaja pytając czy już ma zwolnić, ponieważ zaczynały się już zabudowania, więc niech sobie je pooglądam. W Cisnej zaopatrzyłam się w różne plastry na pięty. Po owym wielkim mieście nie da mi się nigdy przejść niezauważoną, więc zaraz Adaś Ch. mnie zaczepił. Bardzo go lubię i jeszcze bardziej się o niego martwię, dlatego ucieszyło mnie, że wyglądał już całkiem dobrze. Wspomnieliśmy stare czasy sprzed paru lat, po czym dodał, że gdybym nie wiem jak się zmieniła, dla niego zawsze pozostanę tą samą małą dziewczynką z plecakiem. Później siedząc na przystanku i oklejając pięty, znów nie mogłam wykonać tej czynności w spokoju, ponieważ zatrzymał się Jacek, przywitał się ciepło i zapytał czy mnie nie podwieźć, jednak zmierzałam w przeciwnym kierunku. Zajechawszy autostopem do Dołżycy była już godzina 13:30. Zmieściłam się w swoim planie, więc ruszyłam na Łopiennik. Po 5 minutach, po przejściu pierwszego, małego podejścia zerwał się wielki deszcz. Schowałam się więc w świerki i tak przesiedziałam do godziny 14 uzupełniając zapas płynów. Wszystkie czynniki, łącznie z bardzo późną godziną na start, są idealnym przykładem na to, jak nie powinno się iść w góry. Gdy ulewa zamieniła się w mały deszczyk, ruszyłam. W deszczu szłam niemalże do samego Łopiennika, tylko raz bywał większy, raz mniejszy, raz mżawka. Na starcie błoto było sakramenckie (ostatnio ulubione słowo leśniczych z Nadleśnictwa Baligród).
Załącznik 33925
Lasu prawie nie poznałam. Kiedyś bardzo lubiłam Łopiennik ale od mojej ostatniej wizyty las tak się zmienił, tyle drzew wycięto, że wszystko się pozmieniało. Tak jak i w Prełukowym lesie, nie brakowało tu kwitnących Wawrzynków Wilczełyko (roślina silnie trująca).
Załącznik 33926
Droga mi się dłużyła. Gdy myślałam, że jestem już na Horodku, okazało się, że jestem dopiero w połowie drogi na Horodek. Wtem wylałam herbatę ze słoika, by chociaż o 1 kg odciążyć sobie plecak.
Załącznik 33927
Przed Horodkiem zaczęły pojawiać się niewielkie ilości śniegu, potem śnieg był na całym polu widzenia ale był bardzo niski, nawet do kostek nie sięgał.
Załącznik 33928Załącznik 33929Załącznik 33930
Gdy wkraczałam na Łopiennik otoczyła mnie zewsząd spora mgła.
Załącznik 33931
Ujrzałam moje ulubione, wielkie krzaki jagodzisk, kiedyś zawsze chodziłam na Łopiennik ze słoikiem.
Załącznik 33932
Po chwili mgła zrobiła się tak gęsta, że to, co widzisz na poprzednim zdjęciu to mały pikuś a raczej świetna widoczność -nie było nic widać. Zobaczyłam tylko jedno -przecinające moją ścieżkę tropy niedźwiedzia GIGANTA! Łapę miał jak półtorej mojej stopy, nigdy w życiu nie widziałam tak wielkich niedźwiedzich tropów, mimo, że ślady niedźwiedzie widuję bardzo często. Nie robiłam zdjęć, ponieważ chciałam jak najszybciej, bez zatrzymywania wydostać się z polany szczytowej. Mam nadzieję, że te ślady jesteś w stanie sobie czytelniku wyobrazić. Nagle, żeby tego wszystkiego było mało, rozpętała się.. zamieć śnieżna!! Silny wiatr, bombardujący Cię śnieg, niewielka widoczność, ślady niedźwiedzia giganta i ja, która nie mam pojęcia gdzie idzie dalej mój szlak, nie szłam nigdy czarnym do Jabłonek ale pi razy drzwi wiedziałam w którą stronę ma iść. Denerwująca sytuacja znów beznadziei. Zostawiłam plecak i przez 10 minut biegałam po Łopienniku z kompasem szukając szlaku :) No, znalazłam w końcu te czarne kreski na drzewach ale uważam, że na takich rozstajach powinien być on lepiej oznakowany. Byleby jak najszybciej wydostać się z tej mgły! Ruszyłam szybkim krokiem i za 5 minut znowu pojawiły się ślady owego lokalnego giganta, tylko tym razem szły jakiś czas dokładnie po szlaku! "Drogi misiu, pomyślałam, to jest ścieżka dla turystów, proszę trzymać się od niej z daleka. A ja dzisiaj jestem rasowym turystą -idę po turystycznym szlaku i będę spała w łóżku w płatnym noclegu. Proszę zejść mi z drogi." Szlak nie był idealnie oznakowany, zwłaszcza w słabej widoczności miałam kilka problemów. Kilka razy zrzucałam plecak i biegałam w około szukając kresek na drzewach. Podczas tych wędrówek każdego dnia wcielałam się w inną rolę, w inną postać. Dzisiaj jestem turystą. Rzekłam sobie w myślach: "dziś jesteś turystą, musisz więc myśleć jak turysta!". Czyli jeżeli nie widzisz szlaku przed sobą, to się odwróć i zobacz, czy czasem nie ma szlaku z tyłu dla ludzi, którzy idą w przeciwnym kierunku. Jeżeli szlaku też nie ma, to wróć się do miejsca, gdzie ostatni raz widziałeś szlak i zobacz w którą stronę jest skierowany ten idący w przeciwnym kierunku -właśnie z tej strony powinien zobaczyć go turysta idący z naprzeciwka i idź jego torem -w zasadzie według tych zasad pokonałam cały odcinek. Przy takim błocku i kontuzji oczywiście nie mogło się obejść bez drewnianego kostura. Oczywiście na samym starcie, w Dołżycy, rozwiązałam sobie zupełnie buty, by dać większą swobodę piętom. U podnóża gór napotkałam na sakramencki bajzel w lesie pozostawiony po ścince. Pełno zmarnowanego, starego i nieściągniętego drewna. W porównaniu z tym syfem, u mnie w Prełukach jest piękny porządek a wydawało mi się, że już gorzej być nie może. Poniżej zdjęcie zrobione już po zejściu z gór, wkroczywszy na drogę kierującą do Jabłonek.
Załącznik 33933
Jeszcze tylko przejście przez rzekę. Nagle rozpętała się ulewa ale jakie to ma znaczenie w tym momencie, gdy jest się całym mokrym :) Nie ma czasu na czekanie, jeszcze kawałek drogi.
Załącznik 33934
Kuśtykając z kosturem zaszłam do schroniska szkolnego w Jabłonkach. Oczywiście wcześniej zapowiedziałam swoją wizytę. Miałam cichą nadzieję, że będą palili w piecu, bym mogła sobie osuszyć ubrania na kaloryferze. Nic z tego. Schronisko bardzo mi się podobało, obsługująca starsza pani też okazała się najsympatyczniejszą osobą. Dostałam pokój 14-osobowy z łóżkami piętrowymi. Okazało się, że w pokoju obok był jeszcze jeden gość, leśnik z odległej części Polski. Porozmawialiśmy sobie o lasach, o leśnikach z moich okolic. Człowiek nie był w Prełukach z 18 lat a doskonale wyrysował mi palcem na stole "mapę" moich okolic, łącznie z wszystkimi zakrętami. Gdy wymieniałam nazwiska leśniczych, to okazało się, że znał wielu a nawet kojarzył mój dom -dawną leśniczówkę. Gdy opowiedziałam mu o dzisiejszym dniu, złapał się za głowę i powiedział, że dzisiaj choćby dawali mu za to wielkie pieniądze to za żadne skarby w taką pogodę nie poszedłby do lasu i był pełen podziwu. Bardzo miły człowiek. Potem, jako, że kaloryfery nie grzały, postanowiłam zakosić rolkę szarej srajtaśmy, którą osuszałam sobie buty od środka. Wszak dzisiaj byłam turystą a turyści powszechnie znani są z tego, że kradną papier toaletowy ze schronisk. Była ogólnodostępna kuchenka, więc zagotowałam sobie niewielki garnek gorącej wody w którym próbowałam zamoczyć stopy. Miło się tym rozgrzałam. Serdecznie polecam to schronisko, bardzo mi się w nim podobało.
Następnego dnia pogoda zmieniła się nie do poznania! Przepiękne słońce, upalna pogoda, lekki wiaterek -pogoda wymarzona w góry. Jeszcze wczoraj nie byłam pewna czy dam radę o tych piętach iść następnego dnia ale po rozchodzeniu było znośnie, mimo tego cały czas kuśtykałam. Udałam się stopem do Baligrodu do sklepu i do apteki. Złapałam malucha, plecak dałam na kolana. Wesoła pani zapytała się mnie czy jestem z wojska, sądząc po militarnym ubraniu i plecaku. Też prowadzi agroturystykę i opowiadała, jak to turyści obawiają się przyjazdu w Bieszczady w związku z "zbliżającą się wojną". Doszło nawet do tego, że turyści zadają pytania typu: "czy zwrócona nam zostanie zaliczka w sytuacji, gdyby wybuchła wojna?". Pani miała ubaw z tej sytuacji. Gdy zapytała się o moje plany na dziś, odpowiedziałam, że wybieram się na Waltera. "Oho, czyli partyzanci już zaczynają chować się po górach!" -rzekła. Gdy wysiadłam w Baligrodzie znów to samo. Usłyszałam za swoimi plecami komentarz dwóch starszych babek: "Wojna idzie...!". W tym momencie żałowałam, że nie umiem gadać po rusku. Tak więc wiedziałam kim będę dzisiaj - dziś będę partyzantem!!! Szkoda, że nie miałam czapki mazepynki (koniecznie z tryzubem) ale już powiedziałam koledze, że gdyby przypadkiem był w Lwowie to ma mi kupić taki badziew na straganie. Wróciłam pod pomnik bohatera narodowego stopem z podleśniczym z Jabłonek. Zapytał gdzie mnie wysadzić -"koło Karola", odrzekłam. Uśmiechnął się.
Załącznik 33935
U podnóża góra cała obsypana Żywcami Gruczołowatymi.
Załącznik 33936
Całe podejście na Waltera -sakramenckie!! Najbardziej pieruńsko stromy szlak w naszych Bieszczadach! Ale ja właśnie takie podejścia lubię -bardzo dobrze mi się szło, powolutku z nowym kosturem. Te zdjęcia i tak wyszły mocno wypłaszczone.
Załącznik 33937Załącznik 33938
Tuż pod samym szczytem było lekkie wypłaszczenie. Usiadłam. Miejsce to zachwyciło mnie ogromnie! Zadecydowałam, że to właśnie tutaj będzie moje tajne Centrum Dowodzenia Światem -idealna miejscówka! Dookoła,z ukrycia widać z niej cały świat a ja siedziałam jakby na czubku wielkiej piramidy. Kiedyś Fudżis z Cisnej napisał mi w smsie, że centrum dowodzenia światem znajduje się w Cisnej. Niech tak myśli dalej. Ja wiem, że Centrum Dowodzenia Światem jest na górze Walter!! Zaczęłam snuć plany zdobywania świata... Ha!
Załącznik 33939Załącznik 33940
Wtem zobaczyłam ładne Wilczełyko i postanowiłam je sfotografować. Jednak jeszcze ładniej prezentował się na jego tle mój cień, więc zabawiłam się w zabawę z cieniem wyobrażając sobie, że trzymając mój kostur jestem Panem i Władcą Świata!!!
Załącznik 33941Załącznik 33942Załącznik 33943Załącznik 33944
Całe podejście na Waltera -sakramenckie!! Najbardziej pieruńsko stromy szlak w naszych Bieszczadach! Ale ja właśnie takie podejścia lubię -bardzo dobrze mi się szło, powolutku z nowym kosturem. Te zdjęcia i tak wyszły mocno wypłaszczone. Co prawda, to prawda. Piękna trasa i cudownie opisana - gratulacje!. Dwa razy próbowałem na zdjęciach, w miarę realnie, przedstawić podejście (zejście) z "Watlera" :smile:, jednak po obejrzeniu ich na monitorze, zawsze byłem rozczarowany tą płaskością. Nie ma to jak w realu. Robi wtedy wrażenie i wyzwala emocje.
relacja SUPER !!!!
ps. dzięki za wyróżnienie mnie w tekście ;)......no i widzę, że ''zakoszony" papier pomógł :lol:
Załącznik 33945
Dochodząc powolutku do szczytu, napotkałam wiele okaleczonych drzew. Patrząc na napisy pomyślałam -"Oho, moi ludzie tu byli. Ale bym ich pogoniła moim kosturem!".
Załącznik 33946
Gdy doszłam do szczytu, zobaczyłam ławeczkę -"no to fajrant" -pomyślałam. Ławeczka z widokiem na durnego wieloryba.
Załącznik 33947Załącznik 33948
Będąc partyzantem posiliłam się runem leśnym, objadając się orzeszkami bukowymi.
Załącznik 33949
Schodząc do przełęczy spotykałam wiele ciekawych, spróchniałych drzew.
Załącznik 33950
Przed sobą ujrzałam Berdo, czyli górę, na którą za chwilę będę wchodzić.
Załącznik 33951
Na przełęczy znów beztroski fajrant w słoneczku.
Załącznik 33952Załącznik 33953
Podreptałam sobie na Berdo. Tam zobaczyłam informację, która bardzo mocno wbiła mnie w ziemię!!! Na obu mapach czas schodzenia to 1:30 do Bystrego a na kierunkowskazie... 3:30 do Baligrodu. Szoooook!!! Zrozumiem, że pół godziny to odcinek Bystre - Baligród ale żeby na obu mapach machnąć się o całe dwie godziny!?
Załącznik 33954
Ciężko mi powiedzieć ile normalnie zajęłoby mi to przejście, jest długie i bardzo płaskie, więc domyślam się, że normalnie pokonałabym je szybko żwawym tempem w podskokach. Bardzo lubię takie trasy. Śliczny, malowniczy, kręty szlak. Chodzenie po takim lesie w taką pogodę to bajka. Ale nie tym razem. Szłam bardzo długo i bardzo powoli. Zajęło mi to właśnie ok. 3:30. Pięty bolały sakramencko i plecak dawał już w kość. Następnym razem muszę tu przyjść bez obciążenia, tu jest po prostu za fajnie. Droga pieruńsko się dłużyła. Znakarz widać miał duże poczucie humoru, ponieważ szlak pokierował przez każde zwniesienie, każdy mały pagórek, mimo, że spokojnie mógł je ominąć bokiem. Pewnie wyszedł z założenia -"skoro zachciało im się iść w góry, to niech mają swoje!". Znalazłam kawałek łuski z czasów wojny. Szkoda, że nie była cała, bo właśnie potrzebuję takiej do chatki jako popielniczkę :)
Załącznik 33955Załącznik 33956
Pod koniec nie dałam rady, ściągnęłam sobie buty i w samych skarpetkach podreptałam sobie ok kilometra po suchym, nagrzanym runie leśnym. W tym momencie poczułam jakbym dostała skrzydeł! Podbiegałam kawałek, bo było mi tak miło. Fizycznie czułam się doskonale wypoczęta i zupełnie nie zmęczona, gdyby tylko nie te pięty. Ale bez butów mogłam biegać! Czy nie kłuło mnie w nogi? Nie. Prawie całe lato przechodziłam na bosaka, w tym także sporo chodziłam zupełnie na bosaka po lesie, nie tylko po ścieżkach. Pod koniec ubrałam buty, gdyż runo zaczęło robić się wilgotne. Podreptałam drogą do Rabe, gdzie na łące nieopodal drogi, pomiędzy odcinkiem Wisan - Leśniczówka, rozbiłam namiot. Byłam tak wypoczęta, jakbym w ogóle w górach nie była, jeszcze bym dziś ze 3 razy skoczyła na Waltera, tylko bez butów i bez plecaka :) Nocą niebo było ogromnie obsypane gwiazdami! Ubrałam się jak eskimos, było mi ciepło. Zasnęłam dopiero o 5 nad ranem, wcześniej tylko ot tak drzemałam. Nieoceniony kolega o 7.30 napisał mi smsa, że czas wstawać i ruszać w drogę. I bardzo dobrze. Dopiero później rozmawiając z leśniczym Roztok mieszkającym w Rabe, dowiedziałam się od niego, że mój namiocik ślicznie się prezentował raniutko na łące i był ładnie oszroniony. Znów zapowiadał się słoneczny, piękny dzień! Udałam się umyć do potoku Riabego.
Załącznik 33957
Podczas tej czynności uważnie rozglądałam się dookoła, czy czasem nie lata tu jakiś dron. Wszak w tych okolicach kręcony jest właśnie program telewizyjny Las Bliżej Nas dla TVP1 dotyczący pracy naszych leśniczych, gdzie w głównych rolach wystąpią Marcin, leśniczy z Roztok mieszkający w Rabe oraz Kaziu, leśniczy z Polanek mieszkający w Bukowcu. Myślę, że gdybym teraz natknęła się na drona, to mogłoby to przyczynić się do gwałtownego wzrostu oglądalności programu. Dzikie lasy a w nich dzikie baby. Gdy później podzieliłam się tą obawą z leśniczym, pocieszył mnie jakże wielce, że wprawdzie drony są tymczasowo uśpione ale fotopułapki w lesie wciąż działają :)
Podreptałam do kamieniołomu. Wcześniej plecak na skrzyżowaniu zostawiłam pod opieką wesołych panów leśników. Dowiedziałam się, że rankiem mieli wielką ochotę zaglądnąć do namiociku a teraz jeszcze większy żal, gdy dowiedzieli się, że spała w nim sama kobieta. Gdy powiedziałam im, że zmierzam do Prełuk to złapali się za głowę.
Załącznik 33958Załącznik 33959Załącznik 33960
Gdy doszłam do kamieniołomu, wyłonił się pan z budki i zapytał: "A pani tu co?". "A patrze tak sobie", odpowiedziałam. Zawrócił mnie spowrotem :) Praca na kamieniołomie wrzała. Idąc dalej spotkałam nową elegancką wiatkę ze stołami w środku. Za chwilę doszłam do źródełka, w którym syf mnie mocno zasmucił, tym bardziej, że tuż metr dalej stał kosz na śmieci.
Załącznik 33961Załącznik 33962
Po chwili spotkałam drugą nową wiatkę. Po co tyle wiatek obok siebie?
Załącznik 33963
Doszłam do kruszarek, czyli miejsca, gdzie planowo miał mieć mój ostatni nocleg. Zadziwiła mnie cała masa żab znajdujących się tu na drodze. Trzeba było na prawdę uważnie patrzeć pod nogi! I wszystkie, bez wyjątku, parami. Zaśpiewałam im krysznową, żabską (rabską?) melodię -"rade, rade, kum, kum". Udałam się w kierunku na Huczwice. Zaraz za skrzyżowaniem, by mnie nikt nie widział, ściągnęłam buty i podreptałam sobie w wełnianych skarpetkach prosto aż do jeziorka bobrowego.
Załącznik 33964
Znalazłam kawałek łuski z czasów wojny. Szkoda, że nie była cała, bo właśnie potrzebuję takiej do chatki jako popielniczkę :) Były w zasięgu ręki na Łysym Wierchu, w zależności od potrzeby, do wyboru i kalibru.
Załącznik 33965
Podczas czytania Twojej relacji wracają wspomnienia z tamtych okolic. Jak widzę, to bezlistna pora roku pozwala na bardziej odległe widoki, których za kilka tygodni już się nie zobaczy. Dzięki Twojej relacji, nowe wiaty już mnie nie zaskoczą swoją obecnością:). Domyślam się, że tym razem Chryszczata nie ma szans i legnie u Twych, odzianych tylko w skarpetki, stóp:).
Na Łysym sporo złomu ale nad Bobrowym, na Wierszkach jeszcze więcej.
A najwięcej na Patryi.
Często słyszę od ludzi, którzy odwiedzili Bieszczady - byłem, tam, tam i tam, zobaczyłem już wszystko w tych Bieszczadach.
Właśnie. Często rzeczywiście - w ich spojrzeniu na Te Góry - zobaczyli już wszystko. Jak wiele jest jednak punktów patrzenia pokazują relacje Jimi - chodzi sobie nie tak bardzo daleko, nie tak bardzo wysoko i nie tak spektakularnie widokowo, a wydaje się jakby była to podróż na inny kontynent. :-D Świetnie się czyta 8-)
dzięki Zbyszek i Browar, mój guru chaszczowy :> w takim razie kiedyś przy okazji wybiorę się na Patryję po.. popielniczkę ;)
Asiu, o wielu słyszałam takich co w 4 dni przeszli całe Bieszczady hihihi. Ja właśnie dzięki temu forum zdaję sobie sprawę, że tak na prawdę to ja nigdzie nie byłam, no bo przecież nie byłam ani na Łysym, ani na Wierszkach ani nawet na Patryi...
Jak zobaczyłem Twoje nowe wpisy to myślałem, że nadszedł tak szybko czas na porachunki ze "starą rurą" :-). Walter też dał mi się we znaki, kiedy próbowałem pewnej wiosny gonić ekipę udającą się na Łopiennik a by trochę więcej zwiedzić trasę swą wytyczyłem przez Waltera. Ekipy nie dogoniłem, mocno na drugi dzień dawały się we znaki mięśnie nóg :-)
P.S. - To, co znalazłaś na popielniczkę by się nie nadawało - to odłamki pocisku. Całe ciężko to znaleźć bo jeśli jest w całości to przeważnie z niebezpieczną zawartością. Natomiast to, co na zdjęciu Zbyszka to szklanki szrapneli.
A tak w ogóle to dlaczego relacja w tym dziale a nie relacji bieszczadzkich?
Długi, relacja jeszcze ma ciąg dalszy, troche zajmuje mi pisanie, dopiero przecież zeszłam z pasma Łopiennika :-) Odnośnie popielniczki, wiele osób ma popielniczki z identycznych łusek, np. w kilku schroniskach i ja też taką chce :P Przecież to co na moim zdjęciu to jest to samo co na Zbyszka, tylko u mnie było połamane na pół. Odnośnie działu, na początku wątku było kilka (czyt. 2) niebieszczadzkich relacji, w zasadzie wątek zaczęłam od Beskidu Niskiego ale powstał z tego jeden cykl opowiadań o wędrówce w pojedynkę i nie chciałam go rozdzielać, bo tutaj nieistotne są pasma górskie ale właśnie sama idea, jaką jest wędrówka w pojedynkę, na którą składa się cykl różnych relacji. Właśnie wniosłam prośbę do zielonych o przeniesienie wątku ale wyłącznie w całości.
Studenci już dawno temu w swojej bazie w Łopience wykorzystywali szklanki szrapneli jako popielniczki:).
Załącznik 33968
znaczy, na tym Hruniu można się fajnie zgubić - ciekawa sprawa z tym wariującym kompasem - na pewno się tam wybiorę.
A z milusińskich zwierzątek, czas już patrzeć pod nogi - dzisiaj pierwszy raz w tym roku żmiję widziałem - wyglądała na głodną
znaczy, na tym Hruniu można się fajnie zgubić - ciekawa sprawa z tym wariującym kompasem - na pewno się tam wybiorę.
A z milusińskich zwierzątek, czas już patrzeć pod nogi - dzisiaj pierwszy raz w tym roku żmiję widziałem - wyglądała na głodną Na Hruniu gubi się idealnie :)
Widziałem wczoraj kilka tysięcy jaszczurek, a z tą żmiją uważaj, dobrze że Cię nie zjadła, głodne żmije nie wybrzydzają :twisted:
W Huczwicach nad małym jeziorkiem bobrowym zobaczyłam nagle, że jakieś olbrzymie ptaszysko jastrzębiowate zerwało się z ziemi. Ten wielki ruch wielkiego skrzydła zapamiętam długo. Nie widziałam jego lotu po niebie, bo bardzo sprytnie się schował dalej ale po barwach najbliżej mu było do orlika krzykliwego. Kawałek dalej usiadłam, zarządziłam przerwę, bo z czasem byłam zdecydowanie do przodu, niż zakładałam. Przepiękna, słoneczna pogoda i cudna okolica sprawiły, że otrzymałam choć namiastkę Rosolina, o którym wciąż marzę, by doń powrócić. W tym momencie zrozumiałam, że otrzymałam to, czego mi było tak potrzeba. Mianowicie potrzebowałam usiąść w bezludnej okolicy na wielkiej, ogromnej łące i wygrzewać się w słoneczku. Tylko tyle właściwie potrzebowałam przez te trzy dni łażenia i to właśnie tutaj, w Huczwicach miała miejsce kulminacja całej mojej wędrówki. Gdyby nie było tego wprowadzenia, czyli pasma Łopiennika związanego z późniejszym spaniem w namiocie w Rabe -Huczwice same w sobie nie miałyby sensu. Również nie miałyby sensu, gdybym przyjechała tu autem. Do tego osiągnięcia tego stanu potrzebowałam wprowadzenia, jakim była dwudniowa wędrówka i namiot. Gdyby nie było tak gorącego słońca, też nie poczułabym spełnienia w Huczwicach :) Kilka dni wcześniej napisałam w pamiętniku, że potrzebuję usiąść w gorącym słońcu na rozległych, bezludnych rosolińskich łąkach. Wszystko poukładało się bardzo ładnie. Dopiero teraz odkryłam właściwe piękno Huczwic, wcześniej nie mogłam trafić na odpowiednią pogodę. Zagotowałam wodę na kawę w menażce, którą kiedyś nabyłam w sklepie wojskowym z rzeczami z demobilu. Menażka, składająca się z dwóch naczyń, ma na każdym wyrytą datę walki 1968. W tym samym sklepie nabyłam też moje ukochane depeemy oraz koszulę i pokrowiec na plecak. Poniekąd fascynuje mnie to, że tych rzeczy kiedyś używał żołnierz (spodnie i koszula na pewno pochodzą z użytku ale akurat najmniejsze rozmiary były prawie nienaruszone, menażka też była używana).
Załącznik 33969Załącznik 33970Załącznik 33971
Ruszyłam dalej. W zasadzie postój był zbyt długi, bo paradoksalnie postój mnie zbyt zmęczył -ciało przeszło w stan odpoczynku i trzeba było się od nowa rozchodzić, by wejść w rytm marszu a przede mną jeszcze całkiem długa droga. Dalej bez butów doszłam do dużego jeziorka bobrowego, gdzie budowany jest duży taras widokowy. Szybko założyłam buty dla zachowania pozorów normalności. Zagadnęłam z panami, którzy zaprosili mnie... na dach :D Oczywistym było, że nie odmówię, bo uwielbiam włazić i się wspinać. Okazało się, że ci także mieli wielką ochotę zapukać rano do namiociku.
Załącznik 33972Załącznik 33973Załącznik 33974Załącznik 33975
Doszłam do podnóża Chryszczatej po drodze witając się z kolejnymi młodymi chłopakami pracującymi w lesie. Weszłam na szlak kapliczkowy i tutaj od razu zamieniłam się w pielgrzyma. Podejście na Chryszczatą od tej strony -sakramenckie, drugi Walter. Ale przecież ja takie właśnie bardzo lubię. Konkretne. Czyli krótki, bardzo stromy (czasami wręcz fantazyjnie stromy) odcinek ale przynajmniej od samego początku wiesz na co wchodzisz, cały czas widzisz ile jeszcze drogi przed tobą. Nie jak poprzednio, kiedy "kilka" razy jednego dnia wchodziłam na Horodek, "kilka" razy na niebieskim wchodziłam na poszczególne szczyty. Dlaczego piszę "kilka"? Bo zawsze wydawało mi się, że już dochodzę do szczytu a gdy spoglądnęłam przed siebie pokonawszy odcinek, dany szczyt cały czas był daleko i daleko. W zasadzie doszłam do wniosku, że jeżeli myślisz, że już jesteś na szczycie, to na pewno na nim nie jesteś. Analogicznie możnaby powiedzieć odwrotnie - jeżeli myślisz, że szczyt jeszcze daleko to na pewno już na nim jesteś :-) Haha. Ta druga zasada miała miejsce właśnie na Chryszczatej!!!!! Gdy kawalątek przed szczytem spoglądając nań, pomyślałam, że to na pewno nie jest jeszcze to -okazało się, że byłam w błędzie. Tym samym doszłam w końcu do szczytu Chryszczatej! Powiem szczerze, że nie sądziłam, że będę miała stąd widoki ale widocznie wczesna wiosna sprawiły, że nawet ze szczytu Chryszatej można było tu i ówdzie popatrzeć sobie na świat dookoła.
Załącznik 33976
.... czyli leśniczy nie musiał pomagać.....:-P
Schodzić do Prełuk miałam zwyczajnie szlakiem, jednak niedobry Bazyliszek podkusił mnie, by z lekka urozmaicić sobie wędrówkę zmieniając trochę trasę. Z racji tego, że ostatnio na zachodnich zboczach Chryszczatej czuję się niemalże jak u siebie w piaskownicy, namawiać bardzo mnie nie musiał. Czuję tę górę coraz lepiej, coraz lepiej się nad niej odnajduję, coraz lepiej ją poznaję. Dlatego zboczenie ze szlaku Chryszczatej było dla mnie jak pstryknięcie palcem. Wyciągnęłam kompas, by określić azymut. Tuż obok ujrzałam fajny okop z I wojny.
Załącznik 33980Załącznik 33981
Podążając osuwiskiem Zwezło na starcie zaliczyłam kilka dupozjazdów. Nagle znalazłam się w jakiejś magicznej krainie, jakby oderwanej od rzeczywistości, o której świat zapomniał. Byłam w niebie. Ukształtowanie terenu było kosmicznie piękne. Do tego to słońce. Chodziłam niemalże zygzakami, to na prawo, to na lewo, bo chciałam zajrzeć wszędzie. Już teraz wiedziałam, że gdyby wybuchła ta wojna, to wstąpię do partyzantki. Znów wcieliłam się w rolę partyzanta. Zaczęłam intensywnie obmyślać plan, że właśnie tutaj rozlokuję swój oddział. Oczywiście mój oddział będzie nosił kryptonim "Sokoły" ze względu na ulubiony okrzyk w lesie jego dowódcy, czyli "hej". Trzeba myśleć już teraz!!! Przecież gdy wybuchnie wojna, to kto w tym całym chaosie będzie w stanie myśleć, planować a co najważniejsze -działać! Trzeba planować skrytki i bunkry już teraz!!! Czy bałam się tak chodzić? Nie, tu nie ma czasu na bojaźń, trzeba układać plany. Najlepszy partyzant to ten, który doskonale zna swój teren. W tym momencie, pogrążając się w swoich myślach, miałam ochotę zacytować Browara -"my name is Chrin Stebelski!", bowiem takiego smsa mi kiedyś wysłał. Idąc tak zboczem Chryszczatej mijałam to jeden, to drugi, to trzeci potok. Po drodze także dwa inne, całkiem spore jeziorka duszatyńskie. Oczywiście tych dwóch najbardziej znanych nie widziałam, ponieważ były zupełnie po drugiej stronie zbocza.
Załącznik 33982Załącznik 33983Załącznik 33984
Po około godzinie dotarłam do szlaku, czyli już byłam prawie w domu. Dodam, że na oko z 10 razy chodziłam dotychczas po zboczach Chryszczatej ale nigdy nie zdażyło mi się, żebym w dwie strony szła po szlaku, więc i tym razem musiało być na wesoło :) Na ścieżce prowadzącej już prosto do Duszatyna poległam. Taki miałam widok:
Załącznik 33985
Powstałam. Zachodzące słońce mnie oślepiło.
Załącznik 33986
Jakimś cudem doczołgałam się do Prełuk, gdzie skonałam. Idąc wyglądałam jak żołnierz wracający z wojny -kuśtykający na jedną nogę i opierający się o kuli -obowiązkowo o jednej, gdyż zawsze z wojny wracają o jednej kuli. Przez całą Chryszczatą miałam bowiem kostur idealnie przypominający kulę. Sięgał mi tylko do pasa i miał taką rączkę wystającą jak mają kule. Krótki kijek jest idealny na strome podejścia a idąc po równym po prostu przypominał kulę :) Pięty trochę zjechałam ale co najważniejsze -na szczęście nie do krwi :)
http://wadera55.republika.pl/pasmo_l...atej/trasa.jpg
(trasa pod linkiem)
Całość jednym ciągiem także do obejrzenia tutaj:
http://wadera55.republika.pl/pasmo_l...yszczatej.html
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Jej Bohu.....świetny opis, bardzo mi się podobał, niewątpliwy talent literacki ,trochę szkoda go do partyzantki pani Stebelska....:wink:
Oj lubię i ja takie opowiastki. Taki mi nieco koślawy "lepiej" się skleił:
"Lepiej było zaróść smrodem,
niż w potoku spotkać z dronem...."
;)
ALE BIGOS NASZYKOWANY ???? ( i o bimbrze pamiętaj ! )
ps. maczety nie dżwigasz ? ..ja wczoraj swoją naostrzyłem. W razie co- jak będę miał kurs CASĄ , to dokonam zrzutu następnej partii broni , więc szykuj zrzutowisko ! ;)
No właśnie.. ja tu knuję wielkie plany a podstawowej rzeczy, czyli bigosu na wojnę nawet nie zrobiłam...
Niema to jak na wojnie, sporo amunicji , trochę brymuchy ,kwaśny bigos i...słodkie dziewczyny...:lol:
Aniu!, Gratuluję : wędrówki, poskromienia "starej rury" i pięknego opisu. Czytałem z wielką przyjemnością.
Pozdrawiam :)
Kto po ostatniej mojej wędrówce z dn. 17 marca uwierzył w to, że na prawdę mam dosyć wędrówek na najbliższe dni, to oznacza, że mnie wcale nie zna. Już następnego dnia wieczorem spakowałam plecak... He, he, bo to taka choroba jest â szwędactwo górskie :). Za każdym powrotem siedzi przyczajone kilkanaście godzin a później powoduje jakieś zwarcia w mózgu, fale mózgowe wysyłają sygnały najpierw łagodnie, później bardziej zdecydowanie, po dwóch dniach to już istny sztorm we łbie, aż w końcu nadchodzi tsunami i nie sposób się nie ruszyć! To gdzie i kiedy następna wyrypa?
...Kuśtykając z kosturem zaszłam do schroniska szkolnego w Jabłonkach. Oczywiście wcześniej zapowiedziałam swoją wizytę. Miałam cichą nadzieję, że będą palili w piecu, bym mogła sobie osuszyć ubrania na kaloryferze. Nic z tego. Schronisko bardzo mi się podobało, obsługująca starsza pani też okazała się najsympatyczniejszą osobą. Dostałam pokój 14-osobowy z łóżkami piętrowymi.(...) Też polecam gorąco to schronisko! Warto wspomnieć, iż na jego ścianach wiszą piękne zdjęcia przyrody, których autorem jest gospodarz schroniska - Pan Maciej Grzegorzek ( http://www.maciejgrzegorzek.pl/).
Była ogólnodostępna kuchenka, więc zagotowałam sobie niewielki garnek gorącej wody w którym próbowałam zamoczyć stopy. Miło się tym rozgrzałam. Serdecznie polecam to schronisko, bardzo mi się w nim podobało. A woda ciepła też jest, tylko teraz, gdy nie ma turystów, trzeba dość długo poczekać, aż âźdojdzie ruramiâ :)
Całe podejście na Waltera -sakramenckie!! Najbardziej pieruńsko stromy szlak w naszych Bieszczadach! Ale ja właśnie takie podejścia lubię -bardzo dobrze mi się szło, powolutku z nowym kosturem. Nie darmo te piętrzące się kretówki zwano niegdyś Grzebieniem Baligrodzkim, stromo do góry, niezbyt rozległy szczyt, na dół na pysk i od nowa :)
Podejście na inny grzebienia ząb:
Załącznik 34007
Zasnęłam dopiero o 5 nad ranem, wcześniej tylko ot tak drzemałam. Nieoceniony kolega o 7.30 napisał mi smsa, że czas wstawać i ruszać w drogę. I bardzo dobrze.(...) Ale zbój! Dać Ci przespać świt â powinien najpóźniej o 5.15 wysłać sms-a :mrgreen:
Schodzić do Prełuk miałam zwyczajnie szlakiem, jednak niedobry Bazyliszek podkusił mnie, by z lekka urozmaicić sobie wędrówkę zmieniając trochę trasę. (...) To za karę! Za dręczenie sms-ami :wink:, a że tu idzie, a że tam, a że burza śnieżna, a że słońce, a we fabryce do fajrantu daleko, a końca tygodnia nie widać!!!
Cieszę się, że zaczęłaś umieszczać relacje na forum, czytało się świetnie! Czy już wszystko uprane i spakowane do następnego wyjścia?
Bazyl: "Za każdym powrotem siedzi przyczajone kilkanaście godzin a później powoduje jakieś zwarcia w mózgu, fale mózgowe wysyłają sygnały najpierw łagodnie, później bardziej zdecydowanie, po dwóch dniach to już istny sztorm we łbie, aż w końcu nadchodzi tsunami i nie sposób się nie ruszyć! To gdzie i kiedy następna wyrypa?"
-oj tak Bazylku, pewnie widziałeś jak mnie nosiło patrząc za okno na deszcz. Rozbawiłeś mnie z tymi "przyczajonymi godzinami". Dziś polazłam górami do sklepu, hehe 40 minut w lesie ale dobre i to.
B: "A woda ciepła też jest, tylko teraz, gdy nie ma turystów, trzeba dość długo poczekać, aż âźdojdzie ruramiâ :)"
-zgadza się, odkryłam to dopiero rano.
B: foto
-super sprawa
B: "Ale zbój! Dać Ci przespać świt â powinien najpóźniej o 5.15 wysłać sms-a"
-Niech tylko spróbuje ten zbój :> Widziałam różowy świt przez ściany namiotu ale za chiny ludowe nie chciało mi się wyleźć, teraz tylko żałuję
B: "To za karę!"
- :D Jeżeli to jest karą to nazywaj mnie masochistą :)
B: "Czy już wszystko uprane i spakowane do następnego wyjścia?"
- hehe w piątek przyjeżdża do mnie przyjaciel z Niska z dziewczyną i duże prawdopodobieństwo, że będę szła z nimi na.. Chryszczatą ;p Relacji z tego nie będzie ale zastanawiam się, czy nie powinnam napisać sobie stałej tabliczki - "Poszłam na Chryszczatą, zaraz wracam". Póki co zawsze gdy gdzieś wychodzę (np. jak dziś) to zostawiam karteczkę: "Poszłam na wilki, zaraz wracam, proszę dzwonić: 694..". Czemu wilki? Bo miałam dwie karteczki: albo szłam faktycznie na wilki albo normalną. Ale normalna mi się zgubiła i zostały te wilki. Myślę, że teraz bardziej aktualne będzie: "Poszłam na Chryszczatą, zaraz wracam".
Nagle znalazłam się w jakiejś magicznej krainie, jakby oderwanej od rzeczywistości, o której świat zapomniał. Byłam w niebie. Ukształtowanie terenu było kosmicznie piękne. Do tego to słońce. Chodziłam niemalże zygzakami, to na prawo, to na lewo, bo chciałam zajrzeć wszędzie Jimi!, swoim wspaniałym opisem, wyzwoliłaś u mnie wielką potrzebę przejścia tą trasą. Czytając Twoje relacje, dopiero widać urok bieszczadzkich ustronnych miejsc. Co ciekawego mogą powiedzieć ci, którzy podczas wędrowania trzymają się sztywno szlaku?. Nie mają szans na poznanie "kosmicznego piękna" ukształtowania terenu. Podziwiam Twoje rozeznanie terenu posługując się tylko mapą i busolą. Przecież ustalenie swojego miejsca stania w lesie, gdzie trudno o jakieś konkretne punkty odniesienia, to jest wyzwanie tylko dla fachowców z terenoznawstwa. Jak widzę, to Ty się do nich zaliczasz. Gratuluję. Z wypiekami na twarzy przeczytałem wszystkie Twoje relacje. A wyobraźnia buzowała na wysokich obrotach:). Oczywiście posiłkowałem się mapą, aby bardziej przybliżyć sobie Twój opis poszczególnych miejsc. Dzięki.
Co ciekawego mogą powiedzieć ci, którzy podczas wędrowania trzymają się sztywno szlaku? To są w ogóle tacy?
Zbyszku, cieszę się, że się podoba. Tak na prawdę to takich miejsc jest cała masa. Myślę, że to nie jest kwestia danych miejsc ale punktu patrzenia ludzi, którzy po nich chodzą. Dam sobie rękę uciąć, że cała masa ludzi nie zobaczy w nich nic nadzwyczajnego, ot zwykła sterta kamieni czy pagórków. Pamiętam, gdy pierwszy raz wybrałam się na spacer po starych Prełukach, gdzie znalazłam dziesiątki fantastycznych rzeczy, pozostałości -fragmentów murków, fundamentów, piwniczek, studni, schodów itp itd. Wróciłam do domu cała oszołomiona i chciałam bardzo z kimś podzielić się moim odkryciem. Podzieliłam się i bardzo tego żałuję... Bowiem zostałam potraktowana jak jakaś bardzo dziwna osoba," którą fascynuje kawałek kamienia a przecież to nic nadzwyczajnego, ot zwykła sterta kamieni, więc nad czym ja się tak podniecam?" (to jest cytat). To wszystko jest tylko kwestią spojrzenia osób a nie miejsc samych w sobie. Ludzie oczekują Bóg wie czego i czasami mam spore obawy zabierać kogoś (przypadkowe osoby) na swoje spacery, bo to wiąże się tylko z nudą i narzekaniem (że daleko, że pod górę, że na czworaka, że bez rewelacji). Dlatego dla świętego spokoju chodzę sama. Z tego właśnie powodu nie chcę umieszczać swoich relacji na stronie Chaty (choć mnie o to proszono), bo wiem, że cała masa przypadkowych ludzi będzie oczekiwała potem Bóg wie czego w okolicy -a to przecież jest TYLKO sterta zwykłych kamieni.
Żeby było ciekawiej, dziś idąc do sklepu do Komańczy górami wybrałam się jeszcze inną trasą. Najpierw wejście na szczyt GSB a później odbitka ze szlaku. I wiesz co? I właśnie poczułam się dokładnie tak, jak zacytowałeś powyżej. Znów to samo!!! Znów magiczna rzeźba terenu, wiele malutkich pagórków, które sprawiały, że ten las wyglądał tak prześlicznie a "droga" moja tak falowała -lekko pod górę, lekko na dół. Trochę podobne miejsce jak to osuwisko na wypłaszczeniu (tylko nie kamieniste). A tam tyle okazów pięknych roślin, kwiatów!! Śledziennice skrętolistne, zawilce, złoć żółta, nawet kaczeniec się znalazł, lepieżniki białe, masa pierwiosnków lekarskich, przekwitłe już wilczełyko, oczywiście masa żywców gruczołowatych i podbiał pospolity. I jeszcze takie malutkie niebieskie oraz takie prześliczne niebiesko-fioletowo-różowe (nazwę dzisiaj poszukam w atlasie bo to najbardziej niedawna roślina i jeszcze nie znam jej nazwy). I to wszystko w lesie!!! W tym lesie, w który od listopada przeszłam już dziesiątki razy (1-2 razy na tydzień) i dopiero teraz je odkryłam!!! Można 20 razy iść danym lasem i dopiero za 21 razem znajdziesz coś zupełnie nowego. Takich miejsc jest cała masa, to tylko kwestia spojrzenia.
"Przecież ustalenie swojego miejsca stania w lesie, gdzie trudno o jakieś konkretne punkty odniesienia, to jest wyzwanie tylko dla fachowców z terenoznawstwa."
-mapą i busolą to każdy głupi potrafi (pod warunkiem, że nie jest na Hruniu :D). Faktycznie, mam coś takiego, co jest dla mnie oczywiste, że nawet jak pójdę w nowe miejsce, bez żadnych ścieżek, to jestem ci w stanie palcem na ziemi rozrysować np. moją trasę sprzed godziny, nie mając żadnej mapy czy kompasu. Nawet jak się zgubię i bardzo często nie wiem gdzie dokładnie jestem, to idąc instynktownie praktycznie zawsze dochodzę tam gdzie chciałam. Ale tak jest w górach, gdzie wbrew pozorom jest wiele punktów odniesienia (pagórki, szczyty), nie wiem w jakim stopniu bym się odnalazła na nizinach...
Ot pozwolę sobie na małą polemikę z Jimi która napisała że
Ja miałem to szczęście , że dane mi było wędrować nie raz, z ludźmi którzy widzą i czują to po czym idą, dzięki czemu pokazują mi to na co ja bym nie zwrócił uwagi.
I odwrotnie , ja pokazuję im to czego oni nie zauważyli. Wówczas taka wędrówka jest pełna odkryć i tych małych i dużych. Jest pełniejsza.
Tyle tylko że dotyczy to osób z pewnym poziomem wrażliwości gdyż inaczej jest problem bo :
i tu się zgodzę.
"I odwrotnie , ja pokazuję im to czego oni nie zauważyli. Wówczas taka wędrówka jest pełna odkryć i tych małych i dużych. Jest pełniejsza. Tyle tylko że dotyczy to osób z pewnym poziomem wrażliwości"
Zgadza się Heniu, dlatego bardzo chętnie bym się z Tobą zabrała w góry :) Chodzę sobie sama, bo po prostu zwyczajnie nie mam z kim chodzić ;p
Czy to brzmi absurdalnie? Na tym forum tak, bo jest tu wielu pasjonatów. Ale patrząc szerzej, na ogólną skalę ludzi czy turystów (hehe), to nie. Tak jak bardzo często (prawie, że za każdym razem), gdy złapię autostopa to kierowca mówi mi, że nie ma już takich turystów z plecakiem. Ja się wtedy dziwię (często w myślach): "jak to nie ma?! przecież ja znam całą masę takich ludzi, jak na przykład Henio i wszyscy tu z forum". Ale forum to tylko zrzeszenie pasjonatów.
Podobne zauroczenie przeżyłem pod Łopiennikiem. Opiszę to w przyszłości, jednak na pewno nie takim pięknym językiem jak to robi Jimi, a mam na myśli miejsce o nazwie Kamiadola. Dlaczego tam poszedłem?, to niech to będzie na chwilę obecną, moją słodką tajemnicą:).
Chciałbym mieś obok siebie takich "głupców":). Ten osławiony Hruń wzbudził we mnie szczególne zainteresowanie:).
Albo podobnie, kontynuując tę melancholijną polemikę, jest z cmentarzykami wojskowymi zaznaczonymi na mapach turystycznych. Dla jednego jest to tylko sterta kamieni z dwoma patykami przełożonymi pod kątem 90 stopni, drugi zaś wie, że jest to cmentarz z I wojny, miejsce gdzie są pochowani ludzie i gdzie toczyły się bitwy. Czy takiego cmentarza oczekiwaliśmy? Może raczej nagrobków z efektownymi płytami i epitafiami. A nie daj Bóg, tych kamieni już nie będzie! Oh, co za rozczarowanie, zwykłe runo leśne. Jeden będzie rozczarowany, zaś inny poświęci pół dnia, by te kamienie w środku lasu znaleźć i gdy znajdzie, będzie najszczęśliwszym człowiek na świecie a z drugiej strony przeżegna się i pogrąży w zadumie i smutku. Tak samo jest z górami, ot zwykłe pagórki.
zaś inny poświęci pół dnia, by te kamienie w środku lasu znaleźć i gdy znajdzie, będzie najszczęśliwszym człowiek na świecie a z drugiej strony przeżegna się i pogrąży w zadumie i smutku. Oj Jimi, prawdę piszesz. Mam taką trasę na kącie - Wierch nad Łazem. Jednak aby w pełni zrozumieć to co napisałaś, niezbędna jest odrobina wiedzy na temat tych wydarzań. Ostatnio "zaliczyłem cegłę" - "Karpacka wojna trzech cesarzy". Książka podobno kontrowersyjnego autora, jednak przybliżyła mi tragedię jaka miała miejsce między innymi w Bieszczadach podczas I wojny. Fachowcy od I wojny na pewno są rozczarowani tą książką, natomiast ja, jako nie historyk, niektóre fragmenty dotyczące znanych mi miejsc w Bieszczadach, przeczytałem 2 razy podpierając się dodatkowo mapą.
Heh, po przeczytaniu akcji z Hruniem przypomnial mi sie start w 2008 w Biegu Rzeznika. No, niby mielismy biec szlakiem, ale ze wtedy jeszcze malo bylo uczestnikow, ja pierwszy raz
w terenie w Duszatynie to wyszlo jak wyszlo:
Truchtamy w grupie do Duszatyna, tam robimy błąd (z mojej winy) który kosztował nas sporo sił oraz czasu. Skręcamy w bok, gdyż zamajaczył nam szlak czerwony powtórzony razem z wykrzyknikiem, zanim się skapnęliśmy o potwornym błędzie jesteśmy dość wysoko i nie chce się nam wracać. Postanawiamy iść/biec przez kszal na szagę i ominąć Jeziorka Duszatyńskie. Problem w tym, że nie wiedzieliśmy ile tego nadrabiania będzie, w pewnym momencie nie byliśmy nawet pewni czy jesteśmy na prawidłowym ramieniu i czy przypadkiem za chwilę nie zakończy się nasz bieg, przypominam - limit czasu do Żebraka to 2h30min. Poniżej schemat naszego nadrobienia trasy:
http://img149.imageshack.us/img149/8...ryszczaxh5.jpg
Na Chryszczatej meldujemy się ok 5:50, widać że są na trasie inni ludzie aniżeli Ci, przy których byliśmy w Duszatynie, jesteśmy z tyłu... Przyginamy do przodu, mijamy parę drużyn, 2h30min na przepaku na Przełęczy Żebrak. Ledwo ledwo. Niby to miał być limit, ale mam wrażenie że orgowie puszczali ludzi także z gorszymi czasami dalej w trasę i dobrze. Odcinek do Cisnej, następne ok 17km jest naszym najlepszym, nie gubimy się nigdzie, cały czas kogoś mijamy, w ten sposób przeskakujemy dwadzieścia parę ekip i meldujemy się w Cisnej o 8:20.
(...)
Zgadza się Heniu, dlatego bardzo chętnie bym się z Tobą zabrała w góry :) Chodzę sobie sama, bo po prostu zwyczajnie nie mam z kim chodzić ;p
(...). Byłbym zaszczycony
hahahaha Heniu przestań :D
Odnośnie cytatu o kamieniach, to dla rozwiania domysłów tyczył się mieszkańców znacznie odległej wioski, którzy przyjechali akurat w odwiedziny ;p
Jimi świetne opisy wędrówek tak lekko sie to czyta. Super ! A co do tego, że czasem wydaje nam się że szczyt jest tuż tuż albo, że już jesteśmy na jakimś szczycie to nie jestes w tym sama :P. W zeszłym roku końcem kwietnia wybrałam się ze znajomą szlakiem granicznym z Wetliny do Bacówki pod Małą Rawką, oj jak psioczyłyśmy gdy w pewnym momencie okazało się, że jesteśmy na Hrubkach a nie na Kamiennej, no ale cóż zrobić trzeba było ruszyć na przód, gdy już dotarłyśmy do Hrubek jakoś tak lżej się zrobiło wiedziałyśmy że już tylko ciut ciut i będziemy na miejscu :-).
W tytule jest "polemika" więc ośmielę się polemizować.
I z góry przepraszam Jimi za może zbyt osobiste pytania.
Ja tez lubię wędrować czasem samotnie, ale na ogół krótko - 3-6 godzin aby dojść do schroniska i tam spotkać się ze znajomymi, porozmawiać pośpiewać.
Na dłuższą metę samotność jest dla mnie męcząca.
Po za tym kiedy widzę widoki szczególnie piękne, jakieś ciekawe drzewo, ciekawy kamień, mam zawsze ogromną ochotę z kimś się podzielić. Po prostu powiedzieć do kogoś - "popatrz jak tu pięknie".
Można oczywiście zrobić zdjęcia i podzielić się potem, można w dobie współczesnej techniki wysłać nawet MMS (często sobie takie wysyłamy z moim synem), ale to zupełnie nie jest to samo.
Jimi - czy nie odczuwasz czasem braku takiej możliwości podzielenia się ?
Basiu, ja jestem osobą bardzo otwartą i bezpośrednią, pytanie to jest ok :) Właśnie taką potrzebę spełniają owe relacje, gdybym ich nie pisała i w ten sposób z nikim nie dzieliła się moimi odkryciami, to byłaby już katastrofa. Także często wysyłam smsy do znajomych, znacznie rzadziej mmsy. Ale wiem, że wcale o to Ci nie chodzi. Chęć podzielenia się na miejscu widokiem, napotkaną przyrodą -nie specjalnie odczuwam taką potrzebę (dzielę się tym w relacjach pisanych lub ustnych). Myślę, że bardziej potrzebowałabym podzielić się tym, co niematerialne, czyli zwykła rozmowa na fajrancie, rozmowa przy wieczornym ognisku -taka ogólna o życiu ale i niebanalna, jak o modzie i pogodzie. W zasadzie chodząc odczuwam pewną schizofrenię, czyli rozmowę z samą sobą, co mam od dziecka :D I właśnie dokładnie te dialogi są użyte w relacjach pisanych. Odnośnie odwiedzonych miejsc po raz pierwszy, w chwili obecnej nie myślę, że szkoda, że nie ma tu nikogo. Plany układam dopiero wróciwszy do domu, że jest kilka ulubionych miejsc, gdzie chciałabym się z kimś udać. Jest też kilka miejsc, po których boję się sama chodzić (tu przykładowo nasuwa mi się na myśl całe pasmo Jeleniowatego) i właśnie z takiego powodu chciałabym tam pójść z kimś ;p
Jałynowaty jest średnio interesujący - spore zrywki. Na pewno Brenzberg warto zbadać, jest tam też miśka, taka przyzwyczajona do widoku (może raczej zapachu) ludzi, pozdrów ją ode mnie ;)
Czy jeśli jest tytuł wątku Polemika - to mogę się nie zgodzić z Tobą ?
Jeleniowaty dla mnie to pasmo tajemnicze.
Jeleniowaty dla mnie to pasmo tajemnicze. Dzięki za podpowiedź:). Jak obliczyłem to ok. 18-19 km, czyli jeden dzień wystarczy a przy okazji i Łokieć doczeka się aby tam zajrzeć.
Majówka w Bieszczadach 2014
http://wadera55.republika.pl/majowka...jowka2014.html
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Dnia 29 kwietnia 2014 w godzinach popołudniowych przyjechałam do Leska. Stamtąd serdeczny kolega zabrał mnie na objazdową wycieczkę po okolicznych szybowiskach - Bezmiechowej i Weremieniu. Ciekawostką jest, że w Bezmiechowej można natknąć się na pięknie rosnącą... kosodrzewinę, która została tu sprowadzona z wysokości 2000 metrów.
Załącznik 34356 Załącznik 34357 Załącznik 34358
Następnego dnia kilkadziesiąt minut spędziłam bujając w obłokach na wysokości nawet 1500 metrów. Poniżej zdjęcie zrobione już z niższej wysokości. "Spójrz, jak te chmury pędzą!", powiedziała Ania. "Nie, to my pędzimy :)", odpowiedział pilot.
Załącznik 34359
Potem udałam się do Prełuk, gdzie wieczorem żegnałam się z najcudowniejszymi sąsiadami, jakich kiedykolwiek miałam. Alina pochwaliła mi się rogiem, jaki pod moją nieobecność znalazła. Oczywiście zupełnie przypadkowo. Oni zawsze znajdują rogi z nudów. Ten ma szczególnie fantazyjne ułożenie, czternastak rzecz jasna, bez pary.
Właściwa wędrówka rozpoczęła się 1 maja. Udałam się na wschód do wsi o pięknej nazwie. Nie tylko nazwa mnie zauroczyła ale także sam jej wygląd. W pierwszej kolejności ukryłam plecak w krzakach i udałam się do sklepu oraz na zwiedzanie okolicy. Prawie wszystkie sklepy tego dnia pozamykane, tym bardziej o godzinie późno popołudniowej, jednakże po naciśnięciu dzwonka niebawem, ku mojemu zaskoczeniu, drzwi się otworzyły. Poznałam tam pewnego medialnego i małoskromnego zakapiora, który nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Zwiedziłam piękne ruiny cerkwiska i cmentarza.
Załącznik 34360 Załącznik 34361 Załącznik 34362 Załącznik 34363
Wróciłam do plecaka i udałam się na górkę w celu znalezienia miejsca na nocleg. O zachodzie ujrzałam przepięknego konia, którego grzywa odbijała się od ostatnich promieni słońca.
Załącznik 34364
Czasem w Bieszczady zdarzało mi się nosić różne dziwne rzeczy. Tym razem rzecz była równie abstrakcyjna - czarne szpilki. Musiałam je przywieźć w ten weekend z innych powodów, jednak potem przy wyprowadzce zapomniałam je spakować. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zabrać je ze sobą do plecaka na wędrówkę... Podobnie rzecz się miała z maczetą. Kobieta chodząca po górach z czarnymi szpilkami i maczetą... robi wrażenie? W tym momencie zwracam się do czytelnika o lekką dozę humoru i przyróżenie oka, ponieważ sam fakt noszenia takich butów ze sobą po górach rozbawił mnie na tyle, że postanowiłam zrobić sobie z tego mały ubaw.
Załącznik 34365
Następnego dnia udałam się na miłą wędrówkę. Założenia były takie, by podążać szlakiem. Jednak okazało się w praktyce, że szlak był oznakowany tylko około 2 razy na początku i raz na końcu odcinka. Fakt ten dodał troszkę adrenaliny mojej wędrówce i jeszcze więcej satysfakcji, gdy zobaczyłam oznakowanie po wyjściu z lasu, po około 2 godzinach marszu. Na początku podążyłam za kobiecą, górską intuicją (dobrze, że przynajmniej mam tę górską..) i udałam się jakąś stokówką w las. Potem trzykrotnie zmieniałam tor mojej ścieżki. Szłam na zupełnym luzie, niespecjalnie przejmowałam się, czy idę szlakiem, czy nie - bo szlak w praktyce istniał tylko na mapie. Stwierdziłam (jakże odkrywczo), że idąc tak, w końcu gdzieś dojdę. Święta zasada - wszystkie stokówki prowadzą do drogi. Ależ buchnęłam śmiechem w duszy, gdy zobaczyłam po wyjściu z lasu, oznakowanie szlaku i pewne punkty orientacyjne zaznaczone na mapie. Oznaczało to, że cały czas szłam wzorowo szlakiem, który istniał tylko na mapie. To już nie pierwszy (i nie piąty) raz, gdy chodząc "Bóg jeden wie gdzie"wychodzę wypisz - wymaluj dokładnie w miejscu, do którego zmierzałam.
Wyniknęła nieplanowana potrzeba udania się do sklepu, więc schowałam plecak w krzakach i poświęciłam 40 minut na spacer na zakupy. Potem zamierzałam odwiedzić pewną wysiedloną wieś i 15 minut zastanawiałam się, jak doń trafić. Szybciej byłoby pod górę, jednak szczerze powiedziawszy wciąż nie ufam swojej górskiej intuicji (którą raczej nazwałabym przypadkiem) i nie wierząc, że byłabym w stanie odnaleźć w lesie właściwą stokówkę, udałam się doń drogą okrężną, pozostawiając wiąż plecak w krzakach. Dosyć szybko przekonałam się o słuszności swojej decyzji (zarówno tej o okrężnej drodze, jak i tej o chodzeniu bez obciążenia) ze względu na przepiękne walory widokowe. Oto nagle otworzyły siębramą przede mną łąki dawnej wsi. Byłam w niebie. Do tego pogoda tak przepiękna -upalne słońce i leciutki wiatarek dodający ochłody. To wszystko zapierało mi dech w piersiach. Poczułam tę przestrzeń. Poczułam powiew Ukrainy. Udałam się na poszukiwanie cmentarzyka, którego niestety nie znalazłam. Mimo tego, teren starałam się spenetrować dość dokładnie. Około pół roku temu odkryłam inną wysiedloną wieś, którą okrzyknęłam bezkonkurencyjnie najpiękniejszą w Bieszczadach. Jednak teraz będąc tutaj ocena ta została bardzo mocno podważona. Ta chyba wydała mi się jeszcze piękniejsza.
Załącznik 34366 Załącznik 34367
Powoli opuszczając rozległe łąki, rozmyślania me przerwało dwóch panów na motorkach. "Proszę pokazać dokumenty. Czy wie pani, gdzie jest granica państwa? U kogo zatrzymała się pani na nocleg?". "U nikogo, chodzę sobie z namiotem", odpowiedziałam. Panowie tak spojrzeli na mnie, żadnego namiotu w zasadzie nie widząc. Odczułam to zdziwienie, wtem wytłumaczyłam, że plecak ukryłam w krzakach w punkcie X. Weseli panowie odpowiedzieli, że nie zdradzą mojej kryjówki nikomu. Wdając się z owymi panami w wesołą rozmowę, powiedziałam, że cieszę się, że mnie spisują, bo będzie co opowiadać w domu (a prawdę powiedziawszy, zawsze chciałam być spisana przez straż graniczną). Następnego dnia już jednak żałowałam tego faktu. Panowie odpowiedzieli, że miło by było, gdyby każdy cieszył się z tego, że go spisują. Po około 10 minutach doszedłszy do punktu X, zobaczyłam, że panowie już tam na mnie czekają. Wyczarowałam plecak i musiałam przedstawić im plan mojej dalszej wędrówki. Oni poinstruowali mnie, że w okolicy jest dużo niedźwiedzi i na rozstajach trzeba skręcić w prawo a na drugich w lewo. Potem jeszcze kilka minut siedzieliśmy i rozmawialiśmy na różne śmieszne tematy. Przecież jak najlepsze relacje ze strażnikami są podstawą sukcesu...
;)...fajnie, że maczeta Ci służy ( oddaj do naostrzenia koniecznie ! ) ....a szpilki -TEŻ BROŃ!!! :lol:
ech, to chowanie plecaka w krzakach -skąd ja to znam ?.....:lol:
"Zwiedziłam piękne ruiny cerkwiska i cmentarza. "
.... tajemniczo piszesz, więc tajemniczo zapytam... czyżby L...e?...
"Podobnie rzecz się miała z maczetą. Kobieta chodząca po górach z czarnymi szpilkami i maczetą... robi wrażenie?"
Oczywiście kolor rękojeści maczety dobrany do koloru szpilek :):grin:
przemolla: nie ;p
.... tajemniczo piszesz
i w tym cały urok !
Udałam się w las dalej. Dosyć szybko napotkałam na wiele tropów niedźwiedzi, o których wspominali strażnicy. Za chwilę usłyszałam szelest i hałas. Pisnęłam i krzyknęłam, nie wiedząc o co chodzi. Dwa bydlaki rzuciły się zadowolone w podskokach na mnie. Za chwilę z lasu wyłonił się człowiek. Z ubioru wyglądał jak typowy myśliwy, nawet jego psy były jak z elementarza. Zapytał dokąd idę. "Ale tędy?! A widziała pani te ślady niedźwiedzi?" -zagadnął. Po drodze napotkałam na kilka ciekawych konstrukcji całych zamaskowanych.
Załącznik 34369 Załącznik 34370
Na rozstajach, zgodnie ze wskazówkami, skręciłam w prawo. Zastanawiałam się kiedy mam odbić w lewo. Były już nawet drugie rozstaja ale pomyślałam, że na pewno o te im nie chodziło. Na trzecich w końcu odbiłam w lewo. Już z początku nie podobała mi się ta ścieżka. Po przejściu około 1 km zorientowałam się, że to był zły pomysł, szłam bowiem ku granicy, pewnie miałam ją już niedaleko. Zawróciłam. Dopiero na następnych rozstajach odbiłam w lewo. Wyszłam na piękne rozległe łąki kolejnej wsi.
Załącznik 34371 Załącznik 34372 Załącznik 34373
Tu rozbiłam namiot. Na odległym końcu mojej łąki zobaczyłam słupki graniczne. Z niecierpliwością oczekiwałam odwiedzin kolejnych miłych panów na motorkach. Niestety odwiedzin nie było.
Wieczorem zaczęło grzmieć i błyszczeć. Widziałam jak leje za górami. Nocą dopadł mnie deszcz. Miło spało się w ulewie w namiocie. Rankiem miała miejsce kolejna sesja obuwia.
Załącznik 34374 Załącznik 34375
Pojawił się mały dylemat - które buty ubrać na wędrówkę w góry? W trekach każdy głupi umie chodzić po górach!
Załącznik 34376
Gdy złożyłam namiot, zaczęło mocno padać. Stwierdziłam, że ukryję plecak w krzakach, udam się dalej w góry i wrócę tu za 3 godziny. Lało i lało ale przecież człowiek nie jest z cukru. Dosyć szybko przekonałam się, że plany moje legły w gruzach, ponieważ drogę przecięła mi rzeka.
Załącznik 34377
Udałam się więc ścieżką wzdłuż niej, gdzie usiadłam na dłuższą chwilę pod świerkami chcąc przeczekać ulewę. Wracając do plecaka miała miejsce pewna przygoda, jednak ostatnie resztki rozsądku nakazują mi ją przemilczeć. Zdjęcia tego nie wykonałam ja.
Załącznik 34378
Dalej udałam się na obiad do okolicznej knajpki i po południu ruszyłam do Leska, gdzie nocowałam w schronisku szkolnym. Następnego dnia z samego rana wróciłam do miasta.
Hmmmm...a pończochy do tych szpilek były? bo chyba nie skarpety trekingowe..to byłby kwiatek do kożucha..;)
Jimi-już wiem dlaczego niedźwiedzi i wilków na swej drodze nie spotykasz- boją się biedaki że rozdepczesz je swoimi szpilkami ;-)
Z Lisznej na Hyrlatą
25/26 października 2014
http://wadera5.republika.pl/hyrlata/hyrlata.html
Zastanawiałam się czy opisywać tę wędrówkę, bo przecież ani nie było w niej przygód w postaci niedźwiedzi, ani kompas nie doznał rozmagnetyzowania, pięta nie obcierała, nawet nie pogubiłam się w lesie na Słowacji, także zupy ze skarpet nie było, nie przekraczałam też granic nielegalnie a nawet namiotu nie taszczyłam ino leciutki, mały plecaczek. Więc co u opisywać? Jednak było tak miło i przyjemnie, że postanowiłam utrwalić tę chwilę i się z nią podzielić.
W sobotę z rana wyjechałam z Rzeszowa do Zagórza. W Zagórzu zaopatrzyłam się w pobliskim markecie i zjadając po drodze w marszu śniadanie podążyłam standardowo w stronę kościoła i krzyżówki Wielopole - Poraż. Jako, że droga na najbliższym kilkudziesięciu kilometrów jest już elegancka (pomyśleć jakie straszne dziury były jeszcze dwa lata temu!) więc udałam się w kierunku na Wielopole. Nie chciałam jechać przez Cisną, ponieważ w ciągu ostatnich dwóch lat tak wiele podróżowałam odcinkiem Zagórz - Komańcza, że w zasadzie wydawało mi się to oczywiste i była to dla mnie jedyna słuszna droga. Taka moja. Teraz poczułam, że czuję się niewyraźnie. Ot skutki wczorajszego mroźnego dnia w Rzeszowie. Tak dawno nie byłam już przeziębiona. Autostop łapałam teraz chyba najszybciej w życiu -mimo, że z kilkoma przesiadkami, to nie stałam nigdzie dłużej niż 15 sekund. Po prostu wysiadałam i od razu wsiadałam do nowego auta. Tym sposobem zajechałam do miejsca, gdzie rozciąga się najdłuższa prosta w Bieszczadach. Jest to określenie oczywiście zaczerpnięte od literata Stacha. W Woli Michowej zastój. Prawie zasnęłam przy drodze, znów czułam się słabo i chyba dobierała się do mnie gorączka. W zasadzie stan ten dobrze odzwierciedlał cel do jakiego zmierzałam -Hyrlatą.
Załącznik 36379
Jednak nigdy nie ma tak źle, żeby jakoś nie było, więc udało mi się złapać stopa do krzyżówki w Żubraczem na Liszną. Dalej podreptałam sobie przez Liszną na piechotkę. Pogoda była przepiękna, słoneczna i ciepła. W zasadzie niepotrzebnie zabrałam ze sobą dużo ciepłych rzeczy, wszak dzień wcześniej w Rzeszowie był mróz i pochmurnie. Podczas podróżowania autostopem dowiedziałam się też, że wczoraj w Bieszczadach w górach spadł pierwszy śnieg. Dziś pogoda zmieniła się nie do poznaki, było bardzo ciepło. Poniżej zdjęcie z widokiem na górę, na którą dziś będę wchodzić, czyli na Hyrlatą.
Załącznik 36380 Załącznik 36381
Gdzieś pośrodku wsi odbiłam w mniejszą ścieżkę. Jeszcze rzut okiem za siebie.
Załącznik 36382
I za chwilę przed siebie. Przede mną Hyrlata ale póki co podążam bardzo miłą dróżką.
Załącznik 36383
Lada moment znalazłam się w lesie. Tu odpaliłam kompas, by łatwiej było mi zlokalizować stokówkę, jaką planowałam wchodzić na szczyt. Oczywiście znów poniosła mnie fantazja i zbyt daleko zaszłam po w miarę płaskim zamiast iść do góry. Liczyłam, że zgodnie z mapą przejdę najpierw potok. Zorientowałam się przy bardzo charakterystycznym jarze (na mapie oznakowanym jako potok), gdzie ścieżka mocno odbijała w prawo (do Lisznej) zamiast na lewo w góry. Według mapy w tym miejscu miała być dawna ścieżka na szczyt. Jednak coś mi tu w ogóle nie pasowało, więc postanowiłam cofnąć się do miejsca, gdzie widziałam jakąś inną stokówkę na górę. Wróciłam i ruszyłam do góry. Po drodze widziałam, jak wszystkie mniejsze jakie widywałam łączyły się z moją ścieżką, dlatego uznałam, że idę jakąś główną stokówką. W zasadzie wyprowadziła mnie ona na górę owego jaru. Dalej już nie prowadziła do góry ale jakimś prostopadłym płajem, który później pewnie schodził do Lisznej. Po dłuższym namyśle postanowiłam po prostu pnąć się chaszczem do góry. Znów wyszłam do jakiejs stokówki idącej prostopadle płajem i prawdopodobnie łączącej się z poprzednią ku Lisznej. Nie poszłam na łatwieznę. Znów chaszczem do góry. Znów doszłam do kolejnej prostopadłej stokówki, która tym razem zmierzała jakoś bardziej pod górę niż w dół, więc wydała mi się ciekawym rozwiązaniem. Dzięki tej kombinacji ścieżek i cofaniu się na początku, odniosłam wrażenie jakbym dość dobrze okiełznała ten odcinek, czyli jako tako ogarnęłam sieć stokówek w tej okolicy. Więc przy trzeciej stokówce zmieniłam kierunek na północno zachodni. Czy właściwie? Zależy co dla nas jest pojęciem właściwym. Według mnie właściwie, gdyż dzięki temu poznałam piękną leśną okolice i na prawdę ciekawe ścieżki. Gdyby jednak właściwym było dotarcie na szczyt Hyrlatej, to ta ścieżka mnie tam nie wyprowadziła. Teraz już wiem, że na szczyt powinnam po prostu dalej iść przed siebie chaszczem :) No ale udałam się stokówką. Tu spotkałam pierwsze resztki oznak wczorajszego śniegu. W zasadzie określenie tego śniegiem to określenie bardzo nad wyrost ale było to coś białego i zimnego. Z podekscytowania dotknęłam. Dotknęłam pierwszego śniegu w tym roku w Bieszczadach. He.
Załącznik 36384
Po około pół godzinie wyszłam na polanę szczytową. Jako, że na najwyższym szczycie Hyrlatej jest podobno krzyż, więc stwierdziłam, że nic takiego tutaj nie widzę ale też jest fajnie. W zasadzie to było bosko. Znajdowałam się na jednej z kilku pięknych polan widokowych na Hyrlatej. Przede mną wspaniała panorama na góry Słowacji. A za mną coś jeszcze lepszego -przepięknie zarysowujące się działy Łopiennika a bliżej Chryszczatej. Wspaniale wyodrębnione pasma górskie. Stwierdziłam, że najlepsza perspektywa na oglądanie tych długich działów znajduje się właśnie na Hyrlatej. Poniżej zdjęcia. Na pierwszym ładnie widoczne pasmo Chryszczatej, w oddali Łopiennika. Na drugim zdjęciu znów część pasma Chryszczatej a za nim, tym razem lepiej zarysowujące się, pasmo Łopiennika.
Załącznik 36385 Załącznik 36386
Zrobiło mi się tak błogo, że położyłam się na ziemi i oglądałam lazurowe, jesienne, bieszczadzkie niebo z perspektywy traw i jagodzisk.
Załącznik 36387 Załącznik 36388
Z Lisznej na Hyrlatą
Na pierwszym ładnie widoczne pasmo Chryszczatej, w oddali Łopiennika. Na drugim zdjęciu znów część pasma Chryszczatej a za nim, tym razem lepiej zarysowujące się, pasmo Łopiennika. Przyznaję, że widoki z Hyrlatej są wspaniałe. Zarówno na południe jak i na północ. Warto nawet za cenę chaszczowania wdrapać się na jej szczyt. Ciekawi mnie jeszcze, czy Tatry pokazały Ci swoje "oblicze" ?. Oczywiście wszystko zależy od widoczności danego dnia, ale z polanki poprzedzającej szczyt na którym znajduje się mini wieża triangulacyjna, w sprzyjających okolicznościach, widać Tatry oddalone około 160 km.
Dzięki Zbyszku za odpowiedź :) Na szczyt Hyrlatej czyli małe cofanie jednak tym razem niezbyt mogłam sobie pozwolić -głównie z tego powodu, że czułam się niewyraźnie, być może nawet miałam lekką gorączkę bo tak się czułam (na pewno byłam przeziębiona przez dzień wcześniejszy, jednak z racji że autobus miałam wczesną godziną poranną to nie odczułam tego tak, a złe samopoczucie utożsamiłam z małą ilością snu), a też że godzina była raczej wyliczona (jak się jutro w relacji okaże -jednak udało mi się dotrzeć przed zmrokiem ale po zachodzie słońca). Jednak kilka metrów dzieliło mnie (w lini pionowej) od szczytu, więc nie była to dla mnie żadna różnica. Na pewno cały grzbiet Hyrlatej jeszcze nie raz przejdę -bardzo spodobała mi się ta góra!! Tatr nie było, w zasadzie tą porą roku, jesienną, ciężej jest wypatrzeć dalekie obserwacje.
(...) Warto nawet za cenę chaszczowania wdrapać się na jej szczyt.(...) Słowo nawet jest tu zdecydowanie nie na miejscu :wink: , toż chaszczowanie to sam miód, wyrypa bez tego miodu to jak wiatrak bez skrzydeł, kolejka bez szyn, buty bez sznurówek, wódka bez alkoholu...
wódka bez alkoholu... Toż to wstrętne musi być. Fuj, aż mnie odrzuca. :evil:
Znaczy się trzeba chaszczować, inaczej nima wyrpy!
Słowo nawet jest tu zdecydowanie nie na miejscu :wink: , toż chaszczowanie to sam miód, wyrypa bez tego miodu to jak wiatrak bez skrzydeł, kolejka bez szyn, buty bez sznurówek, wódka bez alkoholu... Całkowicie się zgadzam :-)... a portfel bez pieniędzy :-)
Całkowicie się zgadzam :-)... a portfel bez pieniędzy :-) ... portfel bez pieniędzy jeszcze można przełknąć :mrgreen:... ale wódki bez alkoholu już nie....
"Słowo nawet jest tu zdecydowanie nie na miejscu :wink: , toż chaszczowanie to sam miód, wyrypa bez tego miodu to jak wiatrak bez skrzydeł"
-Właściwie to racja i z tego właśnie powodu umieściłam tę relację, inaczej nie byłoby co opisywać, pozostałby jakiś niedosyt. W zasadzie w moim przypadku chodzi o jakąś dawkę leśnej adrenalinki, gdy jest zwyczajnie to jest nudno. Nie chodzi o widoki itp. Adrenalinkę można też mieć oczywiście na szlaku, np gdy jest śnieg czy zamieć, tropy niedźwiedzia, słabe oznakowanie. Często by odetchnąć danym miejscem potrzebuje wstępu jakim jest wędrówka. Tak pisałam o Huczwicach, gdy byłam w tym roku wczesną wiosną -by docenić piękno Huczwic potrzebowałam wcześniej wyrypy. Wcześniej dojazd doń samochodem zupełnie nie oddał mi tego stanu (choćby podwózka do Rabe).
Toż to wstrętne musi być. Fuj, aż mnie odrzuca. :evil:
Znaczy się trzeba chaszczować, inaczej nima wyrpy! :-D
Nie chodzi o widoki itp. Adrenalinkę można też mieć oczywiście na szlaku, np gdy jest śnieg czy zamieć, tropy niedźwiedzia, słabe oznakowanie Dołożę jeszcze jedną atrakcję wyzwalającą adrenalinę. Hulający wiatr w konarach drzew. Tak się ciekawie złożyło, że właśnie chaszczując na wspomnianą Hyrlatą, oprócz śladów bytowania niedźwiedzia, na okres kilkunastu minut dopadła mnie potężna wichura. Połamane konary drzew co chwilę spadały na ziemię, a ja byłem skłonny uwierzyć, że miejsce opanowane jest przez jakieś złe moce. Nawet bieszczadzkie legendy, coś na ten temat wspominają:-).
z polanki poprzedzającej szczyt na którym znajduje się mini wieża triangulacyjna, Krzyż stoi kilka metrów (na północ...??) od wieży triangulacyjnej
"dopadła mnie potężna wichura. Połamane konary drzew co chwilę spadały na ziemię"
-wow, to ja bym się na pewno bała. Jak drzewa skrzypią to już mam obawy. Raz chodziłam w potężnych wiatrach po górach (Beskid Mały), 2 lata temu, gdy w Polsce min. w niedalekim Zakopanem były poważne tornada ale jednak nic nie spadało chyba w obawie, że dostane w głowę.
Krzyż stoi kilka metrów (na północ...??) od wieży triangulacyjnej Poszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej od wieży triangulacyjnej na północ i krzyża nie widziałem.
Załącznik 36403
Poszukam zdjęcia z ubiegłego roku...ale to chwilę może potrwać :-D
Krzyż jak krzyż, ani ładny, ani nie wiadomo po co zaśmieca krajobraz:
Załącznik 36404
Znacznie ciekawszy jest słupek znajdujący się pod triangulem:
Załącznik 36405
Znacznie ciekawszy jest słupek znajdujący się pod triangulem:
Załącznik 36405 O widzę, ze to, co odkopałem w czerwcu 2013 (cyfry), to jeszcze widać :-)
Dla Zbyszka.Tatry i krzyz z Hyrlatej z 26.10. czyli po śladach Jimi. Załącznik 36458Załącznik 36459Załącznik 36460
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Beskid Niski - Noc Świętojańska
http://www.joplin.republika.pl/noc_s..._w_niskim.html
Bieszczady - Majówka
http://www.joplin.republika.pl/majow...y/majowka.html
mnie się podobało !;)
dawno nie było tak bieszczadzkiej relacji jak ta bieszczadzka.
tak się zastanawiam, co ja bym zrobił, gdyby po wyjściu z namiotu, wydarł się na mnie niedźwiedź (znaczy jakbym ja wyszedł z namiotu, nie niedźwiedź ;) ) ; pewnie bałbym się wrócić do namiotu i oddaliłbym się, zostawiając misiowi namiot do dyspozycji. może się kiedyś przekonam jak bym zareagował. też lubię chodzić w pojedynkę; to daje najwięcej doznań i, paradoksalnie, takie chodzenie jest najciekawsze towarzysko,
ale z drugiej strony jak się podróżuje z fajnymi towarzyszami, też jest super. Nie sposób określić, który sposób lepszy; trzeba znaleźć swoją równowagę.
przypomniałem sobie Włóczykija:
http://www.youtube.com/watch?v=UsiMw...eature=related
a ostatnio widzieliśmy jego kapelusz w Beskidzie Niskim:
Załącznik 29371
Świetna relacja-mocna, brak mi tylko Twego foto....
Witaj Córko Browara
Sporo zastanawiałam się, czy dobrym rozwiązaniem będzie podzielenie się na tym forum swoimi niektórymi wędrówkami ale czort z tym. Turystyka niebieszczadzka, choć w głównej mierze bieszczadzka (jednak nie zawsze). Zawsze warto. Wielu zaglądnie w te miejsca poprzez wspomnienia.
Warto je odkurzać, aby spojrzeć inni mogli na nie nie swoimi oczami.
Szkoda tylko, że zabrakło Ci troche czasu na odwiedzenie przepięknie odnowionej kapliczki i posiedzenie sobie na przełęczy Chyrcza.
Ale wszystko przed Tobą.
Pięknie było poczytać.
A baza namiotowa stara jak świat - nic i nikt jej nie ruszy.
Dziękuję
I serdecznie pozdrawiam
...czytam Twą relację ... zaczytałem już do dolinie Łopienki ...
...zdjęcia z pażdziernika zeszłego roku jakeśmy szli torami z Balnicy do Maniowa i w samym Maniowe...
Załącznik 29487Załącznik 29493Załącznik 29492Załącznik 29488Załącznik 29489Załącznik 29484
Załącznik 29486Załącznik 29491Załącznik 29485Załącznik 29490
... :)... pozdrawiam... dotycztałem do końca...
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Szczerbanówka :) "Domek" dla turystów mają wręcz luksusowy jak widać na zdjęciu :) no i słynny PKS :) to po lewej stronie co widać kawałek od domku to miejsce na sianko - ma dach ale z przodu ściany brak - najlepsze miejsce do spania:)
w ogóle nie spodziewałam się zupełnie, że relacje spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem (wszak furorę robią wyjazdy na Ukrainę a co ja mam takiego do opisania) ale umieściłam je za namową Sławka - Miejscowego. Sławek -co innego jakby misiek szedł w moją stronę. ale jak nie wchodzi mu się w drogę to nie dojdzie do żadnego starcia więc czego się tu bać. zbudził się niespodziewanie w nocy, pewnie miał młode, zobaczył człowieka, pokazał kto rządzi na jego terenie (w lesie), ja się wycofałam, pokazałam kto rządzi na moim terenie, po czym oboje udaliśmy się w dalszą drzemkę. przed wyjazdem rozmyślałam sobie, żeby iść na Balnicę zahaczając o Hyrlatą i po Balnicy - Matragonę ale widziałam tam tropy miśków i stwierdziłam, że trzeba mieć choć trochę oliwy w głowie i nie pchać się do nich szczególnie na wiosnę. ale najpóźniej na jesieni na pewno tam pójdę (proszę powstrzymać się od komentarzy na ten temat).
Sławku, dokładnie o tą piosenkę Włóczykija mi chodziło a ma ich kilka :) nawet z tego samego filmiku się uczyłam grać:) po przeczytaniu Twego wpisu od razu obejrzałam odcinek Muminków -taki o zaczarowanym kapeluszu. pewnie nie uwierzysz, ale mam zdjęcie tego domku z kapeluszem dokładnie z tego samego miejsca robione :P
Michał, masz rację, na Łopienkę jeszcze nie szłam od strony Stężnicy i nie byłam na tej przełęczy ale na pewno jeszcze będę na niej kiedyś i to nie raz!
(...)
w ogóle nie spodziewałam się zupełnie, że relacje spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem (wszak furorę robią wyjazdy na Ukrainę a co ja mam takiego do opisania) ale umieściłam je za namową Sławka - Miejscowego. (...)! I bardzo dobrze , że Cię namówił, bo z prawdziwą przyjemnością przeczytałem Twoje wspomnieniowe opowiadanie. Opowiadanie jak najbardziej bieszczadzkie i też nie wiem dlaczego tak mało Bieszczadów w pisanych forumowych relacjach.
Może już wszystko zostało powiedziane ?
Wtedy już nie ma sensu wspinać się przez Hyrczę na łąki Radziejowej, bo i po co ?
Czy wszystko zostało powiedziane ?
....Zawsze warto. Wielu zaglądnie w te miejsca poprzez wspomnienia.
Warto je odkurzać, aby spojrzeć inni mogli na nie nie swoimi oczami.
(...)
Pięknie było poczytać. Też tak sądzę i też mi się podobało! Ale niestety druzgocząca większość forumowiczów leni się i swoimi wspomnieniami podzielić się nie chce (żeby nie szukać daleko - patrz wyżej :mrgreen: ).
Ja bardzo lubię czytać relacje zamieszczane na forum i w tym miejscu wszystkim piszącym gorąco dziękuję za chęć podzielenia się swoimi wspomnieniami, włożoną w to pracę i poświęcony czas.
... zbudził się niespodziewanie w nocy, pewnie miał młode, zobaczył człowieka, pokazał kto rządzi na jego terenie (w lesie),.... Ten fragment przypomniał mi o mojej niedokończonej relacji...
Twoje wspomnienia wniosły trochę świeżości, gdyż ciągle pisze tylko kilka osób a reszta ma to gdzieś i cały wysiłek ukierunkowuje na czytanie :twisted:
Dzięki!
w ogóle nie spodziewałam się zupełnie, że relacje spotkają się z jakimkolwiek zainteresowaniem ...trzeba odwiedzać stare miejsca, ja lubię chodzić w miejsca gdzie dobrze się czuję i nie muszą one być całkiem nowe ;)
... i też nie wiem dlaczego tak mało Bieszczadów w pisanych forumowych relacjach.
Może już wszystko zostało powiedziane ? Czy Tu dzisiaj wypiłeś za dużo albo zjadłeś za mało, że Cie taka romantyczność chwyta?:)
Wtedy już nie ma sensu wspinać się przez Hyrczę na łąki Radziejowej, bo i po co ?
Czy wszystko zostało powiedziane ? A na łąki Radziejowej można iść i sto razy, a za każdym razem inaczej: przez Berdo, przez Horb, przez Korbanię, przez Kamień, przez Czartów Młyn, przez Lipowiec, i przez coś tam jeszcze też. Ano przez tę Hyrczę. A każdą z tych dróg można odbyć w dziesięciu wariantach. I ten pierwszy raz to można opowiedzieć. Następnych już nie, bo i dla czytelnika może to być nudne i coś nieopowiedzianego trzeba dla siebie zostawić.
http://www.joplin.republika.pl/beski...ly_lipiec.html
Beskid Mały 14-15 lipca. a co mi tam..
Coby podtrzymać swój temat, od czasu do czasu coś opiszę:
http://sunshine55.republika.pl/Na_zb...yszczatej.html
Na zboczach Chryszczatej, 25 - 27 sierpnia.
Czyt. jak wyżej.
http://sunshine55.republika.pl/Festi...liny_Sanu.html
Festiwal Doliny Sanu, Muczne, Równia, 15-16 września.
Te zdjęcia z lasu już były w innym wątku - nie napisałam tam więc napiszę tu: cudne to słonko przelewające się przez korzenie : )))
Zgadzam się, że cudne :) Miałam tylko telefon komórkowy, więc i zdjęcia nie są wysokiej jakości (w pomniejszeniu tego tak nie widać). Jednak ktoś czyta ten wątek :P
Witaj Wojtku
Pełny cytat bom leniwy, aby dodatkowo cytować Pana Enrico :_(
Czy Tu dzisiaj wypiłeś za dużo albo zjadłeś za mało, że Cie taka romantyczność chwyta?:)
A na łąki Radziejowej można iść i sto razy, a za każdym razem inaczej: przez Berdo, przez Horb, przez Korbanię, przez Kamień, przez Czartów Młyn, przez Lipowiec, i przez coś tam jeszcze też. Ano przez tę Hyrczę. A każdą z tych dróg można odbyć w dziesięciu wariantach. I ten pierwszy raz to można opowiedzieć. Następnych już nie, bo i dla czytelnika może to być nudne i coś nieopowiedzianego trzeba dla siebie zostawić. Eeee, jakby rzekła moja wnuczka. Przez tą Hyrczą się nie przechodzi. Tam można zawitać tylko trzy razy.
Raz samemu, drugi z przyjaciólmi, a trzeci, gdy przyjaciele rozsypią tam Twe prochy.
Eeeee, przez Horb tam się nie chadza.
Ale nie o wszystkim się wie, bo się nie da. I już.
Panie Enrico i Szanowny Wojtku
Mniemam, że jednak wszystko zostało powiedziane. Tylko nie każdy chce, czuje potrzebę pisania o tym samym.
Szczególnie wtedy, gdy ma świadomość, że odziera siebie samego z tej romantyczności.
Nie jest li Ona obrazem samotności?
Pozbawieniem możliwości otarcia się o poezję?
Siebie samego.
Wuka pewnie o trzy nieba i 1000 aniołów bardziej bieszczadko by to napisała.
A może już napisała?
Wojtku
Ani za dużo nie wypiłem, ani za mało nie zjadłem.
Jednak byłem tam już dwa razy.....
Pozdrawiam serdecznie
wprawdzie mniej ciekawe do czytania ale równie przyjemne wędrowanie:
http://sunshine55.republika.pl/drogo...o_lupkowo.html
lasami Jasieniowej...
http://joplin.republika.pl/jasieniowa2/jasieniowa.html
przyjemnie jest błądzić !;)
Odnosząc się do tytułu wątku muszę stwierdzić, że zazdroszczę wędrującym w pojedynkę. Czytając relacje Jimi i inne forumowe relacje z jednoosobowych wędrówek zawsze mam wrażenie, że to chyba taka forma wędrówki, która jest w jakiś sposób esencją wędrowania. Niestety - ja tak wędrować nie potrafię. Mogę nie odzywać się cały dzień, mogę iść gdzieś daleko na końcu, ale muszę czuć, że ktoś wędruje ze mną.
Ale za to relacje z wędrówek w pojedynkę lubię czytać ogromnie. :grin:
âźOpis tej bardzo nieprofesjonalnej wędrówki może być szkołą na to, jak nie powinno się chodzić po górach.â
Chodzić to sobie można po szlakach i wtedy można by gdybać nad tym czy tak się powinno czy nie, ale przecież to była normalna wyrypa a ta z definicji przewiduje nieprzewidywalne trasy i różne ich zakończenia :razz:
âźJuż ponad miesiąc nie byłam w górach. Kiedy człowiek mieszkał w wielkim mieście, ponad 200 km od Bieszczadów, był w górach co tydzień. Przeprowadziwszy się w Bieszczady paradoksalnie było mniej możliwości, by gdzieś wyruszyć, ot sezon.â
Sezon powoli dobiega końca, więc liczę na więcej Twoich relacji!
âźW lesie znajduję ukojenie, spokój, wszystkie emocje stygną, człowiek odzyskuje harmonię.â
Mądrego to i dobrze posłuchać, a nie tak dawno na forum ktoś napisał, że w Bieszczadach to jest za dużo lasu w lesie :mrgreen:
âźStałe podstawowe wyposażenie do lasu: kompas, mapy (jedyna słuszna czyli Ruthenus + najnowszy Compas dla uaktualnienia ścieżek), czołówka i gaz pieprzowy i jedyne słuszne odzienie. âź
Co do aktualnych ścieżek to obecnie nie można ufać żadnej mapie, gdyż na przestrzeni kilku ostatnich lat w lasach powstało zatrzęsienie nowych dróg zrywkowych i żadne wydawnictwo kartograficzne nie jest w stanie za tym nadążyć. Natomiast Ruthenus oprócz oryginalnego i bogatego nazewnictwa najlepiej z nich wszystkich przedstawia linie lasów (choć też w wielu miejscach wymaga to już korekty) oraz ukształtowanie terenu.
âźWyciągnęłam więc usmażone kilka godzin wcześniej proziaki i posmarowałam je marmoladą.â
Narobiłaś mi smaka!
âźWzdłuż szczytu przebiega dawna ścieżka, która prowadzi wzdłuż dwóch ogrodzonych młodników.
Oceniwszy, że ścieżka zaczyna zbaczać w dół, ja zboczyłam na lewo (też w dół), przedzierając się przez niekończące się morze jeżyn.â
Coś ta Jasieniowa ma w sobie i nie pozwala na dotarcie do widokowych polan na Krasnej. Kiedyś w towarzystwie don Enrico i Ciepłego_dwa_posty_na_forum też chcieliśmy przez Jasieniową dotrzeć na Krasną i minąwszy Karnaflów Łaz szliśmy sobie wyraźną dróżką przed siebie, zdobyliśmy szczyt w naszym mniemaniu Jasieniowej i ruszyliśmy dalej ku Krasnej, szliśmy i szliśmy i też zadawaliśmy sobie pytanie:
âźGdzie ta polana? Gdzie ta Krasna?â
aż dotarliśmy do ... Osławicy i torów kolejowych pod Diłem.:mrgreen:
âźZaniechałam dalszych poszukiwań. Stwierdziłam jak typowa baba -chce do domu!â
A my jak typowi faceci żeśmy się zawzięli i od torów wydrapaliśmy się na szczyt Krasnej.
Super relacja, czekam na więcej!
Kiedyś w towarzystwie don Enrico i Ciepłego_dwa_posty_na_forum też chcieliśmy przez Jasieniową dotrzeć na Krasną Coś mi się wydaje, że Ciepły (trzy, trzy! posty na forum!) jest nierozerwalnie z tamtymi okolicami związany. Ja się tam grzebałem raz, na jedym z RIMBów. I choć Ciepłego w ekipie nie było to jak tylko zaczęły się ślady wykopu pod torowisko dawnej kolejki to zaraz się pojawił. Wyszedł był zza krzaka w środku lasu :smile: A potem nam wyjadał pierogi w Prełukach, zbój jeden! :wink:
I choć Ciepłego w ekipie nie było to jak tylko zaczęły się ślady wykopu pod torowisko dawnej kolejki to zaraz się pojawił. Wyszedł był zza krzaka w środku lasu :smile: Żeby sam, ale z całą bandą znajomych, pod pretekstem grzybobrania.
Coś tamte okolice mają w sobie. W ubiegłym roku chcąc dojść z Komańczy do Smolnika udało się nam zejść wprost na Łokieć.
Tak, to na pewno wina Ciepłego, on tak ma, po prostu w jego obecności wszystkie kompasy dostają małpiego rozumu, a wszystkie giepsy idą na psy, błędnik kręci się w koło i jest wesoło.
Tam, w pobliżu gdzieś musiał być Ciepły i tylko taki jest jedyny wytłumaczalny powód tego błądzenia po Jasieniowej.
Jimi ! Jak następnym razem będziesz się gdzieś wybierać, to daj znać , a ja sprawdzę prywatnymi kanałami, czy Ciepłego nie ma w pobliżu planowanej wędrówki, bo jak znów tak trafisz to dostaniesz kręćka .
Bazyl: "Sezon powoli dobiega końca, więc liczę na więcej Twoich relacji!"
-Na ten weekend jadę do rodziców do Stalowej na wesele a po powrocie ruszę na kilka dni z namiotem. Dokąd? Plan -Żuków. A co dalej, się okaże. Już nie mogę się doczekać -spanie na dziko i las pełen ryczących jeleni i.. ja :)
"Co do aktualnych ścieżek to obecnie nie można ufać żadnej mapie, gdyż na przestrzeni kilku ostatnich lat w lasach powstało zatrzęsienie nowych dróg zrywkowych i żadne wydawnictwo kartograficzne nie jest w stanie za tym nadążyć."
-Też się o tym przekonałam. Też o tym, że dawne ścieżki powoli zarastające bywają nieujęte na mapach, dlatego noszę też Ruthenusa -poza tym -lubię wiedzieć po czym dokładnie chodzę i jak poprawnie nazywa się dana góra czy las.
http://joplin.republika.pl/zukow/zukow.html
Rykowisko 2013
a nie swędział Cię czasem nos w tych Bieszczadach-nieBieszczadach (czy co tam ma swędzieć jak ktoś jest obgadywany)?
Rzmawiałem o Tobie z Wojtkiem w Balnicy i doszliśmy do wniosku, że są osoby, które prędzej czy później w Bieszczadach zamieszkają i TY do tych osób należysz.
Szliśmy kilka lat temu grupką haharcerzy z Komańczy do Maniowa, plan był taki, żeby przeturlać się Karnaflowym Łazem na Smolnik najpierw. Skończyło się kąpielą na Łokciu... Góra. Ot co.
W drodze na Chryszczatą... 17.03.2014
http://wadera55.republika.pl/na_chry...ryszczata.html
Mam już dosyć wędrówek! (przynajmniej na najbliższe kilka dni:)
W drodze na Chryszczatą... 17.03.2014 Mam już dosyć wędrówek! (przynajmniej na najbliższe kilka dni:) Piękna wyprawa, tylko można pozazdrościć. A te refleksje pouczające niedoświadczonych i nieznających potęgi gór, SUPER. Praktycznie od potoku o którym pisze, to do szczytu zostało już tylko ok. 500 m. Z takim kompanem tryskającym poczuciem humoru, to można iść nawet na koniec świata.
Zarąbisty opis tej nie równej walki z Chryszczatą....wywołał uśmiech na mojej twarzy..:-P
Zarąbisty opis tej nie równej walki z Chryszczatą....wywołał uśmiech na mojej twarzy..:-P ... nie tylko na Twojej... mi to się przy leśniczym wyobraźnia mocniej uruchomiła i pomyślałem, że chłopisko może zawróci Jimi w drugą stronę i wyperswaduje, że jednak na Chryszczatą trzeba iść ;)... ale może i lepiej, że tak się nie stało...
Zdobędę cię Stara Ruro!!! :razz:
noooo, Anka - SZACUN ! ..teraz wiem, nad czym tak się mozoliłaś z wieczora ...;).i wiaderko pomogło ? mam nadzieję !:lol: zupa skarpetowa- boska !!!
Cieszę się, że relacja budzi uśmiech na twarzy. Mimo całej dramaturgii i beznadziei wędrówki, postanowiłam wpleść te humorystyczne aspekty, mimo że gdy myślałam o Starej Rurze to zupełnie nie było mi do śmiechu :D I wyszło groteskowo :P
Tak Tomek, nie sądziłam, że będę zdrowa ale zrobiłam sobie kurację -moczenie nóg w wiadrze z gorącą wodą, objadanie się czosnkiem + palenie gardła korzennym imbirem, herbata z lipy z miodem i aspiryna. I dziś czuję się jak młody Bóg :D
Cieszę się, że relacja budzi uśmiech na twarzy. Mimo całej dramaturgii i beznadziei wędrówki.... właśnie TAKI jest sens naszego (wielu) łażenia i wałęsania
Super - że kuracja pomogła ( no i ze posłuchałaś rady , wiesz z latarką !...)
No pewnie ale latarka i gaz to moje stałe wyposażenie w góry!
Bardzo mi się podobało. Taki prawdziwy opis wędrówki.
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Tutaj wszystko zebrane do kupy.
Na powyższej stronie masz błędnie podane linki. Przykładowo ostatni adres to:
http://wadera55.republika.pl/na_chry...html%20target=
Jak się usunie końcówkę %20target= to jest ok.
Wracając do samej wędrówki, to takie które dają w dupę się najlepiej wspomina :)
Ha ! ha !
Widzę Aniu , że nie do końca wierzyłaś w dziwne, (słodkie moce) które snują się nad Hruniem.
Albo nie wierzyłaś, albo nie słuchałaś w to, co opowiadaliśmy ledwie dwa miesiące temu, gdy właśnie na Hruniu zniosło nas na pasiekę w Duszatynie.
Nie dziwię się. Ja też nie słucham starszych. Nie ma to jak samemu przekonać się o prawdziwości poplątanych ścieżek.
Ha !
haha Heniu aleś mnie rozbawił :) To mam nauczkę :) Pamiętam opowieść Trzech Krzyżaków, którzy przybyli na odsiecz do Prełuk ale powód poplątania ścieżek jakoś mi umknął chyba :)
Hej Aniu !
Opis wędrówki świetny. też uważam, że do gór trzeba mieć szacunek.
Ale skarpety (sądząc ze zdjęcia) jak i pewnie buty to Ty masz raczej marne.
Mi, pomimo różnych różnistych przygód (często kończę turę wędrując potokiem) buty przemokły wielokrotnie, ale jakoś stopy nigdy nie zmarzły, kiedy cały czas szłam.
Może warto zainwestować 15 zł w zwykłe wełniane skarpetki "od baby", które wprawdzie gryzą, ale nawet mokre porządnie grzeją.
Hej Basiu. Heh, miałam dziś iść w góry ale pogoda pokrzyżowała mi plany. Plecak od wczoraj spakowany a w nim cała masa skarpet, w tym właśnie dwie pary wełniane i jedne wojskowe grube i jakieś inne dwie pary ze sklepu turystycznego. Buty od lat noszę tylko Salomony, uważam je za dobrą, ulubioną markę. Jesienią zeszłego roku przechodziłam w nich 10-krotnie jednego dnia przez rzekę/potoki gdzie woda była zazwyczaj za kostki i mi ani razu nie przemokły. Innym razem także jesienią przeszłam w nich... Osławę i także mi wcale nie przemokły. Mają te wszystkie goretexy i membrany, przód gumowy co jest dla mnie istotne. Ale z głowy uciekła mi impregnacja, więc już mam po butach :) Właściwie teraz praktycznie cały czas szłam wodą, bo śnieg szalenie mokry po deszczu.
Wiesz co Jimi ścia lat temu kiedy poza pastą do butów nie było żadnych impregnatów stosowaliśmy bardzo prosty trik.Na stopy zakładaliśmy reklamówki i jakoś sie szło.A na przemoczone stopy trzeba uważać.Gdzieś w relacjach GOPR jest historia drwala który stracił palce u stóp bo chodził cały dzień w mokrych i zimnych gumowcach - efekt odmrozone palce i amputacja.A działo się to we wrześniu
Na stopy zakładaliśmy reklamówki i jakoś sie szło. Przetestowane i godne polecenia w pewnych sytuacjach. Kolega zajmujący się produkcją worków plastikowych, zrobił mi kilka par takich "skarpetek" i przyznaję, że w sprawdziły się w realu. W butach chlupie, ale nogi w skarpetach suche.
Przetestowane i godne polecenia w pewnych sytuacjach. Kolega zajmujący się produkcją worków plastikowych, zrobił mi kilka par takich "skarpetek" i przyznaję, że w sprawdziły się w realu. W butach chlupie, ale nogi w skarpetach suche. Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Bo nogi się okropnie w takich workach pocą, śmierdzą a po dłuższym chodzeniu można się nabawić odparzeń.
Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Oczywiście, że tak. A kilka godzin jest uzależnione od temperatury otoczenia.
Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Bo nogi się okropnie w takich workach pocą, śmierdzą a po dłuższym chodzeniu można się nabawić odparzeń. ... fakt.. próbowałem, ale też nie polecam.... najlepiej ciepło trzyma gazeta, ale przemaka... gazeta jest idealna w bucie i pod kurtką i w spodniach, ale woda odpada... na zimno i wiatr co by się nie działo najlepsza.. wszelkie nowoczesne tkaniny i wynalazki się chowają (używałem kilka długich lat, bo nie było wyjścia i innej możliwości) ... teraz mi przyszło do głowy:razz:, że może ta drukowana na lepszym kredowym papierze... typu National Geographic byłaby może też nieprzemakalna:mrgreen: ...
... fakt.. próbowałem, ale też nie polecam.... najlepiej ciepło trzyma gazeta, ale przemaka... gazeta jest idealna w bucie i pod kurtką i w spodniach, ale woda odpada... na zimno i wiatr co by się nie działo najlepsza.. wszelkie nowoczesne tkaniny i wynalazki się chowają (używałem kilka długich lat, bo nie było wyjścia i innej możliwości) ... teraz mi przyszło do głowy:razz:, że może ta drukowana na lepszym kredowym papierze... typu National Geographic byłaby może też nieprzemakalna:mrgreen: ... ciekawe czy wypchanie spiwora gazetami tez by zwiekszylo jego zdolnosci grzewcze? chyba bede musiala sprobowac!
Pomysł na krótką metę, tzn. co najwyżej na kilka godzin. Bo nogi się okropnie w takich workach pocą, śmierdzą a po dłuższym chodzeniu można się nabawić odparzeń. U mnie zawsze dzialalo! (ale moze dlatego ze ja sie nie poce..)
buba w /5 lat kacetu/ jest opis jak więźniowie zakładali pod ubrania papierowe worki po cemencie które doskonale chroniły przed wiatrem i zimnem więc i w śpiworze działać powinno
Ciekawa wycieczka i patenty. Ważne, że wszystko dobrze się dla Ciebie skończyło. Ale sie zima zrobiła! Jest ciepło to śnieg migiem stopnieje. Ja byłem na Chryszczatej 4 dni przed Tobą przy świetnej pogodzie, były tylko małe płaty śniegu na północnym stoku a w lesie dość sucho jak na tą porę roku.
Co do Hrunia, to też mam z nim porachunki. Już 2 razy szedłem w zimie na nartach, raz z Prełuk a raz z Turzańska i w obu przypadkach przez sporą ilość śniegu i zerową widoczność zawracałem przed Hruniem.
na prośbę kolegi robię małe "kopiuj - wklej" na forum.
W drodze na Chryszczatą 17.03.2014
Wczoraj pod wieczór udałam się znów z Prełuk na Pryslip. Dziś postanowiłam, że przejdę tą samą trasą ale na Hrunia, gdzie dojdę do niebieskiego szlaku i dalej - na Chryszczatą! Niedostępny dotychczas dla mnie szczyt, mimo, że wokół niego krążyłam kilkakrotnie. Znam te tereny, mimo, że nigdy nie było mi po drodze wejść na sam szczyt. To dziś właśnie postanowiłam zmierzyć się z Chryszczatą! Sąsiadka obudziła mnie o godzinie 6:30. Lał deszcz. Zerknęłam o 8 -dalej leje. O godzinie 10 przestało, Zaczęłam przygotowania. Do plecaka spakowałam termos z herbatą z cytryną. Termosik jest bardzo mały, więc nalałam też herbaty do litrowego słoika :) Spakowałam też menażkę, kuchenkę gazową, czołówkę, gaz pieprzowy, pół laski kiełbasy i pierogi. Nie jadłam w domu śniadania, nie miałam apetytu. Ruszyłam. Śnieg bardzo mokry ale cały czas dużo go było w lesie. Numery na mapie będą odpowiadać numerom zdjęć. Literka "ś" oznacza śniadanie :) Wyjęłam kiełbasę i dla przyzwoitości ugryzłam trzy gryzy, mimo, że niespecjalnie byłam głodna, jednak wiedziałam, że później nie będzie ku temu już okazji -odcinek bezszlakowy należało pokonać szybko, jakiekolwiek jedzenie nie wchodziło zupełnie w grę.
http://wadera55.republika.pl/na_chryszczata/mapa.bmp
(zdjęcie pod linkiem)
Załącznik 33905
Jestem już na szczycie Pryslip (1). Bór, który widzisz po lewej na pierwszym zdjęciu zaraz za zakrętem wyglądał tak (2):
Załącznik 33906
Bory nazywam ciemnymi lasami. Do tej pory dwukrutnie najdalej doszłam do punktu 2. Teraz mam okazję zobaczyć co jest dalej! Wejść do owego ciemnego lasu. Śniegu coraz więcej a droga się dłuży i dłuży (3):
Załącznik 33907
Doszłam w końcu do szczytu Czyryny, skąd można było zza drzew podziwiać nieśmiałe widoki na pasmo Suliły (4). (5).
Załącznik 33908Załącznik 33909
Ruszyłam dalej. Chciałam wyciągnąć mapę, by lepiej zorientować się w terenie. Po chwili usłyszałam jakiś szmer. Za chwilę chrumkanie. Pewnie dziki! Nie zdążyłam spojrzeć na mapę, wzięłam nogi za pas. Idąc zdecydowanym, żwawym tempem moja głowa obracała się na wszystkie strony. Przez około 50-100 metrów słyszałam szmery po prawej stronie, jakby zwierze szło za mną gdzieś za drzewami. W lesie najbardziej boję się dzików i niedźwiedzi, gdyż samice tych dwóch zwierząt mogą być niezwykle groźne. Śnieg robił się coraz głębszy (6):
Załącznik 33910
I po chwili moja ścieżka zaczęła się zamazywać, nie była już tak wyraźna, śnieg sięgał zdecydowanie po kostki, drzewa były coraz gęściej. Oceniłam, że przecież za chwilę dojdę do szlaku. Doszłam do jakiegoś dużego skrzyżowania, poszłam drogą prostopadłą -nie, to nie to, żadnego oznakowania. Zawróciłam. Doszłam do skrzyżowania, tylko, że moja ścieżka była już prawie niewidoczna i za chwilę zniknęła zupełnie! Zobaczyłam po prawej stronie w dali pasmo Chryszczatej - "jeeeeeeeeej i ja tam mam dzisiaj dojść?! Przecież to cholernie daleko!!". Ścieżki mojej nie było już od jakiegoś czasu, postanowiłam trzymać się jakiegoś zbocza chodząc po Hruniu. Od tego momentu punkt w jakim się znajdowałam byłam w stanie określić już tylko orientacyjnie, mniej więcej. Trasa, jaką zaznaczyłam na mapie też jest mocno orientacyjna i prawdę mówiąc to zupełnie mi ona nie pasuje ale postanowiłam narysować tak, jak mniej więcej szłam na poziomicach. Wiedziałam, że jestem na Hruniu ale nie miałam bladego pojęcia gdzie dokładnie. Nie miałam też bladego pojęcia, gdzie znajduje się szlak. Byłam przekonana, że on już dawno powinien być a nawet założyłam, że ja już go jakiś czas temu przekroczyłam. Postanowiłam iść "na Kamionki". Cały czas potykałam się o gałęzie, które za każdym razem sprawdzałam, czy nie są to oby rogi. Natknęłam się na jeden trop wilka, za chwilę, drugi i piąty. Pięciokrotnie przecinałam ścieżki wilcze. Ale wilki to pikuś, jest to zwierzę, którego się akurat najmniej boję, czuję go niego wielką sympatię (7), (8).
Załącznik 33911Załącznik 33912
W tym momencie poczułam beznadzieję swojej wędrówki. Zaczęłam kląć jak szewc w myślach. Co jakiś czas krzyczałam "hej! jest tu kto?". Myślałam -"gdzie te turysty mają te swoje pieprzone ścieżki?!" Zakładałam myśl, że szlak przecięłam już dawno i teraz zmierzam w kierunku Kamionek. Nabrałam azymut północno - wschodni. W tym momencie postanowiłam zabezpieczyć się na wszelki wypadek i napisałam smsa do kolegi, że jakby mnie co zeżarło po drodze, to jestem w okolicy Hrunia i zmierzam w kierunku Kamionek, ewentualnie do szlaku. To tak na wszelki wypadek, żeby po kilku dniach gopr wiedział gdzie szukać moich zwłok ;p Byłam wkurzona do granic i rzucałam obelgami na prawo i lewo. Kolega dał mi jakże dobrą radę, bym krzyczała głośno, jakby co. Próbowałam mu odpisać, że od jakiegoś czasu przecież kurwa cały czas krzyczę jednak weszłam w strefę zero, gdzie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Telefon pokazywał maksymalny zasięg a mimo to nie mogłam przez długi czas wysłać żadnego smsa. Gdy wyciągnęłam kompas -kompas wariował, pokazywał na południu północ po czym zaczął się kręcić niezdecydowany. Pewnie na Hruniu działały jakieś dziwne siły magnetyczne. Widziałam pasmo Chryszczatej, więc dobrze wiedziałam gdzie mam północ a gdzie południe. Weszłam na szczyt (9).
Załącznik 33913
Teraz domyśliłam się, że szlaku jeszcze nie przecięłam. Postanowiłam zupełnie olać temat, byleby jak najszybciej zejść do Turzańska, czyli udałam się na północ -pieprzyć te szlaki. Gdy zaniechałam tematu, doszłam do szlaku. Ożesz kurwa -i co teraz robić?! Iść czy nie iść? A pójdę! Zmierzę się z tą gadziną, zwaną przez Was Chryszczatą! Zaczęłam wymyślać jej tysiąc obelg, nazwałam ją Starą Rurą. Nie będzie myślała, że znów nie dam jej rady -o nie, malutka. Wiem, że ty zawsze chcesz pokrzyżować mi plany, zawsze pchasz mnie na siebie dziwnymi trasami, więc nienormalnym by wręcz było, bym weszła na ciebie jak człowiek, jak turysta. Nie, nie, ty zawsze musisz wyrządzić mi jakiegoś psikusa, wejście na ciebie nie może być dla mnie banalne! Ale już cię namierzyłam! Już mnie nie zaskoczysz! Zdobędę cię Stara Ruro!!! Dla przyzwoitości wyciągnęłam kompas. Znów wariował, pokazywał północ na południu. Jednak ja mam swój rozum i wiem gdzie iść, kompas mam w głowie. Chciałam odwołać ewentualną akcję ratunkową ale zasięg odzyskałam dopiero w.. Duszatynie! Poszłam. Szlak oznakowany jak dla debili. Śnieg coraz większy, w zasadzie już po łydki (10).
Załącznik 33914
Zaczęłam się w nim zapadać. Buty zaczęły mi przemakać. Idiotka ze mnie, zapomniałam zabrać drugiej pary skarpet, mimo, że dzień wcześniej o tym myślałam. Powoli traciłam siły aż runęłam na ziemię (11), (12).
Załącznik 33915Załącznik 33916
Chryszczata wydawała mi się ciągle tak daleko. Skarpetki już zupełnie mokre, zaczęło mi być zimno w stopy. Pomyślałam, że na Chryszczatej osuszę je sobie na.. kuchence gazowej :P Widziałam na zdjęciach, że jest tam stolik, więc będę mogła elegancko zrobić zupę ze skarpet. Zaczęłam marzyć o tej zupie, marzyć o ciepłych stopach. Wtem ujrzałam ją - ujrzałam Chryszczatą. Jeeeeeeeeeeej, jak jeszcze daleko! Przecież to cała masa drogi przede mną! A na mapie wygląda, jakby to było tak blisko! (13)
Załącznik 33917
Poczułam, jakbym miała lekkie odmrożenie w stopach. A przecież te buty mi nigdy nie przemokły! Ale od długiego czasu zupełnie zapomniałam o ich impregnacji. Nie dałam rady -zarządziłam zupę ze skarpet w tym miejscu, tu i teraz :) Stopy owinęłam w odpięty kaptur od kurtki, zrobiło się ciepło. (14), (15).
Załącznik 33918Załącznik 33919
:D Później suszyłam je już bezpośrednio nad palnikiem aż parowały. Nawet je sobie podsuszyłam, stopy się ogrzały. Ale co z tego? Jak buty tak przemoknięte, że po założeniu skarpetki zrobiły się znów całe mokre :) I znów lodowato w stopy. Znów spojrzałam na Chryszczatą. Miałam wrażenie, że zupełnie nielogicznie -ona się ode mnie oddala!!! A na mapie była przecież na wyciągnięcie ręki, była tuż, tuż. A przede mną całe nań podejście. Czułam się jakbym była u jej podnóża. Nie miałam siły na to podejście, bałam się, że będę przez te buty chora. Robiąc pętelkę, zawsze to godzina więcej. Nagle zerwał się wielki wiatr, na niebie pojawiły się wielkie czarne chumury -czarne chmury nad Chryszczatą, które symbolizowały nagły gwałtowny deszcz. Chryszczata rzuciła na mnie klątwę! W tym momencie opadłam z sił, zarządziłam schodzenie. Stwierdziłam, że skoro już i tak za wczasu zaczęłam akcję reanimacyjną moich stóp, to czas już schodzić. Spojrzałam jeszcze raz na szczyt, podniosłam do góry skrzyżowane ręce i pokazałam jej podwójnego fucka myśląc "pieprsz się Stara Ruro!!! Znów dałaś za wygraną!". Schodząc szybko natknęłam się na potok i postanowiłam trzymać się go cały czas aż wyprowadzi mnie na Jeziorka Duszatyńskie. Byłam tak wściekła, że jakby teraz jakiś misiek wszedł mi w drogę, to miałby mocno przewalone!!! Co dziesięć kroków krzyczałam "hej", by odpłoszyć to wszystko, mimo to, było to bardzo już groźne "hej". Potoki bardzo mocno wezbrały. Doszłam do ich skrzyżowania (16).
Załącznik 33920
Wtem musiałam wspiąć się na strome, śliskie zbocze po prawej. Nie było łatwo. Wchodziłam na czworaka i co chwilę się ześlizgiwałam i wchodziłam od nowa. Teraz nie dość, że stopy lodowate, to i dłonie lodowate. Ujrzałam kolejny potok z prawej. Już ciepło zrobiło mi się w stopy, mimo, że skarpetki chlupały. Za chwilę otworzył się przede mną przepiękny widok! Wyłowniło się po środku jaru Jeziorko Duszatyńskie! Ciekawe kto ostatni raz ujrzał jeziorko od tej strony! (17), (18 ), (19)
Załącznik 33921Załącznik 33922Załącznik 33923
Usiadłam tuż nad wodą, odpoczęłam, ochłonęłam i uśmiechnęłam się serdecznie do siebie, myśląc "wariatka! :)". Już po wszystkim. Będąc na szlaku papieskim, doznałam oświecenia. Zrozumiałam na czym polegał dziś mój fenomen Chryszczatej. Zrozumiałam swój błąd. To bardzo proste. Po zejściu z Hrunia, nie miałam szacunku do tej góry. Zaczęłam ją obrażać. Ogarnęła mnie pycha. Zrozumiałam, że do gór należy mieć respekt i szacunek. Należy mieć wobec nich pokorę. Nie należy się wywyższać, bo góry są potęgą i potrafią ci dać w kość, nawet w momencie, gdy wydaje ci się, że są na wyciągnięcie ręki. Nie można iść z takim nastawieniem w góry. Wtem Chryszczata wydała mi się przyjazna i serdeczna, to ja byłam zła wobec niej, więc ona nie zaprosiła mnie do siebie. Ruszyłam dalej w dół. Potoki rwały niesamowicie, bardzo przybrały na wielkości a ja pokonywałam je kilkakrotnie, co czasami nie było wcale proste (20).
Załącznik 33924
Po chwili, w okolicy potoku Solona Woda, spotkałam wylot stokówki, którą rok temu schodziłam z Hrunia, gdy także nie dałam rady wejść na Chryszczatą, ponieważ dopadło mnie przeziębienie i gorączka. Dojadłam resztkę kiełbasy-śniadania (dwa gryzy). W zasadzie o połówce kiełbasy byłam dzisiaj cały dzień, zupełnie nie czułam apetytu. Przejrzałam się w lusterku, wyglądałam dość dobrze, makijaż (w góry he, he) się nie rozmazał -więc można śmiało iść do ludzi. Tylko, że ciuchy całe przemoczone. Zbliżając się do Duszatyna spotkałam leśniczego. Gdy powiedziałam "dzień dobry", złapał się za głowę, podniósł ręce do góry i zawołał "Jezu! dziewczyna!". Zdziwił się bardzo, pytał skąd idę, więc odpowiedziałam, że z Prełuk, na co zbaraniał. Dalej resztką sił doczołgałam się do Prełuk. Myślałam, że już nie dam rady, byłam skonana! W domu stopy w gorącej kąpieli się zupełnie zrelaksowały, szybko poczułam się dobrze i zmęczenie sporo opadło. Dosyć zdzwiło mnie to osłabnięcie w nogach w górach, bo zawsze twierdziłam, że nogi to najsilniejsza część mojego ciała i potrafiłam przejść nawet przeszło 30 km po górach nie czując zupełnie w nogach zmęczenia. A tu masz ci los! Myślę, że śnieg i przemoczone skarpety zrobiły swoje :)
http://wadera55.republika.pl/na_chryszczata/trasa.bmp
(zdjęcie pod linkiem)
Pasmo Łopiennika i Chryszczatej - 19/21 marca 2014
http://wadera55.republika.pl/pasmo_l...yszczatej.html
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Kto po ostatniej mojej wędrówce z dn. 17 marca uwierzył w to, że na prawdę mam dosyć wędrówek na najbliższe dni, to oznacza, że mnie wcale nie zna. Już następnego dnia wieczorem spakowałam plecak a w nim całą masę skarpet: wełnianych, wojskowych i turystycznych :) W plecaku znalazło się coś jeszcze.. namiot! Pół nocy nie spałam. O 6.30 obudziła mnie sąsiadka. Czułam się fatalnie, więc poszłam spać dalej. O 9 druga pobudka. Za oknem leje nieubłagalnie. Przesunęłam plan na jutro, choć szkoda mi było tracić jednego dnia a na sobotę musiałam być w Prełukach. Zerknęłam na Forum Bieszczadzkie i tak spędziłam czas do 10:15. Nagle rzuciłam okiem za okno i pomyślałam -"co ja kurna do diaska robię!! Przecież już nie pada!!". Szybka akcja - mobilizacja. O 11 wyszłam z domu - godzina taka nijaka, nie wiadomo co robić ale pomyślałam jedno -"byle dalej", najwyżej w góry pójdę jutro z rana. Ruszyłam drogą do Komańczy. Pogoda beznadziejna, wieje, szaro, jakby zbiera się na deszcz a ja dalej czułam się słabo. W lesie ujrzałam sarnę i koziołka. Sarna pobiegła a kozioł z różkami stał odważnie i wcale nie dał się przestraszyć. Miałam inną parę butów, też Salomony, które kilka razy wcześniej nosiłam ale właśnie teraz ni zowąd, zaczęły mnie obcierać. "No ładnie, jeszcze tego brakuje!" -pomyślałam. Doszedłszy do Komańczy ustaliłam, że jeżeli w Dołżycy będę o godzinie najpóźniej o 14, to jeszcze zaryzykuję pójście w góry. W planach Łopiennik do Jabłonek. Pierwszy stop do Łupkowa, drugi do Cisnej. Jadąc drugim autostopem wesoła ekipa miała ze mnie ubaw, gdy powiedziałam, że po raz pierwszy od niespełna 3 miesięcy ruszam do jakiejś innej miejscowości niż Prełuki-Komańcza. Do tej pory wyprawa do Komańczy to było dla mnie wielkie coś -były tam sklepy, byli tam ludzie. Komańcza to dla mnie teraz metropolia. A Cisna to już ho, ho -wielkie miasto. Tak to jest, gdy człowiek 3 miesiące siedzi w jakiś Prełukach. Andrzej z Cisnej dalej robił sobie ze mnie jaja pytając czy już ma zwolnić, ponieważ zaczynały się już zabudowania, więc niech sobie je pooglądam. W Cisnej zaopatrzyłam się w różne plastry na pięty. Po owym wielkim mieście nie da mi się nigdy przejść niezauważoną, więc zaraz Adaś Ch. mnie zaczepił. Bardzo go lubię i jeszcze bardziej się o niego martwię, dlatego ucieszyło mnie, że wyglądał już całkiem dobrze. Wspomnieliśmy stare czasy sprzed paru lat, po czym dodał, że gdybym nie wiem jak się zmieniła, dla niego zawsze pozostanę tą samą małą dziewczynką z plecakiem. Później siedząc na przystanku i oklejając pięty, znów nie mogłam wykonać tej czynności w spokoju, ponieważ zatrzymał się Jacek, przywitał się ciepło i zapytał czy mnie nie podwieźć, jednak zmierzałam w przeciwnym kierunku. Zajechawszy autostopem do Dołżycy była już godzina 13:30. Zmieściłam się w swoim planie, więc ruszyłam na Łopiennik. Po 5 minutach, po przejściu pierwszego, małego podejścia zerwał się wielki deszcz. Schowałam się więc w świerki i tak przesiedziałam do godziny 14 uzupełniając zapas płynów. Wszystkie czynniki, łącznie z bardzo późną godziną na start, są idealnym przykładem na to, jak nie powinno się iść w góry. Gdy ulewa zamieniła się w mały deszczyk, ruszyłam. W deszczu szłam niemalże do samego Łopiennika, tylko raz bywał większy, raz mniejszy, raz mżawka. Na starcie błoto było sakramenckie (ostatnio ulubione słowo leśniczych z Nadleśnictwa Baligród).
Załącznik 33925
Lasu prawie nie poznałam. Kiedyś bardzo lubiłam Łopiennik ale od mojej ostatniej wizyty las tak się zmienił, tyle drzew wycięto, że wszystko się pozmieniało. Tak jak i w Prełukowym lesie, nie brakowało tu kwitnących Wawrzynków Wilczełyko (roślina silnie trująca).
Załącznik 33926
Droga mi się dłużyła. Gdy myślałam, że jestem już na Horodku, okazało się, że jestem dopiero w połowie drogi na Horodek. Wtem wylałam herbatę ze słoika, by chociaż o 1 kg odciążyć sobie plecak.
Załącznik 33927
Przed Horodkiem zaczęły pojawiać się niewielkie ilości śniegu, potem śnieg był na całym polu widzenia ale był bardzo niski, nawet do kostek nie sięgał.
Załącznik 33928Załącznik 33929Załącznik 33930
Gdy wkraczałam na Łopiennik otoczyła mnie zewsząd spora mgła.
Załącznik 33931
Ujrzałam moje ulubione, wielkie krzaki jagodzisk, kiedyś zawsze chodziłam na Łopiennik ze słoikiem.
Załącznik 33932
Po chwili mgła zrobiła się tak gęsta, że to, co widzisz na poprzednim zdjęciu to mały pikuś a raczej świetna widoczność -nie było nic widać. Zobaczyłam tylko jedno -przecinające moją ścieżkę tropy niedźwiedzia GIGANTA! Łapę miał jak półtorej mojej stopy, nigdy w życiu nie widziałam tak wielkich niedźwiedzich tropów, mimo, że ślady niedźwiedzie widuję bardzo często. Nie robiłam zdjęć, ponieważ chciałam jak najszybciej, bez zatrzymywania wydostać się z polany szczytowej. Mam nadzieję, że te ślady jesteś w stanie sobie czytelniku wyobrazić. Nagle, żeby tego wszystkiego było mało, rozpętała się.. zamieć śnieżna!! Silny wiatr, bombardujący Cię śnieg, niewielka widoczność, ślady niedźwiedzia giganta i ja, która nie mam pojęcia gdzie idzie dalej mój szlak, nie szłam nigdy czarnym do Jabłonek ale pi razy drzwi wiedziałam w którą stronę ma iść. Denerwująca sytuacja znów beznadziei. Zostawiłam plecak i przez 10 minut biegałam po Łopienniku z kompasem szukając szlaku :) No, znalazłam w końcu te czarne kreski na drzewach ale uważam, że na takich rozstajach powinien być on lepiej oznakowany. Byleby jak najszybciej wydostać się z tej mgły! Ruszyłam szybkim krokiem i za 5 minut znowu pojawiły się ślady owego lokalnego giganta, tylko tym razem szły jakiś czas dokładnie po szlaku! "Drogi misiu, pomyślałam, to jest ścieżka dla turystów, proszę trzymać się od niej z daleka. A ja dzisiaj jestem rasowym turystą -idę po turystycznym szlaku i będę spała w łóżku w płatnym noclegu. Proszę zejść mi z drogi." Szlak nie był idealnie oznakowany, zwłaszcza w słabej widoczności miałam kilka problemów. Kilka razy zrzucałam plecak i biegałam w około szukając kresek na drzewach. Podczas tych wędrówek każdego dnia wcielałam się w inną rolę, w inną postać. Dzisiaj jestem turystą. Rzekłam sobie w myślach: "dziś jesteś turystą, musisz więc myśleć jak turysta!". Czyli jeżeli nie widzisz szlaku przed sobą, to się odwróć i zobacz, czy czasem nie ma szlaku z tyłu dla ludzi, którzy idą w przeciwnym kierunku. Jeżeli szlaku też nie ma, to wróć się do miejsca, gdzie ostatni raz widziałeś szlak i zobacz w którą stronę jest skierowany ten idący w przeciwnym kierunku -właśnie z tej strony powinien zobaczyć go turysta idący z naprzeciwka i idź jego torem -w zasadzie według tych zasad pokonałam cały odcinek. Przy takim błocku i kontuzji oczywiście nie mogło się obejść bez drewnianego kostura. Oczywiście na samym starcie, w Dołżycy, rozwiązałam sobie zupełnie buty, by dać większą swobodę piętom. U podnóża gór napotkałam na sakramencki bajzel w lesie pozostawiony po ścince. Pełno zmarnowanego, starego i nieściągniętego drewna. W porównaniu z tym syfem, u mnie w Prełukach jest piękny porządek a wydawało mi się, że już gorzej być nie może. Poniżej zdjęcie zrobione już po zejściu z gór, wkroczywszy na drogę kierującą do Jabłonek.
Załącznik 33933
Jeszcze tylko przejście przez rzekę. Nagle rozpętała się ulewa ale jakie to ma znaczenie w tym momencie, gdy jest się całym mokrym :) Nie ma czasu na czekanie, jeszcze kawałek drogi.
Załącznik 33934
Kuśtykając z kosturem zaszłam do schroniska szkolnego w Jabłonkach. Oczywiście wcześniej zapowiedziałam swoją wizytę. Miałam cichą nadzieję, że będą palili w piecu, bym mogła sobie osuszyć ubrania na kaloryferze. Nic z tego. Schronisko bardzo mi się podobało, obsługująca starsza pani też okazała się najsympatyczniejszą osobą. Dostałam pokój 14-osobowy z łóżkami piętrowymi. Okazało się, że w pokoju obok był jeszcze jeden gość, leśnik z odległej części Polski. Porozmawialiśmy sobie o lasach, o leśnikach z moich okolic. Człowiek nie był w Prełukach z 18 lat a doskonale wyrysował mi palcem na stole "mapę" moich okolic, łącznie z wszystkimi zakrętami. Gdy wymieniałam nazwiska leśniczych, to okazało się, że znał wielu a nawet kojarzył mój dom -dawną leśniczówkę. Gdy opowiedziałam mu o dzisiejszym dniu, złapał się za głowę i powiedział, że dzisiaj choćby dawali mu za to wielkie pieniądze to za żadne skarby w taką pogodę nie poszedłby do lasu i był pełen podziwu. Bardzo miły człowiek. Potem, jako, że kaloryfery nie grzały, postanowiłam zakosić rolkę szarej srajtaśmy, którą osuszałam sobie buty od środka. Wszak dzisiaj byłam turystą a turyści powszechnie znani są z tego, że kradną papier toaletowy ze schronisk. Była ogólnodostępna kuchenka, więc zagotowałam sobie niewielki garnek gorącej wody w którym próbowałam zamoczyć stopy. Miło się tym rozgrzałam. Serdecznie polecam to schronisko, bardzo mi się w nim podobało.
Następnego dnia pogoda zmieniła się nie do poznania! Przepiękne słońce, upalna pogoda, lekki wiaterek -pogoda wymarzona w góry. Jeszcze wczoraj nie byłam pewna czy dam radę o tych piętach iść następnego dnia ale po rozchodzeniu było znośnie, mimo tego cały czas kuśtykałam. Udałam się stopem do Baligrodu do sklepu i do apteki. Złapałam malucha, plecak dałam na kolana. Wesoła pani zapytała się mnie czy jestem z wojska, sądząc po militarnym ubraniu i plecaku. Też prowadzi agroturystykę i opowiadała, jak to turyści obawiają się przyjazdu w Bieszczady w związku z "zbliżającą się wojną". Doszło nawet do tego, że turyści zadają pytania typu: "czy zwrócona nam zostanie zaliczka w sytuacji, gdyby wybuchła wojna?". Pani miała ubaw z tej sytuacji. Gdy zapytała się o moje plany na dziś, odpowiedziałam, że wybieram się na Waltera. "Oho, czyli partyzanci już zaczynają chować się po górach!" -rzekła. Gdy wysiadłam w Baligrodzie znów to samo. Usłyszałam za swoimi plecami komentarz dwóch starszych babek: "Wojna idzie...!". W tym momencie żałowałam, że nie umiem gadać po rusku. Tak więc wiedziałam kim będę dzisiaj - dziś będę partyzantem!!! Szkoda, że nie miałam czapki mazepynki (koniecznie z tryzubem) ale już powiedziałam koledze, że gdyby przypadkiem był w Lwowie to ma mi kupić taki badziew na straganie. Wróciłam pod pomnik bohatera narodowego stopem z podleśniczym z Jabłonek. Zapytał gdzie mnie wysadzić -"koło Karola", odrzekłam. Uśmiechnął się.
Załącznik 33935
U podnóża góra cała obsypana Żywcami Gruczołowatymi.
Załącznik 33936
Całe podejście na Waltera -sakramenckie!! Najbardziej pieruńsko stromy szlak w naszych Bieszczadach! Ale ja właśnie takie podejścia lubię -bardzo dobrze mi się szło, powolutku z nowym kosturem. Te zdjęcia i tak wyszły mocno wypłaszczone.
Załącznik 33937Załącznik 33938
Tuż pod samym szczytem było lekkie wypłaszczenie. Usiadłam. Miejsce to zachwyciło mnie ogromnie! Zadecydowałam, że to właśnie tutaj będzie moje tajne Centrum Dowodzenia Światem -idealna miejscówka! Dookoła,z ukrycia widać z niej cały świat a ja siedziałam jakby na czubku wielkiej piramidy. Kiedyś Fudżis z Cisnej napisał mi w smsie, że centrum dowodzenia światem znajduje się w Cisnej. Niech tak myśli dalej. Ja wiem, że Centrum Dowodzenia Światem jest na górze Walter!! Zaczęłam snuć plany zdobywania świata... Ha!
Załącznik 33939Załącznik 33940
Wtem zobaczyłam ładne Wilczełyko i postanowiłam je sfotografować. Jednak jeszcze ładniej prezentował się na jego tle mój cień, więc zabawiłam się w zabawę z cieniem wyobrażając sobie, że trzymając mój kostur jestem Panem i Władcą Świata!!!
Załącznik 33941Załącznik 33942Załącznik 33943Załącznik 33944
Całe podejście na Waltera -sakramenckie!! Najbardziej pieruńsko stromy szlak w naszych Bieszczadach! Ale ja właśnie takie podejścia lubię -bardzo dobrze mi się szło, powolutku z nowym kosturem. Te zdjęcia i tak wyszły mocno wypłaszczone. Co prawda, to prawda. Piękna trasa i cudownie opisana - gratulacje!. Dwa razy próbowałem na zdjęciach, w miarę realnie, przedstawić podejście (zejście) z "Watlera" :smile:, jednak po obejrzeniu ich na monitorze, zawsze byłem rozczarowany tą płaskością. Nie ma to jak w realu. Robi wtedy wrażenie i wyzwala emocje.
relacja SUPER !!!!
ps. dzięki za wyróżnienie mnie w tekście ;)......no i widzę, że ''zakoszony" papier pomógł :lol:
Załącznik 33945
Dochodząc powolutku do szczytu, napotkałam wiele okaleczonych drzew. Patrząc na napisy pomyślałam -"Oho, moi ludzie tu byli. Ale bym ich pogoniła moim kosturem!".
Załącznik 33946
Gdy doszłam do szczytu, zobaczyłam ławeczkę -"no to fajrant" -pomyślałam. Ławeczka z widokiem na durnego wieloryba.
Załącznik 33947Załącznik 33948
Będąc partyzantem posiliłam się runem leśnym, objadając się orzeszkami bukowymi.
Załącznik 33949
Schodząc do przełęczy spotykałam wiele ciekawych, spróchniałych drzew.
Załącznik 33950
Przed sobą ujrzałam Berdo, czyli górę, na którą za chwilę będę wchodzić.
Załącznik 33951
Na przełęczy znów beztroski fajrant w słoneczku.
Załącznik 33952Załącznik 33953
Podreptałam sobie na Berdo. Tam zobaczyłam informację, która bardzo mocno wbiła mnie w ziemię!!! Na obu mapach czas schodzenia to 1:30 do Bystrego a na kierunkowskazie... 3:30 do Baligrodu. Szoooook!!! Zrozumiem, że pół godziny to odcinek Bystre - Baligród ale żeby na obu mapach machnąć się o całe dwie godziny!?
Załącznik 33954
Ciężko mi powiedzieć ile normalnie zajęłoby mi to przejście, jest długie i bardzo płaskie, więc domyślam się, że normalnie pokonałabym je szybko żwawym tempem w podskokach. Bardzo lubię takie trasy. Śliczny, malowniczy, kręty szlak. Chodzenie po takim lesie w taką pogodę to bajka. Ale nie tym razem. Szłam bardzo długo i bardzo powoli. Zajęło mi to właśnie ok. 3:30. Pięty bolały sakramencko i plecak dawał już w kość. Następnym razem muszę tu przyjść bez obciążenia, tu jest po prostu za fajnie. Droga pieruńsko się dłużyła. Znakarz widać miał duże poczucie humoru, ponieważ szlak pokierował przez każde zwniesienie, każdy mały pagórek, mimo, że spokojnie mógł je ominąć bokiem. Pewnie wyszedł z założenia -"skoro zachciało im się iść w góry, to niech mają swoje!". Znalazłam kawałek łuski z czasów wojny. Szkoda, że nie była cała, bo właśnie potrzebuję takiej do chatki jako popielniczkę :)
Załącznik 33955Załącznik 33956
Pod koniec nie dałam rady, ściągnęłam sobie buty i w samych skarpetkach podreptałam sobie ok kilometra po suchym, nagrzanym runie leśnym. W tym momencie poczułam jakbym dostała skrzydeł! Podbiegałam kawałek, bo było mi tak miło. Fizycznie czułam się doskonale wypoczęta i zupełnie nie zmęczona, gdyby tylko nie te pięty. Ale bez butów mogłam biegać! Czy nie kłuło mnie w nogi? Nie. Prawie całe lato przechodziłam na bosaka, w tym także sporo chodziłam zupełnie na bosaka po lesie, nie tylko po ścieżkach. Pod koniec ubrałam buty, gdyż runo zaczęło robić się wilgotne. Podreptałam drogą do Rabe, gdzie na łące nieopodal drogi, pomiędzy odcinkiem Wisan - Leśniczówka, rozbiłam namiot. Byłam tak wypoczęta, jakbym w ogóle w górach nie była, jeszcze bym dziś ze 3 razy skoczyła na Waltera, tylko bez butów i bez plecaka :) Nocą niebo było ogromnie obsypane gwiazdami! Ubrałam się jak eskimos, było mi ciepło. Zasnęłam dopiero o 5 nad ranem, wcześniej tylko ot tak drzemałam. Nieoceniony kolega o 7.30 napisał mi smsa, że czas wstawać i ruszać w drogę. I bardzo dobrze. Dopiero później rozmawiając z leśniczym Roztok mieszkającym w Rabe, dowiedziałam się od niego, że mój namiocik ślicznie się prezentował raniutko na łące i był ładnie oszroniony. Znów zapowiadał się słoneczny, piękny dzień! Udałam się umyć do potoku Riabego.
Załącznik 33957
Podczas tej czynności uważnie rozglądałam się dookoła, czy czasem nie lata tu jakiś dron. Wszak w tych okolicach kręcony jest właśnie program telewizyjny Las Bliżej Nas dla TVP1 dotyczący pracy naszych leśniczych, gdzie w głównych rolach wystąpią Marcin, leśniczy z Roztok mieszkający w Rabe oraz Kaziu, leśniczy z Polanek mieszkający w Bukowcu. Myślę, że gdybym teraz natknęła się na drona, to mogłoby to przyczynić się do gwałtownego wzrostu oglądalności programu. Dzikie lasy a w nich dzikie baby. Gdy później podzieliłam się tą obawą z leśniczym, pocieszył mnie jakże wielce, że wprawdzie drony są tymczasowo uśpione ale fotopułapki w lesie wciąż działają :)
Podreptałam do kamieniołomu. Wcześniej plecak na skrzyżowaniu zostawiłam pod opieką wesołych panów leśników. Dowiedziałam się, że rankiem mieli wielką ochotę zaglądnąć do namiociku a teraz jeszcze większy żal, gdy dowiedzieli się, że spała w nim sama kobieta. Gdy powiedziałam im, że zmierzam do Prełuk to złapali się za głowę.
Załącznik 33958Załącznik 33959Załącznik 33960
Gdy doszłam do kamieniołomu, wyłonił się pan z budki i zapytał: "A pani tu co?". "A patrze tak sobie", odpowiedziałam. Zawrócił mnie spowrotem :) Praca na kamieniołomie wrzała. Idąc dalej spotkałam nową elegancką wiatkę ze stołami w środku. Za chwilę doszłam do źródełka, w którym syf mnie mocno zasmucił, tym bardziej, że tuż metr dalej stał kosz na śmieci.
Załącznik 33961Załącznik 33962
Po chwili spotkałam drugą nową wiatkę. Po co tyle wiatek obok siebie?
Załącznik 33963
Doszłam do kruszarek, czyli miejsca, gdzie planowo miał mieć mój ostatni nocleg. Zadziwiła mnie cała masa żab znajdujących się tu na drodze. Trzeba było na prawdę uważnie patrzeć pod nogi! I wszystkie, bez wyjątku, parami. Zaśpiewałam im krysznową, żabską (rabską?) melodię -"rade, rade, kum, kum". Udałam się w kierunku na Huczwice. Zaraz za skrzyżowaniem, by mnie nikt nie widział, ściągnęłam buty i podreptałam sobie w wełnianych skarpetkach prosto aż do jeziorka bobrowego.
Załącznik 33964
Znalazłam kawałek łuski z czasów wojny. Szkoda, że nie była cała, bo właśnie potrzebuję takiej do chatki jako popielniczkę :) Były w zasięgu ręki na Łysym Wierchu, w zależności od potrzeby, do wyboru i kalibru.
Załącznik 33965
Podczas czytania Twojej relacji wracają wspomnienia z tamtych okolic. Jak widzę, to bezlistna pora roku pozwala na bardziej odległe widoki, których za kilka tygodni już się nie zobaczy. Dzięki Twojej relacji, nowe wiaty już mnie nie zaskoczą swoją obecnością:). Domyślam się, że tym razem Chryszczata nie ma szans i legnie u Twych, odzianych tylko w skarpetki, stóp:).
Na Łysym sporo złomu ale nad Bobrowym, na Wierszkach jeszcze więcej.
A najwięcej na Patryi.
Często słyszę od ludzi, którzy odwiedzili Bieszczady - byłem, tam, tam i tam, zobaczyłem już wszystko w tych Bieszczadach.
Właśnie. Często rzeczywiście - w ich spojrzeniu na Te Góry - zobaczyli już wszystko. Jak wiele jest jednak punktów patrzenia pokazują relacje Jimi - chodzi sobie nie tak bardzo daleko, nie tak bardzo wysoko i nie tak spektakularnie widokowo, a wydaje się jakby była to podróż na inny kontynent. :-D Świetnie się czyta 8-)
dzięki Zbyszek i Browar, mój guru chaszczowy :> w takim razie kiedyś przy okazji wybiorę się na Patryję po.. popielniczkę ;)
Asiu, o wielu słyszałam takich co w 4 dni przeszli całe Bieszczady hihihi. Ja właśnie dzięki temu forum zdaję sobie sprawę, że tak na prawdę to ja nigdzie nie byłam, no bo przecież nie byłam ani na Łysym, ani na Wierszkach ani nawet na Patryi...
Jak zobaczyłem Twoje nowe wpisy to myślałem, że nadszedł tak szybko czas na porachunki ze "starą rurą" :-). Walter też dał mi się we znaki, kiedy próbowałem pewnej wiosny gonić ekipę udającą się na Łopiennik a by trochę więcej zwiedzić trasę swą wytyczyłem przez Waltera. Ekipy nie dogoniłem, mocno na drugi dzień dawały się we znaki mięśnie nóg :-)
P.S. - To, co znalazłaś na popielniczkę by się nie nadawało - to odłamki pocisku. Całe ciężko to znaleźć bo jeśli jest w całości to przeważnie z niebezpieczną zawartością. Natomiast to, co na zdjęciu Zbyszka to szklanki szrapneli.
A tak w ogóle to dlaczego relacja w tym dziale a nie relacji bieszczadzkich?
Długi, relacja jeszcze ma ciąg dalszy, troche zajmuje mi pisanie, dopiero przecież zeszłam z pasma Łopiennika :-) Odnośnie popielniczki, wiele osób ma popielniczki z identycznych łusek, np. w kilku schroniskach i ja też taką chce :P Przecież to co na moim zdjęciu to jest to samo co na Zbyszka, tylko u mnie było połamane na pół. Odnośnie działu, na początku wątku było kilka (czyt. 2) niebieszczadzkich relacji, w zasadzie wątek zaczęłam od Beskidu Niskiego ale powstał z tego jeden cykl opowiadań o wędrówce w pojedynkę i nie chciałam go rozdzielać, bo tutaj nieistotne są pasma górskie ale właśnie sama idea, jaką jest wędrówka w pojedynkę, na którą składa się cykl różnych relacji. Właśnie wniosłam prośbę do zielonych o przeniesienie wątku ale wyłącznie w całości.
Studenci już dawno temu w swojej bazie w Łopience wykorzystywali szklanki szrapneli jako popielniczki:).
Załącznik 33968
znaczy, na tym Hruniu można się fajnie zgubić - ciekawa sprawa z tym wariującym kompasem - na pewno się tam wybiorę.
A z milusińskich zwierzątek, czas już patrzeć pod nogi - dzisiaj pierwszy raz w tym roku żmiję widziałem - wyglądała na głodną
znaczy, na tym Hruniu można się fajnie zgubić - ciekawa sprawa z tym wariującym kompasem - na pewno się tam wybiorę.
A z milusińskich zwierzątek, czas już patrzeć pod nogi - dzisiaj pierwszy raz w tym roku żmiję widziałem - wyglądała na głodną Na Hruniu gubi się idealnie :)
Widziałem wczoraj kilka tysięcy jaszczurek, a z tą żmiją uważaj, dobrze że Cię nie zjadła, głodne żmije nie wybrzydzają :twisted:
W Huczwicach nad małym jeziorkiem bobrowym zobaczyłam nagle, że jakieś olbrzymie ptaszysko jastrzębiowate zerwało się z ziemi. Ten wielki ruch wielkiego skrzydła zapamiętam długo. Nie widziałam jego lotu po niebie, bo bardzo sprytnie się schował dalej ale po barwach najbliżej mu było do orlika krzykliwego. Kawałek dalej usiadłam, zarządziłam przerwę, bo z czasem byłam zdecydowanie do przodu, niż zakładałam. Przepiękna, słoneczna pogoda i cudna okolica sprawiły, że otrzymałam choć namiastkę Rosolina, o którym wciąż marzę, by doń powrócić. W tym momencie zrozumiałam, że otrzymałam to, czego mi było tak potrzeba. Mianowicie potrzebowałam usiąść w bezludnej okolicy na wielkiej, ogromnej łące i wygrzewać się w słoneczku. Tylko tyle właściwie potrzebowałam przez te trzy dni łażenia i to właśnie tutaj, w Huczwicach miała miejsce kulminacja całej mojej wędrówki. Gdyby nie było tego wprowadzenia, czyli pasma Łopiennika związanego z późniejszym spaniem w namiocie w Rabe -Huczwice same w sobie nie miałyby sensu. Również nie miałyby sensu, gdybym przyjechała tu autem. Do tego osiągnięcia tego stanu potrzebowałam wprowadzenia, jakim była dwudniowa wędrówka i namiot. Gdyby nie było tak gorącego słońca, też nie poczułabym spełnienia w Huczwicach :) Kilka dni wcześniej napisałam w pamiętniku, że potrzebuję usiąść w gorącym słońcu na rozległych, bezludnych rosolińskich łąkach. Wszystko poukładało się bardzo ładnie. Dopiero teraz odkryłam właściwe piękno Huczwic, wcześniej nie mogłam trafić na odpowiednią pogodę. Zagotowałam wodę na kawę w menażce, którą kiedyś nabyłam w sklepie wojskowym z rzeczami z demobilu. Menażka, składająca się z dwóch naczyń, ma na każdym wyrytą datę walki 1968. W tym samym sklepie nabyłam też moje ukochane depeemy oraz koszulę i pokrowiec na plecak. Poniekąd fascynuje mnie to, że tych rzeczy kiedyś używał żołnierz (spodnie i koszula na pewno pochodzą z użytku ale akurat najmniejsze rozmiary były prawie nienaruszone, menażka też była używana).
Załącznik 33969Załącznik 33970Załącznik 33971
Ruszyłam dalej. W zasadzie postój był zbyt długi, bo paradoksalnie postój mnie zbyt zmęczył -ciało przeszło w stan odpoczynku i trzeba było się od nowa rozchodzić, by wejść w rytm marszu a przede mną jeszcze całkiem długa droga. Dalej bez butów doszłam do dużego jeziorka bobrowego, gdzie budowany jest duży taras widokowy. Szybko założyłam buty dla zachowania pozorów normalności. Zagadnęłam z panami, którzy zaprosili mnie... na dach :D Oczywistym było, że nie odmówię, bo uwielbiam włazić i się wspinać. Okazało się, że ci także mieli wielką ochotę zapukać rano do namiociku.
Załącznik 33972Załącznik 33973Załącznik 33974Załącznik 33975
Doszłam do podnóża Chryszczatej po drodze witając się z kolejnymi młodymi chłopakami pracującymi w lesie. Weszłam na szlak kapliczkowy i tutaj od razu zamieniłam się w pielgrzyma. Podejście na Chryszczatą od tej strony -sakramenckie, drugi Walter. Ale przecież ja takie właśnie bardzo lubię. Konkretne. Czyli krótki, bardzo stromy (czasami wręcz fantazyjnie stromy) odcinek ale przynajmniej od samego początku wiesz na co wchodzisz, cały czas widzisz ile jeszcze drogi przed tobą. Nie jak poprzednio, kiedy "kilka" razy jednego dnia wchodziłam na Horodek, "kilka" razy na niebieskim wchodziłam na poszczególne szczyty. Dlaczego piszę "kilka"? Bo zawsze wydawało mi się, że już dochodzę do szczytu a gdy spoglądnęłam przed siebie pokonawszy odcinek, dany szczyt cały czas był daleko i daleko. W zasadzie doszłam do wniosku, że jeżeli myślisz, że już jesteś na szczycie, to na pewno na nim nie jesteś. Analogicznie możnaby powiedzieć odwrotnie - jeżeli myślisz, że szczyt jeszcze daleko to na pewno już na nim jesteś :-) Haha. Ta druga zasada miała miejsce właśnie na Chryszczatej!!!!! Gdy kawalątek przed szczytem spoglądając nań, pomyślałam, że to na pewno nie jest jeszcze to -okazało się, że byłam w błędzie. Tym samym doszłam w końcu do szczytu Chryszczatej! Powiem szczerze, że nie sądziłam, że będę miała stąd widoki ale widocznie wczesna wiosna sprawiły, że nawet ze szczytu Chryszatej można było tu i ówdzie popatrzeć sobie na świat dookoła.
Załącznik 33976
.... czyli leśniczy nie musiał pomagać.....:-P
Schodzić do Prełuk miałam zwyczajnie szlakiem, jednak niedobry Bazyliszek podkusił mnie, by z lekka urozmaicić sobie wędrówkę zmieniając trochę trasę. Z racji tego, że ostatnio na zachodnich zboczach Chryszczatej czuję się niemalże jak u siebie w piaskownicy, namawiać bardzo mnie nie musiał. Czuję tę górę coraz lepiej, coraz lepiej się nad niej odnajduję, coraz lepiej ją poznaję. Dlatego zboczenie ze szlaku Chryszczatej było dla mnie jak pstryknięcie palcem. Wyciągnęłam kompas, by określić azymut. Tuż obok ujrzałam fajny okop z I wojny.
Załącznik 33980Załącznik 33981
Podążając osuwiskiem Zwezło na starcie zaliczyłam kilka dupozjazdów. Nagle znalazłam się w jakiejś magicznej krainie, jakby oderwanej od rzeczywistości, o której świat zapomniał. Byłam w niebie. Ukształtowanie terenu było kosmicznie piękne. Do tego to słońce. Chodziłam niemalże zygzakami, to na prawo, to na lewo, bo chciałam zajrzeć wszędzie. Już teraz wiedziałam, że gdyby wybuchła ta wojna, to wstąpię do partyzantki. Znów wcieliłam się w rolę partyzanta. Zaczęłam intensywnie obmyślać plan, że właśnie tutaj rozlokuję swój oddział. Oczywiście mój oddział będzie nosił kryptonim "Sokoły" ze względu na ulubiony okrzyk w lesie jego dowódcy, czyli "hej". Trzeba myśleć już teraz!!! Przecież gdy wybuchnie wojna, to kto w tym całym chaosie będzie w stanie myśleć, planować a co najważniejsze -działać! Trzeba planować skrytki i bunkry już teraz!!! Czy bałam się tak chodzić? Nie, tu nie ma czasu na bojaźń, trzeba układać plany. Najlepszy partyzant to ten, który doskonale zna swój teren. W tym momencie, pogrążając się w swoich myślach, miałam ochotę zacytować Browara -"my name is Chrin Stebelski!", bowiem takiego smsa mi kiedyś wysłał. Idąc tak zboczem Chryszczatej mijałam to jeden, to drugi, to trzeci potok. Po drodze także dwa inne, całkiem spore jeziorka duszatyńskie. Oczywiście tych dwóch najbardziej znanych nie widziałam, ponieważ były zupełnie po drugiej stronie zbocza.
Załącznik 33982Załącznik 33983Załącznik 33984
Po około godzinie dotarłam do szlaku, czyli już byłam prawie w domu. Dodam, że na oko z 10 razy chodziłam dotychczas po zboczach Chryszczatej ale nigdy nie zdażyło mi się, żebym w dwie strony szła po szlaku, więc i tym razem musiało być na wesoło :) Na ścieżce prowadzącej już prosto do Duszatyna poległam. Taki miałam widok:
Załącznik 33985
Powstałam. Zachodzące słońce mnie oślepiło.
Załącznik 33986
Jakimś cudem doczołgałam się do Prełuk, gdzie skonałam. Idąc wyglądałam jak żołnierz wracający z wojny -kuśtykający na jedną nogę i opierający się o kuli -obowiązkowo o jednej, gdyż zawsze z wojny wracają o jednej kuli. Przez całą Chryszczatą miałam bowiem kostur idealnie przypominający kulę. Sięgał mi tylko do pasa i miał taką rączkę wystającą jak mają kule. Krótki kijek jest idealny na strome podejścia a idąc po równym po prostu przypominał kulę :) Pięty trochę zjechałam ale co najważniejsze -na szczęście nie do krwi :)
http://wadera55.republika.pl/pasmo_l...atej/trasa.jpg
(trasa pod linkiem)
Całość jednym ciągiem także do obejrzenia tutaj:
http://wadera55.republika.pl/pasmo_l...yszczatej.html
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Jej Bohu.....świetny opis, bardzo mi się podobał, niewątpliwy talent literacki ,trochę szkoda go do partyzantki pani Stebelska....:wink:
Oj lubię i ja takie opowiastki. Taki mi nieco koślawy "lepiej" się skleił:
"Lepiej było zaróść smrodem,
niż w potoku spotkać z dronem...."
;)
ALE BIGOS NASZYKOWANY ???? ( i o bimbrze pamiętaj ! )
ps. maczety nie dżwigasz ? ..ja wczoraj swoją naostrzyłem. W razie co- jak będę miał kurs CASĄ , to dokonam zrzutu następnej partii broni , więc szykuj zrzutowisko ! ;)
No właśnie.. ja tu knuję wielkie plany a podstawowej rzeczy, czyli bigosu na wojnę nawet nie zrobiłam...
Niema to jak na wojnie, sporo amunicji , trochę brymuchy ,kwaśny bigos i...słodkie dziewczyny...:lol:
Aniu!, Gratuluję : wędrówki, poskromienia "starej rury" i pięknego opisu. Czytałem z wielką przyjemnością.
Pozdrawiam :)
Kto po ostatniej mojej wędrówce z dn. 17 marca uwierzył w to, że na prawdę mam dosyć wędrówek na najbliższe dni, to oznacza, że mnie wcale nie zna. Już następnego dnia wieczorem spakowałam plecak... He, he, bo to taka choroba jest â szwędactwo górskie :). Za każdym powrotem siedzi przyczajone kilkanaście godzin a później powoduje jakieś zwarcia w mózgu, fale mózgowe wysyłają sygnały najpierw łagodnie, później bardziej zdecydowanie, po dwóch dniach to już istny sztorm we łbie, aż w końcu nadchodzi tsunami i nie sposób się nie ruszyć! To gdzie i kiedy następna wyrypa?
...Kuśtykając z kosturem zaszłam do schroniska szkolnego w Jabłonkach. Oczywiście wcześniej zapowiedziałam swoją wizytę. Miałam cichą nadzieję, że będą palili w piecu, bym mogła sobie osuszyć ubrania na kaloryferze. Nic z tego. Schronisko bardzo mi się podobało, obsługująca starsza pani też okazała się najsympatyczniejszą osobą. Dostałam pokój 14-osobowy z łóżkami piętrowymi.(...) Też polecam gorąco to schronisko! Warto wspomnieć, iż na jego ścianach wiszą piękne zdjęcia przyrody, których autorem jest gospodarz schroniska - Pan Maciej Grzegorzek ( http://www.maciejgrzegorzek.pl/).
Była ogólnodostępna kuchenka, więc zagotowałam sobie niewielki garnek gorącej wody w którym próbowałam zamoczyć stopy. Miło się tym rozgrzałam. Serdecznie polecam to schronisko, bardzo mi się w nim podobało. A woda ciepła też jest, tylko teraz, gdy nie ma turystów, trzeba dość długo poczekać, aż âźdojdzie ruramiâ :)
Całe podejście na Waltera -sakramenckie!! Najbardziej pieruńsko stromy szlak w naszych Bieszczadach! Ale ja właśnie takie podejścia lubię -bardzo dobrze mi się szło, powolutku z nowym kosturem. Nie darmo te piętrzące się kretówki zwano niegdyś Grzebieniem Baligrodzkim, stromo do góry, niezbyt rozległy szczyt, na dół na pysk i od nowa :)
Podejście na inny grzebienia ząb:
Załącznik 34007
Zasnęłam dopiero o 5 nad ranem, wcześniej tylko ot tak drzemałam. Nieoceniony kolega o 7.30 napisał mi smsa, że czas wstawać i ruszać w drogę. I bardzo dobrze.(...) Ale zbój! Dać Ci przespać świt â powinien najpóźniej o 5.15 wysłać sms-a :mrgreen:
Schodzić do Prełuk miałam zwyczajnie szlakiem, jednak niedobry Bazyliszek podkusił mnie, by z lekka urozmaicić sobie wędrówkę zmieniając trochę trasę. (...) To za karę! Za dręczenie sms-ami :wink:, a że tu idzie, a że tam, a że burza śnieżna, a że słońce, a we fabryce do fajrantu daleko, a końca tygodnia nie widać!!!
Cieszę się, że zaczęłaś umieszczać relacje na forum, czytało się świetnie! Czy już wszystko uprane i spakowane do następnego wyjścia?
Bazyl: "Za każdym powrotem siedzi przyczajone kilkanaście godzin a później powoduje jakieś zwarcia w mózgu, fale mózgowe wysyłają sygnały najpierw łagodnie, później bardziej zdecydowanie, po dwóch dniach to już istny sztorm we łbie, aż w końcu nadchodzi tsunami i nie sposób się nie ruszyć! To gdzie i kiedy następna wyrypa?"
-oj tak Bazylku, pewnie widziałeś jak mnie nosiło patrząc za okno na deszcz. Rozbawiłeś mnie z tymi "przyczajonymi godzinami". Dziś polazłam górami do sklepu, hehe 40 minut w lesie ale dobre i to.
B: "A woda ciepła też jest, tylko teraz, gdy nie ma turystów, trzeba dość długo poczekać, aż âźdojdzie ruramiâ :)"
-zgadza się, odkryłam to dopiero rano.
B: foto
-super sprawa
B: "Ale zbój! Dać Ci przespać świt â powinien najpóźniej o 5.15 wysłać sms-a"
-Niech tylko spróbuje ten zbój :> Widziałam różowy świt przez ściany namiotu ale za chiny ludowe nie chciało mi się wyleźć, teraz tylko żałuję
B: "To za karę!"
- :D Jeżeli to jest karą to nazywaj mnie masochistą :)
B: "Czy już wszystko uprane i spakowane do następnego wyjścia?"
- hehe w piątek przyjeżdża do mnie przyjaciel z Niska z dziewczyną i duże prawdopodobieństwo, że będę szła z nimi na.. Chryszczatą ;p Relacji z tego nie będzie ale zastanawiam się, czy nie powinnam napisać sobie stałej tabliczki - "Poszłam na Chryszczatą, zaraz wracam". Póki co zawsze gdy gdzieś wychodzę (np. jak dziś) to zostawiam karteczkę: "Poszłam na wilki, zaraz wracam, proszę dzwonić: 694..". Czemu wilki? Bo miałam dwie karteczki: albo szłam faktycznie na wilki albo normalną. Ale normalna mi się zgubiła i zostały te wilki. Myślę, że teraz bardziej aktualne będzie: "Poszłam na Chryszczatą, zaraz wracam".
Nagle znalazłam się w jakiejś magicznej krainie, jakby oderwanej od rzeczywistości, o której świat zapomniał. Byłam w niebie. Ukształtowanie terenu było kosmicznie piękne. Do tego to słońce. Chodziłam niemalże zygzakami, to na prawo, to na lewo, bo chciałam zajrzeć wszędzie Jimi!, swoim wspaniałym opisem, wyzwoliłaś u mnie wielką potrzebę przejścia tą trasą. Czytając Twoje relacje, dopiero widać urok bieszczadzkich ustronnych miejsc. Co ciekawego mogą powiedzieć ci, którzy podczas wędrowania trzymają się sztywno szlaku?. Nie mają szans na poznanie "kosmicznego piękna" ukształtowania terenu. Podziwiam Twoje rozeznanie terenu posługując się tylko mapą i busolą. Przecież ustalenie swojego miejsca stania w lesie, gdzie trudno o jakieś konkretne punkty odniesienia, to jest wyzwanie tylko dla fachowców z terenoznawstwa. Jak widzę, to Ty się do nich zaliczasz. Gratuluję. Z wypiekami na twarzy przeczytałem wszystkie Twoje relacje. A wyobraźnia buzowała na wysokich obrotach:). Oczywiście posiłkowałem się mapą, aby bardziej przybliżyć sobie Twój opis poszczególnych miejsc. Dzięki.
Co ciekawego mogą powiedzieć ci, którzy podczas wędrowania trzymają się sztywno szlaku? To są w ogóle tacy?
Zbyszku, cieszę się, że się podoba. Tak na prawdę to takich miejsc jest cała masa. Myślę, że to nie jest kwestia danych miejsc ale punktu patrzenia ludzi, którzy po nich chodzą. Dam sobie rękę uciąć, że cała masa ludzi nie zobaczy w nich nic nadzwyczajnego, ot zwykła sterta kamieni czy pagórków. Pamiętam, gdy pierwszy raz wybrałam się na spacer po starych Prełukach, gdzie znalazłam dziesiątki fantastycznych rzeczy, pozostałości -fragmentów murków, fundamentów, piwniczek, studni, schodów itp itd. Wróciłam do domu cała oszołomiona i chciałam bardzo z kimś podzielić się moim odkryciem. Podzieliłam się i bardzo tego żałuję... Bowiem zostałam potraktowana jak jakaś bardzo dziwna osoba," którą fascynuje kawałek kamienia a przecież to nic nadzwyczajnego, ot zwykła sterta kamieni, więc nad czym ja się tak podniecam?" (to jest cytat). To wszystko jest tylko kwestią spojrzenia osób a nie miejsc samych w sobie. Ludzie oczekują Bóg wie czego i czasami mam spore obawy zabierać kogoś (przypadkowe osoby) na swoje spacery, bo to wiąże się tylko z nudą i narzekaniem (że daleko, że pod górę, że na czworaka, że bez rewelacji). Dlatego dla świętego spokoju chodzę sama. Z tego właśnie powodu nie chcę umieszczać swoich relacji na stronie Chaty (choć mnie o to proszono), bo wiem, że cała masa przypadkowych ludzi będzie oczekiwała potem Bóg wie czego w okolicy -a to przecież jest TYLKO sterta zwykłych kamieni.
Żeby było ciekawiej, dziś idąc do sklepu do Komańczy górami wybrałam się jeszcze inną trasą. Najpierw wejście na szczyt GSB a później odbitka ze szlaku. I wiesz co? I właśnie poczułam się dokładnie tak, jak zacytowałeś powyżej. Znów to samo!!! Znów magiczna rzeźba terenu, wiele malutkich pagórków, które sprawiały, że ten las wyglądał tak prześlicznie a "droga" moja tak falowała -lekko pod górę, lekko na dół. Trochę podobne miejsce jak to osuwisko na wypłaszczeniu (tylko nie kamieniste). A tam tyle okazów pięknych roślin, kwiatów!! Śledziennice skrętolistne, zawilce, złoć żółta, nawet kaczeniec się znalazł, lepieżniki białe, masa pierwiosnków lekarskich, przekwitłe już wilczełyko, oczywiście masa żywców gruczołowatych i podbiał pospolity. I jeszcze takie malutkie niebieskie oraz takie prześliczne niebiesko-fioletowo-różowe (nazwę dzisiaj poszukam w atlasie bo to najbardziej niedawna roślina i jeszcze nie znam jej nazwy). I to wszystko w lesie!!! W tym lesie, w który od listopada przeszłam już dziesiątki razy (1-2 razy na tydzień) i dopiero teraz je odkryłam!!! Można 20 razy iść danym lasem i dopiero za 21 razem znajdziesz coś zupełnie nowego. Takich miejsc jest cała masa, to tylko kwestia spojrzenia.
"Przecież ustalenie swojego miejsca stania w lesie, gdzie trudno o jakieś konkretne punkty odniesienia, to jest wyzwanie tylko dla fachowców z terenoznawstwa."
-mapą i busolą to każdy głupi potrafi (pod warunkiem, że nie jest na Hruniu :D). Faktycznie, mam coś takiego, co jest dla mnie oczywiste, że nawet jak pójdę w nowe miejsce, bez żadnych ścieżek, to jestem ci w stanie palcem na ziemi rozrysować np. moją trasę sprzed godziny, nie mając żadnej mapy czy kompasu. Nawet jak się zgubię i bardzo często nie wiem gdzie dokładnie jestem, to idąc instynktownie praktycznie zawsze dochodzę tam gdzie chciałam. Ale tak jest w górach, gdzie wbrew pozorom jest wiele punktów odniesienia (pagórki, szczyty), nie wiem w jakim stopniu bym się odnalazła na nizinach...
Ot pozwolę sobie na małą polemikę z Jimi która napisała że
Ja miałem to szczęście , że dane mi było wędrować nie raz, z ludźmi którzy widzą i czują to po czym idą, dzięki czemu pokazują mi to na co ja bym nie zwrócił uwagi.
I odwrotnie , ja pokazuję im to czego oni nie zauważyli. Wówczas taka wędrówka jest pełna odkryć i tych małych i dużych. Jest pełniejsza.
Tyle tylko że dotyczy to osób z pewnym poziomem wrażliwości gdyż inaczej jest problem bo :
i tu się zgodzę.
"I odwrotnie , ja pokazuję im to czego oni nie zauważyli. Wówczas taka wędrówka jest pełna odkryć i tych małych i dużych. Jest pełniejsza. Tyle tylko że dotyczy to osób z pewnym poziomem wrażliwości"
Zgadza się Heniu, dlatego bardzo chętnie bym się z Tobą zabrała w góry :) Chodzę sobie sama, bo po prostu zwyczajnie nie mam z kim chodzić ;p
Czy to brzmi absurdalnie? Na tym forum tak, bo jest tu wielu pasjonatów. Ale patrząc szerzej, na ogólną skalę ludzi czy turystów (hehe), to nie. Tak jak bardzo często (prawie, że za każdym razem), gdy złapię autostopa to kierowca mówi mi, że nie ma już takich turystów z plecakiem. Ja się wtedy dziwię (często w myślach): "jak to nie ma?! przecież ja znam całą masę takich ludzi, jak na przykład Henio i wszyscy tu z forum". Ale forum to tylko zrzeszenie pasjonatów.
Podobne zauroczenie przeżyłem pod Łopiennikiem. Opiszę to w przyszłości, jednak na pewno nie takim pięknym językiem jak to robi Jimi, a mam na myśli miejsce o nazwie Kamiadola. Dlaczego tam poszedłem?, to niech to będzie na chwilę obecną, moją słodką tajemnicą:).
Chciałbym mieś obok siebie takich "głupców":). Ten osławiony Hruń wzbudził we mnie szczególne zainteresowanie:).
Albo podobnie, kontynuując tę melancholijną polemikę, jest z cmentarzykami wojskowymi zaznaczonymi na mapach turystycznych. Dla jednego jest to tylko sterta kamieni z dwoma patykami przełożonymi pod kątem 90 stopni, drugi zaś wie, że jest to cmentarz z I wojny, miejsce gdzie są pochowani ludzie i gdzie toczyły się bitwy. Czy takiego cmentarza oczekiwaliśmy? Może raczej nagrobków z efektownymi płytami i epitafiami. A nie daj Bóg, tych kamieni już nie będzie! Oh, co za rozczarowanie, zwykłe runo leśne. Jeden będzie rozczarowany, zaś inny poświęci pół dnia, by te kamienie w środku lasu znaleźć i gdy znajdzie, będzie najszczęśliwszym człowiek na świecie a z drugiej strony przeżegna się i pogrąży w zadumie i smutku. Tak samo jest z górami, ot zwykłe pagórki.
zaś inny poświęci pół dnia, by te kamienie w środku lasu znaleźć i gdy znajdzie, będzie najszczęśliwszym człowiek na świecie a z drugiej strony przeżegna się i pogrąży w zadumie i smutku. Oj Jimi, prawdę piszesz. Mam taką trasę na kącie - Wierch nad Łazem. Jednak aby w pełni zrozumieć to co napisałaś, niezbędna jest odrobina wiedzy na temat tych wydarzań. Ostatnio "zaliczyłem cegłę" - "Karpacka wojna trzech cesarzy". Książka podobno kontrowersyjnego autora, jednak przybliżyła mi tragedię jaka miała miejsce między innymi w Bieszczadach podczas I wojny. Fachowcy od I wojny na pewno są rozczarowani tą książką, natomiast ja, jako nie historyk, niektóre fragmenty dotyczące znanych mi miejsc w Bieszczadach, przeczytałem 2 razy podpierając się dodatkowo mapą.
Heh, po przeczytaniu akcji z Hruniem przypomnial mi sie start w 2008 w Biegu Rzeznika. No, niby mielismy biec szlakiem, ale ze wtedy jeszcze malo bylo uczestnikow, ja pierwszy raz
w terenie w Duszatynie to wyszlo jak wyszlo:
Truchtamy w grupie do Duszatyna, tam robimy błąd (z mojej winy) który kosztował nas sporo sił oraz czasu. Skręcamy w bok, gdyż zamajaczył nam szlak czerwony powtórzony razem z wykrzyknikiem, zanim się skapnęliśmy o potwornym błędzie jesteśmy dość wysoko i nie chce się nam wracać. Postanawiamy iść/biec przez kszal na szagę i ominąć Jeziorka Duszatyńskie. Problem w tym, że nie wiedzieliśmy ile tego nadrabiania będzie, w pewnym momencie nie byliśmy nawet pewni czy jesteśmy na prawidłowym ramieniu i czy przypadkiem za chwilę nie zakończy się nasz bieg, przypominam - limit czasu do Żebraka to 2h30min. Poniżej schemat naszego nadrobienia trasy:
http://img149.imageshack.us/img149/8...ryszczaxh5.jpg
Na Chryszczatej meldujemy się ok 5:50, widać że są na trasie inni ludzie aniżeli Ci, przy których byliśmy w Duszatynie, jesteśmy z tyłu... Przyginamy do przodu, mijamy parę drużyn, 2h30min na przepaku na Przełęczy Żebrak. Ledwo ledwo. Niby to miał być limit, ale mam wrażenie że orgowie puszczali ludzi także z gorszymi czasami dalej w trasę i dobrze. Odcinek do Cisnej, następne ok 17km jest naszym najlepszym, nie gubimy się nigdzie, cały czas kogoś mijamy, w ten sposób przeskakujemy dwadzieścia parę ekip i meldujemy się w Cisnej o 8:20.
(...)
Zgadza się Heniu, dlatego bardzo chętnie bym się z Tobą zabrała w góry :) Chodzę sobie sama, bo po prostu zwyczajnie nie mam z kim chodzić ;p
(...). Byłbym zaszczycony
hahahaha Heniu przestań :D
Odnośnie cytatu o kamieniach, to dla rozwiania domysłów tyczył się mieszkańców znacznie odległej wioski, którzy przyjechali akurat w odwiedziny ;p
Jimi świetne opisy wędrówek tak lekko sie to czyta. Super ! A co do tego, że czasem wydaje nam się że szczyt jest tuż tuż albo, że już jesteśmy na jakimś szczycie to nie jestes w tym sama :P. W zeszłym roku końcem kwietnia wybrałam się ze znajomą szlakiem granicznym z Wetliny do Bacówki pod Małą Rawką, oj jak psioczyłyśmy gdy w pewnym momencie okazało się, że jesteśmy na Hrubkach a nie na Kamiennej, no ale cóż zrobić trzeba było ruszyć na przód, gdy już dotarłyśmy do Hrubek jakoś tak lżej się zrobiło wiedziałyśmy że już tylko ciut ciut i będziemy na miejscu :-).
W tytule jest "polemika" więc ośmielę się polemizować.
I z góry przepraszam Jimi za może zbyt osobiste pytania.
Ja tez lubię wędrować czasem samotnie, ale na ogół krótko - 3-6 godzin aby dojść do schroniska i tam spotkać się ze znajomymi, porozmawiać pośpiewać.
Na dłuższą metę samotność jest dla mnie męcząca.
Po za tym kiedy widzę widoki szczególnie piękne, jakieś ciekawe drzewo, ciekawy kamień, mam zawsze ogromną ochotę z kimś się podzielić. Po prostu powiedzieć do kogoś - "popatrz jak tu pięknie".
Można oczywiście zrobić zdjęcia i podzielić się potem, można w dobie współczesnej techniki wysłać nawet MMS (często sobie takie wysyłamy z moim synem), ale to zupełnie nie jest to samo.
Jimi - czy nie odczuwasz czasem braku takiej możliwości podzielenia się ?
Basiu, ja jestem osobą bardzo otwartą i bezpośrednią, pytanie to jest ok :) Właśnie taką potrzebę spełniają owe relacje, gdybym ich nie pisała i w ten sposób z nikim nie dzieliła się moimi odkryciami, to byłaby już katastrofa. Także często wysyłam smsy do znajomych, znacznie rzadziej mmsy. Ale wiem, że wcale o to Ci nie chodzi. Chęć podzielenia się na miejscu widokiem, napotkaną przyrodą -nie specjalnie odczuwam taką potrzebę (dzielę się tym w relacjach pisanych lub ustnych). Myślę, że bardziej potrzebowałabym podzielić się tym, co niematerialne, czyli zwykła rozmowa na fajrancie, rozmowa przy wieczornym ognisku -taka ogólna o życiu ale i niebanalna, jak o modzie i pogodzie. W zasadzie chodząc odczuwam pewną schizofrenię, czyli rozmowę z samą sobą, co mam od dziecka :D I właśnie dokładnie te dialogi są użyte w relacjach pisanych. Odnośnie odwiedzonych miejsc po raz pierwszy, w chwili obecnej nie myślę, że szkoda, że nie ma tu nikogo. Plany układam dopiero wróciwszy do domu, że jest kilka ulubionych miejsc, gdzie chciałabym się z kimś udać. Jest też kilka miejsc, po których boję się sama chodzić (tu przykładowo nasuwa mi się na myśl całe pasmo Jeleniowatego) i właśnie z takiego powodu chciałabym tam pójść z kimś ;p
Jałynowaty jest średnio interesujący - spore zrywki. Na pewno Brenzberg warto zbadać, jest tam też miśka, taka przyzwyczajona do widoku (może raczej zapachu) ludzi, pozdrów ją ode mnie ;)
Czy jeśli jest tytuł wątku Polemika - to mogę się nie zgodzić z Tobą ?
Jeleniowaty dla mnie to pasmo tajemnicze.
Jeleniowaty dla mnie to pasmo tajemnicze. Dzięki za podpowiedź:). Jak obliczyłem to ok. 18-19 km, czyli jeden dzień wystarczy a przy okazji i Łokieć doczeka się aby tam zajrzeć.
Majówka w Bieszczadach 2014
http://wadera55.republika.pl/majowka...jowka2014.html
http://wadera55.republika.pl/ania.html
Dnia 29 kwietnia 2014 w godzinach popołudniowych przyjechałam do Leska. Stamtąd serdeczny kolega zabrał mnie na objazdową wycieczkę po okolicznych szybowiskach - Bezmiechowej i Weremieniu. Ciekawostką jest, że w Bezmiechowej można natknąć się na pięknie rosnącą... kosodrzewinę, która została tu sprowadzona z wysokości 2000 metrów.
Załącznik 34356 Załącznik 34357 Załącznik 34358
Następnego dnia kilkadziesiąt minut spędziłam bujając w obłokach na wysokości nawet 1500 metrów. Poniżej zdjęcie zrobione już z niższej wysokości. "Spójrz, jak te chmury pędzą!", powiedziała Ania. "Nie, to my pędzimy :)", odpowiedział pilot.
Załącznik 34359
Potem udałam się do Prełuk, gdzie wieczorem żegnałam się z najcudowniejszymi sąsiadami, jakich kiedykolwiek miałam. Alina pochwaliła mi się rogiem, jaki pod moją nieobecność znalazła. Oczywiście zupełnie przypadkowo. Oni zawsze znajdują rogi z nudów. Ten ma szczególnie fantazyjne ułożenie, czternastak rzecz jasna, bez pary.
Właściwa wędrówka rozpoczęła się 1 maja. Udałam się na wschód do wsi o pięknej nazwie. Nie tylko nazwa mnie zauroczyła ale także sam jej wygląd. W pierwszej kolejności ukryłam plecak w krzakach i udałam się do sklepu oraz na zwiedzanie okolicy. Prawie wszystkie sklepy tego dnia pozamykane, tym bardziej o godzinie późno popołudniowej, jednakże po naciśnięciu dzwonka niebawem, ku mojemu zaskoczeniu, drzwi się otworzyły. Poznałam tam pewnego medialnego i małoskromnego zakapiora, który nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Zwiedziłam piękne ruiny cerkwiska i cmentarza.
Załącznik 34360 Załącznik 34361 Załącznik 34362 Załącznik 34363
Wróciłam do plecaka i udałam się na górkę w celu znalezienia miejsca na nocleg. O zachodzie ujrzałam przepięknego konia, którego grzywa odbijała się od ostatnich promieni słońca.
Załącznik 34364
Czasem w Bieszczady zdarzało mi się nosić różne dziwne rzeczy. Tym razem rzecz była równie abstrakcyjna - czarne szpilki. Musiałam je przywieźć w ten weekend z innych powodów, jednak potem przy wyprowadzce zapomniałam je spakować. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zabrać je ze sobą do plecaka na wędrówkę... Podobnie rzecz się miała z maczetą. Kobieta chodząca po górach z czarnymi szpilkami i maczetą... robi wrażenie? W tym momencie zwracam się do czytelnika o lekką dozę humoru i przyróżenie oka, ponieważ sam fakt noszenia takich butów ze sobą po górach rozbawił mnie na tyle, że postanowiłam zrobić sobie z tego mały ubaw.
Załącznik 34365
Następnego dnia udałam się na miłą wędrówkę. Założenia były takie, by podążać szlakiem. Jednak okazało się w praktyce, że szlak był oznakowany tylko około 2 razy na początku i raz na końcu odcinka. Fakt ten dodał troszkę adrenaliny mojej wędrówce i jeszcze więcej satysfakcji, gdy zobaczyłam oznakowanie po wyjściu z lasu, po około 2 godzinach marszu. Na początku podążyłam za kobiecą, górską intuicją (dobrze, że przynajmniej mam tę górską..) i udałam się jakąś stokówką w las. Potem trzykrotnie zmieniałam tor mojej ścieżki. Szłam na zupełnym luzie, niespecjalnie przejmowałam się, czy idę szlakiem, czy nie - bo szlak w praktyce istniał tylko na mapie. Stwierdziłam (jakże odkrywczo), że idąc tak, w końcu gdzieś dojdę. Święta zasada - wszystkie stokówki prowadzą do drogi. Ależ buchnęłam śmiechem w duszy, gdy zobaczyłam po wyjściu z lasu, oznakowanie szlaku i pewne punkty orientacyjne zaznaczone na mapie. Oznaczało to, że cały czas szłam wzorowo szlakiem, który istniał tylko na mapie. To już nie pierwszy (i nie piąty) raz, gdy chodząc "Bóg jeden wie gdzie"wychodzę wypisz - wymaluj dokładnie w miejscu, do którego zmierzałam.
Wyniknęła nieplanowana potrzeba udania się do sklepu, więc schowałam plecak w krzakach i poświęciłam 40 minut na spacer na zakupy. Potem zamierzałam odwiedzić pewną wysiedloną wieś i 15 minut zastanawiałam się, jak doń trafić. Szybciej byłoby pod górę, jednak szczerze powiedziawszy wciąż nie ufam swojej górskiej intuicji (którą raczej nazwałabym przypadkiem) i nie wierząc, że byłabym w stanie odnaleźć w lesie właściwą stokówkę, udałam się doń drogą okrężną, pozostawiając wiąż plecak w krzakach. Dosyć szybko przekonałam się o słuszności swojej decyzji (zarówno tej o okrężnej drodze, jak i tej o chodzeniu bez obciążenia) ze względu na przepiękne walory widokowe. Oto nagle otworzyły siębramą przede mną łąki dawnej wsi. Byłam w niebie. Do tego pogoda tak przepiękna -upalne słońce i leciutki wiatarek dodający ochłody. To wszystko zapierało mi dech w piersiach. Poczułam tę przestrzeń. Poczułam powiew Ukrainy. Udałam się na poszukiwanie cmentarzyka, którego niestety nie znalazłam. Mimo tego, teren starałam się spenetrować dość dokładnie. Około pół roku temu odkryłam inną wysiedloną wieś, którą okrzyknęłam bezkonkurencyjnie najpiękniejszą w Bieszczadach. Jednak teraz będąc tutaj ocena ta została bardzo mocno podważona. Ta chyba wydała mi się jeszcze piękniejsza.
Załącznik 34366 Załącznik 34367
Powoli opuszczając rozległe łąki, rozmyślania me przerwało dwóch panów na motorkach. "Proszę pokazać dokumenty. Czy wie pani, gdzie jest granica państwa? U kogo zatrzymała się pani na nocleg?". "U nikogo, chodzę sobie z namiotem", odpowiedziałam. Panowie tak spojrzeli na mnie, żadnego namiotu w zasadzie nie widząc. Odczułam to zdziwienie, wtem wytłumaczyłam, że plecak ukryłam w krzakach w punkcie X. Weseli panowie odpowiedzieli, że nie zdradzą mojej kryjówki nikomu. Wdając się z owymi panami w wesołą rozmowę, powiedziałam, że cieszę się, że mnie spisują, bo będzie co opowiadać w domu (a prawdę powiedziawszy, zawsze chciałam być spisana przez straż graniczną). Następnego dnia już jednak żałowałam tego faktu. Panowie odpowiedzieli, że miło by było, gdyby każdy cieszył się z tego, że go spisują. Po około 10 minutach doszedłszy do punktu X, zobaczyłam, że panowie już tam na mnie czekają. Wyczarowałam plecak i musiałam przedstawić im plan mojej dalszej wędrówki. Oni poinstruowali mnie, że w okolicy jest dużo niedźwiedzi i na rozstajach trzeba skręcić w prawo a na drugich w lewo. Potem jeszcze kilka minut siedzieliśmy i rozmawialiśmy na różne śmieszne tematy. Przecież jak najlepsze relacje ze strażnikami są podstawą sukcesu...
;)...fajnie, że maczeta Ci służy ( oddaj do naostrzenia koniecznie ! ) ....a szpilki -TEŻ BROŃ!!! :lol:
ech, to chowanie plecaka w krzakach -skąd ja to znam ?.....:lol:
"Zwiedziłam piękne ruiny cerkwiska i cmentarza. "
.... tajemniczo piszesz, więc tajemniczo zapytam... czyżby L...e?...
"Podobnie rzecz się miała z maczetą. Kobieta chodząca po górach z czarnymi szpilkami i maczetą... robi wrażenie?"
Oczywiście kolor rękojeści maczety dobrany do koloru szpilek :):grin:
przemolla: nie ;p
.... tajemniczo piszesz
i w tym cały urok !
Udałam się w las dalej. Dosyć szybko napotkałam na wiele tropów niedźwiedzi, o których wspominali strażnicy. Za chwilę usłyszałam szelest i hałas. Pisnęłam i krzyknęłam, nie wiedząc o co chodzi. Dwa bydlaki rzuciły się zadowolone w podskokach na mnie. Za chwilę z lasu wyłonił się człowiek. Z ubioru wyglądał jak typowy myśliwy, nawet jego psy były jak z elementarza. Zapytał dokąd idę. "Ale tędy?! A widziała pani te ślady niedźwiedzi?" -zagadnął. Po drodze napotkałam na kilka ciekawych konstrukcji całych zamaskowanych.
Załącznik 34369 Załącznik 34370
Na rozstajach, zgodnie ze wskazówkami, skręciłam w prawo. Zastanawiałam się kiedy mam odbić w lewo. Były już nawet drugie rozstaja ale pomyślałam, że na pewno o te im nie chodziło. Na trzecich w końcu odbiłam w lewo. Już z początku nie podobała mi się ta ścieżka. Po przejściu około 1 km zorientowałam się, że to był zły pomysł, szłam bowiem ku granicy, pewnie miałam ją już niedaleko. Zawróciłam. Dopiero na następnych rozstajach odbiłam w lewo. Wyszłam na piękne rozległe łąki kolejnej wsi.
Załącznik 34371 Załącznik 34372 Załącznik 34373
Tu rozbiłam namiot. Na odległym końcu mojej łąki zobaczyłam słupki graniczne. Z niecierpliwością oczekiwałam odwiedzin kolejnych miłych panów na motorkach. Niestety odwiedzin nie było.
Wieczorem zaczęło grzmieć i błyszczeć. Widziałam jak leje za górami. Nocą dopadł mnie deszcz. Miło spało się w ulewie w namiocie. Rankiem miała miejsce kolejna sesja obuwia.
Załącznik 34374 Załącznik 34375
Pojawił się mały dylemat - które buty ubrać na wędrówkę w góry? W trekach każdy głupi umie chodzić po górach!
Załącznik 34376
Gdy złożyłam namiot, zaczęło mocno padać. Stwierdziłam, że ukryję plecak w krzakach, udam się dalej w góry i wrócę tu za 3 godziny. Lało i lało ale przecież człowiek nie jest z cukru. Dosyć szybko przekonałam się, że plany moje legły w gruzach, ponieważ drogę przecięła mi rzeka.
Załącznik 34377
Udałam się więc ścieżką wzdłuż niej, gdzie usiadłam na dłuższą chwilę pod świerkami chcąc przeczekać ulewę. Wracając do plecaka miała miejsce pewna przygoda, jednak ostatnie resztki rozsądku nakazują mi ją przemilczeć. Zdjęcia tego nie wykonałam ja.
Załącznik 34378
Dalej udałam się na obiad do okolicznej knajpki i po południu ruszyłam do Leska, gdzie nocowałam w schronisku szkolnym. Następnego dnia z samego rana wróciłam do miasta.
Hmmmm...a pończochy do tych szpilek były? bo chyba nie skarpety trekingowe..to byłby kwiatek do kożucha..;)
Jimi-już wiem dlaczego niedźwiedzi i wilków na swej drodze nie spotykasz- boją się biedaki że rozdepczesz je swoimi szpilkami ;-)
Z Lisznej na Hyrlatą
25/26 października 2014
http://wadera5.republika.pl/hyrlata/hyrlata.html
Zastanawiałam się czy opisywać tę wędrówkę, bo przecież ani nie było w niej przygód w postaci niedźwiedzi, ani kompas nie doznał rozmagnetyzowania, pięta nie obcierała, nawet nie pogubiłam się w lesie na Słowacji, także zupy ze skarpet nie było, nie przekraczałam też granic nielegalnie a nawet namiotu nie taszczyłam ino leciutki, mały plecaczek. Więc co u opisywać? Jednak było tak miło i przyjemnie, że postanowiłam utrwalić tę chwilę i się z nią podzielić.
W sobotę z rana wyjechałam z Rzeszowa do Zagórza. W Zagórzu zaopatrzyłam się w pobliskim markecie i zjadając po drodze w marszu śniadanie podążyłam standardowo w stronę kościoła i krzyżówki Wielopole - Poraż. Jako, że droga na najbliższym kilkudziesięciu kilometrów jest już elegancka (pomyśleć jakie straszne dziury były jeszcze dwa lata temu!) więc udałam się w kierunku na Wielopole. Nie chciałam jechać przez Cisną, ponieważ w ciągu ostatnich dwóch lat tak wiele podróżowałam odcinkiem Zagórz - Komańcza, że w zasadzie wydawało mi się to oczywiste i była to dla mnie jedyna słuszna droga. Taka moja. Teraz poczułam, że czuję się niewyraźnie. Ot skutki wczorajszego mroźnego dnia w Rzeszowie. Tak dawno nie byłam już przeziębiona. Autostop łapałam teraz chyba najszybciej w życiu -mimo, że z kilkoma przesiadkami, to nie stałam nigdzie dłużej niż 15 sekund. Po prostu wysiadałam i od razu wsiadałam do nowego auta. Tym sposobem zajechałam do miejsca, gdzie rozciąga się najdłuższa prosta w Bieszczadach. Jest to określenie oczywiście zaczerpnięte od literata Stacha. W Woli Michowej zastój. Prawie zasnęłam przy drodze, znów czułam się słabo i chyba dobierała się do mnie gorączka. W zasadzie stan ten dobrze odzwierciedlał cel do jakiego zmierzałam -Hyrlatą.
Załącznik 36379
Jednak nigdy nie ma tak źle, żeby jakoś nie było, więc udało mi się złapać stopa do krzyżówki w Żubraczem na Liszną. Dalej podreptałam sobie przez Liszną na piechotkę. Pogoda była przepiękna, słoneczna i ciepła. W zasadzie niepotrzebnie zabrałam ze sobą dużo ciepłych rzeczy, wszak dzień wcześniej w Rzeszowie był mróz i pochmurnie. Podczas podróżowania autostopem dowiedziałam się też, że wczoraj w Bieszczadach w górach spadł pierwszy śnieg. Dziś pogoda zmieniła się nie do poznaki, było bardzo ciepło. Poniżej zdjęcie z widokiem na górę, na którą dziś będę wchodzić, czyli na Hyrlatą.
Załącznik 36380 Załącznik 36381
Gdzieś pośrodku wsi odbiłam w mniejszą ścieżkę. Jeszcze rzut okiem za siebie.
Załącznik 36382
I za chwilę przed siebie. Przede mną Hyrlata ale póki co podążam bardzo miłą dróżką.
Załącznik 36383
Lada moment znalazłam się w lesie. Tu odpaliłam kompas, by łatwiej było mi zlokalizować stokówkę, jaką planowałam wchodzić na szczyt. Oczywiście znów poniosła mnie fantazja i zbyt daleko zaszłam po w miarę płaskim zamiast iść do góry. Liczyłam, że zgodnie z mapą przejdę najpierw potok. Zorientowałam się przy bardzo charakterystycznym jarze (na mapie oznakowanym jako potok), gdzie ścieżka mocno odbijała w prawo (do Lisznej) zamiast na lewo w góry. Według mapy w tym miejscu miała być dawna ścieżka na szczyt. Jednak coś mi tu w ogóle nie pasowało, więc postanowiłam cofnąć się do miejsca, gdzie widziałam jakąś inną stokówkę na górę. Wróciłam i ruszyłam do góry. Po drodze widziałam, jak wszystkie mniejsze jakie widywałam łączyły się z moją ścieżką, dlatego uznałam, że idę jakąś główną stokówką. W zasadzie wyprowadziła mnie ona na górę owego jaru. Dalej już nie prowadziła do góry ale jakimś prostopadłym płajem, który później pewnie schodził do Lisznej. Po dłuższym namyśle postanowiłam po prostu pnąć się chaszczem do góry. Znów wyszłam do jakiejs stokówki idącej prostopadle płajem i prawdopodobnie łączącej się z poprzednią ku Lisznej. Nie poszłam na łatwieznę. Znów chaszczem do góry. Znów doszłam do kolejnej prostopadłej stokówki, która tym razem zmierzała jakoś bardziej pod górę niż w dół, więc wydała mi się ciekawym rozwiązaniem. Dzięki tej kombinacji ścieżek i cofaniu się na początku, odniosłam wrażenie jakbym dość dobrze okiełznała ten odcinek, czyli jako tako ogarnęłam sieć stokówek w tej okolicy. Więc przy trzeciej stokówce zmieniłam kierunek na północno zachodni. Czy właściwie? Zależy co dla nas jest pojęciem właściwym. Według mnie właściwie, gdyż dzięki temu poznałam piękną leśną okolice i na prawdę ciekawe ścieżki. Gdyby jednak właściwym było dotarcie na szczyt Hyrlatej, to ta ścieżka mnie tam nie wyprowadziła. Teraz już wiem, że na szczyt powinnam po prostu dalej iść przed siebie chaszczem :) No ale udałam się stokówką. Tu spotkałam pierwsze resztki oznak wczorajszego śniegu. W zasadzie określenie tego śniegiem to określenie bardzo nad wyrost ale było to coś białego i zimnego. Z podekscytowania dotknęłam. Dotknęłam pierwszego śniegu w tym roku w Bieszczadach. He.
Załącznik 36384
Po około pół godzinie wyszłam na polanę szczytową. Jako, że na najwyższym szczycie Hyrlatej jest podobno krzyż, więc stwierdziłam, że nic takiego tutaj nie widzę ale też jest fajnie. W zasadzie to było bosko. Znajdowałam się na jednej z kilku pięknych polan widokowych na Hyrlatej. Przede mną wspaniała panorama na góry Słowacji. A za mną coś jeszcze lepszego -przepięknie zarysowujące się działy Łopiennika a bliżej Chryszczatej. Wspaniale wyodrębnione pasma górskie. Stwierdziłam, że najlepsza perspektywa na oglądanie tych długich działów znajduje się właśnie na Hyrlatej. Poniżej zdjęcia. Na pierwszym ładnie widoczne pasmo Chryszczatej, w oddali Łopiennika. Na drugim zdjęciu znów część pasma Chryszczatej a za nim, tym razem lepiej zarysowujące się, pasmo Łopiennika.
Załącznik 36385 Załącznik 36386
Zrobiło mi się tak błogo, że położyłam się na ziemi i oglądałam lazurowe, jesienne, bieszczadzkie niebo z perspektywy traw i jagodzisk.
Załącznik 36387 Załącznik 36388
Z Lisznej na Hyrlatą
Na pierwszym ładnie widoczne pasmo Chryszczatej, w oddali Łopiennika. Na drugim zdjęciu znów część pasma Chryszczatej a za nim, tym razem lepiej zarysowujące się, pasmo Łopiennika. Przyznaję, że widoki z Hyrlatej są wspaniałe. Zarówno na południe jak i na północ. Warto nawet za cenę chaszczowania wdrapać się na jej szczyt. Ciekawi mnie jeszcze, czy Tatry pokazały Ci swoje "oblicze" ?. Oczywiście wszystko zależy od widoczności danego dnia, ale z polanki poprzedzającej szczyt na którym znajduje się mini wieża triangulacyjna, w sprzyjających okolicznościach, widać Tatry oddalone około 160 km.
Dzięki Zbyszku za odpowiedź :) Na szczyt Hyrlatej czyli małe cofanie jednak tym razem niezbyt mogłam sobie pozwolić -głównie z tego powodu, że czułam się niewyraźnie, być może nawet miałam lekką gorączkę bo tak się czułam (na pewno byłam przeziębiona przez dzień wcześniejszy, jednak z racji że autobus miałam wczesną godziną poranną to nie odczułam tego tak, a złe samopoczucie utożsamiłam z małą ilością snu), a też że godzina była raczej wyliczona (jak się jutro w relacji okaże -jednak udało mi się dotrzeć przed zmrokiem ale po zachodzie słońca). Jednak kilka metrów dzieliło mnie (w lini pionowej) od szczytu, więc nie była to dla mnie żadna różnica. Na pewno cały grzbiet Hyrlatej jeszcze nie raz przejdę -bardzo spodobała mi się ta góra!! Tatr nie było, w zasadzie tą porą roku, jesienną, ciężej jest wypatrzeć dalekie obserwacje.
(...) Warto nawet za cenę chaszczowania wdrapać się na jej szczyt.(...) Słowo nawet jest tu zdecydowanie nie na miejscu :wink: , toż chaszczowanie to sam miód, wyrypa bez tego miodu to jak wiatrak bez skrzydeł, kolejka bez szyn, buty bez sznurówek, wódka bez alkoholu...
wódka bez alkoholu... Toż to wstrętne musi być. Fuj, aż mnie odrzuca. :evil:
Znaczy się trzeba chaszczować, inaczej nima wyrpy!
Słowo nawet jest tu zdecydowanie nie na miejscu :wink: , toż chaszczowanie to sam miód, wyrypa bez tego miodu to jak wiatrak bez skrzydeł, kolejka bez szyn, buty bez sznurówek, wódka bez alkoholu... Całkowicie się zgadzam :-)... a portfel bez pieniędzy :-)
Całkowicie się zgadzam :-)... a portfel bez pieniędzy :-) ... portfel bez pieniędzy jeszcze można przełknąć :mrgreen:... ale wódki bez alkoholu już nie....
"Słowo nawet jest tu zdecydowanie nie na miejscu :wink: , toż chaszczowanie to sam miód, wyrypa bez tego miodu to jak wiatrak bez skrzydeł"
-Właściwie to racja i z tego właśnie powodu umieściłam tę relację, inaczej nie byłoby co opisywać, pozostałby jakiś niedosyt. W zasadzie w moim przypadku chodzi o jakąś dawkę leśnej adrenalinki, gdy jest zwyczajnie to jest nudno. Nie chodzi o widoki itp. Adrenalinkę można też mieć oczywiście na szlaku, np gdy jest śnieg czy zamieć, tropy niedźwiedzia, słabe oznakowanie. Często by odetchnąć danym miejscem potrzebuje wstępu jakim jest wędrówka. Tak pisałam o Huczwicach, gdy byłam w tym roku wczesną wiosną -by docenić piękno Huczwic potrzebowałam wcześniej wyrypy. Wcześniej dojazd doń samochodem zupełnie nie oddał mi tego stanu (choćby podwózka do Rabe).
Toż to wstrętne musi być. Fuj, aż mnie odrzuca. :evil:
Znaczy się trzeba chaszczować, inaczej nima wyrpy! :-D
Nie chodzi o widoki itp. Adrenalinkę można też mieć oczywiście na szlaku, np gdy jest śnieg czy zamieć, tropy niedźwiedzia, słabe oznakowanie Dołożę jeszcze jedną atrakcję wyzwalającą adrenalinę. Hulający wiatr w konarach drzew. Tak się ciekawie złożyło, że właśnie chaszczując na wspomnianą Hyrlatą, oprócz śladów bytowania niedźwiedzia, na okres kilkunastu minut dopadła mnie potężna wichura. Połamane konary drzew co chwilę spadały na ziemię, a ja byłem skłonny uwierzyć, że miejsce opanowane jest przez jakieś złe moce. Nawet bieszczadzkie legendy, coś na ten temat wspominają:-).
z polanki poprzedzającej szczyt na którym znajduje się mini wieża triangulacyjna, Krzyż stoi kilka metrów (na północ...??) od wieży triangulacyjnej
"dopadła mnie potężna wichura. Połamane konary drzew co chwilę spadały na ziemię"
-wow, to ja bym się na pewno bała. Jak drzewa skrzypią to już mam obawy. Raz chodziłam w potężnych wiatrach po górach (Beskid Mały), 2 lata temu, gdy w Polsce min. w niedalekim Zakopanem były poważne tornada ale jednak nic nie spadało chyba w obawie, że dostane w głowę.
Krzyż stoi kilka metrów (na północ...??) od wieży triangulacyjnej Poszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej od wieży triangulacyjnej na północ i krzyża nie widziałem.
Załącznik 36403
Poszukam zdjęcia z ubiegłego roku...ale to chwilę może potrwać :-D
Krzyż jak krzyż, ani ładny, ani nie wiadomo po co zaśmieca krajobraz:
Załącznik 36404
Znacznie ciekawszy jest słupek znajdujący się pod triangulem:
Załącznik 36405
Znacznie ciekawszy jest słupek znajdujący się pod triangulem:
Załącznik 36405 O widzę, ze to, co odkopałem w czerwcu 2013 (cyfry), to jeszcze widać :-)
Dla Zbyszka.Tatry i krzyz z Hyrlatej z 26.10. czyli po śladach Jimi. Załącznik 36458Załącznik 36459Załącznik 36460