bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Przyszło mi do głowy pewnego dnia, przeglądając forum trafiłem na zapytanie w sprawie okolic gdzie podzieje się akcja... Ładunek Sati Moca (szczerze polecam) do kafetierki , spieniacz do mleka na dwa paluszki po półtora volt każdy, dupa ;) na fotel i jazda...
...Rzecz dzieje się roku pańskiego niewiadomo którego.. gdzieś pomiędzy latami dziewięćdziesiątymi a wczesnym milenijum. Dzicz jak cholera... Dziury w drodze nr 897 takie, że samochody nauczyły się z własnej potrzeby latać na krótkich dystansach. Pojazd drogowo-powietrzny marki Citroen typ bojowy C15 (w kształcie wczesnych sokowirówek przemysłowych) mknie z prędkością bliżej nieokreśloną z powodu awarii prędkościomierza (co i zdrowsze jest dla żony kierowcy chorującego na wieńcówkę) Upał przelewa się od przedniej szyby do pasażerów, Ci oddają go za okno, usprawniając w ten sposób wynalazek turbomanualnej klimatyzacji obiegowej... w szum powietrza i ryk silnika wkrada się granie świerszczy, tylko wtedy gdy samochód omijając kolejną czeluść sunie miękko w powietrzu (w skrócie brzmiało by to tak: ryk, szum, hop- cisza, świerszcze, upadek-jęk pasażerów, ryk szum... itd. constans ) Gdy samochód zwalnia na przejeździe kolejowym w Makuńczy , słychać przez chwilę co leci w radiu, na ten moment jest to Czerwony tulipan i "Ja zwariuję" ...i będzie tak przez chwilę, strefa Von Nogajowa , to i zwolnić trzeba, posterunkowy uczulony na nasz pojazd...
Kierowca od 4 lat nie siedział w osobówce, na codzień jeździ starą H9 Autosanu, biorąc zakręt w lewo... wjeżdżamy do rowu! Mina na jego twarzy wyraża jedno:
- no co , u mnie zachodzi ;-/
..z naszej strony kupa śmiechu.. wypychamy cytryne z rowu i tłuczemy się dalej i po kilku minutach u celu.
-Pantha Łyk ! stacja końcowa , wysiadać... (- dla kogo końcowa, dla tego końcowa, nam się dopiero zaczyna)
Jak powiedział tak zrobiliśmy... psssklk! poleciał kapselek... pssssklk, psssklk pssssklk.. i jeszcze kilka, gospodarze poczęstowali nas okocimskim zimnym dodatkiem do miejscowej, gorącej rzeczywistości.
- Kawał drogi przed nami, chcielibyśmy zdążyć przed nocą - uśmiecham się w myślach na ten komentarz, jest już po południu, a wczoraj zajęło nam przejechanie Uazem z Głupkowa na Szczerbanówkę 7,5h... kto zna Kowboja ten wie!
Komu w drogę... temu ślepy koń! Odbieramy z długich wakacji dwa Hucuły. O tym pierwszym powiem tylko tyle że ma imię od cudnej blond grzywki na czole i z tym maślanym spojrzeniem... no cóż, laski mdleją, stąd Elvis.
Ale o tym drugim... no to to jest rumak, arystokracja, niczym Incitatus - ulubieniec Kaliguli, Marengo Napoleona, kasztanka wodza Piłsudskiego... no sam Książę Wałachów - Karuzel , a tak dlatego że ślepy na dwa oka, i jak nie wie którędy ma iśc to się kręci w kółko. Ten i też przypadł mi być środkiem lokomocji i Druhem, dzielnym kompanem jak się pózniej okazało...
- Dobra , zawijamy się Kowboj bo zapowiadali wieczorem burze.. no i te granatowe chmury nie wiele dobrego zapowiadają, może zdążymy
Chyba w snach...
Zaczyna się fantastycznie!!!jak zwykle zresztą :-D
no i... , no i... .
No i...Rzuciłem okiem na wielki okap , który zamontowali w "sali kominkowej", chciałbym miec kiedyś coś podobnego w domu, każdy w głowie ma wizje swojego wymarzonego domku w górach... ja też! Żadna nowość pewnie, waham się pomiędzy: kominkiem otwartym, z płaszczem, piecem kaflowym, kozą, otwartym paleniskiem na kamieniach.. zawsze miło więc rzucić okiem na coś ciekawego. W międzyczasie sprowadzili konie z pastwiska, Karuzel zareagował żywo na znajome gwizdanie i przykłusował strzygąc wesoło uszami, w nagrodę marchewka. Mam jeszcze kilka schowanych na trasę, ale szybko je odnajduje i szorstkim jęzorem wygrzebuje dwie z kieszeni kurtki. Dopasowuję puśliska, bo wcześniej z siodła korzystali ludzie w wersji mini. But w strzemię, hop i znowu.. Cudne uczucie... Dodam że narrator jest raczej początkującym jeźdźcem, który nie miał nic wspólnego z wszystkimi woltami, manyżami i takie tam inne zagadkowe słowa.. Po raz pierwszy w życiu miał pokonać tak długą trasę, do tego na ślepym koniu w trudnym tereniu górskim i z nadciągającym deszczem na plecach. Nie urodził się również w rodzinie jeździeckiej, choć mógł by na to wskazywać Dziadek Ukrainiec, który służył w polskiej Kawalerii...
Wujek hoduje dwa pociągowce i stado wołu... tak tak, potwierdzam przypuszczenia co śmielszych w wyobraźni, na krowie też jeździłem, będąc brzdącem, posadzili mnie na onej, ujechałem Krasule dojną dwa kilometry... Dalszy mój rozwój w kwestiach jeździeckich to już potem, w okolicach szkoły średniej. Udało się z kumplami osiodłać świnię... Tej niestety ujeździć się nie dało, smak szczęścia z wyczynu popsuła nam jej ucieczka. Do dziś w jednej z wsi wspominają, jak to sierpniowego niedzienego poranka ludzie udający się do kościoła, zauwazyli na drodze galopującą świnię z kulbaką na grzbecie... Gdyby nie to że spłoszona nadjeżdżającym samochodem skręciła w podwórko sąsiada, pewnie wzniosła by się w powietrze, niczym pegaz... a rozpędzić się tam może nawet Jumbo Jet, wszak to najdłuższa prosta w Bieszczadach.
Zwyczajowe cmoknięcie i patataj patataj.. hej koniku... poczłapaliśmy stępa , drogą i zielonym szlakiem. Na początku stromo w górę, po pierwszym podjeździe dociągnęliśmy nieco popręgi. Przy tej czynności, gdy byłem z jedną nogą w powietrzu, Karuzelkowi się lekko zakłusowało. Dzięki czemu dało się usłyszeć w leśnej ciszy śśświssst i znalazłem się pod brzuchem, trzymając się kurczowo przekrzywionego siodła. Klnąc ile pary w płucach żeby się magiczny pojazd jakoś zatrzymał, bo to obijanie się wielce jest mi nie na rękę. Na szczęście Kowboj usłyszał z przodu moje jęki i zwolnił nieco. Udało mi się przeprowadzić udaną pionizację. Trzeba Wam wiedzieć że jazda na drugiego , dosiadając tego modelu to tzw. wojna podjazdowa, Karuzel jako że inwalida wzrokowiec, musi mieć pierwszego konia na odległość kilku kroków, wtedy pewniejszy jest że dobrze idzie, bo słyszy braciszka i wie którędy. Najlepiej kiedy smyra nosem zad Elvisa, o tak.. wtedy jest najspokojniejszy. Wydaje mi się że gdyby miał trąbe jak słoń, to trzymał by pierwszego za ogon. Niestety Elvisowi nie w smak jest gdy mu ktoś na zadzie siedzi, i co jakiś czas podgryza, więc lubi sobie kopnąć. W związku z tym błoga sielanka popołudniowej przejażdżki zamieniła sie w kilkumetrowe i niespodziewane podjazdy , kiedy to Karuzel orientował się że został za daleko z tyłu. Ja jak zwykle zajęty byłem podziwiniaem świata z wysokości, Bozia nie obdarowała mnie wzrostem , więc w końcu mogłem wyleczyć kompleksy, a do tego nie trzeba machać nogami, i ten las...mmmm Wiem, powinienem być jego oczami, ale tego nauczyłem się dopiero po kilku godzinach naszej współpracy. Olśnienie w tej sprawie nadeszło razem z pierwszym symptomem początkującego, mianowicie uporczywym wrażeniu niewygody w niektórych partiach ciała. Wędrując grzbietem pasma granicznego, wspomina się powykręcane Buki, spokój na szlaku i te cudne skrawki z widokami po stronie Słowackiej, pojawiające się co jakiś czas... Po lewej prześwitywała przez gałęzie Chryszczata gdzieś w oddali, a po prawej pyszne Verchy...ech.. żyć nie umierać.. dla takich chwil warto wszystko. Ziiiiuuuup plask! Ciemność, ciemność widzę! I w ogóle jakoś tak mokro... Przetarlem oczy rękawem ukochanej M-65tki i ujrzałem zamazany zad Karuzela oddalający się w kłusie, natomiast sam siedziałem w kałuży błota i zgniłych liści. Zapatrzony w krajobraz dookoła nie zauważyłem tego , czego nie zauważył też koń. Powalony buk i błocko za nim. Za błędy się płaci... Zwykle wyczuwał i zwalniał, delikatnie przechodząc przeszkodę, tym razem się chyba zamyślił, udzieliło mu się moje bujanie w obłokach. Kowboj krzyczał coś z przodu, żebym następnym razem kazał (jeśli nie omieszkam zauważyć przeskodę w tym filozoficznym odpłynięciu) mu skoczyć. Pytam jak? Przecież to to nie widzi gdzie ma lądować.. na co On że Karuzel to po kądzieli pegaz chyba jakiś, bo tak naprawdę to mimo że niedowidzący, skacze wyżej niż Elvis. Następne 2 godziny sprawdziłem ową teorię, i owszem... zuch chłopak. Wypracowałem sobie dwie komendy... gdy miała być dziura, kałuża czy jakiekolwiek odstępstwo od lini horyzontalnej w dół, mówiłem Hola! Gdy natomiast przyszło wspinać się bądź skakać - Hop! W mig pojęliśmy obaj, jak ważna jest komunikacja...a jak skuteczna okazałą się póżniej. Choć niektórzy w koniu widzą jedynie kabanos, zobowiązany jestem w imię honoru bronić tezy, że to bardzo pojętne i wrażliwe stworzenia z duszą. Od tej pierwszej konnej wycieczki, nawiązała się między nami przyjaźń.. trwająca wiele miesięcy. Rozumieliśmy się coraz lepiej i Karuzel to najmądrzejszy i najodważniejszy koń na jakim dane mi było kiedykolwiek jeździć, strasznie dużo mnie nauczył.
- jakby coś to się zgubiliśmy i pytamy o drogę - padło z przodu
- czemu tak - padło z tyłu
- bo nie mamy paszportów - padło z przodu
...i zjechaliśmy nagle ze stromej górki na asfalt. Udało nam się dotrzeć jeszcze za dnia do przełęczy nad Radoszycami, niechcący nie po polskiej stronie. Tym samym udało się nam również przestraszyć wopistę, który miał dyżur przy szlabanie (w owym czasie nie byliśmy jeszcze w strefie Schengen) Krótka scenka pt. "Którędy do naszych, bo nas konie poniosły" ...i wykorzystując chwilowy bezdech mundurowgo zaszyliśy się w krzakach po drugiej stronie drogi...
Kątem oka w całym tym międzynarodowym zamieszaniu spostrzegłem przyszłość, coś jak deja vu, tylko bardziej świadome... Niebo było nad Słowacją wyjątkowo ponure i ciemne, co znaczyło że na pewno zleje nas niemiłosiernie i wyprawę będziemy wspominać jeszcze długo, bo do domu kawałek został.. A nam się jakoś nie spieszyło wcześniej, ba nawet znajdowaliśmy czas na jagodziska.. Stąd może ów Strażnik Graniczny bardziej był przerażony widokiem naszych umazanych na ciemny filolet twarzy niż sam niespodziewany desant ze zbocza. Siłą spojrzenia z nieba, częściej był kłus i galop niż sielankowy spacer... "Przygoda , przygoda, każdej chwili szkoda, nanananananana" nucąc pod nosem i kurczowo trzymając się przedniego łęku straciłem nagle zainteresowanie widokami po prawej. Odezwały się pierwsze ptaki zwiastujące nadejście przedwieczornej szarówki, co z aktualną tonacją nieba dawało półmrok... Byle do przodu, i nie przeoczyć słupka 87.. bo wtedy zwijamy się ze szlaku i odbijamy do Starego.
Nagle ptactwo ucichło... słychać jedynie sapanie koni i skrzypienie skóry w siodłach... miarowy i rosnący szum liści w koronach... błysk i zrobiło się jasno, buki zaświeciły martwą szarością. Elvis pogalopował z Kowbojem przed siebie. Ucieszyłem się że mój nie spanikował na co odsapnąłem (za szybko niestety) i leciutko w kłusie chciałem nadgodnić, ale dotarł potężny grzmot i Karuzel zerwał się na oślep przed siebie... skutkiem czego przybyło mi kolejnego siniaka gdy koń nie zauważył drzewa,a jeździec nie zdąrzył przełożyć się na drugi bok . Do bolącej dupy, dodałem bolące udo i zdrapany ryj. Maniana
Słyszałem rosnący hałas deszczu uderzającego w liście i skrzypienie kołysanych wiatrem drzew. Poczułem pierwszą mokrą kropkę na policzku... i rozlało się na dobre. W kilka minut pojawiła się i noc... Hałas i ciemność, przerywana piorunami.. Mokro... Zdjęliśmy kurtki i zawinęli w folię, żeby było coś ciepłego jak się ta nawałnica skończy. Konie nie chciały dalej iść, pozwoliliśmy im wybrać sobie miejsce, stanęły niedaleko przy powalonym buku, nieco poniżej grani. Przywiązaliśmy je i postanowiłem wcisnąć się pod konar w pobliżu wyszarpanych przy upadku drzewa korzeni. Luksusu nie ma.. ale z boku nie zacinało, tylko małe kapanie z Góry i konie na oku w zasięgu czołówki. W ruch poszły ciastka i herbata z termosu, śmiało można stwierdzić że to jeden z lepszych wynalazków na świecie. Dookoła młóciło świat na czym stoi przez jakieś pół godziny .. choć mi się strasznie ten dłużył.. Rozmyślałem o tym jak konie wyczuwają bezpieczne miejsce podczas burzy, skąd wiedzą gdzie nie uderzy piorun... czy to kwestie wyczucia elektrostatyczności powietrza, gruntu, czy też sprawy pola morficznego.. Kiedyś się dowiemy... i też mamy ten zmysł, zbytnie dogadzanie sobie cywilizacją pozaślepiało nam odpowiednie czujniki. Czoło burzy przeszło sobie wzdłuż południowej strony pasma, widać było błyski ciągle i docierały grzmoty, ale deszcz zelżał na tyle że wyczołgaliśmy się z tymczasowego schronienia. Hucuły zarżały jakby chciały powiedzieć że już można iść dalej... tak więc nic innego nie nam nie pozostało...
Toż to prawdziwy western, lubię westerny.
Jesteś moim Pewniakiem na Powsimordę w następnym głosowaniu...
Pozdrawiam
Co tam Powsimorda,jakaś "najka" by się przydała!
"najka ?" proszę ...
Jako specjalista od rankingów wciągnę tą relację do TOP TEN 2010.
Boję się tylko , coby autor nie spoczął na laurach.
...ciiii... kawa mi się skończyła.. lezeu po zaopatrzenieu....
...ciiii... kawa mi się skończyła.. lezeu po zaopatrzenieu.... Skojarzyło mnię się to z przedstawieniem Witkacego z lat trzydziestych, kiedy aktorka Angielka wyłaziła na scenę i mówiła z powagą - "ja jestem widmeuuu..."
PS Ale mega offtop :D
...Przemoknięci do cna, ale radzi z lekkiego już tylko prysznica odwiązaliśmy konie i kierując się na południe z wolna po błocku dobiliśmy z powrotem do szlaku. W oddali, gdzieś nad Górami przetaczała się burza, grzmoty docierały już coraz rzadziej. Oczy przyzwyczaiły się do mroku, to też światła błyskawic oświetlały nam skutecznie drogę co jakiś czas... Zawsze uwielbiałem burze, jest coś metafizycznego w tych nagłych uderzeniach z nieba. W wielu religiach gwałtowność mistycznych przeżyć jest porównywana do błyskawic. Wdzierające się w ciemność zjawisko osiąga misterium tremendum, zmieniając świat, ładuje swoją energią atmosferę w wyjątkowość. Wśród syberyjskich wierzeń, ludzi zabici przez piorun, uważa się za porwanych przez bóstwa burzy, a ich szczątki są czczone jak święte. Ci którzy przeżyli uderzenie pioruna najpewniej ulegają jakiejś boskiej przemianie i rozpoczynają nowe życie dzięki tej przemianie. Jakut , którego powalił piorun, a mimo to dalej żyje będzie twierdził że sam Bóg porąbał go na kawałki i później sam poskładał by mógł wieść nowe życie.. zwykle zostaje wtedy szamanem, doznając śmierci i zmartwychwstania , inicjowany przez najwyższą siłę... jak mawiają wtedy tradycyjnie - Widzę na 30 wiorst... ...U Eskimosów takie nagłe mistyczne odrodzenie nazywają -Quamaneq , ...Jako że nie chciałbym w tej chwili robić kariery szamana, byłem rad , że burza odsunęła się i pognała naprzód, porzucając nas na pastwę jej prowincjonalnego deszczyku.. i gwiazd.. które nagle pokazały się w dziurze pomiędzy chmurami, tak nagle jak zjawiła się nawałnica. Chwilę później przegnał ciepły wiatr, smagający nas w plecy, i strącający wodę z liści. Jakby był tym który ściga cały ten spektakl, i trzyma się bezpiecznej odległości. Nie tylko wiatr za nami szedł... i musiał przynieść jakiś zapach bo konie zrobiły się niespokojne, rżąc i strzygąc uszami alarmowały we mnie jakieś dziwne poczucie, ze coś za nami lezie.
Karuzel prychał, na co Elvis zbiegł ze szlaku, nie słuchając poleceń Kowboja, , przytuliły się do siebie, a my ocierając się nogami zadawaliśmy sobie pytanie o co chodzi.
- pewnie coś wyczuły, musimy poczekać, bo nie chcą iść dalej
- narazie to czuję tylko miętę i nic nie widzę...
Wrażenie dopełniała mgła i światła naszych czołówek. Ogrzane konie zaczęły odparowywać całą wilgoć z sierści, dodając do tego swoje oddechy z wielkich płuc, nie dało się widzieć dalej niż na pare metrów i to tylko w przerwach w oddychaniu. Po zapaleniu czołówek z daleka musieliśmy wyglądać jak dwie niebieskie świecące chmury... Każdy oddech przysłaniał widoczność. Pod nami słychać było ciche cmoknięcia odklejanych z bagna kopyt. No tak, mięta lubi wilgoć... wyczułem coś dziwnego, silne napięcie mięśni u konia, jakby szykował się do skoku, co zapowiadało się raczej nieciekawie gdyż staliśmy w mocno błotnistym terenie..
- cicho, cicho - usłyszałem szept Kowboja - zgaśmy czołówki bo nic nie widzę
- dobra, zaraz sie przyzwyczaimy, są gwiazdy - nastała ciemność... Słyszałem bicie własnego serca, przeplatane kapaniem kropli z drzew..W powietrzu unosiła się woń mięty przemieszana z zapachem koni i butwiejących liści.
- o tam, słyszysz.. coś łazi - na początku myślałem, że to tylko woda, ale po chwili dało się słyszeć wyraźne szuranie liśćmi, ale za delikatne na dużego zwierza i za mocne na małego, co to jest.
- czekaj, z drugiej strony też, za Tobą - faktycznie, nie tylko za mną, ale i od strony grani też coś szło - Ej, Kowboj, świecimy czołówki i robimy hałas, bo konie niespokojne są, jak się spłoszą to po nas, do rana ich nie znajdziemy, a jak to wilki to martwię się o Karuzela czy sobie da rade.
Zapaliliśmy niebieskie latarki nerwowo oświetlając co się dookoła nas dzieje, najpierw widziałem tylko obłok, ale za chwilę pokazała się jakieś 5 metrów od nas para świecących zielonych oczu, by zaraz zniknąć gdy tylko wypuściłem wstrzymywane powietrze... po lewej druga para.
- o jebane!... Hej ! Spierdalać! Hej!
- Poszły ! Ej Ej!!! - zaczęliśmy krzyczeć i robić hałas, Kowboj co rusz wymyślał nowe przekleństwa, konie zaczęły wiercić się i kręcić w kółko , rżąc co chwile,jakby chciały pomóc w tym małym chaosie... Po kilku minutach krzyków, wrzasków, oszczerstw w kierunku niespodziewanych gości daliśmy sobie spokój, uświadamiając sobie że już dobrą chwilę nic nas nie nęka, tylko jakoś tak w całym tym zamieszaniu nie mogliśmy przestać... Serce łomotało mi jak szalone... i zaczęliśmy się śmiać, że nam w życiu w schronisku nie uwierzą...
- dobra, wracamy na szlak... niedaleko powinien być słupek i robimy zjazd w dół.
Następne kilkanaście minut zajęło nam ogarnięcie emocji, i ułożenie sobie na spokojnie tego co zaszło...
- ile naliczyłeś?
- nie wiem, na dole gdzie jodły były, jakieś trzy pary mi zaświeciły a Ty?
- jedna od strony grani i jedna za mną - przypomniałem sobie że to były z tych kierunków , z których nie słyszeliśmy dźwięków, więc mogły być jeszcze ze dwa.
- czyli będzie koło 5 - 6 ciu - kalkulował Kowboj
- yhy, coś koło tego, z Karuzelem by sobie dały rade bez problemu, biedak w tym błocie nie miał szans się wyrwać
- nie doceniasz Go Stachu, wierz mi, przeszedłem już trochę z nim i stać Go na wiele.
- pocieszasz mnie
Zajęci i podekscytowani przygodą, zatrzymaliśmy się nagle przy słupku 82gim..
- no to sobie pogadaliśmy, albo zawracamy, albo wbijamy się tutaj, najwyżej wyjedziemy dolinę wcześniej.
Wiesz co, jak na dziś mam dość granicy, zjeżdżamy....
* i **Rasmussen, cytowany w : M. Eliade Shamanism, London and New York 1964
...Droga w dół wcale nie była taka kolorowa. Raczej monochromatyczna, w odcieniach niebieskich, Z powodu braku dalszej widoczności, trudno było znaleźć jakieś porządne zejście, byle by tylko stanąć w końcu w dolinie Roztoki :) W kłębach pary migotały mi iskierki spadających z drzew kropel. Kowboj ma chyba w genach wybieranie możliwie najgorszej drogi. Najbliższą godzinę spędziliśmy błądząc w młodnikach co z wysokości końskiego grzbietu, daje nam uśmiech pełen igliwia i pręgowanie na twarzy niczym tygrys.. ale skąd tygrys w Bieszczadach? Popędzaliśmy konie, które same odnajdywały najwygodniejsze przejścia, nie widziałem nic prócz zbliżających się z zawrotną prędkością jodłowych gałązek, tak więc w pewnym momencie zgasiłem latarkę , żeby nie tracić baterii, kto wie do czego się jeszcze może przydać, i poddałem się napierającemu lasowi. Co jakiś czas wyczuwaliśmy miętę, wtedy trzeba było zawrócić lub obejść podmokłe niecki. Gałęzie, błoto, w górę, w dół. Całe szczęście przestało już padać... Znowu przypomniało o sobie obtarcie na siedzeniu i od zamka, siodło było raczej stare i powycierane, a skóra niezadbana, do tego mokre woodlandy, cierpiałem podwójnie. Cieszyłem się w duchu z doświadczenia wspaniałej przygody, ale na dobrą sprawę, najlepiej się ją wspomina, gdy się skończy, więc wyczekiwałem ze zniecierpliwieniem radosnego końca i ciepłego pieca w chacie. Przypomniało mi się jak Kowboj rzucił hasło kilkanaście godzin wcześniej: - Kto jedzie po konie? - Zgłosiło się trzech chętnych.. W tym dwoje profesjonalnych jeźdźców, z bryczesami w plecakach i toczkami na tylnej półce ich auta... nie wiedzieć czemu zrobił skrzywioną minę i powiedział żebym jechał Ja... - bo tamci się pobrudzą... i miał rację... Od stóp do czubka głowy byłem umazany zgniłymi liśćmi, błotem, smugami żywicznymi, plamy po jagodach na pewno zabrała jedlina... "Przygoda, przygoda, nananananana" ...zastanawiałem się, czemu ludzie w chwilach kryzysu śpiewają... już wiem!
(Budujące jest zdanie, które usłyszałem nazajutrz i do dziś mnie pokrzepia w myślach - dobrze, że to Ty wtedy ze mną pojechałeś! - uśmiech i spojrzenie dopowiedziały wszystko w tej kwestii...)
Grubo po 22 giej poczuliśmy miętę na otwartej przestrzeni i przecięliśmy jakiś większy potoczek.
- zaraz, gdzieś tu powinna być droga na Żubańsk
- yhy, dokładnie w tym miejscu gdzie stoimy, jakieś kilkadziesiąt metrów od linii lasu... więc gdzie jesteśmy, skoro przed nami dłuuuuga wykoszona łąka?
- hmmm.... - zakręciliśmy się w kółko, konie wyraźniej się ożywiły, coś czuję że znają tą łąkę, nawet zagalopowały sobie , ale w zupełnie przeciwnym kierunku niż się spodziewaliśmy...
- już wiem gdzie jesteśmy! Na łąkach za Bacą, ale jak?
- no właśnie jak? To jest dolina wcześniej, a nie później!
Odpowiedzieliśmy równocześnie niemal - Góra i dół, góra i dół, to przez te jebane młodniki!
Tak więc przecięliśmy mocno w prawo, ładując się w mały lasek za wzniesieniem. Coś przeczuwałem że to nie ostatni głupi pomysł tej wycieczki. Kowbojowi zachciało się zajechać pod chatę cwałując z góry po łące i krzycząc jak Indianin. Nie wziął pod uwagę faktu, że Ja mam nieco gorsze siodło i spore już obtarcie w tej kwestii nie pozwalają mi się poruszać szybciej niż leniwym kłusem... Pognał naprzód w strugach lekkiego deszczu , gdy tylko w dole pokazało się nikłe światełko w chacie. Karuzelek też jakby siły nabrał i postanowił mnie nie słuchać... Ostatnie 300m było jak tortura, piekło niemiłosiernie, zastanawiałem się czy to łzy czy deszcz, w każdym bądź razie żałowałem, że nie mam do daszka wojskowej czapki zamontowanych wycieraczek. Wiatr w uszach... zacinające krople w twarz.. obtarte uda i zadek... ślizgający się na mokrej trawie Karuzel... "Gnaj, gnaj , koniu gnaj, kopytami ziemię drap, leć ptaku leć , niechaj wiatr nie da Ci spaść" jak śpiewa Arek Zawiliński, ale to już teraz... Wtedy po całej dolinie Starego Głupkowa , a pewnie i dalej, może aż hen przez Zubeńsko do Smoluchowa przelewało się echo mojego krzyku - k......rwaaaaaaaaaa rwaaaaa rwaaaaa !!!!!!!!!!!!!!!!
Gdy zajechałem pod schronisko, zsunąłem się delikatnie na ziemię... - o Matko - wydałem lekki stęk w próżnie (bo kowboj wyczuł z kuchni jedzenie i zniknął moment, zostawiając mi rozkulbaczenie koni) Znacie to dziwne uczucie gdy po wielu godzinach zsiądzie sie z siodła i dotknie ziemi? Nogi wydają się krótsze i kolana drżą... cudownie. Rozsiodłałem Hucułki, wytarłem porządnie słomą , dostały po marchewce i skromne papu podziękowałem i puściłem wolno... niech się dzieje co chce.. są pewnie zbyt zmęczone żeby uciekać i rano będą się pasły gdzieś w pobliżu. W mocnym rozkroku, jęcząc udałem się do ciepłej oświetlonej świeczkami chaty... przywitał mnie zapach świeżej jajecznicy, Kowboj już uwijał się przy piecu z dziwnym uśmiechem pod nosem.. Ludziska pytają gdzie się tyle podziewaliśmy, już mieli straży zgłaszać... ech...
- i tak nie uwierzycie!
cudo przygoda- to raz...a umiec tak przezyc i opisac to dwa :D
..a dziękować dziękować.. zdrowi , zdrowi... nie słodzić tak bo to nie cukrownia... i sie pisać oduczy.... ;-)
To ja powiem tak, ze odczucia z siodła są nader podobne do odczuć z nocnego krzalowania z kursantami. Czy to kursantem będąc, czy już swiadomym after-kursantem, zawsze jest tak samo i widzę, ze w siodle takoż. Nieważne, nogi czy kopyta. Błoto, mokre krzaki, liście i oblepienie zawsze smakuje tak samo i nawet ta ...rwaaaaaa co się rozlegała po łąkach brzmi we mgle identycznie :))) A doznania typowo siodłowe porównac można do nóg w butach.
Podoba mnię się to...
Ot, jeden wieczór z nocą połączony...
Sam smak
Dzięki Trzykropku!
Och, przeżyć coś takiego, ale już być "po", w ciepłej chałupie, a nie "w trakcie".
;)
Wejdę za chwilę
przez drzwi ze znakiem
zapytania.
Kiedy wrócę,
czy zostawiony
z tej strony świat
będzie taki sam,
piękniejszy,
czy go nie zauważę?
Wiesława Kwinto - Koczan
Na tym wierszu, leżący obok mnie 2 letni Siostrzeniec otworzył tomik Wuki, i wskazując palcem na czarno białą figurkę anioła w kapeluszu i ze skrzydłami powiedział -bim bim pipi?* No to sobie głośno myślę "Jasne że BIM BIM!" Godzinę później siąpiło z nieba, taki kapuśniaczek który w obliczu ostatniego mokrego miesiąca wydawał się być impulsem do zapuszczenia płetw i na ewentualne skrzela w przyszłości. Na niebie pojawiła się wytęskniona, wróżąca błękit - dziura w chmurach... Ponowna lektura ów wiersza lekkością swoją przeniosła mnie w tempie błyskawicznym do początku kwietnia, kiedy to siedząc w ryczącej H-9tce i z nosem na szybie prułem gdzieś na południe... przed siebie...ale zaraz od początku...
Czekając na przystanku miewa się motylki w brzuchu, zwłaszcza gdy po długiej zimie tęskniło się za motylami, i pierwsze się zaczęły pojawiać na łąkach. Na horyzoncie wielopolskiej drogi snuł się wielki pomarańczowy autobus, który za kilka sekund miał mnie zabrać tam, gdzie pomarańczowe autobusy zawracają - bo kończy się asfalt... Teraz też mam motyle w brzuchu, może to na skutek mrożonej kawy zagryzanej słonym jak Morze Martwe oscypkiem ze Smoluchowa...?
Już na starcie przywitał mnie wielce zdziwiony tłum emerytów i rencistów..Moment zakupu biletu upłynął w ciszy współpasażerów, lekko niedowierzających, przerywanej klekotaniem silnika. Dźwięk ten będzie mantrą powtarzaną w pamięci do końca moich dni, z motylami w brzuchu i smrodem spalin. Stojąc na schodkach pod ciężarem plecaka i deszczem za plecami, z poważną wyczekującą miną śmiałem się w duszy... znowu... znowu to robię... Niech no się tylko zamkną za mną drzwi... z uśmiechem na ustach będę trącał plecakiem siedzących, i przeciskał się gdzieś na koniec pojazdu, by ochoczo przykleić nos do szyby. Cordurowy wór z szelkami posadzę obok, wszak przyjaciel w podróży i pełnoprawny pasażer. Znacie te uczucie prawda?! :D
Minęliśmy po prawej skałkę wystającą obok drogi, zawsze kojarzyła mi się z wielkim garbatym nosem. W okolicach Ostrogórki pojawiły się w nieopierzonych jeszcze lasach, olbrzymie świecące wiosną Prymule, a zbocze Szymanowej - równa srebrna tyraliera Buków. Wjeżdżałem w okolice skąd pochodzi moja rodzina (przynajmniej od XVIIw.), czując miejscowe powietrze, świadomość tego że z tej budzącej się dookoła zieleni wychodziły także i moje korzenie, rytm serca dostrajał się jak do rytmu ścian trzeszczącego Domu. Stara chyża wspomnień z dzieciństwa i opowieści Ciotek, Wujków i Dziadków... To w tych lasach pierwszy raz stykałem się z gadami i wszelkim "robactwem", od Chrabąszczy przez Raki po Zaskrońce... Synteza tych dwóch skojarzeń nasuwa mi taki oto fragment:
..Piszący te słowa nie był w Chacie nad Smoluchowem.. Ostał się na pewno jeden gad za piecem w kuchni.. i kto wie.. może to dzięki niemu - nikomu pożar krzywdy nie zrobił... Jeno dał do myślenia i ruszył nowe...a nowe musi przyjść, bo "coś się kończy, a coś się zaczyna!"
*bim bim pipi - nie do końca rozszyfrowałem wyrażenie bim bim, ale mieć dużo wspólnego z metafizyką i odczytywaniem znaków, natomiast słowo pipi na pewno znaczy tyle co "ptak/ptaszek" (w wolnym tłumaczeniu)
** Ryszard Wiktor Schramm "Prywatna podróż pamięci"
już się cieszę, że pewnie będzie jakieś "dalej" i "następnie" :-P
No to kropek na się znowu rozkręca:) SUPER...dawaj dalej,bo chyba jest jakieś dalej???:):)))))
.dżdży
taka moja dola
skaczę na boso
w kałuże zawsze
bez parasola
odkąd pamiętam
tak miałem
amen
dżdży...
..a w deszczu łzy, tłukę się prostopadłościanem.. Z autobusami jest jak z pastą do zębów, im bliżej końca, tym mniej w środku. Kierowca pomarańczowej tubki wyciskał ile się dało.. co przystanek ubywało :)
Tu! Tu, to można skręcić w lewo, zawrócić, albo wysiąść i pójść prosto po ubitym żwirze drogą wypukło-wklęsłą, kałużową i ponętną.
Z czasem to jest tak, że albo ma się go dużo , albo ma się go brak. Będąc członkiem Organizacji Swobodnych Lotów popieram politykę firmy i wolę tę drugą opcję - dlatego wyłączam komórkę zaraz po wyjściu z pojazdu i wrzucam na dno plecaka. Jeden z rytuałów którymi głaszczę swoją rozczochrana duszę. Odpięcie kijków nie przysporzy mi argumentów w walce o ciche przebrnięcie przez ostatnie pół kilometra cywilizacyi, tak to jest że dla wędrowcy kij to przyjaciel, a dla wiejskich kundli - wróg.
Na skutek wieloletniej polemiki z rzeczywistością, praktyka w jej traktowaniu, karze mi bacznie przyglądać się symbolom, którymi ta posługuje się jako swoistym językiem. Na równi z poezją i sztuką usiłuje mi coś powiedzieć. Stąd też moje pełne zaangażowanie w "Teorię Podpisu", który jak twierdzą Niania Ogg i Babcia Weatherwax- jest wszędzie. Moje ulubione mieszkanki Świata Dysku wg. Terrego Pratchetta - obracają się jak mało kto w "teorii podpisu". Mówi ona o tym że wszystko co zostało stworzone, ma gdzieś w sobie, lub na sobie miniaturowy podpis Wielkiego Projektanta, mający mówić do czego dana rzecz się nadaje. Przekładając to na nasze źródła.. niektóre rośliny mówią nam na co mogą być dobre, np. miodunka plamista swoimi plamami mówi że będzie przydatna w leczeniu problemów ze skórą... tu "podpis" jest wyraźny... Niektóre jednak są ukryte głęboko. Czasem potrzeba wielu lat obserwacji by odczytać i zrozumieć sens tego co zapisane. Z pierwszych lekcji ? Ogromnie ważne jest by być nieustannie świadomym, w zwykłych sytuacjach, poprzez wytwarzane w takiej chwili wysokie częstotliwości budujemy barierą, której nic negatywnego nie zdoła przekroczyć... a coś co z pozoru wydaje się problemem, jawi się wtedy jako kolejny element układanki, bez którego nie można by było dojrzeć całości.
Pluszcz! Kto wie co by się dalej działo, gdyby nie zaświecił mi swoim brzuchem gdzieś na wysokości skrętu do Kamionek, i nie powiedział mi tym samym "Droga Wolna". Tak dawno nie widziałem już tego ptaka, że nie potraktowanie go jako dobrej wróżby na najbliższe kilka dni było by marnotrawstwem dyskretnej Siły...
cdn.
[RIGHT]
Stojąc na schodkach pod ciężarem plecaka i deszczem za plecami, z poważną wyczekującą miną śmiałem się w duszy... znowu... znowu to robię... :razz::razz::razz:
Trzykropkiinicwięcej - pięćgwiazdekboniedasięwięcej - dzięki! Antrakt się cholernie dłuży...
P.S.
"Prywatna podróż pamięci" R.W. Schramma jest piękną wycieczką w czasy gdy "...chłopi z Turzańska, z Mikowa, ze Smolnika zbierali jesienią orzechy worami i nie tłukli na post innego oleju, jak tylko laskowy."
Jest w niej też wiele ciekawych, starych fotografii. Na jednej z nich, Wiktor Schramm stoi przy iglaku, być może tym samym, który Marcins przed kamerami TV nawiercał w celach naukowych (ale ile ma lat to już w telewizji nie powiedział, znaczy się nie chodzi mi oczywiście o wiek Wiertanta, lecz obiektu ześwidrowanego). A działo się to wszystko na Psim Dziale. Przepraszam za wtręt, ale tak mnie troszkę rzuciło jak na tylnej kanapie nadprzestrzennej H-9ki.
Zarastają iglaki buczkami, zarastają. Jaka trzebież by się zdała.
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
...Rzecz dzieje się roku pańskiego niewiadomo którego.. gdzieś pomiędzy latami dziewięćdziesiątymi a wczesnym milenijum. Dzicz jak cholera... Dziury w drodze nr 897 takie, że samochody nauczyły się z własnej potrzeby latać na krótkich dystansach. Pojazd drogowo-powietrzny marki Citroen typ bojowy C15 (w kształcie wczesnych sokowirówek przemysłowych) mknie z prędkością bliżej nieokreśloną z powodu awarii prędkościomierza (co i zdrowsze jest dla żony kierowcy chorującego na wieńcówkę) Upał przelewa się od przedniej szyby do pasażerów, Ci oddają go za okno, usprawniając w ten sposób wynalazek turbomanualnej klimatyzacji obiegowej... w szum powietrza i ryk silnika wkrada się granie świerszczy, tylko wtedy gdy samochód omijając kolejną czeluść sunie miękko w powietrzu (w skrócie brzmiało by to tak: ryk, szum, hop- cisza, świerszcze, upadek-jęk pasażerów, ryk szum... itd. constans ) Gdy samochód zwalnia na przejeździe kolejowym w Makuńczy , słychać przez chwilę co leci w radiu, na ten moment jest to Czerwony tulipan i "Ja zwariuję" ...i będzie tak przez chwilę, strefa Von Nogajowa , to i zwolnić trzeba, posterunkowy uczulony na nasz pojazd...
Kierowca od 4 lat nie siedział w osobówce, na codzień jeździ starą H9 Autosanu, biorąc zakręt w lewo... wjeżdżamy do rowu! Mina na jego twarzy wyraża jedno:
- no co , u mnie zachodzi ;-/
..z naszej strony kupa śmiechu.. wypychamy cytryne z rowu i tłuczemy się dalej i po kilku minutach u celu.
-Pantha Łyk ! stacja końcowa , wysiadać... (- dla kogo końcowa, dla tego końcowa, nam się dopiero zaczyna)
Jak powiedział tak zrobiliśmy... psssklk! poleciał kapselek... pssssklk, psssklk pssssklk.. i jeszcze kilka, gospodarze poczęstowali nas okocimskim zimnym dodatkiem do miejscowej, gorącej rzeczywistości.
- Kawał drogi przed nami, chcielibyśmy zdążyć przed nocą - uśmiecham się w myślach na ten komentarz, jest już po południu, a wczoraj zajęło nam przejechanie Uazem z Głupkowa na Szczerbanówkę 7,5h... kto zna Kowboja ten wie!
Komu w drogę... temu ślepy koń! Odbieramy z długich wakacji dwa Hucuły. O tym pierwszym powiem tylko tyle że ma imię od cudnej blond grzywki na czole i z tym maślanym spojrzeniem... no cóż, laski mdleją, stąd Elvis.
Ale o tym drugim... no to to jest rumak, arystokracja, niczym Incitatus - ulubieniec Kaliguli, Marengo Napoleona, kasztanka wodza Piłsudskiego... no sam Książę Wałachów - Karuzel , a tak dlatego że ślepy na dwa oka, i jak nie wie którędy ma iśc to się kręci w kółko. Ten i też przypadł mi być środkiem lokomocji i Druhem, dzielnym kompanem jak się pózniej okazało...
- Dobra , zawijamy się Kowboj bo zapowiadali wieczorem burze.. no i te granatowe chmury nie wiele dobrego zapowiadają, może zdążymy
Chyba w snach...
Zaczyna się fantastycznie!!!jak zwykle zresztą :-D
no i... , no i... .
No i...Rzuciłem okiem na wielki okap , który zamontowali w "sali kominkowej", chciałbym miec kiedyś coś podobnego w domu, każdy w głowie ma wizje swojego wymarzonego domku w górach... ja też! Żadna nowość pewnie, waham się pomiędzy: kominkiem otwartym, z płaszczem, piecem kaflowym, kozą, otwartym paleniskiem na kamieniach.. zawsze miło więc rzucić okiem na coś ciekawego. W międzyczasie sprowadzili konie z pastwiska, Karuzel zareagował żywo na znajome gwizdanie i przykłusował strzygąc wesoło uszami, w nagrodę marchewka. Mam jeszcze kilka schowanych na trasę, ale szybko je odnajduje i szorstkim jęzorem wygrzebuje dwie z kieszeni kurtki. Dopasowuję puśliska, bo wcześniej z siodła korzystali ludzie w wersji mini. But w strzemię, hop i znowu.. Cudne uczucie... Dodam że narrator jest raczej początkującym jeźdźcem, który nie miał nic wspólnego z wszystkimi woltami, manyżami i takie tam inne zagadkowe słowa.. Po raz pierwszy w życiu miał pokonać tak długą trasę, do tego na ślepym koniu w trudnym tereniu górskim i z nadciągającym deszczem na plecach. Nie urodził się również w rodzinie jeździeckiej, choć mógł by na to wskazywać Dziadek Ukrainiec, który służył w polskiej Kawalerii...
Wujek hoduje dwa pociągowce i stado wołu... tak tak, potwierdzam przypuszczenia co śmielszych w wyobraźni, na krowie też jeździłem, będąc brzdącem, posadzili mnie na onej, ujechałem Krasule dojną dwa kilometry... Dalszy mój rozwój w kwestiach jeździeckich to już potem, w okolicach szkoły średniej. Udało się z kumplami osiodłać świnię... Tej niestety ujeździć się nie dało, smak szczęścia z wyczynu popsuła nam jej ucieczka. Do dziś w jednej z wsi wspominają, jak to sierpniowego niedzienego poranka ludzie udający się do kościoła, zauwazyli na drodze galopującą świnię z kulbaką na grzbecie... Gdyby nie to że spłoszona nadjeżdżającym samochodem skręciła w podwórko sąsiada, pewnie wzniosła by się w powietrze, niczym pegaz... a rozpędzić się tam może nawet Jumbo Jet, wszak to najdłuższa prosta w Bieszczadach.
Zwyczajowe cmoknięcie i patataj patataj.. hej koniku... poczłapaliśmy stępa , drogą i zielonym szlakiem. Na początku stromo w górę, po pierwszym podjeździe dociągnęliśmy nieco popręgi. Przy tej czynności, gdy byłem z jedną nogą w powietrzu, Karuzelkowi się lekko zakłusowało. Dzięki czemu dało się usłyszeć w leśnej ciszy śśświssst i znalazłem się pod brzuchem, trzymając się kurczowo przekrzywionego siodła. Klnąc ile pary w płucach żeby się magiczny pojazd jakoś zatrzymał, bo to obijanie się wielce jest mi nie na rękę. Na szczęście Kowboj usłyszał z przodu moje jęki i zwolnił nieco. Udało mi się przeprowadzić udaną pionizację. Trzeba Wam wiedzieć że jazda na drugiego , dosiadając tego modelu to tzw. wojna podjazdowa, Karuzel jako że inwalida wzrokowiec, musi mieć pierwszego konia na odległość kilku kroków, wtedy pewniejszy jest że dobrze idzie, bo słyszy braciszka i wie którędy. Najlepiej kiedy smyra nosem zad Elvisa, o tak.. wtedy jest najspokojniejszy. Wydaje mi się że gdyby miał trąbe jak słoń, to trzymał by pierwszego za ogon. Niestety Elvisowi nie w smak jest gdy mu ktoś na zadzie siedzi, i co jakiś czas podgryza, więc lubi sobie kopnąć. W związku z tym błoga sielanka popołudniowej przejażdżki zamieniła sie w kilkumetrowe i niespodziewane podjazdy , kiedy to Karuzel orientował się że został za daleko z tyłu. Ja jak zwykle zajęty byłem podziwiniaem świata z wysokości, Bozia nie obdarowała mnie wzrostem , więc w końcu mogłem wyleczyć kompleksy, a do tego nie trzeba machać nogami, i ten las...mmmm Wiem, powinienem być jego oczami, ale tego nauczyłem się dopiero po kilku godzinach naszej współpracy. Olśnienie w tej sprawie nadeszło razem z pierwszym symptomem początkującego, mianowicie uporczywym wrażeniu niewygody w niektórych partiach ciała. Wędrując grzbietem pasma granicznego, wspomina się powykręcane Buki, spokój na szlaku i te cudne skrawki z widokami po stronie Słowackiej, pojawiające się co jakiś czas... Po lewej prześwitywała przez gałęzie Chryszczata gdzieś w oddali, a po prawej pyszne Verchy...ech.. żyć nie umierać.. dla takich chwil warto wszystko. Ziiiiuuuup plask! Ciemność, ciemność widzę! I w ogóle jakoś tak mokro... Przetarlem oczy rękawem ukochanej M-65tki i ujrzałem zamazany zad Karuzela oddalający się w kłusie, natomiast sam siedziałem w kałuży błota i zgniłych liści. Zapatrzony w krajobraz dookoła nie zauważyłem tego , czego nie zauważył też koń. Powalony buk i błocko za nim. Za błędy się płaci... Zwykle wyczuwał i zwalniał, delikatnie przechodząc przeszkodę, tym razem się chyba zamyślił, udzieliło mu się moje bujanie w obłokach. Kowboj krzyczał coś z przodu, żebym następnym razem kazał (jeśli nie omieszkam zauważyć przeskodę w tym filozoficznym odpłynięciu) mu skoczyć. Pytam jak? Przecież to to nie widzi gdzie ma lądować.. na co On że Karuzel to po kądzieli pegaz chyba jakiś, bo tak naprawdę to mimo że niedowidzący, skacze wyżej niż Elvis. Następne 2 godziny sprawdziłem ową teorię, i owszem... zuch chłopak. Wypracowałem sobie dwie komendy... gdy miała być dziura, kałuża czy jakiekolwiek odstępstwo od lini horyzontalnej w dół, mówiłem Hola! Gdy natomiast przyszło wspinać się bądź skakać - Hop! W mig pojęliśmy obaj, jak ważna jest komunikacja...a jak skuteczna okazałą się póżniej. Choć niektórzy w koniu widzą jedynie kabanos, zobowiązany jestem w imię honoru bronić tezy, że to bardzo pojętne i wrażliwe stworzenia z duszą. Od tej pierwszej konnej wycieczki, nawiązała się między nami przyjaźń.. trwająca wiele miesięcy. Rozumieliśmy się coraz lepiej i Karuzel to najmądrzejszy i najodważniejszy koń na jakim dane mi było kiedykolwiek jeździć, strasznie dużo mnie nauczył.
- jakby coś to się zgubiliśmy i pytamy o drogę - padło z przodu
- czemu tak - padło z tyłu
- bo nie mamy paszportów - padło z przodu
...i zjechaliśmy nagle ze stromej górki na asfalt. Udało nam się dotrzeć jeszcze za dnia do przełęczy nad Radoszycami, niechcący nie po polskiej stronie. Tym samym udało się nam również przestraszyć wopistę, który miał dyżur przy szlabanie (w owym czasie nie byliśmy jeszcze w strefie Schengen) Krótka scenka pt. "Którędy do naszych, bo nas konie poniosły" ...i wykorzystując chwilowy bezdech mundurowgo zaszyliśy się w krzakach po drugiej stronie drogi...
Kątem oka w całym tym międzynarodowym zamieszaniu spostrzegłem przyszłość, coś jak deja vu, tylko bardziej świadome... Niebo było nad Słowacją wyjątkowo ponure i ciemne, co znaczyło że na pewno zleje nas niemiłosiernie i wyprawę będziemy wspominać jeszcze długo, bo do domu kawałek został.. A nam się jakoś nie spieszyło wcześniej, ba nawet znajdowaliśmy czas na jagodziska.. Stąd może ów Strażnik Graniczny bardziej był przerażony widokiem naszych umazanych na ciemny filolet twarzy niż sam niespodziewany desant ze zbocza. Siłą spojrzenia z nieba, częściej był kłus i galop niż sielankowy spacer... "Przygoda , przygoda, każdej chwili szkoda, nanananananana" nucąc pod nosem i kurczowo trzymając się przedniego łęku straciłem nagle zainteresowanie widokami po prawej. Odezwały się pierwsze ptaki zwiastujące nadejście przedwieczornej szarówki, co z aktualną tonacją nieba dawało półmrok... Byle do przodu, i nie przeoczyć słupka 87.. bo wtedy zwijamy się ze szlaku i odbijamy do Starego.
Nagle ptactwo ucichło... słychać jedynie sapanie koni i skrzypienie skóry w siodłach... miarowy i rosnący szum liści w koronach... błysk i zrobiło się jasno, buki zaświeciły martwą szarością. Elvis pogalopował z Kowbojem przed siebie. Ucieszyłem się że mój nie spanikował na co odsapnąłem (za szybko niestety) i leciutko w kłusie chciałem nadgodnić, ale dotarł potężny grzmot i Karuzel zerwał się na oślep przed siebie... skutkiem czego przybyło mi kolejnego siniaka gdy koń nie zauważył drzewa,a jeździec nie zdąrzył przełożyć się na drugi bok . Do bolącej dupy, dodałem bolące udo i zdrapany ryj. Maniana
Słyszałem rosnący hałas deszczu uderzającego w liście i skrzypienie kołysanych wiatrem drzew. Poczułem pierwszą mokrą kropkę na policzku... i rozlało się na dobre. W kilka minut pojawiła się i noc... Hałas i ciemność, przerywana piorunami.. Mokro... Zdjęliśmy kurtki i zawinęli w folię, żeby było coś ciepłego jak się ta nawałnica skończy. Konie nie chciały dalej iść, pozwoliliśmy im wybrać sobie miejsce, stanęły niedaleko przy powalonym buku, nieco poniżej grani. Przywiązaliśmy je i postanowiłem wcisnąć się pod konar w pobliżu wyszarpanych przy upadku drzewa korzeni. Luksusu nie ma.. ale z boku nie zacinało, tylko małe kapanie z Góry i konie na oku w zasięgu czołówki. W ruch poszły ciastka i herbata z termosu, śmiało można stwierdzić że to jeden z lepszych wynalazków na świecie. Dookoła młóciło świat na czym stoi przez jakieś pół godziny .. choć mi się strasznie ten dłużył.. Rozmyślałem o tym jak konie wyczuwają bezpieczne miejsce podczas burzy, skąd wiedzą gdzie nie uderzy piorun... czy to kwestie wyczucia elektrostatyczności powietrza, gruntu, czy też sprawy pola morficznego.. Kiedyś się dowiemy... i też mamy ten zmysł, zbytnie dogadzanie sobie cywilizacją pozaślepiało nam odpowiednie czujniki. Czoło burzy przeszło sobie wzdłuż południowej strony pasma, widać było błyski ciągle i docierały grzmoty, ale deszcz zelżał na tyle że wyczołgaliśmy się z tymczasowego schronienia. Hucuły zarżały jakby chciały powiedzieć że już można iść dalej... tak więc nic innego nie nam nie pozostało...
Toż to prawdziwy western, lubię westerny.
Jesteś moim Pewniakiem na Powsimordę w następnym głosowaniu...
Pozdrawiam
Co tam Powsimorda,jakaś "najka" by się przydała!
"najka ?" proszę ...
Jako specjalista od rankingów wciągnę tą relację do TOP TEN 2010.
Boję się tylko , coby autor nie spoczął na laurach.
...ciiii... kawa mi się skończyła.. lezeu po zaopatrzenieu....
...ciiii... kawa mi się skończyła.. lezeu po zaopatrzenieu.... Skojarzyło mnię się to z przedstawieniem Witkacego z lat trzydziestych, kiedy aktorka Angielka wyłaziła na scenę i mówiła z powagą - "ja jestem widmeuuu..."
PS Ale mega offtop :D
...Przemoknięci do cna, ale radzi z lekkiego już tylko prysznica odwiązaliśmy konie i kierując się na południe z wolna po błocku dobiliśmy z powrotem do szlaku. W oddali, gdzieś nad Górami przetaczała się burza, grzmoty docierały już coraz rzadziej. Oczy przyzwyczaiły się do mroku, to też światła błyskawic oświetlały nam skutecznie drogę co jakiś czas... Zawsze uwielbiałem burze, jest coś metafizycznego w tych nagłych uderzeniach z nieba. W wielu religiach gwałtowność mistycznych przeżyć jest porównywana do błyskawic. Wdzierające się w ciemność zjawisko osiąga misterium tremendum, zmieniając świat, ładuje swoją energią atmosferę w wyjątkowość. Wśród syberyjskich wierzeń, ludzi zabici przez piorun, uważa się za porwanych przez bóstwa burzy, a ich szczątki są czczone jak święte. Ci którzy przeżyli uderzenie pioruna najpewniej ulegają jakiejś boskiej przemianie i rozpoczynają nowe życie dzięki tej przemianie. Jakut , którego powalił piorun, a mimo to dalej żyje będzie twierdził że sam Bóg porąbał go na kawałki i później sam poskładał by mógł wieść nowe życie.. zwykle zostaje wtedy szamanem, doznając śmierci i zmartwychwstania , inicjowany przez najwyższą siłę... jak mawiają wtedy tradycyjnie - Widzę na 30 wiorst... ...U Eskimosów takie nagłe mistyczne odrodzenie nazywają -Quamaneq , ...Jako że nie chciałbym w tej chwili robić kariery szamana, byłem rad , że burza odsunęła się i pognała naprzód, porzucając nas na pastwę jej prowincjonalnego deszczyku.. i gwiazd.. które nagle pokazały się w dziurze pomiędzy chmurami, tak nagle jak zjawiła się nawałnica. Chwilę później przegnał ciepły wiatr, smagający nas w plecy, i strącający wodę z liści. Jakby był tym który ściga cały ten spektakl, i trzyma się bezpiecznej odległości. Nie tylko wiatr za nami szedł... i musiał przynieść jakiś zapach bo konie zrobiły się niespokojne, rżąc i strzygąc uszami alarmowały we mnie jakieś dziwne poczucie, ze coś za nami lezie.
Karuzel prychał, na co Elvis zbiegł ze szlaku, nie słuchając poleceń Kowboja, , przytuliły się do siebie, a my ocierając się nogami zadawaliśmy sobie pytanie o co chodzi.
- pewnie coś wyczuły, musimy poczekać, bo nie chcą iść dalej
- narazie to czuję tylko miętę i nic nie widzę...
Wrażenie dopełniała mgła i światła naszych czołówek. Ogrzane konie zaczęły odparowywać całą wilgoć z sierści, dodając do tego swoje oddechy z wielkich płuc, nie dało się widzieć dalej niż na pare metrów i to tylko w przerwach w oddychaniu. Po zapaleniu czołówek z daleka musieliśmy wyglądać jak dwie niebieskie świecące chmury... Każdy oddech przysłaniał widoczność. Pod nami słychać było ciche cmoknięcia odklejanych z bagna kopyt. No tak, mięta lubi wilgoć... wyczułem coś dziwnego, silne napięcie mięśni u konia, jakby szykował się do skoku, co zapowiadało się raczej nieciekawie gdyż staliśmy w mocno błotnistym terenie..
- cicho, cicho - usłyszałem szept Kowboja - zgaśmy czołówki bo nic nie widzę
- dobra, zaraz sie przyzwyczaimy, są gwiazdy - nastała ciemność... Słyszałem bicie własnego serca, przeplatane kapaniem kropli z drzew..W powietrzu unosiła się woń mięty przemieszana z zapachem koni i butwiejących liści.
- o tam, słyszysz.. coś łazi - na początku myślałem, że to tylko woda, ale po chwili dało się słyszeć wyraźne szuranie liśćmi, ale za delikatne na dużego zwierza i za mocne na małego, co to jest.
- czekaj, z drugiej strony też, za Tobą - faktycznie, nie tylko za mną, ale i od strony grani też coś szło - Ej, Kowboj, świecimy czołówki i robimy hałas, bo konie niespokojne są, jak się spłoszą to po nas, do rana ich nie znajdziemy, a jak to wilki to martwię się o Karuzela czy sobie da rade.
Zapaliliśmy niebieskie latarki nerwowo oświetlając co się dookoła nas dzieje, najpierw widziałem tylko obłok, ale za chwilę pokazała się jakieś 5 metrów od nas para świecących zielonych oczu, by zaraz zniknąć gdy tylko wypuściłem wstrzymywane powietrze... po lewej druga para.
- o jebane!... Hej ! Spierdalać! Hej!
- Poszły ! Ej Ej!!! - zaczęliśmy krzyczeć i robić hałas, Kowboj co rusz wymyślał nowe przekleństwa, konie zaczęły wiercić się i kręcić w kółko , rżąc co chwile,jakby chciały pomóc w tym małym chaosie... Po kilku minutach krzyków, wrzasków, oszczerstw w kierunku niespodziewanych gości daliśmy sobie spokój, uświadamiając sobie że już dobrą chwilę nic nas nie nęka, tylko jakoś tak w całym tym zamieszaniu nie mogliśmy przestać... Serce łomotało mi jak szalone... i zaczęliśmy się śmiać, że nam w życiu w schronisku nie uwierzą...
- dobra, wracamy na szlak... niedaleko powinien być słupek i robimy zjazd w dół.
Następne kilkanaście minut zajęło nam ogarnięcie emocji, i ułożenie sobie na spokojnie tego co zaszło...
- ile naliczyłeś?
- nie wiem, na dole gdzie jodły były, jakieś trzy pary mi zaświeciły a Ty?
- jedna od strony grani i jedna za mną - przypomniałem sobie że to były z tych kierunków , z których nie słyszeliśmy dźwięków, więc mogły być jeszcze ze dwa.
- czyli będzie koło 5 - 6 ciu - kalkulował Kowboj
- yhy, coś koło tego, z Karuzelem by sobie dały rade bez problemu, biedak w tym błocie nie miał szans się wyrwać
- nie doceniasz Go Stachu, wierz mi, przeszedłem już trochę z nim i stać Go na wiele.
- pocieszasz mnie
Zajęci i podekscytowani przygodą, zatrzymaliśmy się nagle przy słupku 82gim..
- no to sobie pogadaliśmy, albo zawracamy, albo wbijamy się tutaj, najwyżej wyjedziemy dolinę wcześniej.
Wiesz co, jak na dziś mam dość granicy, zjeżdżamy....
* i **Rasmussen, cytowany w : M. Eliade Shamanism, London and New York 1964
...Droga w dół wcale nie była taka kolorowa. Raczej monochromatyczna, w odcieniach niebieskich, Z powodu braku dalszej widoczności, trudno było znaleźć jakieś porządne zejście, byle by tylko stanąć w końcu w dolinie Roztoki :) W kłębach pary migotały mi iskierki spadających z drzew kropel. Kowboj ma chyba w genach wybieranie możliwie najgorszej drogi. Najbliższą godzinę spędziliśmy błądząc w młodnikach co z wysokości końskiego grzbietu, daje nam uśmiech pełen igliwia i pręgowanie na twarzy niczym tygrys.. ale skąd tygrys w Bieszczadach? Popędzaliśmy konie, które same odnajdywały najwygodniejsze przejścia, nie widziałem nic prócz zbliżających się z zawrotną prędkością jodłowych gałązek, tak więc w pewnym momencie zgasiłem latarkę , żeby nie tracić baterii, kto wie do czego się jeszcze może przydać, i poddałem się napierającemu lasowi. Co jakiś czas wyczuwaliśmy miętę, wtedy trzeba było zawrócić lub obejść podmokłe niecki. Gałęzie, błoto, w górę, w dół. Całe szczęście przestało już padać... Znowu przypomniało o sobie obtarcie na siedzeniu i od zamka, siodło było raczej stare i powycierane, a skóra niezadbana, do tego mokre woodlandy, cierpiałem podwójnie. Cieszyłem się w duchu z doświadczenia wspaniałej przygody, ale na dobrą sprawę, najlepiej się ją wspomina, gdy się skończy, więc wyczekiwałem ze zniecierpliwieniem radosnego końca i ciepłego pieca w chacie. Przypomniało mi się jak Kowboj rzucił hasło kilkanaście godzin wcześniej: - Kto jedzie po konie? - Zgłosiło się trzech chętnych.. W tym dwoje profesjonalnych jeźdźców, z bryczesami w plecakach i toczkami na tylnej półce ich auta... nie wiedzieć czemu zrobił skrzywioną minę i powiedział żebym jechał Ja... - bo tamci się pobrudzą... i miał rację... Od stóp do czubka głowy byłem umazany zgniłymi liśćmi, błotem, smugami żywicznymi, plamy po jagodach na pewno zabrała jedlina... "Przygoda, przygoda, nananananana" ...zastanawiałem się, czemu ludzie w chwilach kryzysu śpiewają... już wiem!
(Budujące jest zdanie, które usłyszałem nazajutrz i do dziś mnie pokrzepia w myślach - dobrze, że to Ty wtedy ze mną pojechałeś! - uśmiech i spojrzenie dopowiedziały wszystko w tej kwestii...)
Grubo po 22 giej poczuliśmy miętę na otwartej przestrzeni i przecięliśmy jakiś większy potoczek.
- zaraz, gdzieś tu powinna być droga na Żubańsk
- yhy, dokładnie w tym miejscu gdzie stoimy, jakieś kilkadziesiąt metrów od linii lasu... więc gdzie jesteśmy, skoro przed nami dłuuuuga wykoszona łąka?
- hmmm.... - zakręciliśmy się w kółko, konie wyraźniej się ożywiły, coś czuję że znają tą łąkę, nawet zagalopowały sobie , ale w zupełnie przeciwnym kierunku niż się spodziewaliśmy...
- już wiem gdzie jesteśmy! Na łąkach za Bacą, ale jak?
- no właśnie jak? To jest dolina wcześniej, a nie później!
Odpowiedzieliśmy równocześnie niemal - Góra i dół, góra i dół, to przez te jebane młodniki!
Tak więc przecięliśmy mocno w prawo, ładując się w mały lasek za wzniesieniem. Coś przeczuwałem że to nie ostatni głupi pomysł tej wycieczki. Kowbojowi zachciało się zajechać pod chatę cwałując z góry po łące i krzycząc jak Indianin. Nie wziął pod uwagę faktu, że Ja mam nieco gorsze siodło i spore już obtarcie w tej kwestii nie pozwalają mi się poruszać szybciej niż leniwym kłusem... Pognał naprzód w strugach lekkiego deszczu , gdy tylko w dole pokazało się nikłe światełko w chacie. Karuzelek też jakby siły nabrał i postanowił mnie nie słuchać... Ostatnie 300m było jak tortura, piekło niemiłosiernie, zastanawiałem się czy to łzy czy deszcz, w każdym bądź razie żałowałem, że nie mam do daszka wojskowej czapki zamontowanych wycieraczek. Wiatr w uszach... zacinające krople w twarz.. obtarte uda i zadek... ślizgający się na mokrej trawie Karuzel... "Gnaj, gnaj , koniu gnaj, kopytami ziemię drap, leć ptaku leć , niechaj wiatr nie da Ci spaść" jak śpiewa Arek Zawiliński, ale to już teraz... Wtedy po całej dolinie Starego Głupkowa , a pewnie i dalej, może aż hen przez Zubeńsko do Smoluchowa przelewało się echo mojego krzyku - k......rwaaaaaaaaaa rwaaaaa rwaaaaa !!!!!!!!!!!!!!!!
Gdy zajechałem pod schronisko, zsunąłem się delikatnie na ziemię... - o Matko - wydałem lekki stęk w próżnie (bo kowboj wyczuł z kuchni jedzenie i zniknął moment, zostawiając mi rozkulbaczenie koni) Znacie to dziwne uczucie gdy po wielu godzinach zsiądzie sie z siodła i dotknie ziemi? Nogi wydają się krótsze i kolana drżą... cudownie. Rozsiodłałem Hucułki, wytarłem porządnie słomą , dostały po marchewce i skromne papu podziękowałem i puściłem wolno... niech się dzieje co chce.. są pewnie zbyt zmęczone żeby uciekać i rano będą się pasły gdzieś w pobliżu. W mocnym rozkroku, jęcząc udałem się do ciepłej oświetlonej świeczkami chaty... przywitał mnie zapach świeżej jajecznicy, Kowboj już uwijał się przy piecu z dziwnym uśmiechem pod nosem.. Ludziska pytają gdzie się tyle podziewaliśmy, już mieli straży zgłaszać... ech...
- i tak nie uwierzycie!
cudo przygoda- to raz...a umiec tak przezyc i opisac to dwa :D
..a dziękować dziękować.. zdrowi , zdrowi... nie słodzić tak bo to nie cukrownia... i sie pisać oduczy.... ;-)
To ja powiem tak, ze odczucia z siodła są nader podobne do odczuć z nocnego krzalowania z kursantami. Czy to kursantem będąc, czy już swiadomym after-kursantem, zawsze jest tak samo i widzę, ze w siodle takoż. Nieważne, nogi czy kopyta. Błoto, mokre krzaki, liście i oblepienie zawsze smakuje tak samo i nawet ta ...rwaaaaaa co się rozlegała po łąkach brzmi we mgle identycznie :))) A doznania typowo siodłowe porównac można do nóg w butach.
Podoba mnię się to...
Ot, jeden wieczór z nocą połączony...
Sam smak
Dzięki Trzykropku!
Och, przeżyć coś takiego, ale już być "po", w ciepłej chałupie, a nie "w trakcie".
;)
Wejdę za chwilę
przez drzwi ze znakiem
zapytania.
Kiedy wrócę,
czy zostawiony
z tej strony świat
będzie taki sam,
piękniejszy,
czy go nie zauważę?
Wiesława Kwinto - Koczan
Na tym wierszu, leżący obok mnie 2 letni Siostrzeniec otworzył tomik Wuki, i wskazując palcem na czarno białą figurkę anioła w kapeluszu i ze skrzydłami powiedział -bim bim pipi?* No to sobie głośno myślę "Jasne że BIM BIM!" Godzinę później siąpiło z nieba, taki kapuśniaczek który w obliczu ostatniego mokrego miesiąca wydawał się być impulsem do zapuszczenia płetw i na ewentualne skrzela w przyszłości. Na niebie pojawiła się wytęskniona, wróżąca błękit - dziura w chmurach... Ponowna lektura ów wiersza lekkością swoją przeniosła mnie w tempie błyskawicznym do początku kwietnia, kiedy to siedząc w ryczącej H-9tce i z nosem na szybie prułem gdzieś na południe... przed siebie...ale zaraz od początku...
Czekając na przystanku miewa się motylki w brzuchu, zwłaszcza gdy po długiej zimie tęskniło się za motylami, i pierwsze się zaczęły pojawiać na łąkach. Na horyzoncie wielopolskiej drogi snuł się wielki pomarańczowy autobus, który za kilka sekund miał mnie zabrać tam, gdzie pomarańczowe autobusy zawracają - bo kończy się asfalt... Teraz też mam motyle w brzuchu, może to na skutek mrożonej kawy zagryzanej słonym jak Morze Martwe oscypkiem ze Smoluchowa...?
Już na starcie przywitał mnie wielce zdziwiony tłum emerytów i rencistów..Moment zakupu biletu upłynął w ciszy współpasażerów, lekko niedowierzających, przerywanej klekotaniem silnika. Dźwięk ten będzie mantrą powtarzaną w pamięci do końca moich dni, z motylami w brzuchu i smrodem spalin. Stojąc na schodkach pod ciężarem plecaka i deszczem za plecami, z poważną wyczekującą miną śmiałem się w duszy... znowu... znowu to robię... Niech no się tylko zamkną za mną drzwi... z uśmiechem na ustach będę trącał plecakiem siedzących, i przeciskał się gdzieś na koniec pojazdu, by ochoczo przykleić nos do szyby. Cordurowy wór z szelkami posadzę obok, wszak przyjaciel w podróży i pełnoprawny pasażer. Znacie te uczucie prawda?! :D
Minęliśmy po prawej skałkę wystającą obok drogi, zawsze kojarzyła mi się z wielkim garbatym nosem. W okolicach Ostrogórki pojawiły się w nieopierzonych jeszcze lasach, olbrzymie świecące wiosną Prymule, a zbocze Szymanowej - równa srebrna tyraliera Buków. Wjeżdżałem w okolice skąd pochodzi moja rodzina (przynajmniej od XVIIw.), czując miejscowe powietrze, świadomość tego że z tej budzącej się dookoła zieleni wychodziły także i moje korzenie, rytm serca dostrajał się jak do rytmu ścian trzeszczącego Domu. Stara chyża wspomnień z dzieciństwa i opowieści Ciotek, Wujków i Dziadków... To w tych lasach pierwszy raz stykałem się z gadami i wszelkim "robactwem", od Chrabąszczy przez Raki po Zaskrońce... Synteza tych dwóch skojarzeń nasuwa mi taki oto fragment:
..Piszący te słowa nie był w Chacie nad Smoluchowem.. Ostał się na pewno jeden gad za piecem w kuchni.. i kto wie.. może to dzięki niemu - nikomu pożar krzywdy nie zrobił... Jeno dał do myślenia i ruszył nowe...a nowe musi przyjść, bo "coś się kończy, a coś się zaczyna!"
*bim bim pipi - nie do końca rozszyfrowałem wyrażenie bim bim, ale mieć dużo wspólnego z metafizyką i odczytywaniem znaków, natomiast słowo pipi na pewno znaczy tyle co "ptak/ptaszek" (w wolnym tłumaczeniu)
** Ryszard Wiktor Schramm "Prywatna podróż pamięci"
już się cieszę, że pewnie będzie jakieś "dalej" i "następnie" :-P
No to kropek na się znowu rozkręca:) SUPER...dawaj dalej,bo chyba jest jakieś dalej???:):)))))
.dżdży
taka moja dola
skaczę na boso
w kałuże zawsze
bez parasola
odkąd pamiętam
tak miałem
amen
dżdży...
..a w deszczu łzy, tłukę się prostopadłościanem.. Z autobusami jest jak z pastą do zębów, im bliżej końca, tym mniej w środku. Kierowca pomarańczowej tubki wyciskał ile się dało.. co przystanek ubywało :)
Tu! Tu, to można skręcić w lewo, zawrócić, albo wysiąść i pójść prosto po ubitym żwirze drogą wypukło-wklęsłą, kałużową i ponętną.
Z czasem to jest tak, że albo ma się go dużo , albo ma się go brak. Będąc członkiem Organizacji Swobodnych Lotów popieram politykę firmy i wolę tę drugą opcję - dlatego wyłączam komórkę zaraz po wyjściu z pojazdu i wrzucam na dno plecaka. Jeden z rytuałów którymi głaszczę swoją rozczochrana duszę. Odpięcie kijków nie przysporzy mi argumentów w walce o ciche przebrnięcie przez ostatnie pół kilometra cywilizacyi, tak to jest że dla wędrowcy kij to przyjaciel, a dla wiejskich kundli - wróg.
Na skutek wieloletniej polemiki z rzeczywistością, praktyka w jej traktowaniu, karze mi bacznie przyglądać się symbolom, którymi ta posługuje się jako swoistym językiem. Na równi z poezją i sztuką usiłuje mi coś powiedzieć. Stąd też moje pełne zaangażowanie w "Teorię Podpisu", który jak twierdzą Niania Ogg i Babcia Weatherwax- jest wszędzie. Moje ulubione mieszkanki Świata Dysku wg. Terrego Pratchetta - obracają się jak mało kto w "teorii podpisu". Mówi ona o tym że wszystko co zostało stworzone, ma gdzieś w sobie, lub na sobie miniaturowy podpis Wielkiego Projektanta, mający mówić do czego dana rzecz się nadaje. Przekładając to na nasze źródła.. niektóre rośliny mówią nam na co mogą być dobre, np. miodunka plamista swoimi plamami mówi że będzie przydatna w leczeniu problemów ze skórą... tu "podpis" jest wyraźny... Niektóre jednak są ukryte głęboko. Czasem potrzeba wielu lat obserwacji by odczytać i zrozumieć sens tego co zapisane. Z pierwszych lekcji ? Ogromnie ważne jest by być nieustannie świadomym, w zwykłych sytuacjach, poprzez wytwarzane w takiej chwili wysokie częstotliwości budujemy barierą, której nic negatywnego nie zdoła przekroczyć... a coś co z pozoru wydaje się problemem, jawi się wtedy jako kolejny element układanki, bez którego nie można by było dojrzeć całości.
Pluszcz! Kto wie co by się dalej działo, gdyby nie zaświecił mi swoim brzuchem gdzieś na wysokości skrętu do Kamionek, i nie powiedział mi tym samym "Droga Wolna". Tak dawno nie widziałem już tego ptaka, że nie potraktowanie go jako dobrej wróżby na najbliższe kilka dni było by marnotrawstwem dyskretnej Siły...
cdn.
[RIGHT]
Stojąc na schodkach pod ciężarem plecaka i deszczem za plecami, z poważną wyczekującą miną śmiałem się w duszy... znowu... znowu to robię... :razz::razz::razz:
Trzykropkiinicwięcej - pięćgwiazdekboniedasięwięcej - dzięki! Antrakt się cholernie dłuży...
P.S.
"Prywatna podróż pamięci" R.W. Schramma jest piękną wycieczką w czasy gdy "...chłopi z Turzańska, z Mikowa, ze Smolnika zbierali jesienią orzechy worami i nie tłukli na post innego oleju, jak tylko laskowy."
Jest w niej też wiele ciekawych, starych fotografii. Na jednej z nich, Wiktor Schramm stoi przy iglaku, być może tym samym, który Marcins przed kamerami TV nawiercał w celach naukowych (ale ile ma lat to już w telewizji nie powiedział, znaczy się nie chodzi mi oczywiście o wiek Wiertanta, lecz obiektu ześwidrowanego). A działo się to wszystko na Psim Dziale. Przepraszam za wtręt, ale tak mnie troszkę rzuciło jak na tylnej kanapie nadprzestrzennej H-9ki.
Zarastają iglaki buczkami, zarastają. Jaka trzebież by się zdała.