bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Temat poświęcam mojej relacji z wyjazdu w Biechy. Wszystkie uwagi wpisywać tutaj, potrzeby poprawek również. Chciałbym, aby wersja oficjalna była możliwie dopracowana. Dziękuję.
Rzeczywiście tak jak księżyc …”
relacja z jesiennej włóczęgi po Bieszczadach
Czerwiec był trudny, uczelnia utrudniała mi życie jak mogła. Z egzaminów zapadła mi w pamięć głównie analiza i elektryka. Wszystko jednak dobrze się skończyło, wrzesień wolny.
Studencki, wymarzony, legendarny wrzesień. Przy deszczowym lipcu i chłodnym sierpniu wrzesień jawił się niczym Ziemia Obiecana. Ile się nasłuchałem o wrześniu w górach? Ile się tego września naczekałem ?
Dość gadania, pora iść. Już czas. W domu kłócę się ze wszystkimi po kolei. Już nie mogę, muszę jechać, bo mnie rozniesie.
Plecak, śpiwór, kuchenka. Potem żarcie, stuptuty, kijki. Wreszcie reszta ciuchów i kurtka. Pierwsze dylematy. Brać Stachurę, czy Leśmiana? Droga do Sanoka długa, trzeba coś czytać. Brać przewodnik? Rewasz ciężki, ale ciekawy. Zawsze tak jakoś ciekawiej…
Ideą wyjazdu jest powrót do korzeni, żarcie na 14 dni targam ze sobą. (Jedyny wyjątek to pierogi z Dwernika). Namiot się schrzanił w ostatniej chwili, trudno pójdę bez. Zawsze będzie ciekawiej, a ja po górach nie biegam. Po Gorganach plecak ważący 15 kg to pestka. Tam było nawet 26. Drugi cel to rozpoznanie przed zimą pasma granicznego, poznanie trasy, noclegów i części trudności. Trzeci to oczywiście zaduma na kilkoma problemami.
Jadę przez Kraków, tam nocleg , w dzień do Sanoka, potem Wola Michowa. Pociąg pusty, w przedziale student Akademii Muzycznej. Pogadaliśmy, potem spać. Nie chce się poczęstować ciastkiem i patrzy wilkiem, choć widzę, że głodny? Czyżbym już tak bardzo „zbieszczadział” w ciągu 3 godzin? Bo przecież skoro masz plecak i jedziesz w Bieszczady to musisz być kieszonkowcem…
Kraków. Idę na Oleandry, do PTSM. W środku w najlepsze trwa impreza młodzieży z Niemiec. Boney M., Roy Orbison i jakaś techniawa na deser. Wszystko w dawce zabójczej dla mózgu. Siedzę w stołówce, szukam głębi w serku białym. Jak dotąd bezskutecznie. Słyszę jakieś białogłowy, wtem słyszę urywek: „w mojej drużynie” (jestem harcerzem). Dwa razy mówić nie trzeba, wkrótce do szukania głębi serek nie był już potrzebny. Zaczynam się przekonywać do filozofii, ona do fizyki.
Rano budzę się zmęczony, spałem za mało. Warto było, rynek nabiera uroku we dwoje. Szybko się pakuję, mijam „suszących” się Niemców i gnam na pociąg.
W pociągu kolejna kobieta – filozof. I znowu gadanie (głównie o Popperze i kryzysie teorii ogólnych w filozofii i potrzebie takowych w fizyce).
Sanok. Zamek. Beksiński i ikony. (nareszcie otwarty, poprzednio 3 razy nie zdążyłem). PKS. Wola Michowa. Latarnia Wagabundy.
Czekamy z niecierpliwością na księżyc.
.... dalej , dalej - graj piekny cyganie ....
Ja już kiedyś coś na ten temat powiedziałem... że fizyk to humanista... i filozof też...
I potwierdza się. Pięknie napisane...
I też tak uważam - graj piękny Cyganie, a my chętnie posłuchamy.
Pozdrawiam
Ezechiel,
nie daj sie za długo prosić... wszyscy czekamy
Ezechiel pojechał w dolinę Wołosatego szukać natchnienia na dalszy ciąg :D ...
A jak tam Ezechielu pogadanka o Jakubie Wędrowycvzu w "KOLIBIE"?
Wola Michowa. Latarnia Wagabundy. W środku tłok, jakiś kurs (turystyka z Poznania), kilku zbłąkanych przechodniów chcących na noc ograć się przy lampie. Rzecz jasna czeka mnie gleba. Nareszcie w Bieszczadach.
Przy kolacji poznaję człowieka z Gdańska, który chce przejechać całe południe Polski. Od słowa do słowa poczułem brata-pędziwiatra. Wieczorem kurs zaczyna biesiadę (nazwanie tego kominkiem byłoby rażącym nietaktem względem moich braci- harcerzy). Zaczynamy zgadywać jakie „evergreeny” goście zaśpiewają. Ja obstawiam Perfekt, kolega Lady Pank. Skończyło się na Dżemie. Rzecz jasna nie zabrakło „klasyków” : Szła dzieweczka i Sokoły. Co smutniejsze nikomu nie przyszło do głowy zaprosić nas do ognia.
Rano gospodarz częstuje grzybami, takie pyszności, a ja mam tutaj żyć o kaszce i kuskusie. Mówi się trudno, przecież dalej lepiej nie będzie. Dojadam ostatnią puszkę i ruszam.
Jest trochę wilgotno, podnoszą się mgły. Z początku idę spokojnie, chcę wybadać kondycję. Potem przez most i w las.
Las, w drodze do Balnicy, mija polany pozostałe po wsi o tej samej nazwie. Przy drodze trwa „zrywka”, stąd jest trochę kolein po „deszczu co trochę wody dał”. W miarę marszu zaczyna się przejaśniać, wkrótce rozstaję droga rozstaje się z torami kolejki i idzie.
Pierwszy ambaras, panowie ze zrywki przeholowali. Znaków nie ma, pomimo kilku rozwidleń, są za to kałuże. Idę odrobinę na wyczucie, choć nigdy dotychczas tych stron nie odwiedzałem. Wreszcie po n-tej przeprawie wiata i przejście „małego ruchu granicznego”. Jest cicho. Jestem sam na szlaku. Tego było potrzeba.
Stacja, akurat wjeżdża ciuchcia. Siedzę na ganku leśniczówki i piję herbatę. Opatulony w czapkę i rękawiczki obserwuję walkę przyjezdnych o resztki ciepła ukryte w dresach.
Herbata się skończyła pora iść. Czuję się nieźle, mam zapas czasu. Po drodze pogryzam suszone jabłka i śliwki.
Szlak graniczny zabłocony, raz po raz ćwiczę skoki o kijkach. Nabieram tempa, mięśnie się rozgrzewają. Chyba złapałem rytm i słupki lecą. Idę swoim tempem, czasami zatrzymując się dla sfotografowania co ciekawszych drzew. Droga się nie dłuży, wznosi się i opada, w rytm moich kroków.
Słup graniczny. Stary, jeszcze pamiętający chyba czasy CK i wojaka Szwejka. Na Czereninie przelotna mżawka. Idę dalej, po drodze Stryb. Tam chwila odpoczynku i plener zdjęciowy. Po drodze zgubiłem tempo, chyba idę za szybko, miewam zadyszki. To chyba wychodzą nocne oczy tej filozof z Krakowa.
Takie chodzenie ma posmak medytacji. Wyciszam się, moje myśli stają się podobne do krajobrazów mijanych na trakcie. Każdą górkę traktuję ze stoickim spokojem, niech sobie stoi babuleńka. Zadyszkę witam chlebem z kanapek i solą z potu. Po drodze piję zimną herbatę.
Rypi Wierch i przepaść. Prawdziwa, duża, wręcz taternicka. Chwila zadumy, i dalej , bo tempo ślimacze.
Wreszcie czas na zejście do Roztoków. Zejście paskudne, stromo i długo. Idę i idę, powoli zaczynam mieć dość. Dochodzę do przełęczy , „żegnam się z górami, i schodzę do Roztoków.
Ezechielu
Pisz dalej, czekam na następne części.....
Ezechielu, tam gdzie studiuje jest taka piosenka
" słabo przerąbane w Woli Michowej gdzieś nad ranem
może się spotkamy, może znowu będę tu..."
Twoje wspomnienia działają jak balsam dla duszy . Gdy je czytam pojawia się na twarzy uśmiech i moje wspomnienia.
Zniecierpliwością czekam na ciąg dalszy.....
pozrawiam
ja również czekam niecierpliwie na dalsze wspomnienia.... :-)
Ezechielu ... gdzie jesteś dzisiaj ?
Wracaj czym prędzej i ... pisz , pisz ,pisz
Moje oczy Cię wypatrują , a Ciebie nie ma :( , no nie daj się prosić !
Pierwszy ambaras, panowie ze zrywki przeholowali. Znaków nie ma, pomimo kilku rozwidleń, są za to kałuże. Idę odrobinę na wyczucie, choć nigdy dotychczas tych stron nie odwiedzałem. Wreszcie po n-tej przeprawie wiata i przejście „małego ruchu granicznego”. Obstawiałbym raczej na znakarza. Wyszedł zatem z LW i udał się w kierunku Balnicy, co raz to znacząc żóltym kolorem szlak, co miał do niej w założeniu prowadzić. Ponieważ droga wydała mu się niezbyt krótka, tedy wział oprócz farby, trochę napitki, domowej być może nawet roboty. Żeby nie było mu za ciężko, rozpuszczalnika już zabrać nie chciał. Szedł tak sobie i szedł i co kawałek chlap farbą, chlap, chlap. Ponieważ wysiłek to spory, co "heftnął" sinożółtym na drzewo, to poprawił bezbarwnym w gardło. Przeszedłszy w ten sposób co nie co, gdy skończyła się droga szutrowa, a zaczeła zrywkowa, stanął na rozstaju - pierwej dwóch z nich. Którędy by tu do Balnicy? Może w prawo, może w lewo - orzeł w prawo, reszka w lewo. Wyszła reszka, tedy ruszył, wprost przed siebie, po czym stanął - nie był pewien. Może jednak orła drogą? Lii.. tam, jakoś dojdą.
A tak powaznie - tam tak było od początku. Podpisal sie na tabliczkach PTTK o/Lesko. Ktoś z Leska powinien ruszyć d.. na spacer do Balnicy. Może zajarzy o co chodzi :)
Jest jeden plus: obojętne którą by nie pójść - wszystkie i tak sie schodzą przy niebieskim szlaku.
W Roztokach mrok na schodach pustki w domu. Wchodzę do "Cichej Doliny" objuczony plecakiem, pod pachą niosąc kije. W środku tak czysto, że przez chwilę stoję oszołomiony. Szukam właścicieli, wykupuję nocleg w zbiorówce. Rozpakowuję się.
W schronisku (pensjonacie?) pustka. Oprócz mnie jakieś starsze małżeństwo. Anioły, na poddaszu płaczą, koty włóczą się po gwiazdach. Od myśli do myśli zmierzch zbratał się ze sobą.
Chcę zadzwonić do domu. Blokuję komórkę. No cóż w końcu zapamiętanie 4 cyforwego kodu jest trudniejsze niż znajomość np. magnetonu Bohra, bądź stałej dielektrycznej próżni. Ani chybi wakacje. Dzięki uprzejmości gospodarzy siostra podaje mi kod przez telefeon. Podczas tego wyjazdu zdarzy się to jescze kilkukrotnie.
Powoli dochodzi wrzątek. Pierwszy bieszczadzki kuskus. Pęcznieje, rozsadza menażkę, ogarnia cały świat. Wkrótce wszyscy umrzemy, ogarnięci kaszą jaglaną.
No dobra, trochę mi się wysypało na stół. Kot nie protestował.
Potem biorę prysznic i rozlewam wodę z mycia menachy. Wieczorem siedzę przy stole i myślę o niebieskich migdałach.
O poranku śnię o zapachu świeżego chleba. Marzenia. Kaszka jest i susz. Idę w góry cieszyć się życiem.
Podejścia pod Okrąglik nie pamiętam. Jakieś polany, trawy, bory. Zaczynam nabierać tempa, łapię rytm, tym razem spokojniej niż wczoraj.
Zanim się skapnąłem minąłem Okrąglik i byłem na Jaśle. Tyż piknie.
Wracam na granczny, ciągnę dalej. Gubię kapelusz. No cóż 3 lata temu zaczął w Biechach, więc niech tu spoczywa.
Las na granicy jest cudowny. Ostatecznie zielony, bezkompromisowow dziki. Żadnych spektakularnych widoków, nagrodą jest sam marsz. Jest sucho, wyschło po deszczu. Wododział.
Na podejściu pod Płaszę brakuje mi wody. Schodzę i napełniam manierkę do połowy w jakimś strumyku.
Dziwna sprawa, nie wiem jak to napisać. Zawracam z Płaszy na Okrąglik. Nie wiem dlaczego? Wtedy tłumaczyłem to brakiem wody i niechęcią do polegania na wodzie czeerpanej ze źródła. Ale miałem kocher, można było gotować. No cóż kolejna bieszczadzka osobliwość.
Okrąglik. W stronę Fereczatej. Idą tą samą trasą, co podczas "dziewiczego przejścia" w 2001. Co się zmieniło? Szlak jest bardziej zaśmiecony . Ja też. Szlak jest bardziej wydeptany, znużony. Ja też. Autoportret podróżny.
Z Fereczatej zejście paskudne, blocko czeka na błąd. Schodzę powoli posiłkując się kijkami. Potem okazę się, że i tak za szybko. Dochodzę do Smereka, łapię stopa do Wetliny. Znowu razem.
Jak zwykle idę do PTSM. Jak zwykle czekam do 17:00 na schodach. Ostatnim razem było tak podczas Sylwestra. Dobrze mieć takie swoje schody, na których można usiąść i czekać. Takie miejsce do którego zawsze się wraca, nawet jeśli jest to nie po drodze.
W PTSM pusto. Po Wetlinie przemijają tabuny tubylców chcących odpocząć w cieniu gór, a w schornisku pustka. Jest kilku gości, ale oni zaraz wtapiają się w "Mgiełkę" ; wrócą dopiero ze świtem.
Tradycyjnie już proszę o Nienackiego. Podczas ostatniego zimowiska w Wetlinie nie miałem czasu przeczytać. Teraz mam. Na pierwszy ogień poszedł "Pan Samochodzik i Niewidzialni". Naiwne? Dziecinne? Trudno! Ile można się truć Stachurą? (choć to bardzo piękna trucizna).
Na obiad tradycyjnie kuskus + zioła. Na deser kisiel z czekoladą.
Siedzenie w schronisku, po wędrówce jest cudowne. Nastrój odprężenia jest cudowny, lenistwo jakie ogarnia człowieka kuszące, jak nie przymierzajac, miśka z Otrytu. Zmywanie menachy może poczekać, pranie może poczekać, wszytko może poczekać.
Idę spać na tym samym łóżku co zawsze.
Rano budzę się z ostrym bólem stawu kolanowego. Paskudny, paraliżujący nerwoból. Pojawia się w losowych momentach i ogrania całe podudzie. Makabra.
Szybki rachunek, skąd to się wzięło? (niestety moja ograniczona natura nie znosi pytań bez odpowiedzi) Odpowiedź jest krótka. Karkonosze w lipcu, niezaleczony reumatyzm w sierpniu, potem parę gleb przy zejściu z Fereczatej. Ecce homo...
Co robić? Dział odpada, bo za stary jestem na podobne głupoty. (czas pokazał, że jednak nie dość stary) Podjadę do Przełęczy Wyżniańskiej, stamtąd do Schroniska pod Małą Rawką. Kiedyś muszę tam wreszcie trafić, do n razy sztuka. (gdzie n E N<<10).
Wprowadzam w życie swój plan.
Najpierw jakiś opatrunek na kolano, coby je usztywnić. Jest elastyk, byle nie za mocno. Przedtem okład z altacetu, i jakaś maść rozgrzewająca. Na końcu jakiś APAP i dalej. Navigarre necesse est...
Do Przełęczy dojechałem stopem. Potem do góry. Jest makbrycznie, okresowo łapie mnie skurcz. Mija mnie potok ludzi, a ja spokojnie, z godnością kontempluję cudowne widoki i obiecujący ból w kolanie.
Wreszcie jest. Zrzucam plecak i piję herbatę.
Piję herbatę.
Piję herbatę.
Po 3 litrach, i jakiś 2 godzinach jestem gotów do myślenia. Proszę Michała o miotłę i zaczynam sprzątać izbę.
Tutaj czytelnikowi należy się chwila wyjaśnień. Nie jestem maniakiem czystości (przynajmniej nie tej rozumianej dosłownie). Po prostu lubię być użyteczny, nie cierpię siedzieć, gdy inni pracują. Stąd ta miotła. Zresztą teraz nie pamiętam, może byłem samotny?
Wieczór, korytarz. Z gór wraca wycieczka. Obiecuję sobie, że ja moich harcerzy tak g ór uczyć nie będę. Z błogim postanowieniem poprawy idę spać.
Czy nastąpi jakiś ciąg dalszy?
Myślę, że nie tylko ja poczytałabym z wielką chęcią kolejny fragment...
Aleksandra
I ja też to czytałem z zainteresowaniem.
Kontuzja ... Skąd ja to znam ?
Kilkanaście lat temu (1991 lub 1992) pojechałem w Bieszczady bez treningu. Zaniedbałem się. Ani gimnastyki, ani nawet wcześniejszej zaprawy w Puszczy Kampinoskiej.
Efekt był taki, że "okulałem" na obie nogi. Ścięgna i stawy kolanowe. Przejść mogłem tylko ok. kilometra (a i to powoli), potem ustawałem z bólu.
Nie jestem znawcą w zakresie ćwiczeń fizycznych. Ale z autopsji powiem Wam, że na utrzymanie sprawności nóg (a miłe Panie zapewniam, że także i na kształt nóżek) najlepsze są ... przysiady. Ale nie takie zwyczajne kucane i wstawane, lecz
- w idealnym pionie ciała,
- i, a to najważniejsze, na palcach nóg, a nie na całych stopach (!).
Takie przysiady należy robić tylko po solidnej rozgrzewce (inaczej można sobie zrobić krzywdę).
Ów przysiad (ze wstawaniem też tylko na palcach nóg) nazywa się (nie jestem pewien) chyba przysiadem kulturystycznym. Wzmacnia ścięgna i stawy, "rzeźbi" nogi, a paniom pozwala się pozbyć tego, jak mu tam, celu, celu ... isu (?).
Tyle dygresji.
Teraz też czekam na ciąg dalszy przygód Ezechiela.
Miłym słuchaczom winien jestem pewne wyjaśnienie. Rawki okazały się zbyt kuszące, a głupota zbyt cicha by ją wyczuć.
Jednym słowem moje przygody byłyby niepełne bez uzuepłnienia
Piję herbatę. Rawki mamią. Herbata się skończyła. Pora wstawać. Plecak zostaje idę tylko w polarze i w kurtce.
Powolutku rozgrzewam mięśnie, jakoś tam łapię tempo. Wkurzenie za Pasmo graniczne wychodzi ze mnie, napalam się jak młokos i biegnę.
Nie cierpię biegać po górach. To idiotyzm, brak szacunku wobec współwędrowców, jak i gór samych. Biaganie niszczy mistykę, jakiej zawsze w górach poszukuję. Jak tu znaleźć wyciszenie i usłyszeć swój umysł (cholera znowu głupoty), kiedy koncentrujesz się na trzymaniu tempa.
No cóż trasę łykam ekspresowo, poprawiam PTTK o jakieś 15 min (wiem, że są lepsi), pomagając sobie kijkami.
Wreszcie Rawki, dumam nad swoją atawistyczną potrzebą wyżycia się i stygnę. Potem w dół, choć Kremenaros tak blisko.
Następnego dnia była niedziela. Odpocząłem, byłem na Mszy w Wetlinie, potem wróciłem stopem i wygramoliłem się na Caryńską.
Na cóż Caryńska to taka żona. Zawsze czeka na rozmaitych powsinogów z zupą i z cierpkim słowem. Na górze jak zwykle wiało, co akurat sprawiło mi dużo przyjemności. (W grudniu byłem przy zuepłenej ciszy i pełnym słońcu. Pzypiekało jak na lodowcu). Rozkoszuję się zimną herbatą (znaczy się wmawiam sobie, że się rozkoszuję), potem powolutku wtaczam się do Koliby. Przy czym wtaczanie się ma wymiar zarówno fizyczny jak i intelektualny. ( w końcu jestem studentem). Czuję, że jutro nóżki będą grały ostatnie tango w Bieszczadach...
Wchodzę do schroniska (potomni powiedzą później, że się wczołgałem). Przy stole siedzi trzech gości, każdy z jakimśtam zarostem. W tle Kaczmarski płynie jak potok. Po Kaczmarze młody człowiek odpalił " W górach..." .
Nie jestem fanatyczmym miłośnikiem elektroniki. Zwykle nie biorę ze sobą w podróż nawet elektrograjka.W górach słucham zwykle tego co sam sobie opowiem. W kwestiach muzycznych jestem nawet ortodoksyjny, raczej kanoniczny, niż eksperymantatorski. Bukowina może u mnie rosnąć wszędzie, a na Stare Dobre Małżeństwo już jest za późno. W chwilach zbyt jasnych, zapijam się Kaczmarem (kto mnie zna ten wie), ot i wszystko.
Sam zaś nie mając do cna umiejętności wokalnych muzykę górską w dwolnych rękach uwielbiam.
Jakoś poczułem się cieplej, usiadłem na ławie jęcząc o altacet, chcieli dać mi piwo. Poprosiłem o APAP, przynieśli herbatę. Rozmowa kwitła.
Rzecz jasna kiedyśtam weszła Marysia. Dobry duch schroniska. Mój podziw dla tej osoby rósł w miarę siedzenia w Kolibie. Nie zliczę uprzejmości, gościnności i innych. Za wszystko, z zezem, dziękuję.
W Kolibie poznałem wielu świetnych ludzi. Poznałem to złe słowo, bo nie było jak poznawać kogoś, o duszy złożonej z tych samych piaskowców co twoja. Raczej trzeba rzec zobaczyłem na oczy, bo znałem ich przecież od zawsze, jak zna się siebie.
Żeby napisać godnie o Wojtku (i Hatifie), Karolu, Karolinie, Ani nie starczyłoby mi życia. Więc wybczcie mi zwięzłość, bo powiem bez udziwnień, niezbędnych by opisać wszystko dokładnie.
Dom tam gdzie serce Twoje. Moje zostało z wami w jednym z tamtych wieczorów.
Czy litery i słowa starczą by opisać nocne brydże i "wychodzenie z Koliby"? Czy sił starczy by opisać "chodzenia na telefon", bądź wyprawy w dolinę? Ponad moje siły te relacje, ponad moje serce te emocje, więc zailknę, bo o czym pisać nie mozna, milczeć jeno trzeba.
Wspomne jeszcze literą małą, pewną "Czarnowłosą". Honor (i sentyment też) nakazuje milczeć, choć chce się śpiewać o pewnym poranku, co pewnym miejscu się zdarzył. Bo choć mgnieniem oka było to spotkanie, to mgnienie to stało się wiosną wiecznie kwitnącą.
I choć dzień tamten już dawno się zestarzał , dusze młode zostały. A "Listu do Ogrodowej" już nigdy nie zapomnę.
I tym nieco staroświeckim akcentem zamknę moje Kolibowe wspomnienia, choć z nadzieją kontynuacji i rozwinięć.
:)
Cześć!
Przyłączam się do grona wielbicieli głosu Ezechiela. Rzeczywiście Ezechielu masz zacięcie literackie! A, że (w co nie wątpię) dzielisz się z nami tym co Ci w duszy gra, z tym większą przyjemnością chłonę ten wątek. Dla tych co nie bardzo czują blues'a, podpis "Astronom, fizyk, matematyk" może być nieco mylący. Wystarczy jednak być otwartym na tę lepszą część świata, mieć świadomość, że "matematyka jest poezją życia" a wszystko staje się jasne. :)
Osobiście znam parę osób, siebie nie wyłączając, które mimo iż zaszeregowują siebie raczej do umysłów ścisłych, to jednak całym sercem otwarte są na bardziej uduchowioną sferę życia. Jedno drugiego wcale z resztą nie wyklucza ...
A zatem - Ezechielu - "powiedz dokąd znów wędrujesz, czy daleko jest Twój sad ... "
Miłego dnia !
Drogą dygresji wyjaśnię, że podpis :
"Astronom, fizyk, matematyk" pochodzi od Stanisława M. Ulama- polskiego matematyka XXw, współtwórcy bomby atomowej.
Podpis ten Ulam umieścił na swoim dzienniku, jako motto jego drogi życiowej. Jako, że jestem jeste jego postacią (i osiągnięciami) dosyć zainteresowany stąd podpis.
A umysły ścisłe góry lubią, bo dla ściślaka świat jest równie ważny jak człowiek. (inaczej niż u humanisty). A góry to cała poezja świata.
Następne części będą, jak wena przyjdzie.
Wychodzenie z "Koliby"jest sztuką trudną. Obok trudności obiektywnych (podła pogoda, bol stawów) dochodzi widmo tęskonoty za ludźmi i miejscem. Zwykłe lenistwo idzie tu o lepsze z nostalgią, przy wtórze świadomości ostateczności dokananego wyboru.
Szanownemu czytelnikowi winien jestem wyjaśnienie, tych nieco patetycznych, zdań. Otóż chodząc bo Biechach miałem świadomość nomada. Całe moje miejsce mieściło się w plecaku. Wszędzie byłem gościem, a nie domownikiem.
W Kolbie przestałem być gościem, choć nazwanie się domownikiem byłoby nadużyciem. Zostanę przy okresleniu przyjacielem ogniska.
Stąd też wynikły moje problemy z wyjściem. Trwały 10 dni. W międzyczasie paliłem ognisko, jadłem barana, wznosiłem toasty herbatą. Katowałem nogi, zgubiłem palnik i grałem w teatrze. Nauczyłem się trochę gotować i oszczędzać. Chyba więcej pomogłem, niż przeszkodziłem.
Wreszcie, spotkawszy dość interesujące towarszystwo (matematyk-filozof- teolog- wszyscy in spe) postanowiłem opuścić Kolibę, pragąc zachować niedosyt miast przesytu.
Pewnie gdyby Połonina Caryńska miała 40 km długości rozwiązalibyśmy wszytskie tajemnice wszechświata. Pewnie gdyby burza nad Wetlińską trwała dłużej poznalibyśmy sedno cżłowieka. Pewnie gdybyśmy nie poszli bo burzy na Połoninę do końca życia bym żałował. Wobec nie spełnienia tych warunków ruszyliśmy dalej.
Zeszliśmy do Wetliny. Skonczyłem Nienackiego. Zjadłem kuskus. Wróciłem do domu, choć przecież nigdy z niego nie wyszedłem.
W Krakowie spałem u Dziadka, jak zwykle kończąc na wymowkach w stosunku do mnie i moich rodziców. (Na dyskretną uwagę, żę Tata w moim wieku robił to samo, dziadek nie zareagował). Resztę pieniezy wydałem na książki. W pociągu był tłok, i jakaś młodzież akademicka chlała wódę. Wrcałałem do życia, do wczoraj.Od jutra, bo pociągiem nocnym.
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Rzeczywiście tak jak księżyc …”
relacja z jesiennej włóczęgi po Bieszczadach
Czerwiec był trudny, uczelnia utrudniała mi życie jak mogła. Z egzaminów zapadła mi w pamięć głównie analiza i elektryka. Wszystko jednak dobrze się skończyło, wrzesień wolny.
Studencki, wymarzony, legendarny wrzesień. Przy deszczowym lipcu i chłodnym sierpniu wrzesień jawił się niczym Ziemia Obiecana. Ile się nasłuchałem o wrześniu w górach? Ile się tego września naczekałem ?
Dość gadania, pora iść. Już czas. W domu kłócę się ze wszystkimi po kolei. Już nie mogę, muszę jechać, bo mnie rozniesie.
Plecak, śpiwór, kuchenka. Potem żarcie, stuptuty, kijki. Wreszcie reszta ciuchów i kurtka. Pierwsze dylematy. Brać Stachurę, czy Leśmiana? Droga do Sanoka długa, trzeba coś czytać. Brać przewodnik? Rewasz ciężki, ale ciekawy. Zawsze tak jakoś ciekawiej…
Ideą wyjazdu jest powrót do korzeni, żarcie na 14 dni targam ze sobą. (Jedyny wyjątek to pierogi z Dwernika). Namiot się schrzanił w ostatniej chwili, trudno pójdę bez. Zawsze będzie ciekawiej, a ja po górach nie biegam. Po Gorganach plecak ważący 15 kg to pestka. Tam było nawet 26. Drugi cel to rozpoznanie przed zimą pasma granicznego, poznanie trasy, noclegów i części trudności. Trzeci to oczywiście zaduma na kilkoma problemami.
Jadę przez Kraków, tam nocleg , w dzień do Sanoka, potem Wola Michowa. Pociąg pusty, w przedziale student Akademii Muzycznej. Pogadaliśmy, potem spać. Nie chce się poczęstować ciastkiem i patrzy wilkiem, choć widzę, że głodny? Czyżbym już tak bardzo „zbieszczadział” w ciągu 3 godzin? Bo przecież skoro masz plecak i jedziesz w Bieszczady to musisz być kieszonkowcem…
Kraków. Idę na Oleandry, do PTSM. W środku w najlepsze trwa impreza młodzieży z Niemiec. Boney M., Roy Orbison i jakaś techniawa na deser. Wszystko w dawce zabójczej dla mózgu. Siedzę w stołówce, szukam głębi w serku białym. Jak dotąd bezskutecznie. Słyszę jakieś białogłowy, wtem słyszę urywek: „w mojej drużynie” (jestem harcerzem). Dwa razy mówić nie trzeba, wkrótce do szukania głębi serek nie był już potrzebny. Zaczynam się przekonywać do filozofii, ona do fizyki.
Rano budzę się zmęczony, spałem za mało. Warto było, rynek nabiera uroku we dwoje. Szybko się pakuję, mijam „suszących” się Niemców i gnam na pociąg.
W pociągu kolejna kobieta – filozof. I znowu gadanie (głównie o Popperze i kryzysie teorii ogólnych w filozofii i potrzebie takowych w fizyce).
Sanok. Zamek. Beksiński i ikony. (nareszcie otwarty, poprzednio 3 razy nie zdążyłem). PKS. Wola Michowa. Latarnia Wagabundy.
Czekamy z niecierpliwością na księżyc.
.... dalej , dalej - graj piekny cyganie ....
Ja już kiedyś coś na ten temat powiedziałem... że fizyk to humanista... i filozof też...
I potwierdza się. Pięknie napisane...
I też tak uważam - graj piękny Cyganie, a my chętnie posłuchamy.
Pozdrawiam
Ezechiel,
nie daj sie za długo prosić... wszyscy czekamy
Ezechiel pojechał w dolinę Wołosatego szukać natchnienia na dalszy ciąg :D ...
A jak tam Ezechielu pogadanka o Jakubie Wędrowycvzu w "KOLIBIE"?
Wola Michowa. Latarnia Wagabundy. W środku tłok, jakiś kurs (turystyka z Poznania), kilku zbłąkanych przechodniów chcących na noc ograć się przy lampie. Rzecz jasna czeka mnie gleba. Nareszcie w Bieszczadach.
Przy kolacji poznaję człowieka z Gdańska, który chce przejechać całe południe Polski. Od słowa do słowa poczułem brata-pędziwiatra. Wieczorem kurs zaczyna biesiadę (nazwanie tego kominkiem byłoby rażącym nietaktem względem moich braci- harcerzy). Zaczynamy zgadywać jakie „evergreeny” goście zaśpiewają. Ja obstawiam Perfekt, kolega Lady Pank. Skończyło się na Dżemie. Rzecz jasna nie zabrakło „klasyków” : Szła dzieweczka i Sokoły. Co smutniejsze nikomu nie przyszło do głowy zaprosić nas do ognia.
Rano gospodarz częstuje grzybami, takie pyszności, a ja mam tutaj żyć o kaszce i kuskusie. Mówi się trudno, przecież dalej lepiej nie będzie. Dojadam ostatnią puszkę i ruszam.
Jest trochę wilgotno, podnoszą się mgły. Z początku idę spokojnie, chcę wybadać kondycję. Potem przez most i w las.
Las, w drodze do Balnicy, mija polany pozostałe po wsi o tej samej nazwie. Przy drodze trwa „zrywka”, stąd jest trochę kolein po „deszczu co trochę wody dał”. W miarę marszu zaczyna się przejaśniać, wkrótce rozstaję droga rozstaje się z torami kolejki i idzie.
Pierwszy ambaras, panowie ze zrywki przeholowali. Znaków nie ma, pomimo kilku rozwidleń, są za to kałuże. Idę odrobinę na wyczucie, choć nigdy dotychczas tych stron nie odwiedzałem. Wreszcie po n-tej przeprawie wiata i przejście „małego ruchu granicznego”. Jest cicho. Jestem sam na szlaku. Tego było potrzeba.
Stacja, akurat wjeżdża ciuchcia. Siedzę na ganku leśniczówki i piję herbatę. Opatulony w czapkę i rękawiczki obserwuję walkę przyjezdnych o resztki ciepła ukryte w dresach.
Herbata się skończyła pora iść. Czuję się nieźle, mam zapas czasu. Po drodze pogryzam suszone jabłka i śliwki.
Szlak graniczny zabłocony, raz po raz ćwiczę skoki o kijkach. Nabieram tempa, mięśnie się rozgrzewają. Chyba złapałem rytm i słupki lecą. Idę swoim tempem, czasami zatrzymując się dla sfotografowania co ciekawszych drzew. Droga się nie dłuży, wznosi się i opada, w rytm moich kroków.
Słup graniczny. Stary, jeszcze pamiętający chyba czasy CK i wojaka Szwejka. Na Czereninie przelotna mżawka. Idę dalej, po drodze Stryb. Tam chwila odpoczynku i plener zdjęciowy. Po drodze zgubiłem tempo, chyba idę za szybko, miewam zadyszki. To chyba wychodzą nocne oczy tej filozof z Krakowa.
Takie chodzenie ma posmak medytacji. Wyciszam się, moje myśli stają się podobne do krajobrazów mijanych na trakcie. Każdą górkę traktuję ze stoickim spokojem, niech sobie stoi babuleńka. Zadyszkę witam chlebem z kanapek i solą z potu. Po drodze piję zimną herbatę.
Rypi Wierch i przepaść. Prawdziwa, duża, wręcz taternicka. Chwila zadumy, i dalej , bo tempo ślimacze.
Wreszcie czas na zejście do Roztoków. Zejście paskudne, stromo i długo. Idę i idę, powoli zaczynam mieć dość. Dochodzę do przełęczy , „żegnam się z górami, i schodzę do Roztoków.
Ezechielu
Pisz dalej, czekam na następne części.....
Ezechielu, tam gdzie studiuje jest taka piosenka
" słabo przerąbane w Woli Michowej gdzieś nad ranem
może się spotkamy, może znowu będę tu..."
Twoje wspomnienia działają jak balsam dla duszy . Gdy je czytam pojawia się na twarzy uśmiech i moje wspomnienia.
Zniecierpliwością czekam na ciąg dalszy.....
pozrawiam
ja również czekam niecierpliwie na dalsze wspomnienia.... :-)
Ezechielu ... gdzie jesteś dzisiaj ?
Wracaj czym prędzej i ... pisz , pisz ,pisz
Moje oczy Cię wypatrują , a Ciebie nie ma :( , no nie daj się prosić !
Pierwszy ambaras, panowie ze zrywki przeholowali. Znaków nie ma, pomimo kilku rozwidleń, są za to kałuże. Idę odrobinę na wyczucie, choć nigdy dotychczas tych stron nie odwiedzałem. Wreszcie po n-tej przeprawie wiata i przejście „małego ruchu granicznego”. Obstawiałbym raczej na znakarza. Wyszedł zatem z LW i udał się w kierunku Balnicy, co raz to znacząc żóltym kolorem szlak, co miał do niej w założeniu prowadzić. Ponieważ droga wydała mu się niezbyt krótka, tedy wział oprócz farby, trochę napitki, domowej być może nawet roboty. Żeby nie było mu za ciężko, rozpuszczalnika już zabrać nie chciał. Szedł tak sobie i szedł i co kawałek chlap farbą, chlap, chlap. Ponieważ wysiłek to spory, co "heftnął" sinożółtym na drzewo, to poprawił bezbarwnym w gardło. Przeszedłszy w ten sposób co nie co, gdy skończyła się droga szutrowa, a zaczeła zrywkowa, stanął na rozstaju - pierwej dwóch z nich. Którędy by tu do Balnicy? Może w prawo, może w lewo - orzeł w prawo, reszka w lewo. Wyszła reszka, tedy ruszył, wprost przed siebie, po czym stanął - nie był pewien. Może jednak orła drogą? Lii.. tam, jakoś dojdą.
A tak powaznie - tam tak było od początku. Podpisal sie na tabliczkach PTTK o/Lesko. Ktoś z Leska powinien ruszyć d.. na spacer do Balnicy. Może zajarzy o co chodzi :)
Jest jeden plus: obojętne którą by nie pójść - wszystkie i tak sie schodzą przy niebieskim szlaku.
W Roztokach mrok na schodach pustki w domu. Wchodzę do "Cichej Doliny" objuczony plecakiem, pod pachą niosąc kije. W środku tak czysto, że przez chwilę stoję oszołomiony. Szukam właścicieli, wykupuję nocleg w zbiorówce. Rozpakowuję się.
W schronisku (pensjonacie?) pustka. Oprócz mnie jakieś starsze małżeństwo. Anioły, na poddaszu płaczą, koty włóczą się po gwiazdach. Od myśli do myśli zmierzch zbratał się ze sobą.
Chcę zadzwonić do domu. Blokuję komórkę. No cóż w końcu zapamiętanie 4 cyforwego kodu jest trudniejsze niż znajomość np. magnetonu Bohra, bądź stałej dielektrycznej próżni. Ani chybi wakacje. Dzięki uprzejmości gospodarzy siostra podaje mi kod przez telefeon. Podczas tego wyjazdu zdarzy się to jescze kilkukrotnie.
Powoli dochodzi wrzątek. Pierwszy bieszczadzki kuskus. Pęcznieje, rozsadza menażkę, ogarnia cały świat. Wkrótce wszyscy umrzemy, ogarnięci kaszą jaglaną.
No dobra, trochę mi się wysypało na stół. Kot nie protestował.
Potem biorę prysznic i rozlewam wodę z mycia menachy. Wieczorem siedzę przy stole i myślę o niebieskich migdałach.
O poranku śnię o zapachu świeżego chleba. Marzenia. Kaszka jest i susz. Idę w góry cieszyć się życiem.
Podejścia pod Okrąglik nie pamiętam. Jakieś polany, trawy, bory. Zaczynam nabierać tempa, łapię rytm, tym razem spokojniej niż wczoraj.
Zanim się skapnąłem minąłem Okrąglik i byłem na Jaśle. Tyż piknie.
Wracam na granczny, ciągnę dalej. Gubię kapelusz. No cóż 3 lata temu zaczął w Biechach, więc niech tu spoczywa.
Las na granicy jest cudowny. Ostatecznie zielony, bezkompromisowow dziki. Żadnych spektakularnych widoków, nagrodą jest sam marsz. Jest sucho, wyschło po deszczu. Wododział.
Na podejściu pod Płaszę brakuje mi wody. Schodzę i napełniam manierkę do połowy w jakimś strumyku.
Dziwna sprawa, nie wiem jak to napisać. Zawracam z Płaszy na Okrąglik. Nie wiem dlaczego? Wtedy tłumaczyłem to brakiem wody i niechęcią do polegania na wodzie czeerpanej ze źródła. Ale miałem kocher, można było gotować. No cóż kolejna bieszczadzka osobliwość.
Okrąglik. W stronę Fereczatej. Idą tą samą trasą, co podczas "dziewiczego przejścia" w 2001. Co się zmieniło? Szlak jest bardziej zaśmiecony . Ja też. Szlak jest bardziej wydeptany, znużony. Ja też. Autoportret podróżny.
Z Fereczatej zejście paskudne, blocko czeka na błąd. Schodzę powoli posiłkując się kijkami. Potem okazę się, że i tak za szybko. Dochodzę do Smereka, łapię stopa do Wetliny. Znowu razem.
Jak zwykle idę do PTSM. Jak zwykle czekam do 17:00 na schodach. Ostatnim razem było tak podczas Sylwestra. Dobrze mieć takie swoje schody, na których można usiąść i czekać. Takie miejsce do którego zawsze się wraca, nawet jeśli jest to nie po drodze.
W PTSM pusto. Po Wetlinie przemijają tabuny tubylców chcących odpocząć w cieniu gór, a w schornisku pustka. Jest kilku gości, ale oni zaraz wtapiają się w "Mgiełkę" ; wrócą dopiero ze świtem.
Tradycyjnie już proszę o Nienackiego. Podczas ostatniego zimowiska w Wetlinie nie miałem czasu przeczytać. Teraz mam. Na pierwszy ogień poszedł "Pan Samochodzik i Niewidzialni". Naiwne? Dziecinne? Trudno! Ile można się truć Stachurą? (choć to bardzo piękna trucizna).
Na obiad tradycyjnie kuskus + zioła. Na deser kisiel z czekoladą.
Siedzenie w schronisku, po wędrówce jest cudowne. Nastrój odprężenia jest cudowny, lenistwo jakie ogarnia człowieka kuszące, jak nie przymierzajac, miśka z Otrytu. Zmywanie menachy może poczekać, pranie może poczekać, wszytko może poczekać.
Idę spać na tym samym łóżku co zawsze.
Rano budzę się z ostrym bólem stawu kolanowego. Paskudny, paraliżujący nerwoból. Pojawia się w losowych momentach i ogrania całe podudzie. Makabra.
Szybki rachunek, skąd to się wzięło? (niestety moja ograniczona natura nie znosi pytań bez odpowiedzi) Odpowiedź jest krótka. Karkonosze w lipcu, niezaleczony reumatyzm w sierpniu, potem parę gleb przy zejściu z Fereczatej. Ecce homo...
Co robić? Dział odpada, bo za stary jestem na podobne głupoty. (czas pokazał, że jednak nie dość stary) Podjadę do Przełęczy Wyżniańskiej, stamtąd do Schroniska pod Małą Rawką. Kiedyś muszę tam wreszcie trafić, do n razy sztuka. (gdzie n E N<<10).
Wprowadzam w życie swój plan.
Najpierw jakiś opatrunek na kolano, coby je usztywnić. Jest elastyk, byle nie za mocno. Przedtem okład z altacetu, i jakaś maść rozgrzewająca. Na końcu jakiś APAP i dalej. Navigarre necesse est...
Do Przełęczy dojechałem stopem. Potem do góry. Jest makbrycznie, okresowo łapie mnie skurcz. Mija mnie potok ludzi, a ja spokojnie, z godnością kontempluję cudowne widoki i obiecujący ból w kolanie.
Wreszcie jest. Zrzucam plecak i piję herbatę.
Piję herbatę.
Piję herbatę.
Po 3 litrach, i jakiś 2 godzinach jestem gotów do myślenia. Proszę Michała o miotłę i zaczynam sprzątać izbę.
Tutaj czytelnikowi należy się chwila wyjaśnień. Nie jestem maniakiem czystości (przynajmniej nie tej rozumianej dosłownie). Po prostu lubię być użyteczny, nie cierpię siedzieć, gdy inni pracują. Stąd ta miotła. Zresztą teraz nie pamiętam, może byłem samotny?
Wieczór, korytarz. Z gór wraca wycieczka. Obiecuję sobie, że ja moich harcerzy tak g ór uczyć nie będę. Z błogim postanowieniem poprawy idę spać.
Czy nastąpi jakiś ciąg dalszy?
Myślę, że nie tylko ja poczytałabym z wielką chęcią kolejny fragment...
Aleksandra
I ja też to czytałem z zainteresowaniem.
Kontuzja ... Skąd ja to znam ?
Kilkanaście lat temu (1991 lub 1992) pojechałem w Bieszczady bez treningu. Zaniedbałem się. Ani gimnastyki, ani nawet wcześniejszej zaprawy w Puszczy Kampinoskiej.
Efekt był taki, że "okulałem" na obie nogi. Ścięgna i stawy kolanowe. Przejść mogłem tylko ok. kilometra (a i to powoli), potem ustawałem z bólu.
Nie jestem znawcą w zakresie ćwiczeń fizycznych. Ale z autopsji powiem Wam, że na utrzymanie sprawności nóg (a miłe Panie zapewniam, że także i na kształt nóżek) najlepsze są ... przysiady. Ale nie takie zwyczajne kucane i wstawane, lecz
- w idealnym pionie ciała,
- i, a to najważniejsze, na palcach nóg, a nie na całych stopach (!).
Takie przysiady należy robić tylko po solidnej rozgrzewce (inaczej można sobie zrobić krzywdę).
Ów przysiad (ze wstawaniem też tylko na palcach nóg) nazywa się (nie jestem pewien) chyba przysiadem kulturystycznym. Wzmacnia ścięgna i stawy, "rzeźbi" nogi, a paniom pozwala się pozbyć tego, jak mu tam, celu, celu ... isu (?).
Tyle dygresji.
Teraz też czekam na ciąg dalszy przygód Ezechiela.
Miłym słuchaczom winien jestem pewne wyjaśnienie. Rawki okazały się zbyt kuszące, a głupota zbyt cicha by ją wyczuć.
Jednym słowem moje przygody byłyby niepełne bez uzuepłnienia
Piję herbatę. Rawki mamią. Herbata się skończyła. Pora wstawać. Plecak zostaje idę tylko w polarze i w kurtce.
Powolutku rozgrzewam mięśnie, jakoś tam łapię tempo. Wkurzenie za Pasmo graniczne wychodzi ze mnie, napalam się jak młokos i biegnę.
Nie cierpię biegać po górach. To idiotyzm, brak szacunku wobec współwędrowców, jak i gór samych. Biaganie niszczy mistykę, jakiej zawsze w górach poszukuję. Jak tu znaleźć wyciszenie i usłyszeć swój umysł (cholera znowu głupoty), kiedy koncentrujesz się na trzymaniu tempa.
No cóż trasę łykam ekspresowo, poprawiam PTTK o jakieś 15 min (wiem, że są lepsi), pomagając sobie kijkami.
Wreszcie Rawki, dumam nad swoją atawistyczną potrzebą wyżycia się i stygnę. Potem w dół, choć Kremenaros tak blisko.
Następnego dnia była niedziela. Odpocząłem, byłem na Mszy w Wetlinie, potem wróciłem stopem i wygramoliłem się na Caryńską.
Na cóż Caryńska to taka żona. Zawsze czeka na rozmaitych powsinogów z zupą i z cierpkim słowem. Na górze jak zwykle wiało, co akurat sprawiło mi dużo przyjemności. (W grudniu byłem przy zuepłenej ciszy i pełnym słońcu. Pzypiekało jak na lodowcu). Rozkoszuję się zimną herbatą (znaczy się wmawiam sobie, że się rozkoszuję), potem powolutku wtaczam się do Koliby. Przy czym wtaczanie się ma wymiar zarówno fizyczny jak i intelektualny. ( w końcu jestem studentem). Czuję, że jutro nóżki będą grały ostatnie tango w Bieszczadach...
Wchodzę do schroniska (potomni powiedzą później, że się wczołgałem). Przy stole siedzi trzech gości, każdy z jakimśtam zarostem. W tle Kaczmarski płynie jak potok. Po Kaczmarze młody człowiek odpalił " W górach..." .
Nie jestem fanatyczmym miłośnikiem elektroniki. Zwykle nie biorę ze sobą w podróż nawet elektrograjka.W górach słucham zwykle tego co sam sobie opowiem. W kwestiach muzycznych jestem nawet ortodoksyjny, raczej kanoniczny, niż eksperymantatorski. Bukowina może u mnie rosnąć wszędzie, a na Stare Dobre Małżeństwo już jest za późno. W chwilach zbyt jasnych, zapijam się Kaczmarem (kto mnie zna ten wie), ot i wszystko.
Sam zaś nie mając do cna umiejętności wokalnych muzykę górską w dwolnych rękach uwielbiam.
Jakoś poczułem się cieplej, usiadłem na ławie jęcząc o altacet, chcieli dać mi piwo. Poprosiłem o APAP, przynieśli herbatę. Rozmowa kwitła.
Rzecz jasna kiedyśtam weszła Marysia. Dobry duch schroniska. Mój podziw dla tej osoby rósł w miarę siedzenia w Kolibie. Nie zliczę uprzejmości, gościnności i innych. Za wszystko, z zezem, dziękuję.
W Kolibie poznałem wielu świetnych ludzi. Poznałem to złe słowo, bo nie było jak poznawać kogoś, o duszy złożonej z tych samych piaskowców co twoja. Raczej trzeba rzec zobaczyłem na oczy, bo znałem ich przecież od zawsze, jak zna się siebie.
Żeby napisać godnie o Wojtku (i Hatifie), Karolu, Karolinie, Ani nie starczyłoby mi życia. Więc wybczcie mi zwięzłość, bo powiem bez udziwnień, niezbędnych by opisać wszystko dokładnie.
Dom tam gdzie serce Twoje. Moje zostało z wami w jednym z tamtych wieczorów.
Czy litery i słowa starczą by opisać nocne brydże i "wychodzenie z Koliby"? Czy sił starczy by opisać "chodzenia na telefon", bądź wyprawy w dolinę? Ponad moje siły te relacje, ponad moje serce te emocje, więc zailknę, bo o czym pisać nie mozna, milczeć jeno trzeba.
Wspomne jeszcze literą małą, pewną "Czarnowłosą". Honor (i sentyment też) nakazuje milczeć, choć chce się śpiewać o pewnym poranku, co pewnym miejscu się zdarzył. Bo choć mgnieniem oka było to spotkanie, to mgnienie to stało się wiosną wiecznie kwitnącą.
I choć dzień tamten już dawno się zestarzał , dusze młode zostały. A "Listu do Ogrodowej" już nigdy nie zapomnę.
I tym nieco staroświeckim akcentem zamknę moje Kolibowe wspomnienia, choć z nadzieją kontynuacji i rozwinięć.
:)
Cześć!
Przyłączam się do grona wielbicieli głosu Ezechiela. Rzeczywiście Ezechielu masz zacięcie literackie! A, że (w co nie wątpię) dzielisz się z nami tym co Ci w duszy gra, z tym większą przyjemnością chłonę ten wątek. Dla tych co nie bardzo czują blues'a, podpis "Astronom, fizyk, matematyk" może być nieco mylący. Wystarczy jednak być otwartym na tę lepszą część świata, mieć świadomość, że "matematyka jest poezją życia" a wszystko staje się jasne. :)
Osobiście znam parę osób, siebie nie wyłączając, które mimo iż zaszeregowują siebie raczej do umysłów ścisłych, to jednak całym sercem otwarte są na bardziej uduchowioną sferę życia. Jedno drugiego wcale z resztą nie wyklucza ...
A zatem - Ezechielu - "powiedz dokąd znów wędrujesz, czy daleko jest Twój sad ... "
Miłego dnia !
Drogą dygresji wyjaśnię, że podpis :
"Astronom, fizyk, matematyk" pochodzi od Stanisława M. Ulama- polskiego matematyka XXw, współtwórcy bomby atomowej.
Podpis ten Ulam umieścił na swoim dzienniku, jako motto jego drogi życiowej. Jako, że jestem jeste jego postacią (i osiągnięciami) dosyć zainteresowany stąd podpis.
A umysły ścisłe góry lubią, bo dla ściślaka świat jest równie ważny jak człowiek. (inaczej niż u humanisty). A góry to cała poezja świata.
Następne części będą, jak wena przyjdzie.
Wychodzenie z "Koliby"jest sztuką trudną. Obok trudności obiektywnych (podła pogoda, bol stawów) dochodzi widmo tęskonoty za ludźmi i miejscem. Zwykłe lenistwo idzie tu o lepsze z nostalgią, przy wtórze świadomości ostateczności dokananego wyboru.
Szanownemu czytelnikowi winien jestem wyjaśnienie, tych nieco patetycznych, zdań. Otóż chodząc bo Biechach miałem świadomość nomada. Całe moje miejsce mieściło się w plecaku. Wszędzie byłem gościem, a nie domownikiem.
W Kolbie przestałem być gościem, choć nazwanie się domownikiem byłoby nadużyciem. Zostanę przy okresleniu przyjacielem ogniska.
Stąd też wynikły moje problemy z wyjściem. Trwały 10 dni. W międzyczasie paliłem ognisko, jadłem barana, wznosiłem toasty herbatą. Katowałem nogi, zgubiłem palnik i grałem w teatrze. Nauczyłem się trochę gotować i oszczędzać. Chyba więcej pomogłem, niż przeszkodziłem.
Wreszcie, spotkawszy dość interesujące towarszystwo (matematyk-filozof- teolog- wszyscy in spe) postanowiłem opuścić Kolibę, pragąc zachować niedosyt miast przesytu.
Pewnie gdyby Połonina Caryńska miała 40 km długości rozwiązalibyśmy wszytskie tajemnice wszechświata. Pewnie gdyby burza nad Wetlińską trwała dłużej poznalibyśmy sedno cżłowieka. Pewnie gdybyśmy nie poszli bo burzy na Połoninę do końca życia bym żałował. Wobec nie spełnienia tych warunków ruszyliśmy dalej.
Zeszliśmy do Wetliny. Skonczyłem Nienackiego. Zjadłem kuskus. Wróciłem do domu, choć przecież nigdy z niego nie wyszedłem.
W Krakowie spałem u Dziadka, jak zwykle kończąc na wymowkach w stosunku do mnie i moich rodziców. (Na dyskretną uwagę, żę Tata w moim wieku robił to samo, dziadek nie zareagował). Resztę pieniezy wydałem na książki. W pociągu był tłok, i jakaś młodzież akademicka chlała wódę. Wrcałałem do życia, do wczoraj.Od jutra, bo pociągiem nocnym.