ďťż

Kac Hani Sąsiedzi... Nie-za-długa historia o uciekaniu...

bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...

Z góry przepraszam za wulgaryzmy , które mogą się pojawić.. są niezbędne dla ukazania stanu mojej duszy.. (Reconie jeśli uznasz to zastosowne to poczyń działania moderujące.. ja mam czasem gdzieś sztywne trzymanie się norm kulturalnej mowy, bo dla mnie kultura to składowa wszystkiego co mnie otacza... ;-):twisted:

...z biegiem czasu coraz rzadziej zdarza mi się umknąć samemu sobie, może to wpływ owianego legendą (pozdrawiam RIMBowiczów) "dziedzictwa kulturowego"? Mieszkam w samym centrum Europy Środkowej, tuż pod rodzinką z nowo nabytą bieżnią .No tak, po co korzystać z parku obok, skoro można sobie wyświetlić obraz na ścianie jak w "Seksmisji" i uprawiać stabilny, systematyczny, prawie idealny jogging w cieplutkim domku. Z początku myślałem że starym zwyczajem polskiej rodzinki, tłuką co wieczór schabowe na obiad w dniu następnym... ale nie... uprawiają SPORT! ..Za ścianą po lewej Starsze małżeństwo zakupiło sobie nowy-stary zegar co robi ding-dong co piętnaście minut, oj, byłbym za skromny, nie jest to zwykłe ding-dong, raczej DING-DONG!!! bo małżeństwo lekko przygłuchawe i postanowili w związku z półmetkiem emerytury zacząć bardziej systematycznie odmierzać sobie czas do dalszego robienia Nic...które według nich wcale takim Nic nie jest, 120 kanałów w tym aż 5 po polsku... ogrom wiedzy do przyswojenia. Po prawej jest cicho, zbyt cicho, na tyle cicho że już wiemy po co Panu Kazimierzowi prenumerata czasopisma "Prawie jak Bond", a w najbliższym sklepie z artykułami szpiegowskimi wisi jego zdjęcie w dziale "Wzorowy Klient".. nie ... nie demonizuje.. cenię sobie ludzi z pasją. Tak samo jak i tych pod nami, z pasją urządzania imprez heavy-metalowych regularniej , niż mi zdarza się zrobić prania.. a wydaje mi się że do brudasów nie należę. Popijając poranną kawę przyglądam się jak firma wysokościowa ścina za oknem pięknego modrzewia (bo to jest modne, nie potrzebne, tylko modne) a samolot lini Ryanair cudem omija kominy na sąsiednim bloku... miejska sielanka... rytuał.. jeszcze tylko sprawdzę co na forum i poczta...a w niej kolejne powiadomienie o tym że mój profil nie pasuje do profilu kandydata na to stanowisko, i uplasowałem się na drugiej pozycji, w związku z czym moje dane zachowają się w bazie danych do kolejnej rekrutacji bla bla bla... "Całe życie k..wa drugi ..." :-D
Uwielbiam takie poranki...oznaczają tylko jedno... że zaraz wstanę, przeciągnę kości, i p.......ę drzwiami...


...w okolicach Wieliczki złapałem pierwszego stopa... małomówny sprzedawca gwoździ z radiową Trójką (małomówny do tylko fraza, patrząc na ilość słów zamienionych między nami) , byle do Jasła... gdyby nie Mann nie miałbym z kim nawet w myślach porozmawiać, bo zapracowany dobroczyńca cały czas nadawał do plastiku wystającego z ucha.. biznes.. sie wie... jakym tez tyle gadał do plastiku, nie musiał bym teraz jechać autostopem..." ale bez tego był bym pół-sobą, ćwierć sobą.. nie był bym sobą" *
W Jaśle postanowiłem przejechać się pociągiem... dawno już nie miałem okazji powspominać ulubionej trasy na wagarowanie. Zalałem termos dzięki uprzejmości przemiłej Babci Klozetowej (w rankingu uprzejmości obsługi szaletów wygrywa nadal Pani z Cisnej, u której spędziliśmy kiedyś z przyjaciółką całą noc, a jak tańczy...hoho, temat na inną opowieść ;-) i udałem się na poszukiwanie dogodnego wagonu..kierunek Zagórz! Podróż bez większych zakłóceń, może oprócz tego że w okolicy Zarszyna ciufcia popsuła się i trzeba było ruszyć się i pomachać kciukiem... los łaskawie podesłał znajomych z zamiarem zmarnowania nocy w Lisznej (k. Sanoka) :)))

Uwielbiam takie poranki... (mówię o tych po całonocnej imprezie gdzie budzi mnie przepełniony popielnik i drgawki, a jakimś cudem nie mam kaca, jak to dawniej bywało) Woda też jakby przymarzła do rur bo nie chce kapać z tego archaicznego kraniku, może jeszcze śpi, nie pozwoliliśmy się jej zbytnio uspokoić nocą, to nadrabia... Okna zakute mrozem... ktoś coś od wieków usiłuje przekazać, maluje historie na szkle.. szkoda że tak niewielu ma okazję się zaczytać i spróbować zrozumieć te cudne bazgroły... Odkleiłem zimne drzwi od framugi i wyskoczyłem popatrzeć na zamarzający San. Chociaż hartuję się od jakiegoś czasu żeby razem z morsami wejśc do przerębla.. tym razem za żadne skarby tego świata nie mogłem zrozumieć tej szalonej miłości kaczek do zimnej wody... brrrrrrrrrr
Śniadanie postanowiłem zjeśc gdzies w lesie, bez tej półprzytomnej retrospektywy pt."Nic nie pamiętam, ale mnie łep napie...dala" ,napisałem keczupem na stole "DZIĘKI & DO ZOBACZENIA" , zabrałem plecak i ruszyłem w stronę Orlich Skałek...
Uwielbiam porę, kiedy miasto czy wieś, budzą się , mróz ścina gile w nosie, a Ty spacerujesz z ciężkim plecakiem , przyglądając się światu jak sie budzi...Śnieg skrzypi pod butami "że do wiosny daleko"...Przypomniał mi się fragment którejś z książek Kapuścińskiego**, gdy rozmawiał z dziewczynką, która wychodząc rano z domu do szkoły na Syberii, przy kilkudziesięciu stopniach mrozu, wie czy ktoś przed nią już szedł, bo człowiek zostawia ślad, niby tunel w zamarzniętym powietrzu, i czasem jak nie ma widmowego śladu po nikim, to jest zbyt zimno i szkoła napewno jesy zamknięta, wraca więc do domu.
Idę przez wieś..Korci mnie nieco żeby wspomnieć o historii związanej z UPA i Wołyniem..ale po licznych sprzeczkach róznych ludzi tu na forum, nabieram obrzydzenia, dla mnie powtarzanie tych waśni jest przedłużaniem cierpienia tych ludzi, i nijak ma się do pamięci pełnej szacunku. Polecam odwiedziny.. nie dośc że ładnie położona to można kilka ciekawych spraw tu wygrzebać. Czasem vibram wynajduje lód pod płytkim puchem i robi dowcipy błędnikowi..ziuuuu lubię wtedy sobie poleżeć, śmiejąc się do powietrza z małej bzdury i nikt tego nie widzi... mogę być w pełni sobą.. "Jeno być niewidzialnym ,jak ten co mnie stworzył" (często mnie ta maksyma Jabolu ratuje w tłumie, dzięki za uśmiech w trudnej chwili i te nocne smsy jakiś czas temu, tak przy okazji)
Udało mi się wczłapać powyżej wysokości dymu z kominów i powoli wyłaniał się błękit :)

* "Poranna podróż z biegiem rzeki" Bohdan Kubicki
** "Imprerium"
Cudnie! Dalej,dalej......
Świetne pióro, dawaj dalej!


....czekamy na cd. :grin:
Mmmmmmmm... pogrożę palcem, ale i wygodniej usiądę w fotelu. Niezły koncert się zaczął... już jego pierwsze takty istnej wariacji tematycznej i ten powracający lejtmotyw daje pewność, że to jest to co uwielbiam w "muzyce". Graj maestro... graj... nie budź we mnie tylko cenzora taktami, które normalnie bym...
...no, ale jestem modem i netykiety muszę pilnować.
Rewelacja!!!
Jak Ciebie czytam to normalnie dziękuję nie wiem komu, że ja mam takich normalnych sąsiadów wkoło.
A czyta się fantastycznie, czekam więc na kolejne łodcinki :mrgreen:
...dziękuję za ciepłe słowa... niech płynie ;)

...Niewiele brakuje, odkładam wszelki postój żeby jak najszybciej dotrzeć na szczyt.. i móc popatrzeć na moje kochane miasto, jedyne (no może po za Lwowem) na które nie mam uczulenia. Ten dziwny brak alergii na beton mam pewnie dlatego, że Tutaj 27 lat temu urocza niewiasta , męcząc się w jednym z najpodlejszych szpitali w kraju wydała mnie na świat ;) Miałem nosa, (już nie mam bo odmroziłem i mi odpadł przy kichaniu),,, szykuje się dobra widoczność.. czuje się przypływ sił, tuż przed wierzchołkiem, i takie lekkie zażenowanie, po co śię tak teraz spieszę i gonię, świat mi nie ucieknie, Góra tuż tuż, a ja sapię i gonię żeby już tam być.. miast spokojnie pokonać te ostatnie metry... Dysząc jak pies, poddaję się fali gorąca spod czapki, siadam na kamieniu, żeby powiedziec sobie pierwszy raz na głos dzisiaj:...NO! Nareszcie w domu!
Widoczek kompnuje się prześlicznie... coś a la inversya... miasto we mgle, jeszcze nie wie że wróciłem. Czas powiadomić przyjaciół że los wypluł mnie dziś w okolicachi, i z miłą chęcią poczuję się dobrze , będąc częstowany przez nich wyśmienitą herbatą, bądź kawą... i nie zawiodłem się ;) Z uroczym widokiem na dolinę Sanu i to co dalej, zjadłem śniadanie, pociągając z termosu malinową herbatę... gdzies na horyzoncie majaczyły sylwetki ośnieżonych połonin i mój następny cel, (mam nadzieję że jeszcze dziś) ten już nieco bliżej... Wiecha!
Nie lubię odchodzić z miejsc widokowych, czuję sie wtedy zawieszony pomiędzy dwoma światami, jeszcze chciało by się zostać i popatrzeć.. ale już się jest ciekawym co będzie dalej... Sytuację uratował telefon że pod Studzienką Królewską na Białej Górze czeka na mnie domowa szarlotka i M. Nie widzieliśmy się już sporo czasu... pożegnałem się z połoninami i ruszyłem szlakiem w dół... po drodze nieomal zderzyłem się z uciekającym koziołkiem.. tak to jest jak myśli spacerują osobno niż nogi.
..Babcie robią najlepsze szarlotki na świecie, choćby była to i babcia samego Belzebuba, i tak pewne jest że upiecze najlepsze ciasto w okolicy...a w skali Babciowej, to Babcia M. jest mistrzynią łączenia magicznych składników... apple pie.. bzdura jakaś, Królowa Angielska niech się ze swoimi zakalcami schowa, Szarlotka Babci brzmi i smakuje o niebo lepiej... a jeszcze podana na kawałku folii aluminiowej z najpiękniejszym uśmiecham jaki dała natura to już w ogóle rarytas... trufle to pikuś.. Pan Pikuś... żeby nie było że coś mam do trufli... Swoją drogą jesienią coś podobnego dzikie świnie wykopały na Łopienniku , i siedząc na rozdrożu w Majdanie miałem okazję się poczęstować (tu pozdrowienia dla Kasi i Mirka... którzy pewnie grzeją się ciepło gdzies przy kominku w Galerii albo co lepsze , na portugalskiej plaży :). Mówcie co chcecie, ale mam mieszane uczucia co do mądrości kardynała Richelieu (tak to się piszę) ... przyjaciele to skarb, chciało by się mieć taki kieszonkowy kufer żeby ich pomieścił, i pompkę pomniejszającą od Pana Kleksa. Pominę opisy niemalże orgazmiczne, gdy w trakcie szarlotki wjechała na prowizoryczny stół z pieńka kawka z odrobiną czegoś mocniejszego. Zachwytom nie było by tego dnia końca, bo pewnie dalszy ciąg programu przewidywał knajpę i spęd tych co w gnieździe pozostali , gdyby nie fakt że obiecałem jeszcze dziś dotrzeć do domu i wręczyć Mamie obiecanego obwarzanka z solą... Zresztą, nie miałem za szczególnie ochoty , kolejną noc siedzieć w niepotrzebnym dymie i traktować wątrobę domowymi specjałami... Dla brygady znajdzie się jeszcze czas... teraz mam ochotę zaszyć się samemu w lesie i zapomnieć o hałasach... Dzięki uprzejmości państwowej komunikacji, przeteleportowałem się starą H9-tką na drugi koniec miasta... Nie mogłem podarować sobie spaceru przez osiedle na którym przyszło mi się wychować, i odwiedzić zaczarowaną krainę łąk i pól za osiedlem Posada (które jako jedyna dzielnica w Polsce ma swój własny hymn, puszczany codziennie z odnowionego niedawno ratusza przy ul. Lipińskiego - "Sowa na Gaju" jak dobrze pamiętam...) Łezka się kręci, przechodząc przez miejsca gdzie spędzało się całe dni. Miałem to szczęście wychować się w czasach, gdy Kochani Rodzice wyrzucali nas z domu rankiem, po to żeby przywitać wieczorem (z małą przerwą na obiad :) ..podwórko pełne było dzieciaków, mnóstwo zabaw i i pomysłów.. a teraz.. idę przez puste ulice, założę się że wieczorami snują się za oknami tylko niebieskie łuny od laptopów.
Dochodząc do Kapliczki przy ogródkach działkowych na końcu ulicy Robotniczej skręcam w mój prywatny Raj.
Wrzucę też zdjęcie z jesieni, gdy byłem tu ostatni raz z psem na spacerze. Niedługo ma pójśc tędy obwodnica... ciekawe co ostanie się z Czomulungmy, Wodospadu Elfów, Klasztoru Szaolin. Świętych Wierzb czy Doliny Bażantów....
Przeciskając się pomiędzy Stróżami , brnąłem po mokrych zaspach jeszcze kilka godzin, byle by nie przeoczyć żadnego ze szczegółów. W pamęci zachował się każdy fragment układanki.. znajome potoki, zamarznięte źródła, zdemolowana przez tubylców pasieka... wszystko na swoim miejscu... tylko te brzózki i sosny jakieś takie większe.. Człowiek się cieszy , jakby zobaczył po latach własne dzieci. Oglądam je z każdej strony, pocieszając te, którym wiatr i okiść narobiły problemów.. głaszczę te z pogryzioną przez zwierzynę korą... Uśmiech od ucha do Nowego Meksyku... Przystaję przy każdej zmrożonej dzikiej róży, żeby wyssać z owoców marmoladkę z witaminami, jak uczyła mnie Mama, gdy ledwo wystawała mi z traw czupryna. Ten sam słodko-kwaśny smak na ustach... i upaprane paluchy... Czas stoi w miejscu, znów jestem dzieckiem, znów wrócę do Domu wieczorem z zamarzniętymi spodniami i wypiekami na ustach, susząc skarpetki i cofając oparzone stopy w wannie. Mistrz pisał że "Historia , jest tylko nieprzerwanym ciągiem teraźniejszości, odległe dzieje były dla ludzi wówczas żyjących ich najukochańszym dniem dzisiejszym"* ...cały czas jestem dzieckiem. Radość...
Docieram spocony do wzniesienia tuż przed lasem... ostatnie spojrzenie na Góry Słonne i ukochaną krainę.. po czym zagłębiam się w Las...

*R.Kapuściński - "Podróże z Herodotem"
Pisz dalej, bo aż się cieplej robi człowiekowi, gdy wie, że nie jest ostatnim, który szuka w teraźniejszości szczątków świata dzieciństwa...
:):):)
Odwiedziny u znajomych cieszą oko, pierwsze WIELKIE mrowisko, przy którym przesiadywałem z lupą godzinami ciągle stoi, ba... nawet rozrosło się poza paliki, którymi otoczyłem "na wszelki przypadek" to małe królestwo kilka lat temu... Podzielam zdanie większości mężczyzn.. Rude są najlepsze.. a jeszcze Rude Leśne... mmm.... Szkoda że śniegiem przykryło, z chęcią pooganiał bym się od nich podskakując co chwilę, byle by dostrzec jakiś kolejny zagadkowy element wnoszony na barkach robotnic do pałacu. Nic to.. przyjdę jeszcze na wiosnę, może dorzucą w pobliżu ścieżek jakieś okruchy w prezencie dla Królowej.. musiała się nieźle namęczyć żeby tak powiększyć włości... Tunelami po LKT (no co, niewysoki jestem) wdrapywałem się w kierunku Wiechy... by potem grzbietem wędrować w stronę Poraża... Uwielbiam widok z tych polan na szczycie.. widok na Kopacz i pasmo Gór Słonnych, Bieszczady i Pogórze Bukowskie... Znów posiadówka, mimo wiatru który mi skleja powieki. Kilka oddechów i dalej... całe szczęście widok trwa i trwa...
Za Lasem na Kątach kiedyś napotkałem choinkę obwieszoną szczoteczkami do zębów niczym bombkami... ot .. "narodziła się nowa świecka tradycja" :)
Odkąd wyruszyłem z Lisznej nie napotkałem żadnych tropów zajęcy... jeszcze ze trzy , cztery lata temu , co chwilę przecinały trasy moich wędrówek.. a teraz? Co się z nimi stało? Może powpadały do nor uciekając przed Alicjami w odblaskowych kubraczkach.. i oby tym drapieżnym Alicjom przydaży się kilka interesujących przygód z morałem...
Drzewo szczoteczkowe,ale jaja...niezła orbita Stachu ;)
Nawet Twój aparat fajnie lata,he he
orbitujemy dalej

W okolicach Kątów spotykam pierwszego dziś ludka , którego wygnało z domu i teraz z kijami przebija się przez śniegi jak ja... W zasadzie nie zamieniliśmy żadnego zdania, a mimo to czuję jakbym spotkał się z kimś Kogo znam, krótka wymiana uśmiechów, w oczach doskonale widac co nam w duszy gra, więc słowa były chyba zbędne...mijamy się na szlaku, oczami życząc sobie nieustającej pogody ducha i podróż trwa... Spokój.. o to co teraz czuję... żadna zbędna myśl przeze mnie nie teraz nie płynie.. w śniegu odcisnęło się w tym spotkaniu wszystko co jest w danej chwili potrzebne, i nic więcej.. ślady butów i kijków...
...Daleka 14... Mój ulubiony adres w Porażu.. przysiadam na chwilę żeby odpocząć, jak ta sowa na kominie. W małym sadzie pod starymi i wpół-zdziczałymi jabłonkami przycupnął pod śniegiem jakiś złom*, niewiele się ostało z karoserii ale dalej nęci oko kształtami, już takich aut nie robią.. a szkoda.. bo coś co tak mocno wplata się w nasze życia powinno mieć choć kawałek duszy... Zwijam się z ociąganiem, mam dwie możliwości, zejść do wsi i ładować się na Dział, albo uderzyć w stronę Zamku Gubrynowiczów i dalej to już jedna górka i jestem w domu... Rozglądam się szukając pomocy w decyzji, i decyduje się iść pod wiatr.
Docieram do drogi, w chwili gdy wchodze na asfalt odzywają się w lesie Gawrony... uśmiecham się na myśl że mnie rozumieją i biorę to za zachętę , żeby szybko z niego zejść.. przyspieszam kroku i po chwili miarowego stukania odbijam w rów, żeby przeprawić się przez domarzający potoczek i staję pod słońce przy ostatnim zamku wybudowanym za ziemiach polskich.. miano to zyskuje chyba tylko dzięki wieży z blankami i nieco grubszym murom...
W powietrzu unosi się zapach gotowanego obiadu, co przypomina mi że tuż za górką czeka na mnie domowe jedzonko... ruszam więc przed siebie uradowany bliskością domu, bo zaczynam już być zmęczony całodzienną wędrówką... Byle na Suszków... cała Góra to jedna wielkie złoże... nie bez kozery główna ulica to Kopalniana, wolałbym żeby to była Zdrojowa, bo pomimo głębinowych studni, każdy w mieszkańców w okolicy ma w kranie wodę o zapachu i smaku nafty... Wchodząc z lasu mam widok na Klasztor w Zagórzu, Cerkiew w Wielopolu, Łysą Górę i Gruszkę... Jeszcze tylko kilkaset metrów... wędruję spojrzeniem za dymem z komina, dobry znak.. pali się w kominku... pies mnie wyczuł i wita z daleka szczekaniem... Dom :)

*zdjęcie z wiosny
...Poranek cudny jak zwykle... no bo gdzie ma być cudniejszy jeśli nie z widokiem na Osławę... Już dawno się tak nie wyspałem.. Teraz rzut oka na mapę zawieszoną na ścianie, na widok za oknem.. na psa, który błaga żeby mu urozmaicić nieco żywot... i po 10 minutach słychać trzask gałazek w lesie i szalony pęd kundla przed siebie... jak zwykle pierwszym przystankiem była hodowla dziko-świń niedaleko, ma tam porachunki z jednym knurem bo zwyczajowo go obszczekuje, a tamten nie wzruszony chrumka przy ogrodzeniu, jakby drwił... Tylko któremu lepiej ? Rudy nie skończy na stole z jabłkiem w zębach.. a jak już to sam na niego wlezie żeby pomóc siostrzeńcowi uporać się z obiadem, od kumpelska przysługa, nie mogą bez siebie żyć.
Leniwie człapię sobie na Dział, tam zwykle Rudy obszczekuje burka w siedlisku, a ja sprawdzam postępy w pożarciu przez czas starej chałupy i stodoły obok... powrót na obiadek i ruszam dalej... Cudem udało mi się zdąrzyć na autobus - kierunek azyl... tłok straszny, ludziska wracają z miasta, dzeciaki ze szkół... zapach pksowej H9tki niezmienny od lat... Dociskam się na sam koniec , żeby usiąść na silniku, taki rytuał, jeszcze z podstawówki, na końcowych fotelach albo przedostatni rząd po lewej przy oknie.. tam najlepiej mi się podróżuje. Mijam po drodze kilka znajomych twarzy, już od lat Ci sami ludzie , ta sama trasa, wymiana aktualnych informacji i najgłupsze pytanie na świecie: Co u Ciebie? Powtarza sie ze trzy razy... tym razem mam czas wrzucić na uszy trochę muzyki, wspólpasażer wysiada w Czaszynie.. Wiecie jak powstała ta wieś ? W pewnym momencie budowy trasy kolejowej, robotnicy zatrzymali się bo brakło budulca, ktoś powiedział Cza szyn! I tak już zostało :) Mniejsza o fakty historyczne ;-) Nie przepadam za Czaszynem, bo nie zdarzyło mi się jeszcze w nim złapać stopa, zawsze kiedy ląduję w pobliżu, całą wiochę muszę przedrałować z buta, i to zazwyczaj pod Górkę, stąd też śmiało stwierdzam że jest to jedna z najlepiej mi znanych wiosek ;-) Czasami zdarzało mi się zatrzymać przy sklepie, a tu już jak wiemy jest centrum kulturalne i wymiana informacji sunie pełną parą, jeszcze zanim się dany fakt pojawi, pod sklepem już wiedzą , ba, i mają kilka oryginalnych wersji, dominuje zasada różnorodnej prawdy. Raz też nieomalże kupiłem 100 letnią chyżę za jedyne 2000zł, bo właścicielowi skończyło się paliwo, niezbędne do wykonywania skoków w absurd, tak potrzebnych dla utrzymania jasnej sytuacji. Niestety chałupka stoi przy samej drodze i sobie gnije, bo Pan nie zgadza się na rozebranie i przeniesienie w bardziej urokliwe miejsce... dusi Go sentyment i postępująca astma. Uroczy świat dookoła, na pierwszej serpentynie spoglądam ku rodzinnemu gniazdu, gdzies za Banią widać Miarki i dachy domów w Olchowej. W uszach muzyka, przed oczami wyrastają mi Piersi Glencoe, tak różne Góry od tych za oknem, a jednak mają równie wielką moc przyciągania. Jeśli kiedyś przytrafi Wam się pojechać do Szkocji, choćby na jeden krótki weekend, to nie wolno się wtedy wahać, i niech to będzie Glencoe.
:-):-)-czekam na więcej

... Zalałem termos dzięki uprzejmości przemiłej Babci Klozetowej (w rankingu uprzejmości obsługi szaletów wygrywa nadal Pani z Cisnej, u której spędziliśmy kiedyś z przyjaciółką całą noc, a jak tańczy...hoho, temat na inną opowieść ;-) mam nadzieje ze kiedys sie uda ta opowiesc poznac :)


Śniadanie postanowiłem zjeśc gdzies w lesie, bez tej półprzytomnej retrospektywy pt."Nic nie pamiętam, ale mnie łep napie...dala" ,napisałem keczupem na stole "DZIĘKI & DO ZOBACZENIA" , zabrałem plecak i ruszyłem w stronę Orlich Skałek...
"
:mrgreen::mrgreen::mrgreen:


..Miałem to szczęście wychować się w czasach, gdy Kochani Rodzice wyrzucali nas z domu rankiem, po to żeby przywitać wieczorem (z małą przerwą na obiad :) ..podwórko pełne było dzieciaków, mnóstwo zabaw i i pomysłów.. a teraz.. idę przez puste ulice, założę się że wieczorami snują się za oknami tylko niebieskie łuny od laptopów.
.
wiesz..o tym samym myslalam przechodzac ostatnio kolo gorek na ktorych dawno temu cale osiedle spotykalo sie na sankach, miednicach, kawalkach styropianu i innych duposlizgach.. a teraz mimo snieznej zimy na gorkach zywego ducha..
Tradycyjnie gdy mam zapas czasu po kieszeniach, wyskakuję z autobusu w Komańczy i dalej dreptam już starą drogą przez Prełuki i Duszatyn, tym razem jednak coś mnie tknęło żeby spróbować dostać się do Azylowa inaczej... Z autobusu już wyczaiłem że "stoi na stacji lokomotywa" pod parą.. pewnie bedzie mijanka, więc najwyżej posiedzę sobie i jak nie ruszy w ciągu godziny to postąpię zgodnie z wcześniejszym planem. Skład udaje się na Słowację i towarówki są pouchylane na zaczepach... Dreszczyk podniecenia , otrzepałem się jak pies po wyjściu z kałuży i uderzyłem na tyły... udało mi się wśliznąć do jednego z ostatnich wagonów...ubrałem drugą parę spodni i skarpetek... Upewniłem się czy herbata w termosie smakuje tak jak bym chciał. Usłyszałem sygnał , i lekki huk z przodu, więc albo nas odpięli, albo coś jedzie z naprzeciwka... Po chwili minął mnie powoli i ociężale skład do Zagórza... Usłyszałem zgrzyt... stuk... i delikatnie ruszyliśmy z miejsca... przez uchylone ciągle drzwi wskakiwały cienie mijanych drzew.. hałas wiaduktu nad skrzyżowaniem.. sygnał... nabieraliśmy prędkości a wraz z nią rosły przy ścianach małe zaspy... Przesiadłem się żeby we mnie nie dmuchało i wsłuchując się w miarowy stukot kół rozmyślałem o tułaczce... Wyciągnąłem czołówkę, żeby nie katować wzroku półmrokiem i zatopiłem się w lekturze*
..Czytając ten fragment dzisiaj, mam nieodpartą pokusę wrzucić je do wątku o zakapiorach...
(specjalnie na tę okazję Charliego Winstona "Like a Hobo" )

*C.G Jung - Collected Works 1954 fragment tłum.Blanki Kluczborskiej "The Śnieżna Pantera" Czytelnik 1988

...zapach pksowej H9tki niezmienny od lat... Dociskam się na sam koniec , żeby usiąść na silniku, taki rytuał, jeszcze z podstawówki, na końcowych fotelach albo przedostatni rząd po lewej przy oknie.. tam najlepiej mi się podróżuje. az czuje ten zapach :) i na silniku zawsze najlepiej!


TZ autobusu już wyczaiłem że "stoi na stacji lokomotywa" pod parą.. pewnie bedzie mijanka, więc najwyżej posiedzę sobie i jak nie ruszy w ciągu godziny to postąpię zgodnie z wcześniejszym planem. Skład udaje się na Słowację i towarówki są pouchylane na zaczepach... Dreszczyk podniecenia , otrzepałem się jak pies po wyjściu z kałuży i uderzyłem na tyły... udało mi się wśliznąć do jednego z ostatnich wagonów...ubrałem drugą parę spodni i skarpetek... Upewniłem się czy herbata w termosie smakuje tak jak bym chciał. Usłyszałem sygnał , i lekki huk z przodu, więc albo nas odpięli, albo coś jedzie z naprzeciwka... Po chwili minął mnie powoli i ociężale skład do Zagórza... Usłyszałem zgrzyt... stuk... i delikatnie ruszyliśmy z miejsca... osz ty kurcze!! wiedzialam ze kazda twoja wedrowka jest pelna niesamowitych zdarzen ale tegom sie nie spodziewala :) towarowka...jedno z moich od lat niespelnionych marzen.. ot, jakos sie nie poskladalo..

hobo...sposob na zycie, za darmo, wraz z wiatrem , tam gdzie poprowadza tory.. w nieznane dalekie strony albo na pobliska bocznice... jak zechce los.. ech...klimatyczne jest jezdzic stopem , fajne sa tez podroze pociagiem- ale zlapac pociag na stopa to juz nieopisane wrazenia!!
taka zarabista ksiazke kiedys czytalam.. ale tytul mi gdzies z glowy przepadl.. "na szlaku" chyba..

towarowka...jedno z moich od lat niespelnionych marzen.. ot, jakos sie nie poskladalo.. To genialny sposób "podróży za jeden uśmiech".Trzykropek wybrał wariant "na dziko" ale spokojnie można zagadać z maszynistą,prawie napewno nie odmówi zaproszenia do kabiny - tam się podróżuje ze ho ho :-)
Troche sie tak najezdzilem,ale mialem troche latwiej - pracowalem chwile na kolei.

To genialny sposób "podróży za jeden uśmiech".Trzykropek wybrał wariant "na dziko" ale spokojnie można zagadać z maszynistą,prawie napewno nie odmówi zaproszenia do kabiny - tam się podróżuje ze ho ho :-)
Troche sie tak najezdzilem,ale mialem troche latwiej - pracowalem chwile na kolei.
ale to juz nie to samo co towarowy.. wogole tamte wagony.. siasc sobie na kupie wegla przy uchylonych drzwiach.. nie zatrzymywac sie na stacjach...nie wiedziec dokad sie jedzie :mrgreen:

ale to juz nie to samo co towarowy.. wogole tamte wagony.. siasc sobie na kupie wegla przy uchylonych drzwiach.. nie zatrzymywac sie na stacjach...nie wiedziec dokad sie jedzie :mrgreen: No,ja o towarowych pisze.
Zrobiło się jasno... i bardziej śnieżnie,do tego zwolnił nieco, znak że robal przecina teraz łąki i pola w okolicach Osławicy... Piździ tam ze szpar, także wciskam się głębiej... chowam książkę i kubek z termosem głęboko , opatulone wewnątrz ślimaczej skorupy i dopinam pożądnie klamry, niedługo gdy miniemy Nowy Łupków trzeba będzie na zakręcie wyskoczyć, mam nadzieję że dalej tam zwalnia, jak to dawniej bywało. Jakoś średnio mam ochotę tłumaczyć się sokistom i granicznym co robię ubrany w moro z wielkim plecakiem w wagonie towarowym. Kilka lat temu co tydzień pokonywaliśmy tę trasę osobówką i maszynista jak był miły to nawet zatrzymywał się przy cmentarzu na Starym, ale te czasy uciekły do wspomnień. Przetoczyliśmy się przez Nowy. Zawsze nazywaliśmy ten malutki dworzec, z ławką pod sosną - "Ostatnią Stacją Świata". Jeszcze chwilę i długi zakręt, wypchnąłem plecak żeby nie sturlał się z powrotem na tory i sam skoczyłem w śnieg... Przeturlałem się ze trzy metry, pozbierałem manatki i wesoły jak dzieciak, któremu udało się pokryjomu napsocić przeskoczyłem na drogę, dziękując śnieżnym zaspom za delikatne przyjęcie wędrowca. Jeszcze krótkie odwiedziny na cerkwisku. Niektóre krzyże poodpadały.. czas zaciera pamięć, skrzętnie, fachowiec w swojej branży. Najwięcej uroku ma jednak ten cmentarz gdy zakwitną chabry... punkt obowiązkowy póżnej wiosny i latem. Pamiętam jak tu kiedyś zasnąłem i śnili mi się ludzie.. że ich tak nazwę ..Współśpiący...
TINK! ...ruskie z mikrofali Pod Kamieniem... bezcenne. W kącie autochtoni przy posiłkach płynnych dyskutują zaciekle o wyższości konia nad LKT i na odwrót.. a mi automatycznie przed oczami staje scena jak to "Michała Koperę, wozaka parku konnego numer siedem, przywalił podczas zrywki dąb. No i Bóg z nim, wypadek jak wypadek"* ...drogą karaskał się chudzina Nikolai Bulgotai... pilarz nr 1 w tej galaktyce od czasów drwala, który znużony ciągłym odtwarzaniem legendy powalił drzewo wiadomości dobrego i złego.. Są ludzie, których twarz zaczyna sama wyrażać jedno - Wiśniowy Dzban ... i nie mówię tu o genialnych agronomach, biegłych w sztuce sadowniczej, kto był choć raz w Bieszczadach ten wie!
Dalej już szutrem w stronę PGRu i ZK , który ochoczo odkrzacza nam tory kolejki wąskotorowej, w zamian za hektar nieba , pot i paczkę papierosów....
Azylowo bez zmian... Pod sklepem pustki.. pewnie sklepowa zła i nie daje na kreskę, albo dała i już polegli... Cieplej się robi gdy słyszę słowa : - Dawno już Pana nie było... ale tylko na chwilę, bo wolałbym chyba wersję dla tubylców - Co podać ;-) Szybkie zaopatrzenie i myk na górkę... znajome kundle obszczekują mnie a intensywność hałasu jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości psa... Po drodze odwiedzam kilka zaprzyjaźnionych domostw, obiecując że jutro na pewno wstąpię na dłużej. Umawiam się na pożądny indyjski obiad i Darjeeling Jeszcze chwilę będzie jasno więc wybieram dłuższe podejście, od strony Mikowa.. pięknie chata wygląda z daleka i podchodząc od strony punktu uziemienia dla samolotów , czuję się jakbym lądował po długiej podróży w domu... ile tych domów jest? Tyle , ile miejsc, w których czujesz się najlepiej!

I tutaj przygoda się pozornie kończy... "niestety ze względu na drastyczność, sceny konsumpcji Czerwonego Kapturka odbyły się za kulisami"
Dziękuję za miłe słowa, które motywowały mnie do kolejnej sesji z kawą i klawiaturą. I tu mała inspiracja, dla tych , którym czasem brakuje odwagi żeby ruszyć się z domu "Kiedy docierasz do końca światła i wiesz, że czas wejść w ciemność nieznanego, wiara jest przekonaniem, że wydarzy się jedno z dwojga: albo otrzymasz coś solidnego, by na tym stanąć, albo zostaniesz nauczony jak latać."
- Edward Teller

Do zobaczenia na szlaku...

* "Nieludzki Doktor" - Jerzy Janicki

PS. Prośba techniczna do Zielonych, jak da się naprawić tytuł wątku z Kachani na KOchani.. to dziękuję ślicznie...

No,ja o towarowych pisze. myslalam wiele razy o mozliwosci wkrecenia sie do lokomotywy- ale nie do kabiny- tylko zeby moc jechac na tym takim zewnetrznym balkoniku..:) acz to wlazi w oczy i szybko mogloby sie komus nie spodobac :(
trzykropek- a kiedy opis historii o kibelku w cisnej?? :) chyba ze planujesz ja opowiedziec w pociagu sunacym na krym :)
Żeby jechać po "londonowsku" to się musisz ukryć, bo inaczej pierwszy lepszy dróżnik Cię wysypie.Oni mają radia.
..o kibelku kiedy indziej, bo to była bardzo stacjonarna impreza... Co do dróżników to niestety racja ... do tego mają takie śmieszne telefony na korbkę i dalej ich używają. Kilka razy mi się zdarzyło podróżować pociągiem... i już się coś zmieniło, bo nie biorą chętnie maszyniści tak jak dawniej... kontrolami się tłumaczą, albo że im się nie chce..

.. i już się coś zmieniło, bo nie biorę chętnie maszyniści tak jak dawniej... kontrolami się tłumaczą, albo że im się nie chce.. szkoda, oj szkoda! ale przejazdzke miales superowa! zazdroszcze!!
Zgasły światła, na sali pusto a muzyka nadal gra... ładnie grasz, graj jeszcze.

I tutaj przygoda się pozornie kończy...
[...]
Do zobaczenia na szlaku...
Aj, tylko sceneria inna a jak bardzo znajomo!
Dzięki składam Hani na kacu i sąsiadom, że Cię tak pognali w pradawne czasy.
Bowiem stare, zasiedziałe skamieliny już niemal zapomniały, że też mogą tak delikatnie drzwi przymknąć :mrgreen: i ruszyć mrozowym tunelem do swojego małego świata.

O tak! Im też dzięki...wyraźnie młodość poczuli :)
Dzięki Ci Dobry Człowieku za to opowiadanie :-)
pozdrawiam
O! normalnie łyknołem w całości i kawa wystygła :)
tak mi się skojarzyło że pozwlę sobie fotką skomentować
..ano jest.. tylko drzwi z zawiasów wypadły, na wiosnę się za nie zabiorę... :)
Dzięki, uciekaj jak najczęściej.
Dzięki:-)
Za tę historię o uciekaniu od...i do...i po prostu tak sobie...przed siebie... :grin: wrzucam zamiast pieniązka do kapelusza taką starą myśl Pana Epikteta:

Jest tylko jeden sposób na to,
aby osiągnąć szczęście:
przestać przejmować się tym, na co nie mamy wpływu.

wszystkiego dobrego Trzykropku :grin:
(a tak swoją drogą ...ciekawe czy Twoi sąsiedzi już Cię za to trzaskanie drzwiami nie obsmarowali na jakimś forum...:mrgreen:)
3K - za słowa Edwarda Tellera. Sama nie wiem, jak to ująć. Stanie się to moim kolejnym mottem życiowym.
Czy powtórzę, ze napisałeś pięknie? Pewnie tak. Brzmi banalnie. Sposób pisania trafia w duszę, nie tylko moją, ale widzę, ze inne też.

Dziękuję...
...dzięki piękne.. to co?... idziemy polatać!
Nad Moskwą?to ja się piszę :razz:

...dzięki piękne.. to co?... idziemy polatać! proszę o wykasowanie posta :)
.....hehe...a może być i nad Moskwą... grunt pod nogami tez , byle się przesuwał nieustannie z miłymi widokami...

.....hehe...a może być i nad Moskwą... grunt pod nogami tez , byle się przesuwał nieustannie z miłymi widokami... Jakie to życie byłoby kiepskie, gdyby mieć ciągle pod nogami stały grunt. I ten sam, o zgrozo. :)
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • brytfanna.keep.pl