bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Roku Pańskiego nie wiadomo jakiego, tak dawno, że wtedy jeszcze czasu nie było. Albo może i był, tylko mało kto z nas miał większą ochotę się nim zajmować bardziej niż to potrzebne. A nie było potrzebne na ten czas, bo zima za oknem aż piszczy, zaraz... to nie zima, to nie dociągnięty pasek w aucie sąsiada. Zima za oknem aż ... biało. Tylko to też z prawdą do tyłu, bo śnieg chowając się przed wiatrem powskakiwał do głębszych dołów i za mrowiska. Żółciej na łąkach niż biało. Prawdopodobnie chmury przewijają się gdzieś tam powyżej, ale jednej od drugiej nie poznasz, szarość tak gęsta że pozacierała granice. Światło po tej stronie nieba nieśmiałe . Pół godzinny spacer kończy się kłującym bólem w uszach i strumieniem z nosa. Diabeł ręce zaciera, rzuca na lewo wiatr na prawo katar. Raz na jakiś czas przeleci obok krakanie, ale zaraz znika, rozpływa się w powietrzu jak mleko w kawie i miesza ze świstem. Kiego pierona dzwonili żeby dziś w góry jechać? Powaliło do reszty ich i mnie że się zawsze z tym zgadzam.
Punkt zborny na Starym Zagórzu, więc jeszcze z 40 minut spaceru mi pozostało, chyba że się diabeł zorientuje że ta opatulona kulka ma cel, to mi sypnie w oczy i takiego h...ja będą na mnie czekać następną godzinę.
Brnąc polami uprawnymi między Suszkowem a Skowronówką umilam sobie czas klątwami i bluźnieniem. Ot taka tradycja... gdy Ci się zachciewa spod kominka stopy oderwać i iść. Po prostu iść a aura nie sprzyja. Tam w dole na pewno tak nie dmucha, ale po stokroć wolałbym powtarzać tę trasę, niż dreptać asfaltem i zamienić adresata wypominków z diabła, na mijające mnie auta. Ciekawa jak droga wyglądała na początku XV w. gdy jeszcze w pismach nazywali okolicę Velepole antiqua villa. Po pierwszym wzniesieniu diabeł dołożył mi wagi do butów, oblepiając szczelnie błotem, niech ma, wolniej idziesz więcej widzisz. A jest co oglądać.
Chwilami dziury w niebie ośmielają widoczność i pojawia się w oddali Zagórski Karmel (choć może brzmi to jak nazwa wytwórni słodyczy). Nim powstał , ludzie musieli drałować aż do Poraża by oddać się duchowej strawie a tu masz, Stadnicki funduje im takie cudeńko pod nosem początkiem XVIIIw.
A i braciszkowie bliżej ludu byli, bo nie tylko spuściznę Mistrza z Nazaretu przyszło im pielęgnować, tylko dbać o obronność warowną, chór i zespół grający..szpital... rzemiosło okoliczne. Legenda mówi o dwóch takich co się sprzeczali i z jednej lampy zamiast Dżina wyczarowali pożar, oj działo się działo...aż się spaliło. Na prawo świeci murowana Cerkiew Św. Archanioła. Coś się kończy coś się zaczyna, jak mawiają. Ukończyli Cerkiew i zaczęła się II wojna... nie na nic składki dwu wyznań i Polonii z za oceanu bo się do dziś ostało. Miała kiedyś Ikony ale ktoś się nie bał... i pożyczył, chyba mu się zapomniało oddać. Taki okres był, moda na Ikony w latach 80tych ostatniego stulecia... znikały często i to w całej Polsce.
Jedną ręką opierając się o krzak głogu udało mi się odkleić belzebubowe ciężarki od podeszwy, i to tylko dzięki temu że głóg do jasnej strony magii przypisany. W zielonej medycynie niczym słowiański Żeń-Szeń - na serducho dobry, zbieram na tych łąkach co roku. Sentyment mam do tych słonecznych dni, gdzie opasany zielskiem spaceruję i obrywając co zacniejsze zielsko w pszczoły się zasłuchuję. Gdy Głóg kwitnie to przyjazne są i nie atakują, tylko gadają coś aż cały świat brzęczy, a ja z tą głową w kwiatach dziękuje krzakom za hojność i kaleczę ręce na głogowych gałęziach.
Przeskakując Skowronówkę minąłem niezły widoczek na dolinę Osławy i Zagórz, w tle karmiąc oczy pasmem Gór Słonnych. Wiatr skutecznie wydmuchał ze mnie zniechęcenie, myślą... że dobrze czasem wbrew niepogodzie urwać się i zrobić coś na przekór. Chciałbym odbić od planowanej trasy... Gdybym miał więcej czasu... gdybym miał więcej... SMS od reszty brygady : Spóźnimy się.stop.spotkanie pod grobem biskupa.stop.jemy obiad.stop ..Prawdę mówią , że trzeba uważać o czym się marzy , bo może się spełnić.
Ciekawe jak wykorzystasz to marzenie ?? :mrgreen: hmm
wszystko ładnie i pięknie ale może daj już tym diabłom spokój:-)
...równowaga sił będzie, więc może znikną na chwilę.. a marzenia to iść iść iść.. i szedł:
Niebywałe jak zmienia się klimat, gdy z wietrznej górki skryjesz się w las. Odruchowo patrzę wtedy do góry, konary kiwają się na boki, szumi w koronach i trzeszczą pnie. A tu na dole cisza...
By po chwili usłyszeć ptactwo mniejsze pogubione gdzieś w morzu gałęzi. Te pierwsze kilka sekund jest na przyzwyczajenie, nawet skrzydlaci ucichną by sprawdzić kto między ich drewniany świat wlazł. Jak wiedzą żeś swój, to moment i wracają do swoich zajęć. Zwykle następuje to w chwili gdy zaczyna Cię boleć od patrzenia w niebo kark. Jak mówią drzwi do lasu w Smoluchowie - "...jest inny Świat"
Klucząc między bukami a ostrężynami schodzę do drogi, by szybko wbić się na Zakucie, według moich obliczeń będzie na styk. Znając zamiłowanie przyjaciół do spóźniania się, przepraszam luźnego podejścia, lub też maniana jak mawiają w Ameryce Południowej - obieram trasę mniej asfaltową a bardziej drzewiastą. Co jakiś czas ze skrzekiem przelatuje sójka, ta która podobno wybrała się za morze, i nie wybrała! Nie każdy wie, że sójki jednak odlatują.. nie są skore może do zamorskich podróży , ale często młode ptaki uciekają w poszukiwaniu cieplejszych miejsc, natomiast te z zimniejszych krajów przylatują do nas , jak do ziemi obiecanej. Stąd nie widać jakiejś większej różnicy w ilości tego złośliwca zimą. A czemu złośliwca? Kto łazi po lesie ten wie...
Tup tup tup.. kilka kroków po asfalcie i wspinam się po lesie by dosłownie przebiec nad Zakuciem ze skocznią,niby tylko K40, ale jak popatrzę z góry to odechciewa mi się sportów ekstremalnych. Nie należę do osób z lękiem wysokości, ale dla mnie skoczkowie to baaaaaaaaardzo odważni ludzie. Co ciekawe prócz tych samobójczych prób naszych juniorów odbywa się tu cykliczna impreza o dumnej nazwie Rykowisko Galicyjskie - dla fanów łowiectwa. To ich ryczenie, gdy naśladują zwierza jest mózgowo adekwatne do ich mniemania że zabijanie to sport, podsumowując - zlot jeleni z atrakcjami, typu kiełbaski, pokaz psów, konkursy z nagrodami gdzie zaśpiewa i zatańczy zespół z Komańczy a koloryt uzupełnią odpustowe stragany z kiczem i stoisko z watą cukrową. Folklor jak nic. Niedaleko od Zakucia,ot strzał z procy pociskiem wspomaganym (np. omdlały wróbel odzyskujący przytomność po wylocie z gumy) znajdują się grodzisko i tzw. Okopy Pułaskiego. Te drugie co ciekawe nie wiadomo do końca któremu Pułaskiemu zawdzięczają swą nazwę, najpewniej Franciszkowi, który razem z odziałem Konfederatów wojował z Rosjanami w okolicach, co się kiepsko dla niego skończyło. Gdzieś pod Hoszowem dostał w kość i umarł w Leskim Zamku. Dostałem kolejną wiadomość że gdzieś niedaleko ulicy Wolności przy starym cmentarzu Grecko-Katolickim czekają na mnie z transportem. Przyspieszyłem kroku, by "świńskim truchtem" dostać się w pobliże. Zastałem ich odczytujących tablicę "Wieczna sława bohaterom poległym za wolność i niezawisłość Sowieckiego Związku"... Pod koniec wojny w pobliskich budynkach PKP był szpital wojskowy i niektórzy z pacjentów już tutaj zostali.
Odpalając wehikuł, skierowaliśmy się na wschód, "tam musi być cywilizacja". Pomyślałem sobie, że muszę skombinować do pokoju na ścianę tabliczkę, z napisem "ul.Wolności" , trzeba tylko znaleźć jakiś opuszczony budynek do rozbiórki.. i chyba już wiem który to będzie.
a po co Ci ona ?
Pożyjom uwidiom.
znaczy czekamy na nasz ulubiony cd
a po co Ci ona ?
Pożyjom uwidiom.
znaczy czekamy na nasz ulubiony cd Pozwól że wspomogę się nie swoimi przemyśleniami i zacytuję muzułmańskiego filozofa z Persji, niejakiego Seyyeda Hosseina Nasra (śmieszne nazwisko w kontekście naszego języka, absrachując:).
Ruszyliśmy więc w stronę naszego małego Dzikiego Wschodu, naszej Małej Cywilizacji... na skrzydłach "idei naczelnej" rzekłbym nawet że galopem, ale pojazd lichy i co chwile gasł. "Idea naczelna" dostała w związku z tym czkawki... a my zagęszczenia nadziei pomieszanej z niepewnością.
Jednym słowem równowaga.
Jeśli jej nie było, to tylko u pozostałej części załogi, która nie zważając na ogólne warunki pogodowe postanowiła wyżyć się na Kamieniu Leskim przy pomocy lin, karabinków, kasków (???) , termosów, taśm, repów i innego szpejostwa co to zmieści się do fiata i pozwoli wejść jeszcze ludziom. Zastaliśmy ich pod ścianą pakujących się z powrotem, bo że niby paliczki kostnieją... że mróz jak ch...j i że ogólnie dzisiaj nie będzie. Co się nie da jak się da. Obiecałem Marcie że sobie zjedzie to sobie zjedzie. Korzystając z założonych stanowisk, wpięliśmy się i przewaliłem się na skałe,30m urwiska. Po kilkunastu sekundach pożałowałem, że ją do tego namawiałem. Gdy tylko wychyliła się nad krawędź usłyszałem najgłośniejszy pisk w moim życiu, który odbijając się od ścianek wewnątrz plastikowego hełmu, dał uczucie siedzenia na sercu dzwonu Zygmunta podczas uderzenia, a Ty masz kaca!
- przecież sama chciałaś?
- iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii.... ale tu jest k....wa wysoko! .iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii.... ja pi....dole nieee...iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!
Zjechałm do półki nad Ziemią Obiecaną (VI.3+) , usiadłem... poszukałem zeszytu zawiniętego w folię, wciśniętego w szczelinę, ale nie było go. I zjechałem na dół... by poczekać na trzęsącą się M. Która na domiar wszystkiego całą drogę do Ustrzyk tłukła mnie w ramię , że jej nie uprzedziłem że skała jest twarda, woda mokra a wysokość to więcej niż z krzesła do podłogi.. i takie tam... Kobiety... W Ustrzykach obowiązkowo zahaczyliśmy o pizzę z sosem czosnkowym w Orliku (szczerze polecam) i pognaliśmy... no dobra przesadziłem... po-cokolwiek byle nie gładka jazda-śmy w kierunku Krościenka by uzupełnić niezbędne survivalowe akcesoria i by poczekać na Dropcia. Ten koleżka będąc przedstawicielem rodziny Formicidae wykorzystywał prastary rytuał i życzliwość kierowców, dorabiając sobie do skromnej pensji bezrobotnego handlem wymiennym na utensyliach wspomagających świadomość. Kursując w te i nazat trasą relacji Krościenko-Chyrów-Krościenko. Biegły był w sztuce uników co czyniło jego pasję nad wyraz wydajna i dochodową. Chodzą plotki że w latach 70tych jego ojciec wyniósł z Fabryki Autobusów w Sanoku całą H9tkę po części, i zajęło mu niecałe 8 miesięcy. Cóż...
Genetyka moi drodzy... wspaniała rzecz. Nie modyfikowany model... Dropcio czyściutki w linii po Ojcu.. wypisz wymaluj TATA.
Ech, Leski Kamień...
Ech, buldery w krzakach...
Ech !, pizzaa w Orliku !
(generalnie nie przepadam ale tą jak najbardziej można pochwalić - ale czy nie opiepszą za kryptoreklamę ?)
Ech !, pizzaa w Orliku ! O tak!:mrgreen:
..ech bouldery w krzaczkach ...ech Pizza ...ech dwa wagony Lucky Srajków i kilka butli Nemiroffa i Olimpa.
Dropcio miał układy w samym niebie i wykradał Bogom butelki z nektarem po czym wymieniał na dutki z zainteresowanymi. Przebitka jak się patrzy, społecznie od 15% do 50% w zależności od stopnia zjelenienia odbiorcy.
Pamiętam raz wspomagałem druha w pracach logistycznych, mniej więcej 6 km za granicą wyskoczyliśmy z auta, by przekraść się pomiędzy kurzym i kaczym łajnem do małej stodoły, przy której to czekała na nas babcia o złocistym uśmiechu. Gestem nieznoszącym sprzeciwu nakazała ciszę i ze skrzypieniem starych drewnianych wrót z tablicą z zakazem palenia, zaprosiła nas do swojego królestwa. Oczom ukazała nam się , co niesamowite i niewytłumaczalne - całkiem zwykła stodoła , tyle że od środka.
Po starej sieczkarni przemykał czarny kot. Przez szpary między deskami sączyło się jasne południe, oświetlając wiązką dziwną konstrukcję na środku, szczelnie obwiniętą niebieską plandeką. Wyglądało to niczym sarkofag, albo ukrywany potajemnie pojazd kosmiczny. Szereg zabiegów rozszczelniających odkrył przed nami starą wielką wannę wypełnioną przezroczystą cieczą o mocno wibrującym zapachu. Nic innego , tylko (jak mawiają na jednym z mrocznych osiedli w Skarżysku) najwydestyluwachniejszy spirytus przemysłowy! Nasza przewodniczka po tajemnicach Ukrainy (pseudonim "Babcia") zdjęła z gwoździa zwykły plastikowy dzbanek typu GS, jakich używa się w stołówkach i barach mlecznych , i jęła czerpać ze źródła przelewając do plastikowych butelek po wodzie mineralnej. Poganiani przez prawa fizyki uwinęliśmy się szybko. Babcia zakryła sarkofag i wygoniła nas ze stodoły bo za chwilę miała nastąpić kolejna ściśle tajna transakcja z przybyszami z Polski. Na podwórko zajeżdżał właśnie volkswagen passat kombi z brzozowskimi rejestracjami (RBR) i przyciemnianymi szybami . Wysiadający kierowca porozumiewawczym spojrzeniem dał znać że jest gotowy do wymiany zawartości swojego portfela na paliwo rakietowe i zniknęli nam z oczu.
- Ech... piękny kraj nieprawdaż?
- oj piękny... długo tak już.. ten romans z Babcią?
- w maju będzie trzy lata... ale to nie jest tak codziennie, Babcia ma dostawę raz na kilka tygodni, bo jej syn pracuje jako kierowca cysterny we Lwowie, i raz na jakiś czas zajeżdża i nalewa do pełna, wtedy babcia rozsyła szyfrem informacje do swoich agentów w terenie, i w ciągu 2 godzin wszystko znika.
Oparci o maszynę, czekaliśmy niedaleko skrzyżowania w Krościenku na Dropcia, wtem zatrzymał się VW passat kombi z rejestracjami leskim (RLS) i wytoczył się lekko podchmielony Dropcio z plecakiem. Dokonaliśmy wymiany na szybko, dwie paprykówki, wagon fajek i kilogram krówek. Spakowaliśmy do auta i ruszyli, każdy w swoją stronę, My kierunek Lutowiska, a nasz dostawca kierunek Ustrzyki, gdzie to miał umówione kolejne ważne spotkanie biznesowe.
Następne piętnaście minut upłynęło nam na... milczeniu. Milczenie nie zawsze oznacza ciszę. Pojazd wypełniło mlaskanie i szelest papierków z Kriłek , a po chwili na trawienie wleciało odrobinę paprykówki Nemiroffa, w skali smakowej całość porównywalna do pizzy w Orliku. Minął nas trąbiąc jakiś VW . Nie wiem co za model ale idę o zakład że passat kombi. Wyjątkowo zakwitły ostatnimi laty w strefie nadgranicznej, posiadają ponadwymiarowy zbiornik paliwa w związku z czym, jak znalazł gdy ktoś zamierza handlować paliwem od wschodnich braci. Im dalej na południe tym zimniej i więcej śniegu za oknami. Śnieg jest śnieg, wypić zawsze można... Nawiew nie należał do sprawniejszych w tym modelu, ale za to centralne płynne spisywało się na medal. Ululaliśmy się na sto i dwa, nim dojechaliśmy do Czarnej, załoga kanapy numer dwa , czyli Igor i Ja!
- odpuszcza co nie?
- oj, daj Boże odpuszcza...
- kierowca! patataj patataj... - co w slangu wrogów porannego kaca znaczy ni mniej ni więcej jak to że dobrze się jedzie i oby tak dalej. Przed nami misja nietuzinkowa. Igor ma jeszcze dziś wieczorem wystąpić w roli korespondenta na żywo , jednej ze znanych i lubianych rozgłośni radiowych, tłumacząc wyższość podróżowania autostopem nad publiczną komunikacją. Zadzwonił dwa dni wcześniej że jedzie w Bieszczady na stopa, bo mu w redakcji kazali. Tymczasem kulisy tego zlecenia majaczą coś o zaśnięciu podczas mszy w konfesjonale, przy ważnej uroczystości państwowej z udziałem władz i znakomitych gości. Może by i się upiekło, ale zapomniał skręcić volume, a lubi sobie pochrapać. Skwitował tłumacząc że "większość twierdzi że większość to idioci". I racja.
...Spytacie gdzie ta pogoń, kim jest sztukmistrz z Lutowisk. Ano nazbyt tajemnicza postać aby o niej samej opowiadać. Widziałem Go tylko raz.. i chyba ostatni, ale nie wykluczam możliwości, że się to kiedyś jeszcze raz wydarzy. Szybki kwaterunek w ośrodku BPNu, i równie szybkie wyjście do miasteczka. Igor miał tu znajomych , którzy objechali autostopem całą Europę i wybrali się kiedyś starym hippisowskim szlakiem do Indii za 30 dolarów. Trasa obrosła w legendę, tłuką się nią głównie Niemcy i Holendrzy, podążając camperami na Goa, ale co jakiś czas, jakiś szalony Polak wybiera się w podróż , która odmienia. Przyznam że sam nie raz o tym myślałem, kto wie, cytując Foresta Gumpa "Życie jest jak pudełko czekoladek"*.
Spryt to podstawa, urabiając się do potęgi -entej Igor wymanewrował się z telefonicznej relacji, przeprowadzając wywiad ze znajomymi, w którym sam lekko ciepły, powiedział może ze trzy zdania, a resztę dokończyli już ludzie, dla których bycie na drodze jest czymś więcej niż tylko przemieszczaniem się z punktu A do punktu B. W chwili gdy my tu sobie gadu gadu, Oni są już w Ekwadorze. Pamiętam zdanie którym zakończyli opowieść: "Jeśli ktoś chce zacząć podróżować, niech przestanie w końcu na coś czekać, tylko zacznie żyć!" Kotłowały mi się te słowa w głowie następne pół godziny, gdy wracając na nocleg, mijaliśmy puste, ciemne i zimne ulice Lutowisk. Wiatr kołysał latarniami i grał w kilku piszczących tonacjach. Klimat, jak w zapyziałej dziurze na Alasce, z tą różnicą że to zapyziała dziura w Bieszczadach, i choć mróz, to wspomnienie o niej rozgrzewa serducho. Światło w Barze Ryś zapraszało na grzańca, grzech było odmówić.. w środku za zasłoną z kocy siedziało dwóch miejscowych i miła obsługa, w telewizji leciał jakiś głupkowaty program , jak oni stękają czy coś w podobny deseń. Rozmowa kręciła się w okolicach reinkarnacji, by po chwili zejść na Chasydów... Opowiadałem jak zeszłorocznej zimy, również w tym samym miejscu wylądowałem z Danielem, i pijąc w ośrodku grzańca przed snem, słuchaliśmy na pełny regulator aktorów teatru "Rampa" i muzyki ze spektaklu "Sztukmistrz z Lublina", postanowiliśmy rano mimo śniegów wybrać się na cmentarz żydowski.
Chwiejnym krokiem, wspierając się o siebie, pełznąc na kwaterę, śpiewaliśmy Chwalmy Pana. Po otworzeniu drzwi, pod nogami przebiegł nam spory szczur, na co mój kompan drąc się: - sztukmistrz z Lutowisk, łapiemyyyyyyyyy....!!!! Jął krzyczeć i biegać po holu... nie długo, niemalże wrodzony brak równowagi wyrżnął Igorkiem o ścianę do tego stopnia, że zapał mu jakby zgasł....
Pogoń... tak.. ale za wspomnieniami... za czymś nieuchronnie ulotnym...
Kunec
* "Ogry są jak cebula" tak mawiał Shrek
Niczym Wojski ...............
wszyscy myśleli, że opowiadanie trwa jeszcze,
.................... a to echo grało.
nie no..rewelka.. zreszta jak zwykle.. :)
babcia o zlotych zebach i jej wanna, zaloga kanapy nr dwa, sztukmistrz, h9-tka w czesciach, stary hippisowski szlak do indii - nie mam slow trzykropku! napisz cos jeszcze!
.
- Ech... piękny kraj nieprawdaż?
. ech..:-D
..Pomyślałem sobie, że muszę skombinować do pokoju na ścianę tabliczkę, z napisem "ul.Wolności" , trzeba tylko znaleźć jakiś opuszczony budynek do rozbiórki.. i chyba już wiem który to będzie. udalo sie?
nie ma to jak fajne tabliczki na sciane w pokoju :D
Prawdę mówią , że trzeba uważać o czym się marzy , bo może się spełnić. oj tak.. mozna sie nieraz bardzo zdziwic...
udalo sie?
nie ma to jak fajne tabliczki na sciane w pokoju :D ..jeszcze nie.. ale planowanie trwa... upatrzyłem już tabliczkę, starą i pordzewiałą... oraz ruderę do rozbiórki... szukam łoma... hehe.. następna misja będzie po łup...
..jeszcze nie.. ale planowanie trwa... upatrzyłem już tabliczkę, starą i pordzewiałą... oraz ruderę do rozbiórki... szukam łoma... hehe.. następna misja będzie po łup... mam nadzieje ze z misji bedzie relacja :-) a jakby byly przypadkiem dwie tabliczki... to pamietaj o mnie..
i jeszcze mam malutkie pytanko- czy "zlotousta babuszka" nie byla przypadkiem z wioski rosochy? bo ten fragment relacji nie daje mi spokoju ;)
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Punkt zborny na Starym Zagórzu, więc jeszcze z 40 minut spaceru mi pozostało, chyba że się diabeł zorientuje że ta opatulona kulka ma cel, to mi sypnie w oczy i takiego h...ja będą na mnie czekać następną godzinę.
Brnąc polami uprawnymi między Suszkowem a Skowronówką umilam sobie czas klątwami i bluźnieniem. Ot taka tradycja... gdy Ci się zachciewa spod kominka stopy oderwać i iść. Po prostu iść a aura nie sprzyja. Tam w dole na pewno tak nie dmucha, ale po stokroć wolałbym powtarzać tę trasę, niż dreptać asfaltem i zamienić adresata wypominków z diabła, na mijające mnie auta. Ciekawa jak droga wyglądała na początku XV w. gdy jeszcze w pismach nazywali okolicę Velepole antiqua villa. Po pierwszym wzniesieniu diabeł dołożył mi wagi do butów, oblepiając szczelnie błotem, niech ma, wolniej idziesz więcej widzisz. A jest co oglądać.
Chwilami dziury w niebie ośmielają widoczność i pojawia się w oddali Zagórski Karmel (choć może brzmi to jak nazwa wytwórni słodyczy). Nim powstał , ludzie musieli drałować aż do Poraża by oddać się duchowej strawie a tu masz, Stadnicki funduje im takie cudeńko pod nosem początkiem XVIIIw.
A i braciszkowie bliżej ludu byli, bo nie tylko spuściznę Mistrza z Nazaretu przyszło im pielęgnować, tylko dbać o obronność warowną, chór i zespół grający..szpital... rzemiosło okoliczne. Legenda mówi o dwóch takich co się sprzeczali i z jednej lampy zamiast Dżina wyczarowali pożar, oj działo się działo...aż się spaliło. Na prawo świeci murowana Cerkiew Św. Archanioła. Coś się kończy coś się zaczyna, jak mawiają. Ukończyli Cerkiew i zaczęła się II wojna... nie na nic składki dwu wyznań i Polonii z za oceanu bo się do dziś ostało. Miała kiedyś Ikony ale ktoś się nie bał... i pożyczył, chyba mu się zapomniało oddać. Taki okres był, moda na Ikony w latach 80tych ostatniego stulecia... znikały często i to w całej Polsce.
Jedną ręką opierając się o krzak głogu udało mi się odkleić belzebubowe ciężarki od podeszwy, i to tylko dzięki temu że głóg do jasnej strony magii przypisany. W zielonej medycynie niczym słowiański Żeń-Szeń - na serducho dobry, zbieram na tych łąkach co roku. Sentyment mam do tych słonecznych dni, gdzie opasany zielskiem spaceruję i obrywając co zacniejsze zielsko w pszczoły się zasłuchuję. Gdy Głóg kwitnie to przyjazne są i nie atakują, tylko gadają coś aż cały świat brzęczy, a ja z tą głową w kwiatach dziękuje krzakom za hojność i kaleczę ręce na głogowych gałęziach.
Przeskakując Skowronówkę minąłem niezły widoczek na dolinę Osławy i Zagórz, w tle karmiąc oczy pasmem Gór Słonnych. Wiatr skutecznie wydmuchał ze mnie zniechęcenie, myślą... że dobrze czasem wbrew niepogodzie urwać się i zrobić coś na przekór. Chciałbym odbić od planowanej trasy... Gdybym miał więcej czasu... gdybym miał więcej... SMS od reszty brygady : Spóźnimy się.stop.spotkanie pod grobem biskupa.stop.jemy obiad.stop ..Prawdę mówią , że trzeba uważać o czym się marzy , bo może się spełnić.
Ciekawe jak wykorzystasz to marzenie ?? :mrgreen: hmm
wszystko ładnie i pięknie ale może daj już tym diabłom spokój:-)
...równowaga sił będzie, więc może znikną na chwilę.. a marzenia to iść iść iść.. i szedł:
Niebywałe jak zmienia się klimat, gdy z wietrznej górki skryjesz się w las. Odruchowo patrzę wtedy do góry, konary kiwają się na boki, szumi w koronach i trzeszczą pnie. A tu na dole cisza...
By po chwili usłyszeć ptactwo mniejsze pogubione gdzieś w morzu gałęzi. Te pierwsze kilka sekund jest na przyzwyczajenie, nawet skrzydlaci ucichną by sprawdzić kto między ich drewniany świat wlazł. Jak wiedzą żeś swój, to moment i wracają do swoich zajęć. Zwykle następuje to w chwili gdy zaczyna Cię boleć od patrzenia w niebo kark. Jak mówią drzwi do lasu w Smoluchowie - "...jest inny Świat"
Klucząc między bukami a ostrężynami schodzę do drogi, by szybko wbić się na Zakucie, według moich obliczeń będzie na styk. Znając zamiłowanie przyjaciół do spóźniania się, przepraszam luźnego podejścia, lub też maniana jak mawiają w Ameryce Południowej - obieram trasę mniej asfaltową a bardziej drzewiastą. Co jakiś czas ze skrzekiem przelatuje sójka, ta która podobno wybrała się za morze, i nie wybrała! Nie każdy wie, że sójki jednak odlatują.. nie są skore może do zamorskich podróży , ale często młode ptaki uciekają w poszukiwaniu cieplejszych miejsc, natomiast te z zimniejszych krajów przylatują do nas , jak do ziemi obiecanej. Stąd nie widać jakiejś większej różnicy w ilości tego złośliwca zimą. A czemu złośliwca? Kto łazi po lesie ten wie...
Tup tup tup.. kilka kroków po asfalcie i wspinam się po lesie by dosłownie przebiec nad Zakuciem ze skocznią,niby tylko K40, ale jak popatrzę z góry to odechciewa mi się sportów ekstremalnych. Nie należę do osób z lękiem wysokości, ale dla mnie skoczkowie to baaaaaaaaardzo odważni ludzie. Co ciekawe prócz tych samobójczych prób naszych juniorów odbywa się tu cykliczna impreza o dumnej nazwie Rykowisko Galicyjskie - dla fanów łowiectwa. To ich ryczenie, gdy naśladują zwierza jest mózgowo adekwatne do ich mniemania że zabijanie to sport, podsumowując - zlot jeleni z atrakcjami, typu kiełbaski, pokaz psów, konkursy z nagrodami gdzie zaśpiewa i zatańczy zespół z Komańczy a koloryt uzupełnią odpustowe stragany z kiczem i stoisko z watą cukrową. Folklor jak nic. Niedaleko od Zakucia,ot strzał z procy pociskiem wspomaganym (np. omdlały wróbel odzyskujący przytomność po wylocie z gumy) znajdują się grodzisko i tzw. Okopy Pułaskiego. Te drugie co ciekawe nie wiadomo do końca któremu Pułaskiemu zawdzięczają swą nazwę, najpewniej Franciszkowi, który razem z odziałem Konfederatów wojował z Rosjanami w okolicach, co się kiepsko dla niego skończyło. Gdzieś pod Hoszowem dostał w kość i umarł w Leskim Zamku. Dostałem kolejną wiadomość że gdzieś niedaleko ulicy Wolności przy starym cmentarzu Grecko-Katolickim czekają na mnie z transportem. Przyspieszyłem kroku, by "świńskim truchtem" dostać się w pobliże. Zastałem ich odczytujących tablicę "Wieczna sława bohaterom poległym za wolność i niezawisłość Sowieckiego Związku"... Pod koniec wojny w pobliskich budynkach PKP był szpital wojskowy i niektórzy z pacjentów już tutaj zostali.
Odpalając wehikuł, skierowaliśmy się na wschód, "tam musi być cywilizacja". Pomyślałem sobie, że muszę skombinować do pokoju na ścianę tabliczkę, z napisem "ul.Wolności" , trzeba tylko znaleźć jakiś opuszczony budynek do rozbiórki.. i chyba już wiem który to będzie.
a po co Ci ona ?
Pożyjom uwidiom.
znaczy czekamy na nasz ulubiony cd
a po co Ci ona ?
Pożyjom uwidiom.
znaczy czekamy na nasz ulubiony cd Pozwól że wspomogę się nie swoimi przemyśleniami i zacytuję muzułmańskiego filozofa z Persji, niejakiego Seyyeda Hosseina Nasra (śmieszne nazwisko w kontekście naszego języka, absrachując:).
Ruszyliśmy więc w stronę naszego małego Dzikiego Wschodu, naszej Małej Cywilizacji... na skrzydłach "idei naczelnej" rzekłbym nawet że galopem, ale pojazd lichy i co chwile gasł. "Idea naczelna" dostała w związku z tym czkawki... a my zagęszczenia nadziei pomieszanej z niepewnością.
Jednym słowem równowaga.
Jeśli jej nie było, to tylko u pozostałej części załogi, która nie zważając na ogólne warunki pogodowe postanowiła wyżyć się na Kamieniu Leskim przy pomocy lin, karabinków, kasków (???) , termosów, taśm, repów i innego szpejostwa co to zmieści się do fiata i pozwoli wejść jeszcze ludziom. Zastaliśmy ich pod ścianą pakujących się z powrotem, bo że niby paliczki kostnieją... że mróz jak ch...j i że ogólnie dzisiaj nie będzie. Co się nie da jak się da. Obiecałem Marcie że sobie zjedzie to sobie zjedzie. Korzystając z założonych stanowisk, wpięliśmy się i przewaliłem się na skałe,30m urwiska. Po kilkunastu sekundach pożałowałem, że ją do tego namawiałem. Gdy tylko wychyliła się nad krawędź usłyszałem najgłośniejszy pisk w moim życiu, który odbijając się od ścianek wewnątrz plastikowego hełmu, dał uczucie siedzenia na sercu dzwonu Zygmunta podczas uderzenia, a Ty masz kaca!
- przecież sama chciałaś?
- iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii.... ale tu jest k....wa wysoko! .iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii.... ja pi....dole nieee...iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!!!!!!!
Zjechałm do półki nad Ziemią Obiecaną (VI.3+) , usiadłem... poszukałem zeszytu zawiniętego w folię, wciśniętego w szczelinę, ale nie było go. I zjechałem na dół... by poczekać na trzęsącą się M. Która na domiar wszystkiego całą drogę do Ustrzyk tłukła mnie w ramię , że jej nie uprzedziłem że skała jest twarda, woda mokra a wysokość to więcej niż z krzesła do podłogi.. i takie tam... Kobiety... W Ustrzykach obowiązkowo zahaczyliśmy o pizzę z sosem czosnkowym w Orliku (szczerze polecam) i pognaliśmy... no dobra przesadziłem... po-cokolwiek byle nie gładka jazda-śmy w kierunku Krościenka by uzupełnić niezbędne survivalowe akcesoria i by poczekać na Dropcia. Ten koleżka będąc przedstawicielem rodziny Formicidae wykorzystywał prastary rytuał i życzliwość kierowców, dorabiając sobie do skromnej pensji bezrobotnego handlem wymiennym na utensyliach wspomagających świadomość. Kursując w te i nazat trasą relacji Krościenko-Chyrów-Krościenko. Biegły był w sztuce uników co czyniło jego pasję nad wyraz wydajna i dochodową. Chodzą plotki że w latach 70tych jego ojciec wyniósł z Fabryki Autobusów w Sanoku całą H9tkę po części, i zajęło mu niecałe 8 miesięcy. Cóż...
Genetyka moi drodzy... wspaniała rzecz. Nie modyfikowany model... Dropcio czyściutki w linii po Ojcu.. wypisz wymaluj TATA.
Ech, Leski Kamień...
Ech, buldery w krzakach...
Ech !, pizzaa w Orliku !
(generalnie nie przepadam ale tą jak najbardziej można pochwalić - ale czy nie opiepszą za kryptoreklamę ?)
Ech !, pizzaa w Orliku ! O tak!:mrgreen:
..ech bouldery w krzaczkach ...ech Pizza ...ech dwa wagony Lucky Srajków i kilka butli Nemiroffa i Olimpa.
Dropcio miał układy w samym niebie i wykradał Bogom butelki z nektarem po czym wymieniał na dutki z zainteresowanymi. Przebitka jak się patrzy, społecznie od 15% do 50% w zależności od stopnia zjelenienia odbiorcy.
Pamiętam raz wspomagałem druha w pracach logistycznych, mniej więcej 6 km za granicą wyskoczyliśmy z auta, by przekraść się pomiędzy kurzym i kaczym łajnem do małej stodoły, przy której to czekała na nas babcia o złocistym uśmiechu. Gestem nieznoszącym sprzeciwu nakazała ciszę i ze skrzypieniem starych drewnianych wrót z tablicą z zakazem palenia, zaprosiła nas do swojego królestwa. Oczom ukazała nam się , co niesamowite i niewytłumaczalne - całkiem zwykła stodoła , tyle że od środka.
Po starej sieczkarni przemykał czarny kot. Przez szpary między deskami sączyło się jasne południe, oświetlając wiązką dziwną konstrukcję na środku, szczelnie obwiniętą niebieską plandeką. Wyglądało to niczym sarkofag, albo ukrywany potajemnie pojazd kosmiczny. Szereg zabiegów rozszczelniających odkrył przed nami starą wielką wannę wypełnioną przezroczystą cieczą o mocno wibrującym zapachu. Nic innego , tylko (jak mawiają na jednym z mrocznych osiedli w Skarżysku) najwydestyluwachniejszy spirytus przemysłowy! Nasza przewodniczka po tajemnicach Ukrainy (pseudonim "Babcia") zdjęła z gwoździa zwykły plastikowy dzbanek typu GS, jakich używa się w stołówkach i barach mlecznych , i jęła czerpać ze źródła przelewając do plastikowych butelek po wodzie mineralnej. Poganiani przez prawa fizyki uwinęliśmy się szybko. Babcia zakryła sarkofag i wygoniła nas ze stodoły bo za chwilę miała nastąpić kolejna ściśle tajna transakcja z przybyszami z Polski. Na podwórko zajeżdżał właśnie volkswagen passat kombi z brzozowskimi rejestracjami (RBR) i przyciemnianymi szybami . Wysiadający kierowca porozumiewawczym spojrzeniem dał znać że jest gotowy do wymiany zawartości swojego portfela na paliwo rakietowe i zniknęli nam z oczu.
- Ech... piękny kraj nieprawdaż?
- oj piękny... długo tak już.. ten romans z Babcią?
- w maju będzie trzy lata... ale to nie jest tak codziennie, Babcia ma dostawę raz na kilka tygodni, bo jej syn pracuje jako kierowca cysterny we Lwowie, i raz na jakiś czas zajeżdża i nalewa do pełna, wtedy babcia rozsyła szyfrem informacje do swoich agentów w terenie, i w ciągu 2 godzin wszystko znika.
Oparci o maszynę, czekaliśmy niedaleko skrzyżowania w Krościenku na Dropcia, wtem zatrzymał się VW passat kombi z rejestracjami leskim (RLS) i wytoczył się lekko podchmielony Dropcio z plecakiem. Dokonaliśmy wymiany na szybko, dwie paprykówki, wagon fajek i kilogram krówek. Spakowaliśmy do auta i ruszyli, każdy w swoją stronę, My kierunek Lutowiska, a nasz dostawca kierunek Ustrzyki, gdzie to miał umówione kolejne ważne spotkanie biznesowe.
Następne piętnaście minut upłynęło nam na... milczeniu. Milczenie nie zawsze oznacza ciszę. Pojazd wypełniło mlaskanie i szelest papierków z Kriłek , a po chwili na trawienie wleciało odrobinę paprykówki Nemiroffa, w skali smakowej całość porównywalna do pizzy w Orliku. Minął nas trąbiąc jakiś VW . Nie wiem co za model ale idę o zakład że passat kombi. Wyjątkowo zakwitły ostatnimi laty w strefie nadgranicznej, posiadają ponadwymiarowy zbiornik paliwa w związku z czym, jak znalazł gdy ktoś zamierza handlować paliwem od wschodnich braci. Im dalej na południe tym zimniej i więcej śniegu za oknami. Śnieg jest śnieg, wypić zawsze można... Nawiew nie należał do sprawniejszych w tym modelu, ale za to centralne płynne spisywało się na medal. Ululaliśmy się na sto i dwa, nim dojechaliśmy do Czarnej, załoga kanapy numer dwa , czyli Igor i Ja!
- odpuszcza co nie?
- oj, daj Boże odpuszcza...
- kierowca! patataj patataj... - co w slangu wrogów porannego kaca znaczy ni mniej ni więcej jak to że dobrze się jedzie i oby tak dalej. Przed nami misja nietuzinkowa. Igor ma jeszcze dziś wieczorem wystąpić w roli korespondenta na żywo , jednej ze znanych i lubianych rozgłośni radiowych, tłumacząc wyższość podróżowania autostopem nad publiczną komunikacją. Zadzwonił dwa dni wcześniej że jedzie w Bieszczady na stopa, bo mu w redakcji kazali. Tymczasem kulisy tego zlecenia majaczą coś o zaśnięciu podczas mszy w konfesjonale, przy ważnej uroczystości państwowej z udziałem władz i znakomitych gości. Może by i się upiekło, ale zapomniał skręcić volume, a lubi sobie pochrapać. Skwitował tłumacząc że "większość twierdzi że większość to idioci". I racja.
...Spytacie gdzie ta pogoń, kim jest sztukmistrz z Lutowisk. Ano nazbyt tajemnicza postać aby o niej samej opowiadać. Widziałem Go tylko raz.. i chyba ostatni, ale nie wykluczam możliwości, że się to kiedyś jeszcze raz wydarzy. Szybki kwaterunek w ośrodku BPNu, i równie szybkie wyjście do miasteczka. Igor miał tu znajomych , którzy objechali autostopem całą Europę i wybrali się kiedyś starym hippisowskim szlakiem do Indii za 30 dolarów. Trasa obrosła w legendę, tłuką się nią głównie Niemcy i Holendrzy, podążając camperami na Goa, ale co jakiś czas, jakiś szalony Polak wybiera się w podróż , która odmienia. Przyznam że sam nie raz o tym myślałem, kto wie, cytując Foresta Gumpa "Życie jest jak pudełko czekoladek"*.
Spryt to podstawa, urabiając się do potęgi -entej Igor wymanewrował się z telefonicznej relacji, przeprowadzając wywiad ze znajomymi, w którym sam lekko ciepły, powiedział może ze trzy zdania, a resztę dokończyli już ludzie, dla których bycie na drodze jest czymś więcej niż tylko przemieszczaniem się z punktu A do punktu B. W chwili gdy my tu sobie gadu gadu, Oni są już w Ekwadorze. Pamiętam zdanie którym zakończyli opowieść: "Jeśli ktoś chce zacząć podróżować, niech przestanie w końcu na coś czekać, tylko zacznie żyć!" Kotłowały mi się te słowa w głowie następne pół godziny, gdy wracając na nocleg, mijaliśmy puste, ciemne i zimne ulice Lutowisk. Wiatr kołysał latarniami i grał w kilku piszczących tonacjach. Klimat, jak w zapyziałej dziurze na Alasce, z tą różnicą że to zapyziała dziura w Bieszczadach, i choć mróz, to wspomnienie o niej rozgrzewa serducho. Światło w Barze Ryś zapraszało na grzańca, grzech było odmówić.. w środku za zasłoną z kocy siedziało dwóch miejscowych i miła obsługa, w telewizji leciał jakiś głupkowaty program , jak oni stękają czy coś w podobny deseń. Rozmowa kręciła się w okolicach reinkarnacji, by po chwili zejść na Chasydów... Opowiadałem jak zeszłorocznej zimy, również w tym samym miejscu wylądowałem z Danielem, i pijąc w ośrodku grzańca przed snem, słuchaliśmy na pełny regulator aktorów teatru "Rampa" i muzyki ze spektaklu "Sztukmistrz z Lublina", postanowiliśmy rano mimo śniegów wybrać się na cmentarz żydowski.
Chwiejnym krokiem, wspierając się o siebie, pełznąc na kwaterę, śpiewaliśmy Chwalmy Pana. Po otworzeniu drzwi, pod nogami przebiegł nam spory szczur, na co mój kompan drąc się: - sztukmistrz z Lutowisk, łapiemyyyyyyyyy....!!!! Jął krzyczeć i biegać po holu... nie długo, niemalże wrodzony brak równowagi wyrżnął Igorkiem o ścianę do tego stopnia, że zapał mu jakby zgasł....
Pogoń... tak.. ale za wspomnieniami... za czymś nieuchronnie ulotnym...
Kunec
* "Ogry są jak cebula" tak mawiał Shrek
Niczym Wojski ...............
wszyscy myśleli, że opowiadanie trwa jeszcze,
.................... a to echo grało.
nie no..rewelka.. zreszta jak zwykle.. :)
babcia o zlotych zebach i jej wanna, zaloga kanapy nr dwa, sztukmistrz, h9-tka w czesciach, stary hippisowski szlak do indii - nie mam slow trzykropku! napisz cos jeszcze!
.
- Ech... piękny kraj nieprawdaż?
. ech..:-D
..Pomyślałem sobie, że muszę skombinować do pokoju na ścianę tabliczkę, z napisem "ul.Wolności" , trzeba tylko znaleźć jakiś opuszczony budynek do rozbiórki.. i chyba już wiem który to będzie. udalo sie?
nie ma to jak fajne tabliczki na sciane w pokoju :D
Prawdę mówią , że trzeba uważać o czym się marzy , bo może się spełnić. oj tak.. mozna sie nieraz bardzo zdziwic...
udalo sie?
nie ma to jak fajne tabliczki na sciane w pokoju :D ..jeszcze nie.. ale planowanie trwa... upatrzyłem już tabliczkę, starą i pordzewiałą... oraz ruderę do rozbiórki... szukam łoma... hehe.. następna misja będzie po łup...
..jeszcze nie.. ale planowanie trwa... upatrzyłem już tabliczkę, starą i pordzewiałą... oraz ruderę do rozbiórki... szukam łoma... hehe.. następna misja będzie po łup... mam nadzieje ze z misji bedzie relacja :-) a jakby byly przypadkiem dwie tabliczki... to pamietaj o mnie..
i jeszcze mam malutkie pytanko- czy "zlotousta babuszka" nie byla przypadkiem z wioski rosochy? bo ten fragment relacji nie daje mi spokoju ;)