ďťż

Majówka z Bertrandem. Przysiądźcie się do wiosennego ogniska.

bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...

Nadeszła jesień. Mamy już pierwsze przymrozki. Pierwszy poranek, kiedy na nizinach było poniżej zera. Stare kości dały sygnał, że nadszedł czas na rozpalenie ogniska. Ot, tak, żeby cieplej było. Mój wiosenny wyjazd w Bieszczad zaczął się duuużo wcześniej. Otóż w 2009 roku w maju podjąłem decyzję, że na następny KIMB nie przyjadę. Za Waszą przyczyną zostałem wybrany Powsimordą. Toż to nie uchodzi nie pojechać. Podziękować, zabrać nagrody. Tak, tak. Jestem Prusem. Nagrody są ważne. Ale tak naprawdę, to nawet gdybym nie otrzymał z Waszych myszek i klawiatur tego tytułu, to bym przyjechał. Od ostatniego KIMBU zrodził się pomysł albumu. Nie wyobrażałem sobie tego, żebym nie zobaczył na własne oczy miny Marcowego. Więc powody były i to co najmniej dwa. Stęskniłem się też trochę za Wami…Wypadło na to, że pojedziemy z Renatką tydzień przed KIMBEM i wyjedziemy po obradach głównych. Tak się porobiło, że jestem teraz mocno zajęty, więc ognisko tylko będzie się żarzyć, ale za to chyba długo….Pomóżcie i dbajcie o to co by nie zgasło. A tak swoją drogą ciekaw jestem gdzie odbędzie się następny KIMB? Swój typ mam….

C.D. Kiedyś N.


Przytaszczyłem skrzynkę Czarnego Specjala, dosiadam się i czekam. Nie ociągaj się , w miarę możliwości, za bardzo.
Ps. Co do następnego KIMBu-cierpliwości. Sporo ustaliliśmy (wypiliśmy Dniepr ukraińskiej ;)). Będą niespodzianki, ale o tym w odpowiednim czasie. Mogę napisać tyle, że też nie wiem, gdzie będzie i też mam swój typ.
W dobry czas Bertrandzie z ogniskiem trafiłeś. Nadeszła pora gawędy przy ogniu wspomnień. Nie daj zbyt długo czekać na pierwszą opowieść.
A więc w piątek późnym wieczorem wyruszamy na majówkę. Karawan dumnie mknie przez niziny i wyżyny. Nie spieszę się, bo i po co? Mijam jak zwykle Łódź, Kielce, Rzeszów. Z tym, że z Rzeszowa kieruję się na Pogórze Strzyżowskie. Piękne tereny to są. Nie jadę wam żeby zwiedzać, tylko, żeby spotkać się z fachowcem od kiszonych rydzów, a przez pogórze fajnie się jedzie. Spotykamy się z nim w bardzo charakterystycznym miejscu. Miejsce niczym się nie różni od wielu takich samych miejsc na całej kuli ziemskiej. W zasadzie podjeżdżamy jednocześnie na plac przed Mc Donaldsem. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i przede wszystkim odebrałem od Niego coś. Nie, nie! Nie były to kiszone rydze. /Mam nadzieję, że się załapię na te z tegorocznych zbiorów/. Były to książki, które ufundowałem dla Powsimordów, a które czekały na mnie właśnie tam. Po godzinie się rozjeżdżamy. Jestem Wam winien informacje, dokąd tym razem jedziemy. Otóż, że względu na to, że impreza odbywać się będzie w PC, na bazę wybrałem Wołowate. A więc w Miejscu piastowym kieruje się na południe. Ruch niewielki, mimo, że droga wiedzie ku granicy. Później skręcam w lewo. Teraz już nam się dusze śmieją. Jedziemy dobrze znana nam drogą i wspominamy poprzednie nasze bytności tutaj. Obserwujemy po drodze to, co chcieliśmy zobaczyć, czyli kwitnące na biało lasy. Dla tych widoków przyjeżdżamy tutaj wiosną. W końcu dojeżdżamy do Komańczy. Powody, żeby się tutaj zatrzymać są dwa. Po pierwsze trzeba zobaczyć prace przy odbudowie cerkwi. Prace idą pełna parą. Cerkiew w stanie surowym /nie wiem, czy można stosować to określenie dla budowli drewnianej/ jest już prawie gotowa. Długo zastanawiamy się nad tym, co z wyposażeniem cerkwi? Po drugie idziemy obstalować sobie miejsce na letni pobyt. Gospodarze miło nas wspominają i cieszą się, że do znów wrócimy. Dalej Cisna. Najpierw cmentarz i rozmowa z Bogdanem. Niewiele miał nam do powiedzenia. Później próba zjedzenia czegokolwiek w ulubionej przez nas Herbaciarni. Tutaj zawsze dają pyszne żarełko. Niestety w nocy było tutaj włamanie i już we wczesnych godzinach popołudniowych dzielni Stróże Prawa przeprowadzali wizję lokalną. Cóż nie zjemy nic. Potem rozmowa z Bardem Bieszczadu i jedziemy dalej. Kiedy karawan leniwie się wtoczył na pierwszą przełęcz pomiędzy Cisną, a Kimbówkami Górnymi oczom naszym ukazał się widok, który nie pozwalał nam jechać dalej. W miejscu klimatowej galerii Fantasmagoria stoi WIELKI jak na Bieszczady budynek. Kuźwa! Nic innego nie wpada mi do głowy. Trudno stoi i nie zmienimy tego. Podjeżdżam jednak, żeby zobaczyć, co mieści się w tym cudzie. Otóż mieści się duża karczma, a i na galerię też się miejsce znalazło. Ale kudy jej tam do starej Fantasmagorii. Zmieniają się Bieszczady, oj zmieniają i nie mi oceniać to, czy na lepsze. Ponieważ byliśmy głodni postanowiliśmy zjeść żurek. Niestety ulubionej przeze mnie zupy nie było. Była za to gulaszowi. Na bezrybiu i rak ryba. Zjedliśmy, bo głodni byliśmy. Razem stwierdzamy, ze zupie tej brakuje serca. I to nie serca na talerzu, tylko nikt serca w jej przygotowanie nie włożył. Ot zupa jak wiele innych. Dla takiej zupy nie warto tu wracać. Nie wiem, czy właściciele tego obiektu przysiądą się do ogniska, ale jeżeli przeczytają tę opinię, to może spróbują coś zmienić. Kiedyś jeszcze tam wpadnę. Teraz to tylko zakupy w sklepie w Wetlinie i podróż do Wołowatego. Po drodze mijam pomnik i się zastanawiamy, dlaczego tu stoi? Dojeżdżamy do Wołosatego. Ciekawe, jaka kwatera się nam trafi? Znalazłem ją w Internecie. Trochę się obawiam, ale jest O.K. Po rozpakowaniu się idziemy do Schroniska na żurek i piwo. Potem to już tylko sen nam zostałâ€Ś


Bertrandzie! Nie chcę się tu wtykać, ale mam wątpliwości, czy "ciśnieńska" część nie wydarzyła się dopiero w sobotę, po Łopience?????
Bez wzgledu na wszystko, tej wersji będę się trzymać... ;)
pozdrawiam
Pospaliśmy sobie trochę, ale mamy wakacje przecież. Rano, skoro świt, tak koło godziny 10:00 byliśmy już po śniadaniu. Siadamy sobie na werandzie z kubkami kawy w rękach i zaniepokojeni patrzymy przed siebie w kierunku Karczowej. Zaniepokojeni, bo nie wiemy, czy ona tam stoi. Po prostu chmury ją skutecznie przysłoniły. Postanawiamy sobie pojeździć trochę. Tak żebym z wprawy nie wyszedł. W końcu wczoraj 700 km zaliczyłem, a w nocy nic ;-) . Wsiadamy do karawanu i jedziemy na północ. W Metropolii skręcamy w prawo i dalej jedziemy na północ. Od czasu, do czasu musze włączyć wycieraczki. Mijam znajomą drogę w prawo. Obiecuję sobie, ze za tym pobytem tam jeszcze skręcę. Przejeżdżam przez most na rzece i dalej jadę na północ. Po prawej stronie na wzgórzu stoi cerkiew. Za cerkwią skręcam w prawo i zaraz potem w lewo pod górę. Tutaj jeszcze olbrzymi plac budowy. Mijam stawy, budynek i mnóstwo materiałów budowlanych i jadę do góry. Tam stoją domki z bali. Powiem, ze ładnie wyglądają. Podjeżdżam pod największy. Jeszcze dobrze nie wysiedliśmy, a już gospodarze nas powitali. Zostaliśmy i oprowadzeni po gospodarstwie. Z okna w domu gospodarzy roztacza się piękny widok na góry. Oglądamy też domki wewnątrz. Wyglądają naprawdę super. Zrodziła się u nas postanowienie, ze przyjedziemy tu latem na tydzień. Nareszcie zjadłem tutaj upragniony żurek. Co tam będę pisał. Żurek – poezja. Zresztą kuchnia tego gospodarstwa zawsze była jego najmocniejsza stroną /takie jest moje zdanie/. Pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej. Minęliśmy siedzibę nadleśnictwa, siedzibę gminy, punkt widokowy i kamieniołom. Za kamieniołomem wrzuciłem na luz i kilka kilometrów jechaliśmy z góry. Skręciliśmy do galerii ‼prezydenckiej”, ale była zamknięta. Cóż pora obiadowa i przed sezonem…Kto by tam na Bertranda czekał?. Trochę się cofnąłem i pomknąłem ogólnie rzecz biorąc na zachód. Zawsze kiedy tędy jadę postanawiam sobie zajrzeć kiedyś do … /sza o niektórych rzeczach się tu nie pisze/. Droga wije się w prawo i w lewo, z góry i pod nią. W końcu dojeżdżam do rzeki. Za rzeką karawan nagle skręcił na północ. Teraz jechałem bardzo wąską drogo, marząc o tym żeby nic z przeciwka nie jechało. Uff! Udało się. Skręciłem w prawo i w miejscu w którym skończył się asfalt porzuciłem w krzakach karawan. Teraz poszliśmy pieszo dobrze znana nam szutrową drogą. Minęliśmy bardzo ponure miejsce, w którym stoją opuszczone budynki. Niektóre nawet niedokończone w budowie. Stoi tam też tylko piec i komin. I to jest rozwiązanie mojej zagadki. Poszliśmy do ruin. Ruiny jeszcze stały, ale wyglądały dużo gorzej niż ostatnim razem. Kurczę, taki obiekt i w takim stanie. Powinno być komuś wstyd. Nie wiem komu, czy wójtowi gminy, czy proboszczowi, czy mieszkańcom, czy może nam miłośnikom Bieszczadu? Postanowiłem przyłączyć się do każdej akcji mającej na celu ratowanie tej budowli. Chmurzy się coraz bardziej. Wracamy. Ale jeszcze nie do karawanu. Po drodze skręcam na łąki w lewo. Chcę dotrzec do cmentarza i miejsca po cerkwi. I udało mi się. I tu zaskoczenie pełne. Cmentarz w miare uporządkowany. Odkrzaczony, ogrodzony. Więc można. Może z budowla tez tak będzie, że nie będzie popadać w ruinę. Zaczyna padać. Szybko wracamy do karawanu. Ponieważ niedaleko mieszkają znajomi postanawiamy ich odwiedzić. Jedziemy teraz do Przewozu. Tam przy miejscowym centrum kultury zjadamy jakąś kiełbasę i popijamy browarami. Teraz o pełnych brzuchach idziemy w odwiedziny. Renatka jest zaskoczona rozmachem i szybkością, w jakim to gospodarstwo się rozwija. Zniknął stary budynek gospodarczy, jest naprawdę ładnie. Pogadaliśmy o dzieciach, o Bieszczadach po prostu o wszystkim o czym rozmawia się ze starymi znajomymi. Czas szybko uciekał, zwłaszcza, że nalewka była pyszna. Nadszedł czas wyjazdu. Wracamy już na kwaterę ale nie drogą, którą tu przyjechaliśmy. Kiedy minęliśmy Smażalnię i Smażalnię Córkę i przejechaliśmy przez most Renatka cóś wypatrzyła w trawie. Teraz dzięki trudowi, jaki zadał sobie Recon1 wiem, że to jest reper. Droga wije się, ale dajemy radę. Nawet jest w lepszym stanie, niż była niedługo po remoncie. Ekipa remontująca drogę wykonała poprawki i teraz można już śmigać. Wróciliśmy do Wołosatego. Tutaj Renatka zostaje na kwaterze, a ja jeszcze udałem się na spacer. Po drodze miałem ciekawą dyskusje z przedstawicielem S.G. na temat tego, czy mogę iść na Przełęcz? Do porozumienia nie doszliśmy, ale ja też nie poszedłem na Przełęcz.
...heh ! :roll: szkoda że nie spotkaliśmy się w Rajskim ! ...co do kapliczki-wszystko w rękach Szymona i naszym hojnym geście również
Brrr, zimno... Bertrand, zbierasz chrust?
To był test taki. Chciałem wiedzieć, kto jeszcze o mnie pamieta. Dzięki Piskalu, obiecuję w długi weekęd coś dorzucić.
Pozdrawiam
;)Zlituj się, mamy czekać do maja?!!!

....W zasadzie podjeżdżamy jednocześnie na plac przed Mc Donaldsem. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i przede wszystki... ...było bardzo miło choć w takich warunkach, WAS spotkać. Nalewka którą od Was otrzymałem była super , już dawno jej nie ma ;)...a teraz Bertrandzie już czas nastał na pisanie , zawsze czekam z ciekawością ...co dalej.
Pozdrawiam serdecznie

obiecuję w długi weekęd coś dorzucić.
Pozdrawiam
W Sopocie zimno, listopadowo, leje..
Ale Święto zapowiada się miło, będzie lektura i wiosenne wspomnienie.
Czekam, Bertrandzie na mój ulubiony ciąg dalszy
Pozdrawiam
Długi
Przepraszam za bezpostawną obietnicę...
Robert przyznaj się, objadałeś się rogalami i o pisaniu zapomniałeś ale przy takim przysmaku to usprawiedliwione. Teraz nie masz już wymówki zostaje Ci tylko zasiąść do klawiatury.
Dorzuciłem palącą się szczapkę z kaflowego pieca w Piskalówce. Twoje się ognisko ledwie tliło, ale ogień strzelił płomieniem i zanucił swą pieść. Nie masz więc wyboru- czekamy...
Nie pozostaje mi nic innego jak Was przeprosić i podziękować za dbanie /chociaż kiepskie ono było/ o moje ognisko. Nie będę się tłumaczyć, bo nie ma to sensu. Taką mam tylko wiadomość dla Piskala: Jeszcze do pionu od naszego ostatniego spotkania się nie wyprostowałem… Zima się zrobiła, mróz trzyma, śnieg leży, więc trzeba się rozgrzać.

Ranek jest piękny. Słoneczko świeci. Mam też plan. Plan jest prosty. Pokażę Renatce miejsce, w którym stała kiedyś leśniczówka. Nie jest to może ambitny plan, ale jakiś w końcu jest. Po śniadaniu odpalam Strzałę i jedziemy w jedynie możliwym kierunku. Na skrzyżowaniu skręcam w prawo i dalej mkniemy przed siebie. Dalej skręcam w pierwszą drogę w prawo / tą drogę, która prowadzi na koniec Polski/ i wspinamy się pod górę. Początek drogi jest wyremontowany, dalej już gorzej. Od razu swojsko się robi. Jakieś 50 metrów przed maską przeskakuje drogę płowa zwierzyna. Nie był to żubr, ale nie był to i zając. Ot. taka w sam raz. Kiedy włączyłem aparat, to mogłem tylko przyrodę nieożywioną fotografować. Kiedy dojechałem do metropolii, to zatrzymałem się przy pierwszym domu po lewej stronie drogi. Mógłbym też napisać, że jest to przedostatni dom po tej stronie drogi. Sprawdzam, czy jeszcze można tutaj osik zjeść. Można. Jedziemy dalej. Na wysokości łąki parkuję. Dalej idziemy pieszo. Między łąką a lasem płynie sobie potok. Musimy go przekroczyć, co czynimy z powodzeniem. Dalej pniemy się pod górę. Byłem tutaj, ale dawno. Myślę, ze opisywałem to w jakiejś swojej relacji. Teraz drogi sobie nie przypominam. Mozolnie pniemy się pod górę. Żeby było ciekawej porzuciłem ścieżkę i szliśmy na przełaj przez las. Las tam przedni rośnie. Taki jak lubię, to znaczy dziki bardziej /bez względu na to, co Marcin odpowie na to określenie/. W końcu stromizna robi się coraz bardziej znośna. Oznacza to, że wychodzimy na grzbiet. Śmiało skręcam w lewo, bo wydaje mi się, ze jest to jedynie słuszna droga. Znalazłem słup betonowy, na którym jakiś mieszkaniec Przeworska zaznaczył swoją obecność. Nie starczyło mu tylko miejsca, żeby napisać, kiedy tam był. Pomimo usilnych poszukiwań miejsca po leśniczówce nie znaleźliśmy. Trudno, znajdę je kiedyśâ€Ś Ale góra fajna jest. Ma to, czego nie ma na przykład Tarnica. Na tej górze nie ma ludzi. Jest cisza i przyroda. Co chwilę przystajemy i słuchamy ciszy. Tylko od czasu do czasu jakiś pies w metropolii zaszczeka. Czas nam szybko mija. Czas schodzić. Teraz prowadzę żonę na tak zwaną kreskę. Nie wiem, czy to był dobry dla niej sposób. Oj pochaszczowaliśmy sobie wtedy. Ja byłem zadowolony, ale Renatka niekoniecznie. Trudno tak też czasem musi być. Schodziliśmy powoli po dosyć dużej stromiźnie. Doszliśmy do takiego miejsca, że dalej nie można było iść. Byśmy spadli gdybyśmy poszli dalej. Trzeba było trochę wejść pod górę i obejść to miejsce. Mimo, że się to Renatce nie podobało nie usłyszałem złego słowa na to chaszczowanie. Ona lubi jednak normalne ścieżki. Dosyć zmęczeni wróciliśmy do samochodu. Podjechaliśmy do karczmy. Obsada karczmy mizerna, część personelu jest już na nowym miejscu. Zjedliśmy najlepszego pstrąga w Bieszczadzie i pojechaliśmy na nowe miejsce. Tam gospodyni uraczyła nas ciastem własnego wypieku. Było boskie. Do spotkania z Piskalem mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc jeszcze jedno ciasteczko. W końcu nadszedł czas, aby pojechać pod kultową wiatę. Zaparkowałem przed sklepem i podeszliśmy się przywitać. A pod wiata aż ciemno od luda. Prawie nie było gdzie usiąść. Poszedłem po piwo i colę dla Renatki. Uważni ogniskowicze wiedzą, jakie piwo nabyłem drogą kupna. To najlepsze. Przy stole okazało się, że ludziska piją różne napoje nie tylko chłodzące, jak to pod kultową wiatą. W doborowym towarzystwie czas szybko mija. Może się powtarzam, ale taka jest prawda. Nadszedł czas rozłąki. Postanowiliśmy wracać do Wołosatego, ale przedtem umówiliśmy się na następny dzień. Umówiliśmy się na górze. Podczas powrotu kierowniczką była Renatka, a ja tylko wskazywałem właściwy kierunek. W Ustrzykach byliśmy trochę głodni, więc zjedliśmy małe, co nieco w barze na parkingu. Po powrocie do Wołosatego Renatka chwyciła książkę, a ja poszedłem jeszcze na cmentarz. I tak minął kolejny dzionek

C.D. N. Mam nadzieję, że szybciej…
Puszczańsko się zrobiło, a i zabotanizować nie zapomniałeś Bertrandzie widzę ;)
Bertrand w końcu wziełeś się do dzieła i zasiadłeś do klawiatury. Tak trzymaj i dorzucaj szczap do ognia.
Dzień kolejny. Dzień szczególny, ale o tym później. Wstajemy, jak na wakacje bardzo wcześnie. Tym razem po śniadaniu jedziemy na północ, ot tak dla odmiany. Kiedy dojechaliśmy do Wielkiej szosy skręciłem w lewo. Jak zwykle nie spieszyłem się. Jesteśmy umówieni z Piskalem na górze w samo południe. Czasu mamy sporo. Droga jest pusta. Ani rydwanów na niej, ani turystów. Na Przełęczy stoją dwa rydwany. Trudno mi stwierdzić, dokąd poszli ich właściciele, na Cycki, czy do schroniska na przykład. Nie myślałem na ten temat długo. Karawan zjeżdża w dół. Na samym dole skręciłem w prawo i zaparkowałem. Chciałem zobaczyć, co zmajstrował Szymon na cmentarzu. Na wykonanie tych prac zrzucało się wielu forowiczów. Nie było to takie proste /nie zrzucanie się, ale zobaczenie/. Z pobliskiej budki groźnie nawoływał na nas młody człowiek sprzedający bilety do lasu. Wytłumaczyłem mu, że nie idziemy do lasu tylko na inspekcję na cmentarz. Spotkaliśmy się ze zrozumieniem, nie musieliśmy kupować biletów. Trzeci raz byłem na cmentarzu tuż po zakończeniu prac przez grupę Szymona i trzeci raz byłem pod dużym wrażeniem. Kawał dobrej roboty zrobili. Zastanawiam się, jak długo będzie stał malutki nagrobek? Jest taki mały, że może ulec zniszczeniu przez nieuwagę turysty. W głowie rodzi mi się pomysł, jak pomóc Szymonowi. Może niebawem o tym napiszę w innym wątku...Wracamy do karawanu i jedziemy na północ, aż do dużej miejscowości zwanej Maviczne. Szkoda, ze nie wiem gdzie On mieszka, bo byśmy Go odwiedzili. Trudno. Na końcu tej metropolii jest parking, jak przystało na duże miasto. Tylko Centrum Handlowego na razie brakuje, ale parking już jest. Zostawiamy nasz karawan i wchodzimy na ścieżkę do lasu. A tutaj niespodzianka. Stoi groźny napis, że wchodzimy na własne ryzyko. Ryzykujemy kalectwem a może i śmiercią nawet. Czego nie robi się jednak dla Przyjaciół. Jesteśmy umówieni w najwyższym punkcie lasu, więc ryzykujemy wejście. Opowiadam Renatce, ze ostatnio szedłem tędy z botanizującym Leśniczym, Jego żoną i przesympatyczną Panią Przewodnik. Po dosyć stromym podejściu wychodzimy na leśną autostradę. Tutaj ktoś specjalnie dla nas ustawił ławkę i stół. Żeby mu przykro nie było siadamy i odpoczywamy. Nie jesteśmy tutaj sami. Z nami na ławce jest gość z Tych. Nie posiedział długo. Szybko wyparował, a zostawił po sobie blachę tylko. Blachę zabrałem na pamiątkę, żeby nie śmiecić. Pniemy się dalej pod górę. Pogoda jest ładna. Słoneczko świeci i nieźle grzeje. Jest ładny dzień. Mamy sporo czasu w zapasie. Idziemy powoli żeby się nie zmęczyć. Co jakiś czas przysiadamy sobie na ławce, których na tym szlaku jest kilkanaście. Możecie sobie myśleć, że Bertrand zramolał, ale wtedy te ławki mi się podobały. Ławki to Pikuś. Wkurzały mnie te kosze na śmieci obok nich stojące. Ciekaw jestem, kto je opróżnia i jak te śmieci są transportowane na dół. O dziwo, Renatka nie jest zmęczona tym podejściem. W końcu wychodzimy na górę. Pusto jest. Nikogo nie ma. No to sobie przysiedliśmy i czekamy. Dzwonie do Piskala, a on mi mówi, ze jeszcze trochę mu zejdzie, ale Prezydent już powinien dochodzić. Swoją drogą, skąd on wie, kiedy Prezydent dochodzi? Co oni w tym Sękowcu wyprawiają? W końcu nadchodzi Prezydent ze swoim kompanem od łażenia po Puszczy Kampinoskiej. Witamy się i nic... Czekamy na resztę. Oj nazłaziło się ludzi na górę nazłaziło. Już myślałem, że kamień się pokruszy. Na końcu przyszedł Piskal z dwoma pięknymi Paniami. Robi się biesiadnie. Jeden gość zaczyna grzebać nożem koło betonowego słupa. To chyba Prorok jakiś jest, bo flaszeczkę wygrzebał. Cała góra do jego dyspozycji była, a on we właściwym miejscu grzebał. Musi, że Prorok. Rozpijamy flaszeczkę, potem jeszcze coś. Może się niektórym z Czytających to nie spodoba, ale na tyle ludzi, to naprawdę niewiele było. Ta góra ma coś w sobie. Kiedy byłem tutaj poprzednio, to przyszedł też z drugiej strony sympatyczny jegomość w niektórych kręgach joorgiem zwany. Też z flaszeczką. Wychodzi na to, że na tę górę przychodzą sympatyczni ludzie z flaszkami. Taka specyfika tej góry. Nadszedł czas rozstania. Postanawiamy z Renatką wracać do karawanu. Okazało się, że nie jest to takie proste. Ludzie, którzy przyszli z tamtej strony góry ani o tym nie chcą słyszeć. Mamy wracać z nimi. Prezydent oferuje się, ze nas odwiezie do karawanu swoim rydwanem. Decyzje zostawiam Renatce, uprzedzając ją, ze droga przed nami długa jest. Ku mojemu zdziwieniu Renatka postanawia nie rozstawać się z towarzystwem. Kiedy mamy już opuścić górę okazuje się, że wybranka serca jednego z przybyłych na górę źle się czuje. W kilka osób postanowiliśmy poczekać aż dziewczyna przyjdzie do siebie. Na moje oko sprawa wyglądała poważnie. Chodziło o sprawy krążeniowe. Po pewnym czasie mogliśmy powoli schodzić w dół. Część z nas obserwowała bacznie przyrodę, a część naszą pacjentkę. Z każdym metrem niżej dziewczyna czuła się lepiej. Ot, taka przypadłość urlop lepiej spędzać nad morzem albo w dolinkach bieszczadzkich. Obiecuję im, ze kilka dolinek mogę pokazać. Już nie pamiętam, kto prowadził, ale szlak gdzieś nam zniknął. Ważne, ze cały czas w dół idziemy. Dokądś dojdziemy. Teraz z niepokojem patrzę na Renatkę. Zmęczenie daje się we znaki. Często odpoczywamy. W końcu mamy odpoczynek przy wodospadzie. Teraz to już niedaleko do kultowej wiaty. Renatka dochodzi do niej siłą woli. Tam zalegamy na długi odpoczynek. Mimo iż jesteśmy pod wiatą Renatka jest załamana. Ona myślała, ze rydwan Prezydenta stoi przy wiacie, a on sobie spokojnie gumy odciska w Sękowcu. Odpoczęci i napojeni wyruszamy w końcu do Sękowca. Tutaj rozstajemy się z towarzystwem po uprzednim umówieniu się na następną wycieczkę. Prezydent jak obiecał tak zrobił. Odwiózł nas do Mavicznego. Ceremonia wsiadania do jego rydwanu to dłuższa opowieść, ale wtedy byliśmy zbyt zmęczeni, żeby na drobiazgi zwracać baczniejszą uwagę. Jeszcze raz wszystkim serdecznie dziękuję za wspólne wędrowanie, a specjalne podziękowania dla Kazika za odwiezienie. Zmęczeni bardzo, ale jeszcze bardziej zadowoleni wróciliśmy do Wołosatego. Wieczorem dzwoni do mnie Piskal i składa mi życzenia urodzinowe. Tak dzisiaj kończę kolejny roczek.

...Ta góra ma coś w sobie. Kiedy byłem tutaj poprzednio, to przyszedł też z drugiej strony ...... Wychodzi na to, że na tę górę przychodzą sympatyczni ludzie .... Taka specyfika tej góry..... Ważne, ze cały czas w dół idziemy..... Tak dzisiaj kończę kolejny roczek. Jak zawsze Robercie czyta się Ciebie z pewną dozą tajemniczości , dzięki.
Na dowód naszego spotkania tam , ponad dwa lata temu, pozwolę sobie wrzucić obok Twojego " ogniska" ,zdjęcie z tamtego czasu.
A Góra jest Przednie :lol:
http://img196.imageshack.us/img196/1291/img0071ks.jpg

Dzwonie do Piskala, a on mi mówi, ze jeszcze trochę mu zejdzie, ale Prezydent już powinien dochodzić. Swoją drogą, skąd on wie, kiedy Prezydent dochodzi? To proste, z autopsji. Nie raz dochodziłem razem z Prezydentem. A już szczytowanie w TYM miejscu to mieliśmy kilkakrotnie.
.... no i narodziła się nam nowa świecka TRADYCJA
Achhh wróciły wspomnienia,no i jak czytam to banan mi się na twarzy robi ale do góry nie w dół:)))))))) To był jak dla mnie pamiętny dzień..."zostałam rozdziewiczona",poznałam dużo wspaniałych ludzi!!!! A co do grzebania tego pana w ziemi,to ten mój tatko chrzestny"bieszczadzki" zawsze gdzieś coś wygrzebie,lub też zagrzebie...hihhi
Czekam z niecierpliwością na cd!!!!!!!!!
Proszę bardzo...
Rano robimy nic. Lubimy to robić. Potem postanawiamy spędzić ten dzień lajtowo. Bolą nas nogi i chce się nam robić nic. W końcu się zbieramy. Pogoda niezbyt szczególna. Zanosi się na deszcz. Karawan jak zwykle wiezie nas na północ. Dzisiaj na wysokości strażnicy skręcam w prawo. Po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymuję się. Wchodzimy na ścieżkę, która nie jest szlakiem turystycznym, ale jest na terenie BPN. Wiem, wiem… znowu coś złamałem. I wiecie co? Nie czuję wstydu, ani żalu. Wchodząc tam byłem przygotowany na to, że mogę ponieść konsekwencje. Na pocieszenie /swoje/ powiem, że nie schodziliśmy ze ścieżki. Ścieżka, a raczej droga prowadziła nas prosto. Panowała tam absolutna cisza, oczywiście nie licząc potoku, który do nas po swojemu szemrał. Cudowne miejsce, a tak blisko cywilizacji. Z każdym metrem ścieżka robiła się coraz węższa. Działo się to za przyczyną przyrody, która działała bez zarzutu. Droga po prostu zarastała. Doszliśmy do jakiegoś zawalonego mostku, za którym stała wiata, też oczywiście zawalona. Czas i pogoda swoje zrobiły. Zostawiłem Renatkę przy mostku, a sam poszedłem spenetrować teren. To, co zobaczyłem to moje. W końcu wróciliśmy do karawanu. Nie rozpędzałem się za bardzo, bo znowu chciałem cos zobaczyć, a raczej czegoś poszukać. Kiedy dojechałem do miejsca, w którym chciałem się zatrzymać to stanąłem. Renatka kiedy zobaczyła mocno zarośnięta łąkę to zastrajkowała i nie wyszła z karawanu. Łażę więc sam po pobliskiej łące w poszukiwaniu historii. Trochę jej znalazłem, ale nie za dużo. Jestem ciekaw, kto jeszcze z osób siedzących przy ognisku łaził po tej łące. Każdy, ale to absolutnie każdy z Was koło niej przejeżdżał i to chyba nie jeden raz. Zadowolony z siebie wróciłem do karawanu. Pojechaliśmy dalej. Ale znowu nie za daleko. Tak ino ciut ciut. Zaparkowałem na wyznaczonym do tego miejscu i poszliśmy na wycieczkę. Po lewej stronie w dole zostawiliśmy kościół i poszliśmy pod górę. W pewnym momencie w błocie zobaczyliśmy tropy misiaczka. Renatka się wystraszyła i nie chciała dalej iść. Przekonałem ją, że w razie czego rzucę się na miśka w jej obronie. Poszliśmy dalej. Doszliśmy do drogi, przy której stał zegar. Nie chodził, nie dzwonił, ale stał. Stał, ale bardzo przydatny był. Można było się wiele od niego dowiedzieć. Obserwując zegar i nasłuchując odgłosów z lasu ani nie zauważyliśmy, że z góry coś zaczęło kapać. Po chwili z kapania zrobił się regularny deszcz. Prypiczek będzie musiał poczekać. Postanowiliśmy wracać… Przy karawanie posiedzieliśmy trochę pod wiatą. Kiedy przestało padać wróciliśmy na południe. W barze przy parkingu zjedliśmy obiad i pojechaliśmy dalej. Tak na marginesie w tej metropolii nie ma lepszego miejsca, żeby coś smacznego zjeść niż ten bar na parkingu. Kiedy dojechaliśmy do Wołosatego to się trochę wypogodziło. Renatka postanowiła poczytać, a ja wybrałem się na poszukiwania wiosny. Kiedy wróciłem, to jeszcze z gospodarzem, co nieco zdziałaliśmy. A jutro…, ale to później

Prypiczek będzie musiał poczekać. A czego Ty na ścieżkach dydaktycznych szukał, a?:D

Dziś włączam ognisko, a tu ani literki-iskierki więcej:/ 'Dmuchnijże' Bertrandzie w ogień:)
D.

...

Dziś włączam ognisko, a tu ani literki-iskierki więcej:/ 'Dmuchnijże' Bertrandzie w ogień:)
D.
Kurcze, po tygodniach milczenia zacząłem znowu klikać, wczoraj dorzuciłem do ognia, a Dertemu mało. Co za człowiek? ;)
Pozdrawiam
No właśnie...:) Chciwym jest:)
D.
A tu cisza spokój i zimno się robi...
Następnego dnia wita nas słoneczko. Wczesne śniadanko i jazda na spotkanie. Mamy umówione spotkanie z częścią znajomych z przedwczorajszej wycieczki. Zbiórka na punkcie widokowym nieco ponad strażnicą. Dojeżdżamy ostatni, ale mieścimy się w granicy tolerancji czasowej. Proponuję zostawić rydwany na rozstaju dróg, ale prezydent głosem nieznoszącym sprzeciwu mówi, ze rydwany zostają na wypale. Nawet nie śmiałem oponować. Parkujemy ze retortą, a prezydent załatwia sprawę z gospodarzem tego miejsca. Wracamy aż do wylotu stokówki, w którą skręcamy. W miejscu znanym nie tylko mi schodzimy na łąkę. Podmokła ona jest, co zwiastuje, że błota nie ominiemy. Ja prowadzę w lewo, a Prezydent się śmieje i mówi, ze w prawo. Wiem, ze wszystkie ścieżki, które tutaj są i tak łączą się w jedną, więc pokornie idę w ciut większe błoto. Droga nasza to jedno ciamkanie i mlaskanie błota. Przerażone żabki szaleją w kałużach. Większą część drogi idziemy paralelnie do ścieżki. Tam jest mniejsze błoto. Nikt z nas się nie przejmuje błotem, przecież wszyscy je lubimy. Śluuup, śluuuup, ćććam, ciam. Cudowne dla uszu odgłosy. Jest gorąco. Słoneczko przygrzewa zza drzew. Z niepokojem patrzę na dziewczynę, która przedwczoraj tak źle się czuła. Dzisiaj jesteśmy na mniejszej wysokości, więc wszystko u niej jest w porządku. Zresztą ma wspaniałego opiekuna. Kiedy jesteśmy na najwyższym punkcie ścieżki informuję ją o tym. Jest zadowolona i tryska humorem. Inna przedwczoraj rozdziewiczona to jeden wulkan humoru. Co rusz słyszę wybuchy śmiechu jej i Renatki. A las, przez który idziemy jest czarowny. Uwielbiam go. Te połamane drzewa, te spróchniałe drzewa, ta dzikość. W końcu wychodzimy z lasu na łąkę. Zostawiliśmy za sobą i las i błoto. Teraz już tylko zielona do zieloności trawa. W końcu przed naszymi oczami ukazuje się cel naszej wędrówki. Jeszcze tylko kilka minut i jesteśmy przed bacówką. Tutaj robimy sobie popas. Ja wyjmuję z plecaka to, czego nie wyjąłem przedwczoraj. /Pozdrowienia dla PiotraF/
Robert będę malkontentem - a gdzie ilustracja foto? Ale dobrze, że dorzuciłeś parę drewienek do ognia.
heheh tryskająca humorem:) dobre towarzystwo to i dobry humor.
A nie wspomnę,że to był mój najlepszy dzień i najpiękniejsze widoki:))))))))))
Szkoda że nie opisałeś drogi powrotnej,czyli chodzenia po wodzie...hihihi
Powoli piszę, bo mnie Wena zdradziła z.... /niedomówienie/
Z czasem i dojdziemy i do chodzenia po wodzie....
I zdjęcia też wstawię...
W pracy się porobiło i na nic czasu nie mam, no prawie na nic.
Pozdrawiam
Wysyłam zdjęcia do ostatniego postu.
Precz z pracą...że tak powiem:D
Mógłbym napisać: do roboty, dość opier..niczania, ale.. mnie nie wypada, ja nie lepszy.
Nie poganiajcie Roberta, on teraz do innych ognisk dokłada.
Nie poganiam...ale tak jakoś...piszę, żeby nie zniknęło w ogonku tematów:)
Cóżâ€Ś.

Minęło sporo czasu od kiedy napisałem w tym wątku, to co napisałem. Wena mnie zostawiła… Paru osobom obiecałem, że dokończę i nie dokończyłem. Przepraszam. Ale zbieram się w sobie…

I wiecie, co mnie zdopingowało do dokończenia? Od tamtego czasu odbył się X Jubileuszowy KIMB. I co? I nic. Żadnej relacji… Cisza, czyli silence. Wiem, ze się odbył, bo rozmawiałem z uczestnikami. Ale, żeby jakąś relację machnąć dla tych co nie mogli być, to nie…

Zabieram się do pisania, a dużo tego nie będzie…

Pozdrawiam

Od maja pamiętnego roku minęło parę miesięcy, więc wybaczcie Bertrandowi luki w pamięci ale obiecuję, że będę się starałâ€Ś..

Piotrkowy napitek jak zwykle wszystkim smakował. I jak ro z dobrym trunkiem bywa szybko się skończył. Okazało się jednak, ze nie tylko ja coś miałem w plecaku. Czas szybko mijał w przyjacielskiej atmosferze. W końcu zebraliśmy się do drogi. Nie, żeby powrotnej. Postanowiliśmy pójść nad San. W tamtej okolicy trzeba mieć pecha, żeby idąc prosto nie trafić nad rzekę. Ruszyliśmy w kierunku wskazanym przez Stałego Bywalca. Przez łąkę, lekko pod górę. Taki sobie spacerek po trawie. Z daleka zza rzeki połyskiwała kopuła. Niestety, to już nie po naszej stronie…. Minęliśmy niewielkie wzniesienie i zeszliśmy w dół. Nie, nie do Sanu. Najpierw zatrzymaliśmy się w pewnej Rezydencji. Rezydencja była pusta i zamknięta. Jej plusem jest to, że ma taras. Zmęczeni wielkim wysiłkiem na jaki musieliśmy się zdobyć aby tu dotrzeć z bacówki zalegliśmy na rzeczonym tarasie. Okazało się tam, ze nasze plecaki są bez dna. Na stole pojawiło się szkło. W końcu poderwałem Towarzystwo do zejścia nad najpiękniejszą po Warcie rzekę w Polsce. Żartów nad rzeką było sporo ale jakoś nikt się nie odważył przejść na drugi brzeg. A wody w rzece niewiele było i po kamieniach dało by się. Nikt też się nie kąpał, a szkoda.. Liczyłem na Miss Mokrego T-shirta. Może następnym razem. Wróciliśmy do Rezydencji ale tylko na chwilę. Po burzliwej naradzie jednomyślnie postanowiliśmy wracać do naszych Rydwanów inną drogą. Podobno będzie mniej błota. I co się okazało? Stały Bywalec miał rację błota jest znacznie mniej. Idziemy przez las, ale już bez takiego entuzjazmu i humoru. Chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że wycieczka dobiega końca. Nie zdajemy sobie sprawy z jednego…

Od maja pamiętnego roku minęło parę miesięcy, więc wybaczcie Bertrandowi luki w pamięci.... Z daleka zza rzeki połyskiwała kopuła. Niestety, to już nie po naszej stronie…. Żartów nad rzeką było sporo ale jakoś nikt się nie odważył przejść na drugi brzeg. A wody w rzece niewiele było i po kamieniach dało by się...... Bardzo się cieszę Robercie:-D ....czytam z wielka ciekawością... i pozwolę sobie uzupełnić , jak najbardziej aktualnymi zdjęciami "kopuły połyskującej" (były jakieś wielkie uroczystości tam ), no i "wody było niewiele w rzece"

Wody nie wiele w Rzece
http://img825.imageshack.us/img825/2900/dsc3780.jpg

"połyskująca kopuła" i uroczystości wielkie były tam , piękne śpiewy było słychać
http://img594.imageshack.us/img594/6425/dsc3754c.jpg

Pozdrawiam i czekamy na cd.
ps. a próby przejścia rzeki do połowy , skończyły się przyjazdem sympatycznych Gości na kładzie;)

Nie zdajemy sobie sprawy z jednego… ... że przed nami...
Dochodzimy do potoku. Nawet most na nim jest, ale jakoś nikomu nie przypadł on do gustu. J Towarzystwo zaczęło się zastanawiać na tym jakby tu w miarę suchą nogą pokonać tę przeszkodę. Dosłownie wszyscy kombinowali jak konie pod górę. Wody w porywach 30 cm a ludziska się zastanawiali prawie jak by nad Amazonka stanęli. Postanowiłem dać przykład i szybko przeszedłem na drugą stronę wykorzystując wystające z wody kamienie. Nie zrobiłem tego żeby tylko dać przykład. Postanowiłem zdjąć wszystkich podczas przeprawy. Zaraz po mnie i po moich śladach przeprawiła się Renatka. Prawie jej się udało… Następnie wodę forsowała Kasia. Zrobiła to na wielkim luzie za to po najmniejszej linii oporu. Poszła w linii prostej. Za nią ruszyła para. On czule ją podtrzymywał nie tylko na duchu. Ona niewiele sobie robiła z wody wlewającej się jej do butów. Bardzo dostojnym krokiem przeszli na drugi brzeg. Nie zauważyłem kiedy ponumerowany Kolega znalazł się na drugim brzegu. Może Bieszczadzkie Anioły jakoś go przeniosły. Dwóch kolegów zostało z tamtej strony. Zaczęli chaszczować w górę potoku, jakby tam miał być most zwodzony albo inny jakiś prom…. Jeden z nich zaryzykował i po kamieniach jakoś przeszedł na właściwą stronę wody. Został tylko najbardziej utytułowany… Postanowił wszystkim nam zademonstrować, ze przejdzie na naszą stronę i kropla wody mu się do butów nie wleje. I wiecie co? Udało mu się. Usiadł dostojnie na ziemi, zdjął buty, ba zdjął też skarpety i przyszedł do nas. Niestety nikt z nas nie zadał sobie trudu, żeby poszukać pozostałości tartaku, które podobno tam się znajdują. Droga prawie pozbawiona błota doprowadziła nas do stokówki. Jeszcze kilkanaście minut marszu i jesteśmy przy wypale. Tam się żegnamy. My z Renatką i dwoma kolegami jedziemy do Mucznego. Tam zjadamy obiad a ja fotografuję Hiltona, którego powoli rozbiera nasz forumowy Kolega. Muszę tutaj zaznaczyć, że Ponumerowanemu jedzenie nie smakowało. Po obiedzie piwko i powrót. My z Renatką do Wołosatego. Po drodze dzwonimy do Poleja, który jutro ma się stawić w Wołosatem. Obiecuje, ze będzie. Cienko widzę jutrzejszy dzień patrząc na ołowiane chmury na niebie. …

Rano, tak kilka godzin po świcie obudził mnie hałas na głównej ulicy w Wołosatem. Przepraszam, ale nie pomnę jak ona się nazywa. To chyba Polej dotarł w Bieszczad tak sobie pomyślałem i przewróciłem się na drugi bok. Niech się rozpakują i trochę zdrzemną – to były moje ostatnie myśli i odpłynąłem. Kiedy się obudziłem słońca na niebie nie było, za to asfalt był mokry. Obudziłem Renatkę, zjedliśmy śniadanie i nasłuchiwaliśmy co się dzieje za płotem. W końcu usłyszałem ruch u sąsiadów. To Polej wyszedł przed dom. Nastąpiło gorące przywitanie. Polej przyjechał z siostrą i siostrzenicą. Po oględzinach ich kwatery stwierdziłem, że nasza jest o niebo lepsza niż ich. Stwierdzili, że przyjechali na kilka dni i wytrzymająâ€Ś Proponuję następujący wariant spędzenia dzisiejszego dnia. Jedziemy dwoma rydwanami do Nasicznego, tam jeden rydwan niech odpoczywa. Wsiadamy wszyscy do drugiego i jedziemy do Bereżek. Dalej już się pewno domyślacie: do schroniska w budowie, miejsce po wsi, cmentarz, i w końcu do rydwanu, który odpoczywa. O dziwo mój plan nie został zaaprobowany. Są zbyt zmęczeni całonocną podróżą. No i dobrze! Zapraszam ich do swojego rydwanu i jedziemy najpierw na północ. Zatrzymujemy się w metropoli i idziemy do miejsca w którym dnia następnego zbierze się Kwiat Internautów Miłośników Bieszczad. Lokal stoi pusty. Coś chyba wypiliśmy i pojechaliśmy dalej. Tak dla Waszej tylko wiadomości, przejechałem przez 4 miejscowości, minąłem ostry zakręt w prawo ( na którym jest ostatni zasięg polskiej /polskiej, bo opłacanej złotówkami – w tym sensie/ telefonii komórkowej i pojechałem dalej piękną drogą asfaltową poprzez łąki na które tylko konno wolno wchodzić. Minąłem nieistniejące obecnie wsie, aż bardzo powybijaną drogą dotarłem do parkingu z wiatą. Pomysł był taki, żeby drogą przy której stoją krzyże dojść na cmentarz. Na przedostatni cmentarz w tym rejonie Polski. Ze względu na pogodę i zmęczenie towarzystwa nie miałem zamiaru złożyć hołd Arystokratom. I tak pomału z nogi na nogę poszliśmy drogą przed siebie. Wspominałem, ze poprzedni tedy szliśmy z Dertym. Przy każdym krzyży był postój. Zatrzymywaliśmy się przy kwiatach na łące… Ot, taki sympatyczny spacer. Obgadaliśmy wielu s Was, zastanawialiśmy się jak wypadnie jutrzejszy wieczór. Zawsze w takich miejscach zastanawiam się jak wyglądało ono 100 lat wcześniej. Ile ludzi tu żyło, jak uprawiali ziemię? Wszechobecne w Bieszczadzie gryzonie i tutaj powodują zalewanie łąk. Tak oto rozmawiając i rozglądając się na boki zbliżamy się do cmentarza. Szkoda, ze nikt nie spojrzał w górę. A tam nad naszymi głowami ołów się zebrał.
Kiedy spadły na mnie pierwsze krople wody ruszyłem biegusiem przez łąkę. Renatka i reszta towarzystwa patrzyli na mnie zdziwieni. Ja natomiast galopowałem w nieznanym im kierunku. Ja wiedziałem dokąd biegnę. Wiedziałem, ze ona tam stoi, nie wiedziałem tylko, czy będzie ona gotowa przyjąć gości. Stała i czekała na nas, była otwarta. Wybiegłem na łąkę i zawołałem do reszty która zdziwiona mokła na drodze. Przyszli i weszli. Tam żałowaliśmy, ze nie mamy jakiejś kiełbasy ze sobą, bo moglibyśmy ja upiec w ogniu. Ten ogień to przesada, więcej było dymu niż ognia, ale nie ma dymu bez ognia. Tam przeczekaliśmy ulewę, a potem deszcz. Minuty, ba dziesiątki minut na rozmowie… Po pewnym czasie wyjrzałem na zewnątrz i stwierdziłem, że się przejaśniło. Po wygaszeniu ognia i zamknięciu drzwi poszliśmy jeszcze kawał drogi przed siebie. Na cmentarz. Nie jest to mój ulubiony w Bieszczadzie, ale swój klimat ma. Lubiłbym go bardziej gdyby nie te pociągi przejeżdżające nieopodal. Człowiek się zamyśli nad zwalonym nagrobkiem, a tu po uszach wali: toto, tak, toto, tak, to to tak. Czasem jeszcze zagwiżdże. Wielu z was się pewno zdziwi, ale bardziej podoba mi się ten kamień z wyrytym garnkiem niż ten ze zwierzęciem. Połaziliśmy, podumaliśmy i mając na uwadze kapryśną aurę postanowiliśmy wrócić na parking. Już trochę szybciej maszerowaliśmy niż w tamtą stronę. Niebo robiło się znowu coraz ciemniejsze. W końcu dotarliśmy na parking. Miałem jeszcze ochotę zaproponować wypad na dwa pobliskie cmentarze, ale nie odważyłem się nawet wyjść z tą propozycją. Wracaliśmy do cywilizacji. Nie żeby szybko, ale wracaliśmy. Minąłem dwie miejscowości, punkt widokowy, twierdzę ze strażnikiem i dojechałem do czego? Oczywiście do cmentarza. Za cmentarzem skręciłem w prawo. Minąłem dwie miejscowości i za rzeką skręciłem w stronę, dla odmiany cmentarza. Ale nie dojechałem do niego. Skręciłem w stronę nowego ośrodka. Tam podjechałem pod tymczasową Karcznę. Karczmarz, Karczmarka i Karczmarzątka się z nami serdecznie przywitali, nakarmili nas i napoili nawet. Pogadaliśmy chwilę znimi i nie zapominając o zapłacie opuściliśmy to gościnne miejsce. Przed samym wyjazdem obejrzałem wszystko i postanowiłem spędzić tam tydzień podczas urlopu. Wróciliśmy do Ustrzyk. Weszliśmy do miejsca gdzie miał się odbyć KIMB. A tam pełno znajomych. Ja nie wiem KIMB jutro, a oni doczekać się nie mogli. Młodzikom się nie dziwię ale byli tam i bardziej doświadczeni Bieszczadznicy. Siedzą przy stole i raczą się piwem. No to ja też się uraczyłem, a co nie mogę? Umówiłem się z częścią towarzystwa nza jutrzejszy dzień na małą wycieczkę i wróciliśmy z Polejem i jego rodzinką do Wołosatego. Wieczorem się rozpogodziło.
"Tam" jest zawsze więcej dymu niż ognia, trzebaż jakiegoś dobrego specjalisty od luftu !
Czy widział kto ognisko bez dymu? Nawet takie Bertrandowe. Dawaj dalej, bo, zdaje się, prawdziwy dym (u niektórych) będzie dopiero teraz.

"Tam" jest zawsze więcej dymu niż ognia, trzebaż jakiegoś dobrego specjalisty od luftu ! to fakt !! zwłaszcza jak pada...też kryłem się tam przed deszczem..i również kopciło okrutnie
hihi się uśmiałam czytając bertrandową i oczywiście czekam na ciąg dalszy...mam nadzieję że szybko nastąpi:)
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • brytfanna.keep.pl