bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Od Sanu do Czeremoszu, czyli: Przemyśl , Mościska, Sambor, Drohobycz, Ławoczne, Wołowiec, Kołczawa, przeł. Przysłop â Niemiecka Mokra â Ust Czorna â Jabłunica â stąd na grzbiet Świdowca przez Pidpulę â Trojaska â jez. Apszyniec â Geriszaska â Stoh â Drohobrat â Jasinie â Łazeszczyna â tunel kol. â Worochta â Ilcza â Zełene â Szybene â Żabie â Jasionów Wyżny â doliną Czeremoszu do Kut â Kosów â Kołomyja. Powrót koleją żelazną.
Skład ekipy: tradycyjny, rodzinny, czyli Michał i Wojciech Pysz.
Termin: 5 â 12 czerwca 2012 r. Termin wybrany taki, żeby nie padało, żeby było ciepło i ładne słoneczko do zdjęć.
Granicę polsko-ukraińską można przekroczyć na rowerze tylko w Medyce; z tytułowym Sanem żegnamy się więc w Przemyślu. Deszczyk siąpi od rana, optymistycznie pocieszamy się: dobrze, że dzisiaj nie leje. Na przejściu granicznym pustki. W Szeginiach nowy, jeszcze ciepły asfalt. Do Lwowa i dalej. My opuszczamy go już w Mościskach, bo mamy przecież jechać wzdłuż łuku Karpat. Czyli mamy już normalną, dziurawą drogę na południe. Jedziemy od rzeki do rzeki, więc inne rzeki też po drodze zliczamy. Przed Samborem mijamy Strwiąż, za Samborem Dniestr. Na razie nie ma słoneczka do zdjęć, ale przestaje padać.
Załącznik 28720
Załącznik 28721
Załącznik 28722
Załącznik 28723
Załącznik 28724Załącznik 28725
już mi się podoba... czekam na ciąg dalszy :)
W Samborze na rynku zjadamy drugie śniadanie. Patrząc na przechodzące dzieci, młodzież, osoby starsze oraz osoby w podeszłym wieku, dochodzimy do wniosku, że tutaj zabronione jest chyba poruszanie się bez telefonu. Posiadanie telefonu należy udokumentować przez głośną rozmowę lub słuchanie muzyki.
Załącznik 28729 . Załącznik 28731 . Załącznik 28730
Opuszczamy dolinę Dniestru i dalejże w kierunku doliny Stryja.
Po drodze Drohobycz. Na rynku wielki banner ze Stefanem Banderą. Rozmawiamy parę minut z napotkanym, miejscowym właścicielem sklepu obuwniczego i odzieżowego. Zauważa, że spoglądamy na Banderę. W trzech zdaniach tłumaczy nam: na Ukrainie są 24 obwody (województwa). W trzech z nich Bandera jest uznawany za bohatera, w siedmiu za bandytę. W pozostałych, nie wiedzą kto to był. On nie ma czasu się tym zajmować, bo musi dbać o zaopatrzenie sklepów. Właśnie wrócił z Łodzi z towarem.
Załącznik 28732
Przy wyjeździe z Drohobycza jakaś zrujnowana fabryka.
Załącznik 28733
Potem kilka niezauważonych wcześniej na mapie rzeczek, między którymi piętrzą się nieprzyjemne dla rowerzysty grzbiety. I mamy w końcu rzekę Stryj. Już nie siąpi, tylko zwyczajnie pada. Plan wycieczki zakładał dotarcie w każdych warunkach do doliny Stryja, potem dopuszczał lekkie wspomaganie koleją. Przed nami jeszcze kilkaset kilometrów, spróbujemy skorzystać ze wspomagania. Zawijamy na stację w wiosce Lubieńce. Z radością chronimy się w poczekalni pustego budynku stacyjnego.
Załącznik 28734
Załącznik 28735
Najbliższy pociąg w stronę łuku Karpat mamy za godzinę. Idziemy na chwilę do pani szefowej stacji. Mieszka i dowodzi ruchem na stacyjce w sąsiednim, małym budynku. Przejeżdża pociąg w drugą stronę, do Stryja. Pytamy, z którego peronu będzie odjeżdżał nasz pociąg. Pani nie wie jeszcze. Będzie to wiadome kilka minut przed przyjazdem. Zapowie przez głośniki. W ostatniej chwili okazuje się, że pociąg przyjedzie na ostatni peron. Taszczymy rowery przez kilka torów, po kamieniach przytorowych.
Załącznik 28736 Załącznik 28737 Załącznik 28738 Załącznik 28739
Na peronie jest nas dwóch. Pociąg zatrzymuje się. Wsiadam do wagonu, Michał wypycha mi na górę, do wagonu mój rower, ja go wyciągam. Sięga po swój rower, leżący na peronie. Maszynista zamyka drzwi i odjeżdża. Szukam hamulca bezpieczeństwa. Na ścianie wisi tabliczka z cena nieuzasadnionego użycia. Samego hamulca jednak nie ma. Trzeba by gdzieś wysiąść, bo mamy jechać do tego Czeremoszu razem. Najbliższą stację, Niżną Styniawę pociąg minął po ok. 1,5 km, zanim zdążyłem ochłonąć. Po kolejnych dwóch było Synowidne (Synowódzko), tutaj już przygotowałem się logistycznie do ewakuacji. W czasie 7 sekund, na które pociąg przystanął, poproszony pasażer pomógł mi spuścić na peron rower wraz z sakwami. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż od poziomu podłogi wagonu do poziomu peronu było około metra albo więcej.
W Synowidnem na przystanku jest tylko pusta, brudna, śmierdząca buda. Żadnej ławki. Szukam miejsca, mogącego posłużyć za ubikację, nie widzę. W pobliżu ze wszystkich stron domy. Węch podpowiada, gdzie robią to inni, ale jakoś nie potrafię naśladować. Dobrze, że choć jest dach, bo znów zaczyna lać. Telefonuję do Michała. Następny pociąg jest za godzinę. Pani naczelnik stacji w Lubieńcach zrobiła mu herbatę. Zauważyła od razu, że ktoś został na peronie i próbowała zatrzymać pociąg, ale maszynista ma swoje zasady â jak ruszy, to już nie staje. Obiecała powiadomić maszynistę następnego pociągu, że w Synowidnem będzie wsiadał człowiek z rowerem i ma zaczekać, aż w wagonie znajdzie się pasażer, rower i bagaż. Załoga tego pociągu była bardzo miła. Maszynista zaczekał a konduktor nie chciał przyjąć pieniędzy za przejazd ani przewóz roweru. Jakoś mu było wstyd za zachowanie kolegi z poprzedniego pociągu.
Załącznik 28740
I tak dojechaliśmy do Ławocznego. Ciemno, zimno, leje jak z cebra. Pytamy panią na stacji o możliwość noclegu w kimnatach widpoczinku. Już nie ma kimnat. A tu możemy zostać? Możecie. Pani otwiera nam służbowa toaletę. Proponuje kipiatok do zrobienia herbaty. Wprowadzamy do poczekalni rowery, zdejmujemy mokre buty i ubrania. Materacyki, śpiworki i jest prawie jak w hotelu.
Załącznik 28741
Załącznik 28742
fajnie sie zaczyna!!!! :-) czekam na ciag dalszy!
Widze ze nie tylko nam na Podlasiu dolewalo.. czerwiec mowili, slonce i trudne do wytrzymania upaly...
Po drodze Drohobycz. Na rynku wielki banner ze Stefanem Banderą. Rozmawiamy parę minut z napotkanym, miejscowym właścicielem sklepu obuwniczego i odzieżowego. Zauważa, że spoglądamy na Banderę. W trzech zdaniach tłumaczy nam: na Ukrainie są 24 obwody (województwa). W trzech z nich Bandera jest uznawany za bohatera, w siedmiu za bandytę. W pozostałych, nie wiedzą kto to był. On nie ma czasu się tym zajmować, bo musi dbać o zaopatrzenie sklepów. Właśnie wrócił z Łodzi z towarem.
Dobre podsumowanie :-)
Pytamy, z którego peronu będzie odjeżdżał nasz pociąg. Pani nie wie jeszcze. Będzie to wiadome kilka minut przed przyjazdem. Zapowie przez głośniki. W ostatniej chwili okazuje się, że pociąg przyjedzie na ostatni peron. zupelnie jak we Wrocławiu ;)
Rano mamy jechać na przełącz Beskid w głównym grzbiecie Karpat. Przed godziną 4 powinniśmy się stąd ruszyć, bo wtedy odjeżdża stąd pierwszy pociąg do Mukaczewa a leżymy obok okienka kasy biletowej. Rano znowu leje, jedziemy więc tym pociągiem do Wołowca. W Wołowcu na stacji duży ruch. Na peronie mnóstwo ludzi z koszami, pudłami i bańkami truskawek, przywiezionych z Mukaczewa â tutejsze jeszcze nie dojrzewają.
Załącznik 28743
Załącznik 28744
Czekamy z wyruszeniem w trasę, aż przestanie lać. W końcu ma być tydzień pięknej pogody, więc za chwilę przestanie, jeszcze tę godzinkę można przeczekać. Śpimy sobie na ławkach. Około siódmej przestało lać i tylko tak sobie kropiło. Ruszamy. Dzisiaj czeka nas kilka dolin pomniejszych rzek oraz trzy przełęcze. Droga cały czas przebiegać będzie granicą między jakimiś pasmami górskimi: po lewej Bieszczady Wschodnie, potem Gorgany, po prawej Borżawa, potem Krasna. Celem jest Ust Czorna, czyli przed nami jakieś 130 km. Jedziemy nie spiesząc się ale i nie przystając na dłużej. Pogoda jest małofotograficzna. Jedna przełęcz 700-z-hakiem, Miżgiria, przełęcz 900-z-hakiem, Synewir, Negrowiec, w końcu Kołczawa.
Załącznik 28745
Tutejsza mapa pokazuje, że od Kołczawy mamy do Niemieckiej Mokrej ok. 13 km szeroką drogą. Potem tylko 10 km w dół, przez Ruską Mokrą do Ust Czornej. W Kołaczewie kulbaczymy więc pojazdy przy barze, pijemy powoli kawkę, zagryzamy ciasteczkami z marmoladą, potem oglądamy miejscowe zabudowania i pomniki. Pogoda nadal lekko barowa.
Załącznik 28746
Załącznik 28747
Załącznik 28748
A oto ta mapka, według której za 1,5 godziny będziemy na miejscu.
Załącznik 28749
Asfaltowa droga z Kołczawy do Niemieckiej Mokrej szybko straciła asfalt i zamieniła sie w błotko i koryto potoku.
Załącznik 28753
Załącznik 28751
Załącznik 28752
Potem stanęła dęba...
Załącznik 28756
Aż w końcu, pokonując ok. 8 km w ponad dwie godziny stanęliśmy na przełęczy Przysłop między Strimbą w Gorganach a Krasną (926m).
Lekko nie było, ale teraz już będzie tylko w dół.
Załącznik 28754
Załącznik 28755
Wprawdzie przepowiednia z mapy, że będzie droga, nie sprawdziła się, ale za to nieco wcześniej znaleźliśmy się w prawie prawdziwych górach.
Z przełęczy schodziły na dół dwie drogi. Wybraliśmy mniej błotnistą. Błotnistość mniejsza nie trwała jednak długo.
Załącznik 28760 Załącznik 28759 Załącznik 28757 Załącznik 28758 Załącznik 28761
Wprawdzie przepowiednia z mapy, że będzie droga, nie sprawdziła się, ale za to nieco wcześniej znaleźliśmy się w prawie prawdziwych górach.
Z przełęczy schodziły na dół dwie drogi. Wybraliśmy mniej błotnistą. Błotnistość mniejsza nie trwała jednak długo. Wspaniała "robota" ...Podziwiam i zazdroszczę ,mimo błota.:)
W pewnym miejscu nie dało się już iść lewą strona potoku. Podwineliśmy spodnie, przenieśliśmy przez wode sakwy, potem przeprowadziliśmy rowery, potem montaż sakw i w drogę. Przeprawa była nieco emocjonująca, nurt potoku próbował przewrócić człowieka. A my, lekko drżąc z zimna, na pamiątkę dzielnie robiliśmy sobie zdjęcia.
Załącznik 28765
Załącznik 28762
Załącznik 28763
Załącznik 28764
Gdy się okazało, że przejść przez potok będzie jeszcze kilka, ani nie podwijaliśmy nogawek, ani nie zdejmowaliśmy sakw a po trzecim przejściu przestaliśmy nawet robić zdjęcia.
Załącznik 28766
Załącznik 28767
Gdy się okazało, że przejść przez potok będzie jeszcze kilka, ani nie podwijaliśmy nogawek, ani nie zdejmowaliśmy sakw a po trzecim przejściu przestaliśmy nawet robić zdjęcia. Skąd ja to znam ?
Cudowna opowieść, aż mi zal że akurat wyjeżdżam ale po powrocie wszystko sobie przeczytam
Orzesz, w mordę! Gruzawiki pokonujące Czeremosze to pikuś w porównaniu z tym, co Wy wyrabiacie! Czy to prawda, że wybieracie się rowerami na El Caminito del Rey? ;)
W końcu dotarliśmy do ujścia naszego potoczku do Mokranki w Niemieckiej Mokrej. Na pożegnanie umyliśmy sobie w nim nogi i buty.
Niecałe 4 kilometry w dół z przełęczy zajęły nam ponad 2 godziny.
Odtąd pojawiła się już prawdziwa droga i z radością omijamy ogromne dziury, zamiast brodzić w potoku. Tym razem 10 km pokonaliśmy w niecałe pół godziny. Turbaza jest od dawna nieczynna. Będziemy spać w domku stojącym najbliżej od niej. Przestało padać. Zapowiada się piękna pogoda na jutro.
Załącznik 28771
Załącznik 28768
Załącznik 28770
Załącznik 28772
Załącznik 28769
Rewelacja - jedyne co mogę teraz zrobić to pogratulować takiego wypadu i być myśli że te przejścia przez rzekę nie okażą się w skutkach późniejszym przeziębieniem ;)
Czytając relację aż samo się prosi o założenie plecaka i wyruszenie w drogę :)
Aż czuć zapach karpackiego błotka!
Bardzo ciekawa relacja.
Trzeci dzień. Rankiem idziemy zwiedzić turbazę.
Załącznik 28773
Nie jest prawdą, że nawet pies z kulawą nogą tu nie zagląda:) Z tarasu turbazy roztacza się ładny widok na wieś. Przed wyjazdem smarujemy łańcuchy, ładnie wczoraj wypłukane. Przy wyjściu z terenu turbazy żegna nas radosny radziecki turysta. Przy wyjeździe z wioski żegna nas radosny ukraiński leśnik. Leśnik jest wielki, ale z malutką piłą motorową.
Załącznik 28779 Załącznik 28777 Załącznik 28776 Załącznik 28774 Załącznik 28775
Opuszczamy Ust Czorną, jadąc dolina potoku Huk w kierunku wsi Łopuchiw.
Załącznik 28778
Pozdrowienia dla wodnych rowerowników
Załącznik 28785 Załącznik 28780 Załącznik 28783 Załącznik 28782 Załącznik 28781
Z drogi na Łopuchiw skręcamy w dolinę potoku Jabłunica, w której leży wieś o tej samej nazwie. Ostatni przystanek przy opuszczonym domostwie nad wsią. Nareszcie ładna pogoda. Jeszcze chwila, a znajdziemy się na pięknych, równych ścieżkach połonin Świdowca, z pięknymi widokami na wszystkie strony świata.
Załącznik 28784
Podchodzimy z doliny na grzbiet. Czasownik "podchodzimy" nie jest pomyłką. Będzie tego prawie 800 m w górę na niezbyt długim odcinku. Rowery po prosty trzeba pchać. Droga jest jednak dość komfortowa, nic nią nie płynie. Drugie śniadanie przy wiacie i źródełku. Po drodze widzimy tablicę przybitą do drzewa, która informuje, że za zerwanie gencjany żółtej (lokalnie: dżindżur) grozi kara 100 hr od sztuki. Przy drodze mijamy dwa świdowieckie krzyże. I już pierwsza połonina i pierwszy widok na górę Świdowa a na niej amerykański domek. Tak to jest opisane na mapie Compassu. Czy ktoś wie, co to jest ten domek?
Załącznik 28794 Załącznik 28789 Załącznik 28788 Załącznik 28792 Załącznik 28793
Po wyjściu na grzbiet w pobliżu szczytu 1423 (między Świdową a Torgowicą) okazuje zauważamy na zbliżające się ku nam chmurki. Pewnie za chwile się rozwieją.
Załącznik 28791http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Wychodzimy pod górę Berlaska, a chmurki nie chcą się rozwiać. Gdzieś poniżej grzbietu słychać dzwoneczki a w naszym kierunku zbliża się owczarek i coś do nas szczeka. Potem drugi. Gdy już ich było siedem, otoczyły nas półkolem, zaganiając w stronę dzwoneczków. Zasłaniamy się na wszelki wypadek rowerami i czekamy, aż im się znudzi szczekanie. Oprócz szczekania nie robią nam nic złego, ale bardzo przyjemne to nie jest. O wyciągnięciu aparatu jakoś nikt nie pomyślał.
Załącznik 28798
40 minut później, na grzbiecie Szasa. Chmurek zrobiło się jakby więcej.
Załącznik 28797
Kolejne miejsce wygląda podobnie, ale to jest zupełnie inne miejsce. Jesteśmy już na czerwonym szlaku na grzbiecie głównym.
Załącznik 28796
To też jest zupełnie inne miejsce. Jesteśmy pod Trojaską nad jeziorkiem Apszyniec, gdzie planowany jest nocleg. Odkładamy rowery i próbujemy znaleźć jeziorko.
Załącznik 28795
... widok na górę Świdowa a na niej amerykański domek. Tak to jest opisane na mapie Compassu. Czy ktoś wie, co to jest ten domek?... Pewien zakochany w Ukraińskiej Dziewczynie Amerykanin wybudował jej dom.
Chyba spodobało wam się wypychanie rowerów pod górę. W tamtym roku Równa, teraz Świdowiec.
Chyba spodobało wam się wypychanie rowerów pod górę. Nie, bardzo nam się nie podoba wpychanie rowerów pod górę. To jest jednak cena za tę całą przyjemniejszą część.
Jak wiadomo, każde przedsięwzięcie składa się z plusów dodatnich i plusów ujemnych (cyt. za pewnym prezydentem). Podróżowanie rowerem na trasach do kilkuset kilometrów to największa wolność. Wyjeżdżam z domu i jadę. Nie potrzebuję szczególnie dobrej drogi, przez rzekę może być byle jaki most albo może go nie być wcale. Nie martwię się, gdzie zostawić samochód albo, że muszę wydać 2 złote dziennie na parking. Przy dobrej drodze mam zasięg dzienny do 200 km, więc rejony mniej ciekawe lub te, które znam, mogę szybko przeskoczyć. Jadąc w terenie ciekawym mam niemal taki kontakt z otoczeniem, jak wędrowiec pieszy â wszystko widzę, wszystko słyszę. No, może prawie wszystko, bo jestem już trochę ślepy i głuchy:)
Mogę â podobnie jak pieszy â stanąć przy sklepie, przy płocie, zrobić zdjęcie, powiedzieć âździeń dobryâ, porozmawiać z tutejszym lub nietutejszym człowiekiem. To były te plusy dodatnie. A są też dwa albo trzy plusy ujemne â między innymi pchanie roweru pod większe góry.
PrzePyszna opowieść!! Z niecierpliwością czekam na jej dalszy ciąg. Pozdrawiam:smile:
Nie, bardzo nam się nie podoba wpychanie rowerów pod górę. To jest jednak cena za tę całą przyjemniejszą część.
Jak wiadomo, każde przedsięwzięcie składa się z plusów dodatnich i plusów ujemnych (cyt. za pewnym prezydentem). Podróżowanie rowerem na trasach do kilkuset kilometrów to największa wolność. Wyjeżdżam z domu i jadę. Nie potrzebuję szczególnie dobrej drogi, przez rzekę może być byle jaki most albo może go nie być wcale. Nie martwię się, gdzie zostawić samochód albo, że muszę wydać 2 złote dziennie na parking. Przy dobrej drodze mam zasięg dzienny do 200 km, więc rejony mniej ciekawe lub te, które znam, mogę szybko przeskoczyć. Jadąc w terenie ciekawym mam niemal taki kontakt z otoczeniem, jak wędrowiec pieszy â wszystko widzę, wszystko słyszę. No, może prawie wszystko, bo jestem już trochę ślepy i głuchy:)
Mogę â podobnie jak pieszy â stanąć przy sklepie, przy płocie, zrobić zdjęcie, powiedzieć âździeń dobryâ, porozmawiać z tutejszym lub nietutejszym człowiekiem. To były te plusy dodatnie. A są też dwa albo trzy plusy ujemne â między innymi pchanie roweru pod większe góry.
Idealnie ująłeś to co sam myślę o rowerach. Ładnych parę lat temu wędrowałem tylko w ten sposób. Potem przerzuciłem się na piesze, ale teraz znowu coraz bardziej ciągnie mnie na rower. Może już w tym sezonie się coś uda.
Jak wspomniałem, nocleg planowany był pod Trojaską nad jeziorkiem Apszyniec. Rowery poległy na grzbiecie a my szukamy jeziorka. Po kilkudziesięciu krokach na północ pojawił się płat śniegu, ostro schodzący w dół. Dokąd â nie było widać. Na mapie w tym miejscu jest krecha z ząbkami, opisana w legendzie jakoâ ścianka skalnaâ lub âźurwiskoâ. Czyli w dół po płacie na wszelki wypadek nie idziemy. No to spacer wzdłuż krawędzi płatu â z żadnej strony nie widać końca.
Załącznik 28806
Zostajemy więc nad płatem i szukamy płaskiego miejsca. Jak najdalej od grzbietu, żeby nie wiało, czyli jak najbliżej od płatu. Coś tam się znalazło. Takie akurat na jeden namiot. Nie całkiem płaskie, ale pochylenie było do wytrzymania. Teraz trzeba znaleźć jakąś wodę. W najgorszym razie natopimy ze śniegu. Tylko ten śnieg brudny i twardy, jak lód.
Załącznik 28807
W pewnym momencie wiatr mocniej dmuchnął i na kilka sekund zrobiła się dobra widoczność w dół. Dobra â czyli było widać na 100 â 200 m. Za mało, żeby zobaczyć jeziorko ale wystarczająco, aby dostrzec zwężenie płatu i nitkę strumyka pod nim. Mamy gotową wodę! Po chwili zafurkotał prymusik.
Załącznik 28808
Namiocik mamy malutki. Na noc wszystkie bagaże zostają w sakwach. Sakwy mają najlepsza wodoodporność, jeśli stoją pionowo. Zazwyczaj w miejscu biwaku jest jakieś drzewo albo inny punkt podparcia. Tutaj nie ma. Przytulamy więc rowery do siebie i za pomocą odciągów ze sznurka i dwóch śledzi od namiotu ustawiamy w pionie. Nurkujemy do namiotu, choć jeszcze wcześnie, bo zaczyna padać.
Załącznik 28809
Czwarty dzień. Budzik zadzwonił jak zwykle o piątej ale nie ma po co wstawać, bo leje. Przestaje koło ósmej. Szybkie pakowanie, mokry namiot do wora, herbatkę i śniadanko odkładamy na później. Jesteśmy na wysokości ok 1630 m, następna górka, Geriszaska (1762) jest odległa w poziomie o jakieś pół kilometra a w pionie o 130m. Na szczęście jest ścieżeczka, trawersująca szczyt.
Załącznik 28820
Pod samym szczytem rowerki zostają na ścieżce a my jesteśmy teraz turystami pieszymi i idziemy na Geriszaskę.
Załącznik 28821
Widok na Gorgany spod góry Worożeska. Takich widoków mamy najwięcej:)
Załącznik 28824
Przed górką Karczunieska spotykamy dwóch wędrowców z Polski. Wyglądają na nieco zdziwionych widokiem rowerów tutaj, i żeby im w domu uwierzyli, robią wspólne zdjęcia. Byli to jedyni ludzie, których spotkaliśmy w górach.
Załącznik 28822 Załącznik 28823
Docieramy na Stoh. Tak kończy się nasz odcinek grzbietowy. Planowaliśmy ewentualną jazdę w kierunku Bliźnicy, ale i tak wszystkie górki i grzbiety wyglądają dzisiaj jednakowo, więc rezygnujemy.
Załącznik 28839
Po zjechaniu kilkuset metrów ze szczytu Stoha coś zaczyna być widać.
Załącznik 28849
Po zjechaniu dwóch kilometrów widać przez mgłę zabudowania Dragobratu.
Załącznik 28850
Po zjechaniu w dolinę potoku Świdowiec, widać już wszystko.
Załącznik 28847
Ciepło, sucho. Opóźnione śniadanie i plan dalszej trasy.
Załącznik 28848
Zjeżdżamy do miasteczka Jasinia.
Załącznik 28857
Kwaterujemy się w turbazie ĐдоНьвойŃ. Pani administrator ma wątpliwości, czy nasze rowery można przechować w magazynku. Gościnność przeważa szalę, prosi tylko, żeby je wnieść a nie wprowadzać. Suszymy ubranie, buty, namiot.
Załącznik 28853 Załącznik 28855 Załącznik 28858 Załącznik 28852http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Fajowa relacja. Widzę że macie namiot Quechua Ultralight Pro o którego zakupie sam myślę. Wiem że mały i lekki ale czy warto?
Widzę że macie namiot Quechua Ultralight Pro o którego zakupie sam myślę. Wiem że mały i lekki ale czy warto? Jest to dokładnie Quechua T2 Ultralight Pro. Nominalnie miał ważyć 2 kg, a realnie waży z masztami i śledziami 1,87 kg. Po spakowaniu tworzy rulonik o długości 40 cm i średnicy 14 cm. W większym plecaku można go nosić nawet wewnątrz. Kupiłem go ze względu na lekkość i maleńkość. Kosztował niewiele ponad 400 zł a lekkie, dwupowłokowe namioty konkurencji dwa razy więcej. Jedna osoba mieści się ze wszelkim bagażem. Dwie osoby o wzroście ok. 180 cm i nieszczególnie grube śpią w nim wygodnie, ale większe plecaki już się nie zmieszczą. W przedsionku można postawić co najwyżej buty i drobiazgi. Nie przemaka. Na przeciętne wiatry odporny, na mocnych nie testowany, bo się zawsze gdzieś chowałem przed wiatrem. Po niewielkim treningu może go rozbić jedna osoba w niedługim czasie. Do prowadzenia życia towarzyskiego - innego, niż na leżąco - się nie nadaje. Wewnętrzna powłoka po rozbiciu nie jest naprężona, tak sobie luźno zwisa, szczególnie w nogach, sprawiając wrażenie czegoś zepsutego, ale nie przeszkadza to w spaniu. Podłoga wygląda na delikatną, na wszelki wypadek kładę pod nią folię. A tu trochę większe zdjęcia:
Załącznik 28859
Załącznik 28860
Wracam do sprawozdania z wędrówki.
Zjeżdżając do Jasiny znaleźliśmy się w dolinie kolejnej zakarpackiej rzeki â Czarnej Cisy. My za chwilę jednak opuszczamy i Cisę i Zakarpacie. Parę minut po szóstej jesteśmy spakowani do wyjazdu ale wstrzymuje na deszcz. Z nudów oglądam rower i zauważam, że jedna ze szprych zwisa luzem. Złośliwie jest to tylne koło i od strony kasety (czyli tych kółek zębatych z łańcuchem i przerzutką). Aby szprychę zmienić, trzeba zdjąć koło, odkręcić kasetę i tarczę hamulcową. Operacja udaje się a w tym czasie przestaje padać i pojawia się słoneczko. Piątego dnia po raz pierwszy wyruszamy na sucho! Żegnamy się z turbazą ĐдоНьвойŃ, ostanie spojrzenia na Zakarpacie.
Załącznik 28867 Załącznik 28868 Załącznik 28865 Załącznik 28866 Załącznik 28869
Klasyczna droga z Zakarpacia na "przedkarpacie" prowadzi przez przełęcz Jabłonicką i Tatarów. My wybieramy drogę przez Łazeszczynę i Woronienko do Worochty, przebiegającą przez nienazwana przełęcz (879 m) z tunelem kolejowym. Jedziemy w górę potoczku Zimir. Słoneczko wprawdzie świeci, ale błotko z ostatnich dni pozostało. Wkrótce z błotkiem mamy spokój, bo przy zawalonym moście droga, jako oddzielny byt, kończy się i dalej mamy tylko potok. Owcza ścieżka od potoku w górę doprowadza nas do ogrodzenia z przełazem. Obok przełazu stoi tablica, informująca we wszystkich językach, czyli ukraińskim i rosyjskim, że do tej zony jest wstęp wzbroniony. Tablica jednak wygląda na bardzo starą a na ścieżce widać ślady, że ktoś tędy chodzi. Konstrukcja przełazu wygląda też zachęcająco. Zwyczajowo w Czarnohorze takie bariery mają za zadanie uniemożliwienie przejścia krowom i owcom a człowiek może sobie odsunąć drągi, przejść lub przejechać a potem koniecznie zasunąć. Tak też robimy. Zresztą nie mamy wyjścia, nigdzie obok nie da się przejść.
Załącznik 28875 Załącznik 28872 Załącznik 28877 Załącznik 28876 Załącznik 28873
Ukraińskie tunele są strzeżone. Na terenach zamieszkałych są to jednak małe budki wartownicze, najczęściej puste (chyba, że Henio do którejś wejdzie zrobić sobie zdjęcie). Tutaj jest prawdziwa, przedwojenna, murowana, piętrowa strażnica. Skoro już wleźliśmy, idziemy bez skradania się w kierunku strażnicy. Pierwszy zauważa nas koń, ale nic nie mówi, potem pies. Gdy zaczyna głośno szczekać, z budynku wychodzi umundurowany wartownik z bronią, potem drugi, umundurowany częściowo, bez broni. Chowamy aparaty, żeby nie wyjść na szpiegów. Pytają nas, czego tu szukamy. Mówimy, że jedziemy do Worochty. A dlaczego tędy? Bo na mapie jest tutaj droga. Nie wspominamy, że to mapa sztabu generalnego z napisem ŃокŃĐľŃнП. Bez dalszych pytań pokazują nam kierunek, w którym należy się udać, by dotrzeć do Worochty. I nie jest to kierunek, w którym miała biec droga z mapy. Wygląda na to, że z powodu nieużywania droga z mapy zanikła. Cały teren wokół tunelu otoczony jest ogrodzeniem z drutu kolczastego. Pytamy się strażników, czy tam w górze będziemy mogli przejść przez to ogrodzenie. Potwierdzają, że tak. Tym razem konstrukcja przejścia jest odmienna â cztery druty kolczaste przywiązane są do palika, który można było wraz drutami odsunąć. A po przejściu oczywiście umieścić na swoim miejscu. Do końca strażnik z dołu patrzy w naszym kierunku. I tak opuszczamy teren gościnnej strażnicy.
Załącznik 28874 Załącznik 28870 Załącznik 28878 Załącznik 28871
Z Przełęczy nad tunelem widzimy po raz ostatni Świdowiec. Bliźnica jeszcze w chmurach ale na niższych górkach już jasno. Przy zjeździe jeszcze klika "cywilnych" przełazów. Dojeżdżamy do drugiego końca tunelu, tutaj już nikt nie pilnuje. Spokojnie robimy zdjęcia.
Załącznik 28886 Załącznik 28882 Załącznik 28884 Załącznik 28883 Załącznik 28885
Drugi koniec tunelu leży w wiosce Woronienko, jest tu też przystanek kolejowy (1 zdjęcie poniżej). Poniżej przystanku piękny wiadukt (nie ten, który jest widoczny z drogi w Worochcie), dodatkowo - czynny i w dobrym stanie. Na trzecim zdjęciu widać trzy mosty nad Prutem: drogowy, stary (nieczynny) kolejowy i nowy kolejowy. Osiągnęliśmy dolinę kolejnej, dużej rzeki. Zjeżdżamy do Worochty.
Załącznik 28890 Załącznik 28889 Załącznik 28888 Załącznik 28891 Załącznik 28892http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Do centrum Worochty nie wjeżdżamy, nasz kierunek to dolina Czeremoszu. Na pierwszym zdjęciu przełęcz wododziałowa między Prutem a Czeremoszem. Na drugim skrzyżowanie w Ilczy a na trzecim już Czarny Czeremosz.
Załącznik 28898 Załącznik 28899 Załącznik 28895
Nad Czeremoszem spotykamy ciekawe boisko do piłki nożnej, jakby mniej poziome od pozostałych. Teraz ok. 25 km w górę rzeki do Szybenego.
Załącznik 28893 Załącznik 28894 Załącznik 28896 Załącznik 28897
Wojtku, szacun wielki szacun. Jesteście niesamowici. W 7 dni tyle miejsc, które są mi tak bardzo bliskie. Też zaczynam mysleć o tym żeby zamienić samochód na rower.
W 7 dni tyle miejsc, które są mi tak bardzo bliskie. Miejsca, przez które jechaliśmy, też uważamy za bliskie. Ta relacja, to jakieś okruchy wrażeń, i tak pewnie już jest za długa. Ale pisząc ją, odbywałem tę wędrówkę po raz trzeci (pierwszy raz było palcem po mapie przy planowaniu, drugi raz w "realu").
No to powoli czas kończyć. Kończy się piąty dzień. Na strażnicy w Szybenem pan żołnierz pyta, skąd jedziemy i jaka jest nasza marszruta. Jakoś nie trafia do niego, że chcemy dzisiaj po prostu przespać się w Szybenem. Kontaktuje się z dowódcą. Protestuje, gdy widzi aparat fotograficzny, bo to obiekt wojskowy. Przychodzi pan dowódca, załapuje, że nie chcemy się przedzierać przez granicę, tylko zanocować we wsi. Pomaga - w porozumieniu ze sprzedawczynią z pobliskiego sklepu - trafić na jakiś nocleg. Dostajemy skierowanie do Marii Wasylewny Filipczuk, do której się udajemy.
Załącznik 28902
Załącznik 28901
Załącznik 28900
Przejechaliśmy od Sanu do Czeremoszu - można będzie używać tytułowej nazwy wycieczki. Z małym "ale" - to dopiero Czarny Czeremosz, jest jeszcze Biały! Dzisiaj ten Biały jest w planie. W nocy była burza. Pobudka - jak zwykle o 5:00, o 5:15 sprawdzam, co tam słychać i widać na świecie. Nie pada. Nad dolina unoszą się mgły. Gór nie widać.
Załącznik 28909
Na śniadanko ostatnia mielonka z Polski i miejscowy serek-warkoczyk. Podczas śniadania zaczyna ostro padać. Powracamy na łózka i czekamy, aż przestanie. Łóżka są tu dziwnie wysokie, od podłogi do powierzchni sypialnej jest ok. 1 metra! Słyszymy, że w sąsiednim pomieszczeniu ktoś chrząka - to jedzą śniadanie dwie sympatyczne świnki.
Koło ósmej przestało padać., Po co my tak wcześnie wstawaliśmy. Szukamy teraz tzw. drogi Mackensena, biegnącej z Szybenego przez Watonarkę do Hryniawy. Już ją widzimy po drugiej stronie rzeki, na zboczu, opadającym z grzbietu Gór Hryniawskich ku dolinie Czarnego Czeremoszu. Po nocnej ulewie rwie nią potok. Teraz trzeba przejść przez rzekę. Wody jest po pas, nie będziemy z rana nurkować. Jest mostek. Po dojściu do niego okazuje się, że pośrodku ma trzymetrową nieciągłość. Nie widać tego z drogi, na zdjęciu też nie widać, trzeba wejść na mostek, by zobaczyć. Uznajemy to za znak, że Biały Czeremosz trzeba w tym roku odpuścić.
Załącznik 28914 Załącznik 28912 Załącznik 28913 Załącznik 28910 Załącznik 28911
W pewnym miejscu nie dało się już iść lewą strona potoku. Podwineliśmy spodnie, przenieśliśmy przez wode sakwy, potem przeprowadziliśmy rowery, potem montaż sakw i w drogę. Przeprawa była nieco emocjonująca, nurt potoku próbował przewrócić człowieka. A my, lekko drżąc z zimna, na pamiątkę dzielnie robiliśmy sobie zdjęcia.
Załącznik 28764
Gdy się okazało, że przejść przez potok będzie jeszcze kilka, ani nie podwijaliśmy nogawek, ani nie zdejmowaliśmy sakw a po trzecim przejściu przestaliśmy nawet robić zdjęcia.
(...)
Załącznik 28767 Ty to chyba lubisz, niezależnie na czym się przemieszczasz.
Załącznik 28915Załącznik 28916
Szacunek.
Super. ... odkąd asfalt się skończył ;)
Ty to chyba lubisz, niezależnie na czym się przemieszczasz. Jak żeś mnie gdzieś wyciągnął w jakieś dzikie, obce góry, to co mi pozostało?
Kończymy powoli nasza podróż. Z powodu "odpuszczenia" przejazdu w poprzek gór Hryniawskich, wracamy do Żabiego po śladach. I dalej wzdłuż Czarnego Czeremoszu docieramy do Wyżnego Jasionowa, gdzie odbywa się festiwal "ППНПнинŃько ĐŃŃĐź-2012" (http://www.youtube.com/watch?v=IgrQu...feature=relmfu). W festiwalu nie bierzemy udziału. W wiosce Uścieryki do Czarnego Czeremoszu dołączył Biały i odtąd długo, długo zjeżdżamy "pełnym" Czeremoszem. Ostatni nocleg we wsi Stare Kuty.
Załącznik 28920 Załącznik 28919 Załącznik 28917 Załącznik 28923 Załącznik 28918
Od samego początku, w naszych planach, po osiągnięciu Czeremoszu był powrót nad Prut i to dokładnie w tym miejscu.
Dla nieznających tych dziwnych literek: na białej tablicy - Kołomyja, na niebieskiej - rz. Prut.
Dlaczego Kołomyja była istotnym miejscem w naszej wędrówce, to już jutro, w ostatnim odcinku.
Załącznik 28921http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Tuż po przybyciu do Kołomyi jedziemy wprost na ulicę Czechowa 3 (dawniej Poniatowskiego). W domu, przed którym stoi Michał, mieszkał przed wojną jego dziadek a wcześniej pradziadek. Znany jest nam dobrze ze zdjęć i opowiadań, ale widzimy go w naturze po raz pierwszy. Nie znamy jego powojennych dziejów, nie wiemy też, kto obecnie w nim mieszka.
Załącznik 28939
W każdym mieście trzeba zobaczyć rynek. Kołomyjski Rynek jest nietypowy. Sklada sie z kilku polączonych prostokątów a ratusz nie stoi na środku, tylko w narożniku.
Załącznik 28937
Dawniej do miasta przyjeżdżało mnóstwo mieszkańców okolicznych wsi, głównie Hucułów, z produktami rolnymi.
Załącznik 28935
Na Rynku podszedł do nas ktoś, przywitał się i zapytał - na wszelki wypadek po angielsku - From where are you? Gdy usłyszał from Poland, szybko zmienił język na polski i tak już pozostało. Aleksander jest Polakiem, mieszka tu od urodzenia i nie wiadomo dlaczego nie może uzyskać karty Polaka. Oprowadzil nas po mieście, m.in. po starym, polskim cmentarzu. Zdjęcie przy pomniku Mickiewicza.
Załącznik 28936
I czas kończyć naszą podróż. Dworzec kolejowy w Kołomyi. Stąd spróbujemy dojechać czymś w okolice Polski.
Załącznik 28938
Szkoda że koniec, dzięki wam przynajmniej na chwilkę "wróciłem" w tamte strony. I szkoda ze koniec bo i pogoda jaby lepsza się zrobiła. Jeszcze raz wielki SZACUN !!!
Byłam w Kołomyi kilka razy. Niue mam z tym miastem żadnych związków rodzinnych, ale czułam się tam zupełnie swojsko. Miasto, a w szczególności jego Rynek przypominało mi Bochnię (z okolic której pochodzi moja rodzina). Z ciekawych zabytków - bardzo ładna i cenna jest huculska cerkiew przy dworcu autobusowym, kiedyś udało mi się zwiedzić jej wnętrze. A kiedyś, przy innej okazji spałam w hotelu tuż obok dworca autobusowego. Klimat taki jaki lubi Buba ;)
Wojtku - Twój rodzinny dom jest bardzo ładny. Czy udało się Wam nawiązać jakiś kontakt z jego obecnymi mieszkańcami ?
Ja jestem ciekawa kto mieszkał 80 lat temu w mieszkaniu gdzie ja mieszkam obecnie, ale pewnie nigdy się nie dowiem.
. A kiedyś, przy innej okazji spałam w hotelu tuż obok dworca autobusowego. Klimat taki jaki lubi Buba ;) Wlasnie jak mowa o Kołomyi to chcialam napisac ze spalam dwukrotnie w tym hotelu i mi sie bardzo tam podobalo! :-D Zwlaszcza te stare drewniane toaletki ze skladanymi lustrami przefajne! A tu BaziaZ mnie ubiegla :-)
Jak sie bywa w Kołomyi upalnym latem to warto sie tez wybrac nad Prut kolo mostu i sie wykapac. Bardzo mila rzeka, taka rozlana szeroko po kamykach w tym miejscu. Ale sa tez glebsze miejsca ze i poplywac mozna
Ja jestem ciekawa kto mieszkał 80 lat temu w mieszkaniu gdzie ja mieszkam obecnie, ale pewnie nigdy się nie dowiem. Moze przyjechali kiedys, postali pod domem, powspominali swoich dziadkow, zrobili fotke i opisali na jakims swoim forum?
Tak daleko a historie ludzkie takie same...
I szkoda ze koniec bo i pogoda jaby lepsza się zrobiła. Lepsza, ale nie całkiem. Tuz przed przyjazdem pociągu tak lało:
Załącznik 28941
Padało też przez całą drogę, ale pociągowi to nie przeszkadzało. Deszczowy Stanisławów:
Załącznik 28942
W pociągu trzeba było porozkręcać rowery i upchać je na górnych półkach. Siedzieliśmy w towarzystwie czterech sympatycznych Ukraińców, którzy jechali na budowę do Rosji. Cały czas jedli i pili, pamiętając też, by współpasażerowie nie byli głodni ani trzeźwi. Ostatnie, przydzielone nam kanapki musieliśmy zapakować sobie na drogę. Tłumaczenie, że nie możemy pić, bo mamy przed sobą wiele kilometrów na rowerze jakoś podziałało i dostawaliśmy coś do popicia tylko co czwartą kolejkę.
Załącznik 28945 Załącznik 28944
Lwów - prawie na pożegnanie zrobiła się ładna pogoda. Piszę, że prawie, bo czekał nas jeszcze nocny przejazd z Mościsk do Przemyśla, gdzie na zupełne pożegnanie trochę nam dokropiło.
Załącznik 28943
Po drodze Drohobycz. Na rynku wielki banner ze Stefanem Banderą. Rozmawiamy parę minut z napotkanym, miejscowym właścicielem sklepu obuwniczego i odzieżowego. Zauważa, że spoglądamy na Banderę. W trzech zdaniach tłumaczy nam: na Ukrainie są 24 obwody (województwa). W trzech z nich Bandera jest uznawany za bohatera, w siedmiu za bandytę. W pozostałych, nie wiedzą kto to był. Świetny, lapidarny opis współczesnej Ukrainy!
Wojtku, podziwiam Was i gratuluję pomysłu oraz realizacji. Ale tak między nami.... Nie wierzę że nie wiedzieliście co Was czeka od Kołoczawy do Niemieckiej Mokrej :):)
Kurcze, widzę że byliście na trekkach, jak one się spisują na tych kamienistych i pełnych wykrotów dróżkach, ścieżkach etc? Jechałem w zeszłym roku na Ua na wydaje mi
się łatwiejszej trasie(wszędzie mogły jeździć auta, najwyżej 4x4), a chwilami czułem się jak na skaczącym byku....
A jak widzisz Świdowiec na takie przyjemności rowerowe? Np zjazd do JAsinii?
P.
Ale tak między nami.... Nie wierzę że nie wiedzieliście co Was czeka od Kołoczawy do Niemieckiej Mokrej :):) Niby dawniej tam drogi nie było, ale jak na kupionej w ub. roku ukraińskiej mapie narysowali, to była nadzieja, że zbudują:) O dojazd do Ust Czornej pytaliśmy ludzi w Kołczawie - twierdzili, że raczej się nie da przejechać i zalecali objazd przez Tiacziw i Krasną. No tośmy tym bardziej pojechali - jak to się może nie dać?
Kurcze, widzę że byliście na trekkach, jak one się spisują na tych kamienistych i pełnych wykrotów dróżkach, ścieżkach etc? Te treki mają pozakładane mocne piasty (XT), mocne obręcze, hamulce działające nawet w błocie i nieźle amortyzowane widelce. Więc jest w miarę bezpiecznie i przód jako tako wybiera nierówności. Żeby na większych wykrotach tyłka o siodełko nie rozbić, staje się odbrobinę na pedałach i mamy amortyzacje tylną;)
A jak widzisz Świdowiec na takie przyjemności rowerowe? Np zjazd do JAsinii? Oceniam grzbiet główny Świdowca jako trasę przyjazną dla rowerzysty. Jest parę miejsc, gdzie trzeba było rower podepchać, ale ludzi pchających rowery spotyka się nawet na asfaltach. My mieliśmy trochę nieplanowanych utrudnień w postaci wody z góry, wody w koleinach i błotka. I duży dyskomfort z powodu widoczności w zakresie kilkunastu-kilkudziesięciu metrów. Zjazd do Dragobratu (drogą serwisową obok wyciągu) należał do tych kawałków, gdzie trzeba było czasem unieść się lekko nad siodełkiem a tarcze hamulcowe parzyły. Dalej do Jasini droga była mocno dziurawa i kamienista, ale dało się jechać nawet ponad 20 km/h. Chciałbym się tu jeszcze kiedyś wybrać, ale bez deszczu i na lekko.
Co do unoszenia się na pedałach :) To moje "ulubione" jest jak siodełko trzymam między udami, dupa gdzieś za siodełkiem niemalże i
modlę się bym nie zleciał z pedałów(nie mam spd).
P.
Zjeżdżamy do miasteczka Jasinia.
Załącznik 28857
Kwaterujemy się w turbazie ĐдоНьвойŃ. (...).
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png Jak to się dziwnie plecie, świat taki wielki a wędrujemy po swoich śladach, nawet zerkamy w tym samym kierunku...
Tylko koni coś jakby mniej na parkingu;)
Ps. O noclegu w Szarotce nie wspominając - ale tutaj wybór raczej niewielki.
Tylko koni coś jakby mniej na parkingu;) Ja pewnie byłem trochę później i drugi koń już sobie poszedł do domu. Teraz wiem, dlaczego ten koń był taki smutny - kolegi mu brakowało.
Załącznik 29198
Nie, bardzo nam się nie podoba wpychanie rowerów pod górę. To jest jednak cena za tę całą przyjemniejszą część.
Jak wiadomo, każde przedsięwzięcie składa się z plusów dodatnich i plusów ujemnych (cyt. za pewnym prezydentem). Podróżowanie rowerem na trasach do kilkuset kilometrów to największa wolność. Wyjeżdżam z domu i jadę. Nie potrzebuję szczególnie dobrej drogi, przez rzekę może być byle jaki most albo może go nie być wcale. Nie martwię się, gdzie zostawić samochód albo, że muszę wydać 2 złote dziennie na parking. Przy dobrej drodze mam zasięg dzienny do 200 km, więc rejony mniej ciekawe lub te, które znam, mogę szybko przeskoczyć. Jadąc w terenie ciekawym mam niemal taki kontakt z otoczeniem, jak wędrowiec pieszy . zgadzam sie całkowicie :) pozdrowienia
Może się komuś przyda świeżutki, cieplutki rozkład jazdy z Wołowca. Ten mniejszy, to pociągi lokalne, ten większy, to dalekobieżne.
Lewa kolumna z godzinami to przyjazd na stację, prawa, to odjazd.
Załącznik 29283
Nieco większy obrazek: http://ciekawe.tematy.net/2012/czere...j_wolowiec.jpg
Dzięki, bo obecny rozkład jazdy pociągów podmiejskich na stronie Kolei Lwowskiej jest jakby nie kompletny.
Jeden z rowerów, który przejechał tę trasę, jechał z nami po raz ostatni.:sad:
A może go ktoś gdzieś kiedyś zobaczy?
To ten trzeci z "linku gończego": http://m.pysz.org/rowery/
Co za sku... Wszystkie rowerki syna? Współczuje.
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Skład ekipy: tradycyjny, rodzinny, czyli Michał i Wojciech Pysz.
Termin: 5 â 12 czerwca 2012 r. Termin wybrany taki, żeby nie padało, żeby było ciepło i ładne słoneczko do zdjęć.
Granicę polsko-ukraińską można przekroczyć na rowerze tylko w Medyce; z tytułowym Sanem żegnamy się więc w Przemyślu. Deszczyk siąpi od rana, optymistycznie pocieszamy się: dobrze, że dzisiaj nie leje. Na przejściu granicznym pustki. W Szeginiach nowy, jeszcze ciepły asfalt. Do Lwowa i dalej. My opuszczamy go już w Mościskach, bo mamy przecież jechać wzdłuż łuku Karpat. Czyli mamy już normalną, dziurawą drogę na południe. Jedziemy od rzeki do rzeki, więc inne rzeki też po drodze zliczamy. Przed Samborem mijamy Strwiąż, za Samborem Dniestr. Na razie nie ma słoneczka do zdjęć, ale przestaje padać.
Załącznik 28720
Załącznik 28721
Załącznik 28722
Załącznik 28723
Załącznik 28724Załącznik 28725
już mi się podoba... czekam na ciąg dalszy :)
W Samborze na rynku zjadamy drugie śniadanie. Patrząc na przechodzące dzieci, młodzież, osoby starsze oraz osoby w podeszłym wieku, dochodzimy do wniosku, że tutaj zabronione jest chyba poruszanie się bez telefonu. Posiadanie telefonu należy udokumentować przez głośną rozmowę lub słuchanie muzyki.
Załącznik 28729 . Załącznik 28731 . Załącznik 28730
Opuszczamy dolinę Dniestru i dalejże w kierunku doliny Stryja.
Po drodze Drohobycz. Na rynku wielki banner ze Stefanem Banderą. Rozmawiamy parę minut z napotkanym, miejscowym właścicielem sklepu obuwniczego i odzieżowego. Zauważa, że spoglądamy na Banderę. W trzech zdaniach tłumaczy nam: na Ukrainie są 24 obwody (województwa). W trzech z nich Bandera jest uznawany za bohatera, w siedmiu za bandytę. W pozostałych, nie wiedzą kto to był. On nie ma czasu się tym zajmować, bo musi dbać o zaopatrzenie sklepów. Właśnie wrócił z Łodzi z towarem.
Załącznik 28732
Przy wyjeździe z Drohobycza jakaś zrujnowana fabryka.
Załącznik 28733
Potem kilka niezauważonych wcześniej na mapie rzeczek, między którymi piętrzą się nieprzyjemne dla rowerzysty grzbiety. I mamy w końcu rzekę Stryj. Już nie siąpi, tylko zwyczajnie pada. Plan wycieczki zakładał dotarcie w każdych warunkach do doliny Stryja, potem dopuszczał lekkie wspomaganie koleją. Przed nami jeszcze kilkaset kilometrów, spróbujemy skorzystać ze wspomagania. Zawijamy na stację w wiosce Lubieńce. Z radością chronimy się w poczekalni pustego budynku stacyjnego.
Załącznik 28734
Załącznik 28735
Najbliższy pociąg w stronę łuku Karpat mamy za godzinę. Idziemy na chwilę do pani szefowej stacji. Mieszka i dowodzi ruchem na stacyjce w sąsiednim, małym budynku. Przejeżdża pociąg w drugą stronę, do Stryja. Pytamy, z którego peronu będzie odjeżdżał nasz pociąg. Pani nie wie jeszcze. Będzie to wiadome kilka minut przed przyjazdem. Zapowie przez głośniki. W ostatniej chwili okazuje się, że pociąg przyjedzie na ostatni peron. Taszczymy rowery przez kilka torów, po kamieniach przytorowych.
Załącznik 28736 Załącznik 28737 Załącznik 28738 Załącznik 28739
Na peronie jest nas dwóch. Pociąg zatrzymuje się. Wsiadam do wagonu, Michał wypycha mi na górę, do wagonu mój rower, ja go wyciągam. Sięga po swój rower, leżący na peronie. Maszynista zamyka drzwi i odjeżdża. Szukam hamulca bezpieczeństwa. Na ścianie wisi tabliczka z cena nieuzasadnionego użycia. Samego hamulca jednak nie ma. Trzeba by gdzieś wysiąść, bo mamy jechać do tego Czeremoszu razem. Najbliższą stację, Niżną Styniawę pociąg minął po ok. 1,5 km, zanim zdążyłem ochłonąć. Po kolejnych dwóch było Synowidne (Synowódzko), tutaj już przygotowałem się logistycznie do ewakuacji. W czasie 7 sekund, na które pociąg przystanął, poproszony pasażer pomógł mi spuścić na peron rower wraz z sakwami. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż od poziomu podłogi wagonu do poziomu peronu było około metra albo więcej.
W Synowidnem na przystanku jest tylko pusta, brudna, śmierdząca buda. Żadnej ławki. Szukam miejsca, mogącego posłużyć za ubikację, nie widzę. W pobliżu ze wszystkich stron domy. Węch podpowiada, gdzie robią to inni, ale jakoś nie potrafię naśladować. Dobrze, że choć jest dach, bo znów zaczyna lać. Telefonuję do Michała. Następny pociąg jest za godzinę. Pani naczelnik stacji w Lubieńcach zrobiła mu herbatę. Zauważyła od razu, że ktoś został na peronie i próbowała zatrzymać pociąg, ale maszynista ma swoje zasady â jak ruszy, to już nie staje. Obiecała powiadomić maszynistę następnego pociągu, że w Synowidnem będzie wsiadał człowiek z rowerem i ma zaczekać, aż w wagonie znajdzie się pasażer, rower i bagaż. Załoga tego pociągu była bardzo miła. Maszynista zaczekał a konduktor nie chciał przyjąć pieniędzy za przejazd ani przewóz roweru. Jakoś mu było wstyd za zachowanie kolegi z poprzedniego pociągu.
Załącznik 28740
I tak dojechaliśmy do Ławocznego. Ciemno, zimno, leje jak z cebra. Pytamy panią na stacji o możliwość noclegu w kimnatach widpoczinku. Już nie ma kimnat. A tu możemy zostać? Możecie. Pani otwiera nam służbowa toaletę. Proponuje kipiatok do zrobienia herbaty. Wprowadzamy do poczekalni rowery, zdejmujemy mokre buty i ubrania. Materacyki, śpiworki i jest prawie jak w hotelu.
Załącznik 28741
Załącznik 28742
fajnie sie zaczyna!!!! :-) czekam na ciag dalszy!
Widze ze nie tylko nam na Podlasiu dolewalo.. czerwiec mowili, slonce i trudne do wytrzymania upaly...
Po drodze Drohobycz. Na rynku wielki banner ze Stefanem Banderą. Rozmawiamy parę minut z napotkanym, miejscowym właścicielem sklepu obuwniczego i odzieżowego. Zauważa, że spoglądamy na Banderę. W trzech zdaniach tłumaczy nam: na Ukrainie są 24 obwody (województwa). W trzech z nich Bandera jest uznawany za bohatera, w siedmiu za bandytę. W pozostałych, nie wiedzą kto to był. On nie ma czasu się tym zajmować, bo musi dbać o zaopatrzenie sklepów. Właśnie wrócił z Łodzi z towarem.
Dobre podsumowanie :-)
Pytamy, z którego peronu będzie odjeżdżał nasz pociąg. Pani nie wie jeszcze. Będzie to wiadome kilka minut przed przyjazdem. Zapowie przez głośniki. W ostatniej chwili okazuje się, że pociąg przyjedzie na ostatni peron. zupelnie jak we Wrocławiu ;)
Rano mamy jechać na przełącz Beskid w głównym grzbiecie Karpat. Przed godziną 4 powinniśmy się stąd ruszyć, bo wtedy odjeżdża stąd pierwszy pociąg do Mukaczewa a leżymy obok okienka kasy biletowej. Rano znowu leje, jedziemy więc tym pociągiem do Wołowca. W Wołowcu na stacji duży ruch. Na peronie mnóstwo ludzi z koszami, pudłami i bańkami truskawek, przywiezionych z Mukaczewa â tutejsze jeszcze nie dojrzewają.
Załącznik 28743
Załącznik 28744
Czekamy z wyruszeniem w trasę, aż przestanie lać. W końcu ma być tydzień pięknej pogody, więc za chwilę przestanie, jeszcze tę godzinkę można przeczekać. Śpimy sobie na ławkach. Około siódmej przestało lać i tylko tak sobie kropiło. Ruszamy. Dzisiaj czeka nas kilka dolin pomniejszych rzek oraz trzy przełęcze. Droga cały czas przebiegać będzie granicą między jakimiś pasmami górskimi: po lewej Bieszczady Wschodnie, potem Gorgany, po prawej Borżawa, potem Krasna. Celem jest Ust Czorna, czyli przed nami jakieś 130 km. Jedziemy nie spiesząc się ale i nie przystając na dłużej. Pogoda jest małofotograficzna. Jedna przełęcz 700-z-hakiem, Miżgiria, przełęcz 900-z-hakiem, Synewir, Negrowiec, w końcu Kołczawa.
Załącznik 28745
Tutejsza mapa pokazuje, że od Kołczawy mamy do Niemieckiej Mokrej ok. 13 km szeroką drogą. Potem tylko 10 km w dół, przez Ruską Mokrą do Ust Czornej. W Kołaczewie kulbaczymy więc pojazdy przy barze, pijemy powoli kawkę, zagryzamy ciasteczkami z marmoladą, potem oglądamy miejscowe zabudowania i pomniki. Pogoda nadal lekko barowa.
Załącznik 28746
Załącznik 28747
Załącznik 28748
A oto ta mapka, według której za 1,5 godziny będziemy na miejscu.
Załącznik 28749
Asfaltowa droga z Kołczawy do Niemieckiej Mokrej szybko straciła asfalt i zamieniła sie w błotko i koryto potoku.
Załącznik 28753
Załącznik 28751
Załącznik 28752
Potem stanęła dęba...
Załącznik 28756
Aż w końcu, pokonując ok. 8 km w ponad dwie godziny stanęliśmy na przełęczy Przysłop między Strimbą w Gorganach a Krasną (926m).
Lekko nie było, ale teraz już będzie tylko w dół.
Załącznik 28754
Załącznik 28755
Wprawdzie przepowiednia z mapy, że będzie droga, nie sprawdziła się, ale za to nieco wcześniej znaleźliśmy się w prawie prawdziwych górach.
Z przełęczy schodziły na dół dwie drogi. Wybraliśmy mniej błotnistą. Błotnistość mniejsza nie trwała jednak długo.
Załącznik 28760 Załącznik 28759 Załącznik 28757 Załącznik 28758 Załącznik 28761
Wprawdzie przepowiednia z mapy, że będzie droga, nie sprawdziła się, ale za to nieco wcześniej znaleźliśmy się w prawie prawdziwych górach.
Z przełęczy schodziły na dół dwie drogi. Wybraliśmy mniej błotnistą. Błotnistość mniejsza nie trwała jednak długo. Wspaniała "robota" ...Podziwiam i zazdroszczę ,mimo błota.:)
W pewnym miejscu nie dało się już iść lewą strona potoku. Podwineliśmy spodnie, przenieśliśmy przez wode sakwy, potem przeprowadziliśmy rowery, potem montaż sakw i w drogę. Przeprawa była nieco emocjonująca, nurt potoku próbował przewrócić człowieka. A my, lekko drżąc z zimna, na pamiątkę dzielnie robiliśmy sobie zdjęcia.
Załącznik 28765
Załącznik 28762
Załącznik 28763
Załącznik 28764
Gdy się okazało, że przejść przez potok będzie jeszcze kilka, ani nie podwijaliśmy nogawek, ani nie zdejmowaliśmy sakw a po trzecim przejściu przestaliśmy nawet robić zdjęcia.
Załącznik 28766
Załącznik 28767
Gdy się okazało, że przejść przez potok będzie jeszcze kilka, ani nie podwijaliśmy nogawek, ani nie zdejmowaliśmy sakw a po trzecim przejściu przestaliśmy nawet robić zdjęcia. Skąd ja to znam ?
Cudowna opowieść, aż mi zal że akurat wyjeżdżam ale po powrocie wszystko sobie przeczytam
Orzesz, w mordę! Gruzawiki pokonujące Czeremosze to pikuś w porównaniu z tym, co Wy wyrabiacie! Czy to prawda, że wybieracie się rowerami na El Caminito del Rey? ;)
W końcu dotarliśmy do ujścia naszego potoczku do Mokranki w Niemieckiej Mokrej. Na pożegnanie umyliśmy sobie w nim nogi i buty.
Niecałe 4 kilometry w dół z przełęczy zajęły nam ponad 2 godziny.
Odtąd pojawiła się już prawdziwa droga i z radością omijamy ogromne dziury, zamiast brodzić w potoku. Tym razem 10 km pokonaliśmy w niecałe pół godziny. Turbaza jest od dawna nieczynna. Będziemy spać w domku stojącym najbliżej od niej. Przestało padać. Zapowiada się piękna pogoda na jutro.
Załącznik 28771
Załącznik 28768
Załącznik 28770
Załącznik 28772
Załącznik 28769
Rewelacja - jedyne co mogę teraz zrobić to pogratulować takiego wypadu i być myśli że te przejścia przez rzekę nie okażą się w skutkach późniejszym przeziębieniem ;)
Czytając relację aż samo się prosi o założenie plecaka i wyruszenie w drogę :)
Aż czuć zapach karpackiego błotka!
Bardzo ciekawa relacja.
Trzeci dzień. Rankiem idziemy zwiedzić turbazę.
Załącznik 28773
Nie jest prawdą, że nawet pies z kulawą nogą tu nie zagląda:) Z tarasu turbazy roztacza się ładny widok na wieś. Przed wyjazdem smarujemy łańcuchy, ładnie wczoraj wypłukane. Przy wyjściu z terenu turbazy żegna nas radosny radziecki turysta. Przy wyjeździe z wioski żegna nas radosny ukraiński leśnik. Leśnik jest wielki, ale z malutką piłą motorową.
Załącznik 28779 Załącznik 28777 Załącznik 28776 Załącznik 28774 Załącznik 28775
Opuszczamy Ust Czorną, jadąc dolina potoku Huk w kierunku wsi Łopuchiw.
Załącznik 28778
Pozdrowienia dla wodnych rowerowników
Załącznik 28785 Załącznik 28780 Załącznik 28783 Załącznik 28782 Załącznik 28781
Z drogi na Łopuchiw skręcamy w dolinę potoku Jabłunica, w której leży wieś o tej samej nazwie. Ostatni przystanek przy opuszczonym domostwie nad wsią. Nareszcie ładna pogoda. Jeszcze chwila, a znajdziemy się na pięknych, równych ścieżkach połonin Świdowca, z pięknymi widokami na wszystkie strony świata.
Załącznik 28784
Podchodzimy z doliny na grzbiet. Czasownik "podchodzimy" nie jest pomyłką. Będzie tego prawie 800 m w górę na niezbyt długim odcinku. Rowery po prosty trzeba pchać. Droga jest jednak dość komfortowa, nic nią nie płynie. Drugie śniadanie przy wiacie i źródełku. Po drodze widzimy tablicę przybitą do drzewa, która informuje, że za zerwanie gencjany żółtej (lokalnie: dżindżur) grozi kara 100 hr od sztuki. Przy drodze mijamy dwa świdowieckie krzyże. I już pierwsza połonina i pierwszy widok na górę Świdowa a na niej amerykański domek. Tak to jest opisane na mapie Compassu. Czy ktoś wie, co to jest ten domek?
Załącznik 28794 Załącznik 28789 Załącznik 28788 Załącznik 28792 Załącznik 28793
Po wyjściu na grzbiet w pobliżu szczytu 1423 (między Świdową a Torgowicą) okazuje zauważamy na zbliżające się ku nam chmurki. Pewnie za chwile się rozwieją.
Załącznik 28791http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Wychodzimy pod górę Berlaska, a chmurki nie chcą się rozwiać. Gdzieś poniżej grzbietu słychać dzwoneczki a w naszym kierunku zbliża się owczarek i coś do nas szczeka. Potem drugi. Gdy już ich było siedem, otoczyły nas półkolem, zaganiając w stronę dzwoneczków. Zasłaniamy się na wszelki wypadek rowerami i czekamy, aż im się znudzi szczekanie. Oprócz szczekania nie robią nam nic złego, ale bardzo przyjemne to nie jest. O wyciągnięciu aparatu jakoś nikt nie pomyślał.
Załącznik 28798
40 minut później, na grzbiecie Szasa. Chmurek zrobiło się jakby więcej.
Załącznik 28797
Kolejne miejsce wygląda podobnie, ale to jest zupełnie inne miejsce. Jesteśmy już na czerwonym szlaku na grzbiecie głównym.
Załącznik 28796
To też jest zupełnie inne miejsce. Jesteśmy pod Trojaską nad jeziorkiem Apszyniec, gdzie planowany jest nocleg. Odkładamy rowery i próbujemy znaleźć jeziorko.
Załącznik 28795
... widok na górę Świdowa a na niej amerykański domek. Tak to jest opisane na mapie Compassu. Czy ktoś wie, co to jest ten domek?... Pewien zakochany w Ukraińskiej Dziewczynie Amerykanin wybudował jej dom.
Chyba spodobało wam się wypychanie rowerów pod górę. W tamtym roku Równa, teraz Świdowiec.
Chyba spodobało wam się wypychanie rowerów pod górę. Nie, bardzo nam się nie podoba wpychanie rowerów pod górę. To jest jednak cena za tę całą przyjemniejszą część.
Jak wiadomo, każde przedsięwzięcie składa się z plusów dodatnich i plusów ujemnych (cyt. za pewnym prezydentem). Podróżowanie rowerem na trasach do kilkuset kilometrów to największa wolność. Wyjeżdżam z domu i jadę. Nie potrzebuję szczególnie dobrej drogi, przez rzekę może być byle jaki most albo może go nie być wcale. Nie martwię się, gdzie zostawić samochód albo, że muszę wydać 2 złote dziennie na parking. Przy dobrej drodze mam zasięg dzienny do 200 km, więc rejony mniej ciekawe lub te, które znam, mogę szybko przeskoczyć. Jadąc w terenie ciekawym mam niemal taki kontakt z otoczeniem, jak wędrowiec pieszy â wszystko widzę, wszystko słyszę. No, może prawie wszystko, bo jestem już trochę ślepy i głuchy:)
Mogę â podobnie jak pieszy â stanąć przy sklepie, przy płocie, zrobić zdjęcie, powiedzieć âździeń dobryâ, porozmawiać z tutejszym lub nietutejszym człowiekiem. To były te plusy dodatnie. A są też dwa albo trzy plusy ujemne â między innymi pchanie roweru pod większe góry.
PrzePyszna opowieść!! Z niecierpliwością czekam na jej dalszy ciąg. Pozdrawiam:smile:
Nie, bardzo nam się nie podoba wpychanie rowerów pod górę. To jest jednak cena za tę całą przyjemniejszą część.
Jak wiadomo, każde przedsięwzięcie składa się z plusów dodatnich i plusów ujemnych (cyt. za pewnym prezydentem). Podróżowanie rowerem na trasach do kilkuset kilometrów to największa wolność. Wyjeżdżam z domu i jadę. Nie potrzebuję szczególnie dobrej drogi, przez rzekę może być byle jaki most albo może go nie być wcale. Nie martwię się, gdzie zostawić samochód albo, że muszę wydać 2 złote dziennie na parking. Przy dobrej drodze mam zasięg dzienny do 200 km, więc rejony mniej ciekawe lub te, które znam, mogę szybko przeskoczyć. Jadąc w terenie ciekawym mam niemal taki kontakt z otoczeniem, jak wędrowiec pieszy â wszystko widzę, wszystko słyszę. No, może prawie wszystko, bo jestem już trochę ślepy i głuchy:)
Mogę â podobnie jak pieszy â stanąć przy sklepie, przy płocie, zrobić zdjęcie, powiedzieć âździeń dobryâ, porozmawiać z tutejszym lub nietutejszym człowiekiem. To były te plusy dodatnie. A są też dwa albo trzy plusy ujemne â między innymi pchanie roweru pod większe góry.
Idealnie ująłeś to co sam myślę o rowerach. Ładnych parę lat temu wędrowałem tylko w ten sposób. Potem przerzuciłem się na piesze, ale teraz znowu coraz bardziej ciągnie mnie na rower. Może już w tym sezonie się coś uda.
Jak wspomniałem, nocleg planowany był pod Trojaską nad jeziorkiem Apszyniec. Rowery poległy na grzbiecie a my szukamy jeziorka. Po kilkudziesięciu krokach na północ pojawił się płat śniegu, ostro schodzący w dół. Dokąd â nie było widać. Na mapie w tym miejscu jest krecha z ząbkami, opisana w legendzie jakoâ ścianka skalnaâ lub âźurwiskoâ. Czyli w dół po płacie na wszelki wypadek nie idziemy. No to spacer wzdłuż krawędzi płatu â z żadnej strony nie widać końca.
Załącznik 28806
Zostajemy więc nad płatem i szukamy płaskiego miejsca. Jak najdalej od grzbietu, żeby nie wiało, czyli jak najbliżej od płatu. Coś tam się znalazło. Takie akurat na jeden namiot. Nie całkiem płaskie, ale pochylenie było do wytrzymania. Teraz trzeba znaleźć jakąś wodę. W najgorszym razie natopimy ze śniegu. Tylko ten śnieg brudny i twardy, jak lód.
Załącznik 28807
W pewnym momencie wiatr mocniej dmuchnął i na kilka sekund zrobiła się dobra widoczność w dół. Dobra â czyli było widać na 100 â 200 m. Za mało, żeby zobaczyć jeziorko ale wystarczająco, aby dostrzec zwężenie płatu i nitkę strumyka pod nim. Mamy gotową wodę! Po chwili zafurkotał prymusik.
Załącznik 28808
Namiocik mamy malutki. Na noc wszystkie bagaże zostają w sakwach. Sakwy mają najlepsza wodoodporność, jeśli stoją pionowo. Zazwyczaj w miejscu biwaku jest jakieś drzewo albo inny punkt podparcia. Tutaj nie ma. Przytulamy więc rowery do siebie i za pomocą odciągów ze sznurka i dwóch śledzi od namiotu ustawiamy w pionie. Nurkujemy do namiotu, choć jeszcze wcześnie, bo zaczyna padać.
Załącznik 28809
Czwarty dzień. Budzik zadzwonił jak zwykle o piątej ale nie ma po co wstawać, bo leje. Przestaje koło ósmej. Szybkie pakowanie, mokry namiot do wora, herbatkę i śniadanko odkładamy na później. Jesteśmy na wysokości ok 1630 m, następna górka, Geriszaska (1762) jest odległa w poziomie o jakieś pół kilometra a w pionie o 130m. Na szczęście jest ścieżeczka, trawersująca szczyt.
Załącznik 28820
Pod samym szczytem rowerki zostają na ścieżce a my jesteśmy teraz turystami pieszymi i idziemy na Geriszaskę.
Załącznik 28821
Widok na Gorgany spod góry Worożeska. Takich widoków mamy najwięcej:)
Załącznik 28824
Przed górką Karczunieska spotykamy dwóch wędrowców z Polski. Wyglądają na nieco zdziwionych widokiem rowerów tutaj, i żeby im w domu uwierzyli, robią wspólne zdjęcia. Byli to jedyni ludzie, których spotkaliśmy w górach.
Załącznik 28822 Załącznik 28823
Docieramy na Stoh. Tak kończy się nasz odcinek grzbietowy. Planowaliśmy ewentualną jazdę w kierunku Bliźnicy, ale i tak wszystkie górki i grzbiety wyglądają dzisiaj jednakowo, więc rezygnujemy.
Załącznik 28839
Po zjechaniu kilkuset metrów ze szczytu Stoha coś zaczyna być widać.
Załącznik 28849
Po zjechaniu dwóch kilometrów widać przez mgłę zabudowania Dragobratu.
Załącznik 28850
Po zjechaniu w dolinę potoku Świdowiec, widać już wszystko.
Załącznik 28847
Ciepło, sucho. Opóźnione śniadanie i plan dalszej trasy.
Załącznik 28848
Zjeżdżamy do miasteczka Jasinia.
Załącznik 28857
Kwaterujemy się w turbazie ĐдоНьвойŃ. Pani administrator ma wątpliwości, czy nasze rowery można przechować w magazynku. Gościnność przeważa szalę, prosi tylko, żeby je wnieść a nie wprowadzać. Suszymy ubranie, buty, namiot.
Załącznik 28853 Załącznik 28855 Załącznik 28858 Załącznik 28852http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Fajowa relacja. Widzę że macie namiot Quechua Ultralight Pro o którego zakupie sam myślę. Wiem że mały i lekki ale czy warto?
Widzę że macie namiot Quechua Ultralight Pro o którego zakupie sam myślę. Wiem że mały i lekki ale czy warto? Jest to dokładnie Quechua T2 Ultralight Pro. Nominalnie miał ważyć 2 kg, a realnie waży z masztami i śledziami 1,87 kg. Po spakowaniu tworzy rulonik o długości 40 cm i średnicy 14 cm. W większym plecaku można go nosić nawet wewnątrz. Kupiłem go ze względu na lekkość i maleńkość. Kosztował niewiele ponad 400 zł a lekkie, dwupowłokowe namioty konkurencji dwa razy więcej. Jedna osoba mieści się ze wszelkim bagażem. Dwie osoby o wzroście ok. 180 cm i nieszczególnie grube śpią w nim wygodnie, ale większe plecaki już się nie zmieszczą. W przedsionku można postawić co najwyżej buty i drobiazgi. Nie przemaka. Na przeciętne wiatry odporny, na mocnych nie testowany, bo się zawsze gdzieś chowałem przed wiatrem. Po niewielkim treningu może go rozbić jedna osoba w niedługim czasie. Do prowadzenia życia towarzyskiego - innego, niż na leżąco - się nie nadaje. Wewnętrzna powłoka po rozbiciu nie jest naprężona, tak sobie luźno zwisa, szczególnie w nogach, sprawiając wrażenie czegoś zepsutego, ale nie przeszkadza to w spaniu. Podłoga wygląda na delikatną, na wszelki wypadek kładę pod nią folię. A tu trochę większe zdjęcia:
Załącznik 28859
Załącznik 28860
Wracam do sprawozdania z wędrówki.
Zjeżdżając do Jasiny znaleźliśmy się w dolinie kolejnej zakarpackiej rzeki â Czarnej Cisy. My za chwilę jednak opuszczamy i Cisę i Zakarpacie. Parę minut po szóstej jesteśmy spakowani do wyjazdu ale wstrzymuje na deszcz. Z nudów oglądam rower i zauważam, że jedna ze szprych zwisa luzem. Złośliwie jest to tylne koło i od strony kasety (czyli tych kółek zębatych z łańcuchem i przerzutką). Aby szprychę zmienić, trzeba zdjąć koło, odkręcić kasetę i tarczę hamulcową. Operacja udaje się a w tym czasie przestaje padać i pojawia się słoneczko. Piątego dnia po raz pierwszy wyruszamy na sucho! Żegnamy się z turbazą ĐдоНьвойŃ, ostanie spojrzenia na Zakarpacie.
Załącznik 28867 Załącznik 28868 Załącznik 28865 Załącznik 28866 Załącznik 28869
Klasyczna droga z Zakarpacia na "przedkarpacie" prowadzi przez przełęcz Jabłonicką i Tatarów. My wybieramy drogę przez Łazeszczynę i Woronienko do Worochty, przebiegającą przez nienazwana przełęcz (879 m) z tunelem kolejowym. Jedziemy w górę potoczku Zimir. Słoneczko wprawdzie świeci, ale błotko z ostatnich dni pozostało. Wkrótce z błotkiem mamy spokój, bo przy zawalonym moście droga, jako oddzielny byt, kończy się i dalej mamy tylko potok. Owcza ścieżka od potoku w górę doprowadza nas do ogrodzenia z przełazem. Obok przełazu stoi tablica, informująca we wszystkich językach, czyli ukraińskim i rosyjskim, że do tej zony jest wstęp wzbroniony. Tablica jednak wygląda na bardzo starą a na ścieżce widać ślady, że ktoś tędy chodzi. Konstrukcja przełazu wygląda też zachęcająco. Zwyczajowo w Czarnohorze takie bariery mają za zadanie uniemożliwienie przejścia krowom i owcom a człowiek może sobie odsunąć drągi, przejść lub przejechać a potem koniecznie zasunąć. Tak też robimy. Zresztą nie mamy wyjścia, nigdzie obok nie da się przejść.
Załącznik 28875 Załącznik 28872 Załącznik 28877 Załącznik 28876 Załącznik 28873
Ukraińskie tunele są strzeżone. Na terenach zamieszkałych są to jednak małe budki wartownicze, najczęściej puste (chyba, że Henio do którejś wejdzie zrobić sobie zdjęcie). Tutaj jest prawdziwa, przedwojenna, murowana, piętrowa strażnica. Skoro już wleźliśmy, idziemy bez skradania się w kierunku strażnicy. Pierwszy zauważa nas koń, ale nic nie mówi, potem pies. Gdy zaczyna głośno szczekać, z budynku wychodzi umundurowany wartownik z bronią, potem drugi, umundurowany częściowo, bez broni. Chowamy aparaty, żeby nie wyjść na szpiegów. Pytają nas, czego tu szukamy. Mówimy, że jedziemy do Worochty. A dlaczego tędy? Bo na mapie jest tutaj droga. Nie wspominamy, że to mapa sztabu generalnego z napisem ŃокŃĐľŃнП. Bez dalszych pytań pokazują nam kierunek, w którym należy się udać, by dotrzeć do Worochty. I nie jest to kierunek, w którym miała biec droga z mapy. Wygląda na to, że z powodu nieużywania droga z mapy zanikła. Cały teren wokół tunelu otoczony jest ogrodzeniem z drutu kolczastego. Pytamy się strażników, czy tam w górze będziemy mogli przejść przez to ogrodzenie. Potwierdzają, że tak. Tym razem konstrukcja przejścia jest odmienna â cztery druty kolczaste przywiązane są do palika, który można było wraz drutami odsunąć. A po przejściu oczywiście umieścić na swoim miejscu. Do końca strażnik z dołu patrzy w naszym kierunku. I tak opuszczamy teren gościnnej strażnicy.
Załącznik 28874 Załącznik 28870 Załącznik 28878 Załącznik 28871
Z Przełęczy nad tunelem widzimy po raz ostatni Świdowiec. Bliźnica jeszcze w chmurach ale na niższych górkach już jasno. Przy zjeździe jeszcze klika "cywilnych" przełazów. Dojeżdżamy do drugiego końca tunelu, tutaj już nikt nie pilnuje. Spokojnie robimy zdjęcia.
Załącznik 28886 Załącznik 28882 Załącznik 28884 Załącznik 28883 Załącznik 28885
Drugi koniec tunelu leży w wiosce Woronienko, jest tu też przystanek kolejowy (1 zdjęcie poniżej). Poniżej przystanku piękny wiadukt (nie ten, który jest widoczny z drogi w Worochcie), dodatkowo - czynny i w dobrym stanie. Na trzecim zdjęciu widać trzy mosty nad Prutem: drogowy, stary (nieczynny) kolejowy i nowy kolejowy. Osiągnęliśmy dolinę kolejnej, dużej rzeki. Zjeżdżamy do Worochty.
Załącznik 28890 Załącznik 28889 Załącznik 28888 Załącznik 28891 Załącznik 28892http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Do centrum Worochty nie wjeżdżamy, nasz kierunek to dolina Czeremoszu. Na pierwszym zdjęciu przełęcz wododziałowa między Prutem a Czeremoszem. Na drugim skrzyżowanie w Ilczy a na trzecim już Czarny Czeremosz.
Załącznik 28898 Załącznik 28899 Załącznik 28895
Nad Czeremoszem spotykamy ciekawe boisko do piłki nożnej, jakby mniej poziome od pozostałych. Teraz ok. 25 km w górę rzeki do Szybenego.
Załącznik 28893 Załącznik 28894 Załącznik 28896 Załącznik 28897
Wojtku, szacun wielki szacun. Jesteście niesamowici. W 7 dni tyle miejsc, które są mi tak bardzo bliskie. Też zaczynam mysleć o tym żeby zamienić samochód na rower.
W 7 dni tyle miejsc, które są mi tak bardzo bliskie. Miejsca, przez które jechaliśmy, też uważamy za bliskie. Ta relacja, to jakieś okruchy wrażeń, i tak pewnie już jest za długa. Ale pisząc ją, odbywałem tę wędrówkę po raz trzeci (pierwszy raz było palcem po mapie przy planowaniu, drugi raz w "realu").
No to powoli czas kończyć. Kończy się piąty dzień. Na strażnicy w Szybenem pan żołnierz pyta, skąd jedziemy i jaka jest nasza marszruta. Jakoś nie trafia do niego, że chcemy dzisiaj po prostu przespać się w Szybenem. Kontaktuje się z dowódcą. Protestuje, gdy widzi aparat fotograficzny, bo to obiekt wojskowy. Przychodzi pan dowódca, załapuje, że nie chcemy się przedzierać przez granicę, tylko zanocować we wsi. Pomaga - w porozumieniu ze sprzedawczynią z pobliskiego sklepu - trafić na jakiś nocleg. Dostajemy skierowanie do Marii Wasylewny Filipczuk, do której się udajemy.
Załącznik 28902
Załącznik 28901
Załącznik 28900
Przejechaliśmy od Sanu do Czeremoszu - można będzie używać tytułowej nazwy wycieczki. Z małym "ale" - to dopiero Czarny Czeremosz, jest jeszcze Biały! Dzisiaj ten Biały jest w planie. W nocy była burza. Pobudka - jak zwykle o 5:00, o 5:15 sprawdzam, co tam słychać i widać na świecie. Nie pada. Nad dolina unoszą się mgły. Gór nie widać.
Załącznik 28909
Na śniadanko ostatnia mielonka z Polski i miejscowy serek-warkoczyk. Podczas śniadania zaczyna ostro padać. Powracamy na łózka i czekamy, aż przestanie. Łóżka są tu dziwnie wysokie, od podłogi do powierzchni sypialnej jest ok. 1 metra! Słyszymy, że w sąsiednim pomieszczeniu ktoś chrząka - to jedzą śniadanie dwie sympatyczne świnki.
Koło ósmej przestało padać., Po co my tak wcześnie wstawaliśmy. Szukamy teraz tzw. drogi Mackensena, biegnącej z Szybenego przez Watonarkę do Hryniawy. Już ją widzimy po drugiej stronie rzeki, na zboczu, opadającym z grzbietu Gór Hryniawskich ku dolinie Czarnego Czeremoszu. Po nocnej ulewie rwie nią potok. Teraz trzeba przejść przez rzekę. Wody jest po pas, nie będziemy z rana nurkować. Jest mostek. Po dojściu do niego okazuje się, że pośrodku ma trzymetrową nieciągłość. Nie widać tego z drogi, na zdjęciu też nie widać, trzeba wejść na mostek, by zobaczyć. Uznajemy to za znak, że Biały Czeremosz trzeba w tym roku odpuścić.
Załącznik 28914 Załącznik 28912 Załącznik 28913 Załącznik 28910 Załącznik 28911
W pewnym miejscu nie dało się już iść lewą strona potoku. Podwineliśmy spodnie, przenieśliśmy przez wode sakwy, potem przeprowadziliśmy rowery, potem montaż sakw i w drogę. Przeprawa była nieco emocjonująca, nurt potoku próbował przewrócić człowieka. A my, lekko drżąc z zimna, na pamiątkę dzielnie robiliśmy sobie zdjęcia.
Załącznik 28764
Gdy się okazało, że przejść przez potok będzie jeszcze kilka, ani nie podwijaliśmy nogawek, ani nie zdejmowaliśmy sakw a po trzecim przejściu przestaliśmy nawet robić zdjęcia.
(...)
Załącznik 28767 Ty to chyba lubisz, niezależnie na czym się przemieszczasz.
Załącznik 28915Załącznik 28916
Szacunek.
Super. ... odkąd asfalt się skończył ;)
Ty to chyba lubisz, niezależnie na czym się przemieszczasz. Jak żeś mnie gdzieś wyciągnął w jakieś dzikie, obce góry, to co mi pozostało?
Kończymy powoli nasza podróż. Z powodu "odpuszczenia" przejazdu w poprzek gór Hryniawskich, wracamy do Żabiego po śladach. I dalej wzdłuż Czarnego Czeremoszu docieramy do Wyżnego Jasionowa, gdzie odbywa się festiwal "ППНПнинŃько ĐŃŃĐź-2012" (http://www.youtube.com/watch?v=IgrQu...feature=relmfu). W festiwalu nie bierzemy udziału. W wiosce Uścieryki do Czarnego Czeremoszu dołączył Biały i odtąd długo, długo zjeżdżamy "pełnym" Czeremoszem. Ostatni nocleg we wsi Stare Kuty.
Załącznik 28920 Załącznik 28919 Załącznik 28917 Załącznik 28923 Załącznik 28918
Od samego początku, w naszych planach, po osiągnięciu Czeremoszu był powrót nad Prut i to dokładnie w tym miejscu.
Dla nieznających tych dziwnych literek: na białej tablicy - Kołomyja, na niebieskiej - rz. Prut.
Dlaczego Kołomyja była istotnym miejscem w naszej wędrówce, to już jutro, w ostatnim odcinku.
Załącznik 28921http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Tuż po przybyciu do Kołomyi jedziemy wprost na ulicę Czechowa 3 (dawniej Poniatowskiego). W domu, przed którym stoi Michał, mieszkał przed wojną jego dziadek a wcześniej pradziadek. Znany jest nam dobrze ze zdjęć i opowiadań, ale widzimy go w naturze po raz pierwszy. Nie znamy jego powojennych dziejów, nie wiemy też, kto obecnie w nim mieszka.
Załącznik 28939
W każdym mieście trzeba zobaczyć rynek. Kołomyjski Rynek jest nietypowy. Sklada sie z kilku polączonych prostokątów a ratusz nie stoi na środku, tylko w narożniku.
Załącznik 28937
Dawniej do miasta przyjeżdżało mnóstwo mieszkańców okolicznych wsi, głównie Hucułów, z produktami rolnymi.
Załącznik 28935
Na Rynku podszedł do nas ktoś, przywitał się i zapytał - na wszelki wypadek po angielsku - From where are you? Gdy usłyszał from Poland, szybko zmienił język na polski i tak już pozostało. Aleksander jest Polakiem, mieszka tu od urodzenia i nie wiadomo dlaczego nie może uzyskać karty Polaka. Oprowadzil nas po mieście, m.in. po starym, polskim cmentarzu. Zdjęcie przy pomniku Mickiewicza.
Załącznik 28936
I czas kończyć naszą podróż. Dworzec kolejowy w Kołomyi. Stąd spróbujemy dojechać czymś w okolice Polski.
Załącznik 28938
Szkoda że koniec, dzięki wam przynajmniej na chwilkę "wróciłem" w tamte strony. I szkoda ze koniec bo i pogoda jaby lepsza się zrobiła. Jeszcze raz wielki SZACUN !!!
Byłam w Kołomyi kilka razy. Niue mam z tym miastem żadnych związków rodzinnych, ale czułam się tam zupełnie swojsko. Miasto, a w szczególności jego Rynek przypominało mi Bochnię (z okolic której pochodzi moja rodzina). Z ciekawych zabytków - bardzo ładna i cenna jest huculska cerkiew przy dworcu autobusowym, kiedyś udało mi się zwiedzić jej wnętrze. A kiedyś, przy innej okazji spałam w hotelu tuż obok dworca autobusowego. Klimat taki jaki lubi Buba ;)
Wojtku - Twój rodzinny dom jest bardzo ładny. Czy udało się Wam nawiązać jakiś kontakt z jego obecnymi mieszkańcami ?
Ja jestem ciekawa kto mieszkał 80 lat temu w mieszkaniu gdzie ja mieszkam obecnie, ale pewnie nigdy się nie dowiem.
. A kiedyś, przy innej okazji spałam w hotelu tuż obok dworca autobusowego. Klimat taki jaki lubi Buba ;) Wlasnie jak mowa o Kołomyi to chcialam napisac ze spalam dwukrotnie w tym hotelu i mi sie bardzo tam podobalo! :-D Zwlaszcza te stare drewniane toaletki ze skladanymi lustrami przefajne! A tu BaziaZ mnie ubiegla :-)
Jak sie bywa w Kołomyi upalnym latem to warto sie tez wybrac nad Prut kolo mostu i sie wykapac. Bardzo mila rzeka, taka rozlana szeroko po kamykach w tym miejscu. Ale sa tez glebsze miejsca ze i poplywac mozna
Ja jestem ciekawa kto mieszkał 80 lat temu w mieszkaniu gdzie ja mieszkam obecnie, ale pewnie nigdy się nie dowiem. Moze przyjechali kiedys, postali pod domem, powspominali swoich dziadkow, zrobili fotke i opisali na jakims swoim forum?
Tak daleko a historie ludzkie takie same...
I szkoda ze koniec bo i pogoda jaby lepsza się zrobiła. Lepsza, ale nie całkiem. Tuz przed przyjazdem pociągu tak lało:
Załącznik 28941
Padało też przez całą drogę, ale pociągowi to nie przeszkadzało. Deszczowy Stanisławów:
Załącznik 28942
W pociągu trzeba było porozkręcać rowery i upchać je na górnych półkach. Siedzieliśmy w towarzystwie czterech sympatycznych Ukraińców, którzy jechali na budowę do Rosji. Cały czas jedli i pili, pamiętając też, by współpasażerowie nie byli głodni ani trzeźwi. Ostatnie, przydzielone nam kanapki musieliśmy zapakować sobie na drogę. Tłumaczenie, że nie możemy pić, bo mamy przed sobą wiele kilometrów na rowerze jakoś podziałało i dostawaliśmy coś do popicia tylko co czwartą kolejkę.
Załącznik 28945 Załącznik 28944
Lwów - prawie na pożegnanie zrobiła się ładna pogoda. Piszę, że prawie, bo czekał nas jeszcze nocny przejazd z Mościsk do Przemyśla, gdzie na zupełne pożegnanie trochę nam dokropiło.
Załącznik 28943
Po drodze Drohobycz. Na rynku wielki banner ze Stefanem Banderą. Rozmawiamy parę minut z napotkanym, miejscowym właścicielem sklepu obuwniczego i odzieżowego. Zauważa, że spoglądamy na Banderę. W trzech zdaniach tłumaczy nam: na Ukrainie są 24 obwody (województwa). W trzech z nich Bandera jest uznawany za bohatera, w siedmiu za bandytę. W pozostałych, nie wiedzą kto to był. Świetny, lapidarny opis współczesnej Ukrainy!
Wojtku, podziwiam Was i gratuluję pomysłu oraz realizacji. Ale tak między nami.... Nie wierzę że nie wiedzieliście co Was czeka od Kołoczawy do Niemieckiej Mokrej :):)
Kurcze, widzę że byliście na trekkach, jak one się spisują na tych kamienistych i pełnych wykrotów dróżkach, ścieżkach etc? Jechałem w zeszłym roku na Ua na wydaje mi
się łatwiejszej trasie(wszędzie mogły jeździć auta, najwyżej 4x4), a chwilami czułem się jak na skaczącym byku....
A jak widzisz Świdowiec na takie przyjemności rowerowe? Np zjazd do JAsinii?
P.
Ale tak między nami.... Nie wierzę że nie wiedzieliście co Was czeka od Kołoczawy do Niemieckiej Mokrej :):) Niby dawniej tam drogi nie było, ale jak na kupionej w ub. roku ukraińskiej mapie narysowali, to była nadzieja, że zbudują:) O dojazd do Ust Czornej pytaliśmy ludzi w Kołczawie - twierdzili, że raczej się nie da przejechać i zalecali objazd przez Tiacziw i Krasną. No tośmy tym bardziej pojechali - jak to się może nie dać?
Kurcze, widzę że byliście na trekkach, jak one się spisują na tych kamienistych i pełnych wykrotów dróżkach, ścieżkach etc? Te treki mają pozakładane mocne piasty (XT), mocne obręcze, hamulce działające nawet w błocie i nieźle amortyzowane widelce. Więc jest w miarę bezpiecznie i przód jako tako wybiera nierówności. Żeby na większych wykrotach tyłka o siodełko nie rozbić, staje się odbrobinę na pedałach i mamy amortyzacje tylną;)
A jak widzisz Świdowiec na takie przyjemności rowerowe? Np zjazd do JAsinii? Oceniam grzbiet główny Świdowca jako trasę przyjazną dla rowerzysty. Jest parę miejsc, gdzie trzeba było rower podepchać, ale ludzi pchających rowery spotyka się nawet na asfaltach. My mieliśmy trochę nieplanowanych utrudnień w postaci wody z góry, wody w koleinach i błotka. I duży dyskomfort z powodu widoczności w zakresie kilkunastu-kilkudziesięciu metrów. Zjazd do Dragobratu (drogą serwisową obok wyciągu) należał do tych kawałków, gdzie trzeba było czasem unieść się lekko nad siodełkiem a tarcze hamulcowe parzyły. Dalej do Jasini droga była mocno dziurawa i kamienista, ale dało się jechać nawet ponad 20 km/h. Chciałbym się tu jeszcze kiedyś wybrać, ale bez deszczu i na lekko.
Co do unoszenia się na pedałach :) To moje "ulubione" jest jak siodełko trzymam między udami, dupa gdzieś za siodełkiem niemalże i
modlę się bym nie zleciał z pedałów(nie mam spd).
P.
Zjeżdżamy do miasteczka Jasinia.
Załącznik 28857
Kwaterujemy się w turbazie ĐдоНьвойŃ. (...).
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png Jak to się dziwnie plecie, świat taki wielki a wędrujemy po swoich śladach, nawet zerkamy w tym samym kierunku...
Tylko koni coś jakby mniej na parkingu;)
Ps. O noclegu w Szarotce nie wspominając - ale tutaj wybór raczej niewielki.
Tylko koni coś jakby mniej na parkingu;) Ja pewnie byłem trochę później i drugi koń już sobie poszedł do domu. Teraz wiem, dlaczego ten koń był taki smutny - kolegi mu brakowało.
Załącznik 29198
Nie, bardzo nam się nie podoba wpychanie rowerów pod górę. To jest jednak cena za tę całą przyjemniejszą część.
Jak wiadomo, każde przedsięwzięcie składa się z plusów dodatnich i plusów ujemnych (cyt. za pewnym prezydentem). Podróżowanie rowerem na trasach do kilkuset kilometrów to największa wolność. Wyjeżdżam z domu i jadę. Nie potrzebuję szczególnie dobrej drogi, przez rzekę może być byle jaki most albo może go nie być wcale. Nie martwię się, gdzie zostawić samochód albo, że muszę wydać 2 złote dziennie na parking. Przy dobrej drodze mam zasięg dzienny do 200 km, więc rejony mniej ciekawe lub te, które znam, mogę szybko przeskoczyć. Jadąc w terenie ciekawym mam niemal taki kontakt z otoczeniem, jak wędrowiec pieszy . zgadzam sie całkowicie :) pozdrowienia
Może się komuś przyda świeżutki, cieplutki rozkład jazdy z Wołowca. Ten mniejszy, to pociągi lokalne, ten większy, to dalekobieżne.
Lewa kolumna z godzinami to przyjazd na stację, prawa, to odjazd.
Załącznik 29283
Nieco większy obrazek: http://ciekawe.tematy.net/2012/czere...j_wolowiec.jpg
Dzięki, bo obecny rozkład jazdy pociągów podmiejskich na stronie Kolei Lwowskiej jest jakby nie kompletny.
Jeden z rowerów, który przejechał tę trasę, jechał z nami po raz ostatni.:sad:
A może go ktoś gdzieś kiedyś zobaczy?
To ten trzeci z "linku gończego": http://m.pysz.org/rowery/
Co za sku... Wszystkie rowerki syna? Współczuje.