bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Ot taki nowy cykl ;)
Bieszczady, Bieszczady i tylko w te Bieszczady⌠no cóż trzeba znaleźć złoty środek w swoim działaniu, jak to opisał słowami Buddy Jan Ostrowski, w przypowieści na swoim portalu.
Tym razem miała nastąpić chwila odpoczynku na poziomie zerowym, tam gdzie najdalej mamy wysuniętą część Polski na północ. Spory szmat czasu temu byłem nad polskim morzem a i tak były to głównie szkolenia, kursy lub zjazdy. Nie do końca więc można powiedzieć o jakimś tam nadmorskim pobycie.
Drogi są obecnie dobre, niepotrzebnie tylko wpakowaliśmy się w objazd Łodzi, ale podczas powrotu była nauczka i z GPS-em pojechaliśmy bocznymi drogami. Kola, bo tego kundla nakazałem też zabrać, niczym królowa miała legowisko na tylnym siedzeniu. Kiedy już wpadliśmy na autostradę to licznik nie schodził poniżej 130 i po popołudniu mogliśmy chodzić już po plaży.
Zanim tam ruszyliśmy musiałem załatwić logistykę. Poszukiwanie noclegu od samego początku nie szło z oczekiwaną łatwizną, a przecież to nie sezon. A jak nie sezon to wszystko zamknięte a to co otwarte to z cenami z kosmosu. Nawet na helskim półwyspie coś zaklepałem, ale podczas plenarnej debaty Ewa stwierdziła bym się lepiej postarał.
Trzeba było podejść do tematu z małym sprytem, w trivago zaklikałem miejsce i taki rozrzut 20-kilometrowy, popatrzyłem na ceny z narzutem i zadzwoniłem pod 1 wytypowany adres. Cena była o ćwierć setki procentów mniejsza niż na portalu, ale za psa trzeba było zapłacić dodatkowo, chociaż pobyt był możliwy a to ważne. No cóż, wyszło tak, że Kola była pierwszy raz na płatnych wczasach. Ewa gdy zobaczyła dom i kwaterę i całe towarzyszące okoliczności to od razu zaakceptowała wszystko, bez żadnego nawet plenum.
I tak stało się faktem, że w okresie zimowym jedziemy na północ Polski, na plażę, po jod, po słońce, po fale, po rybki i inne jeszcze bzdety. Oczywiście po rybki wędzone wstępujemy po drodze do wędzarni we Władku, przy okazji zwiedzamy go trochę z okien samochodu. I jedziemy dalej, bo cel już blisko.
Jastrzębia Góra pierwszego dnia, i następnego też, i po następnego też, to totalnie wyludnione wczasowisko, żyjące gwarem w sezonie, lecz nie teraz⌠no trochę, zwłaszcza przez Trójmieszczan, w weekend się zaludnia, ale tylko trochę.
Więc w to pierwsze popołudnie, tam gdzie obelisk Gwiazdy Północy, to głównie obejście kątów, obadanie co otwarte, co zamknięte i spacer po plaży. Na plaży wieje, co chyba normalne w tym miejscu, z tą drobną różnicą, że teraz nie wieje a zimno piździ i o jakimś kopaniu grajdołów można zapomnieć. Śniegu zero, jest nawet plusowa temperatura, ale już taka odczuwalna będzie z â 10. Dla Koli to wszystko, co ją spotyka, jest jakieś abstrakcyjne⌠jakaś duża kuweta dla zakichanych kotów i ta ogromna woda z falami zbyt dużymi jak na psią perspektywę i jeszcze szumiąâŚ no jakoś tak zbyt głośno⌠oj duża, duża rezerwa, by nie powiedzieć strach, do tego czegoś mokrego.
Dla mnie to retrospekcyjny spacer po miejscowości, którą w ubiegłym wieku dobrze poznałem i tylko patrzę jakie ogromne zmiany poczyniono w tej, ówcześnie mi znanej, mieścinie.
Spacer kilkugodzinny i powrót na kwaterę, gdy było już dość ciemno. Mordy mamy wszyscy ogorzałe z zimnego wiatru, w nogach czujemy spacerek, sierść psa pachnie jodem a on sam padł na swoje wyro. Nam zaczyna ślinka kapać na wędzoną rybkę⌠tylko którą wybierzemy, bo kilka rodzajów nabyliśmy.
CDN
Kontynuując sprawę konsumpcji ryb, oczywiście że morskich a nie słodkowodnych, to obiecaliśmy sobie, że jemy je na okrągło. Żadnych tam obiadów w knajpach, swoje tylko i w hoteliku! Ewa z racji, że w ostatnich latach tutaj bywała, wie gdzie można je kupić z pierwszej ręki... wędzone mamy czasami nawet jeszcze ciepłe. Do tego jeszcze razowy chlebek i kapuchę kiszoną bez konserwantów. Może czasami jeszcze piwko, ale ono w zimie jakoś mniej chętnie jest przez nas pite.
Rybą objadamy się do zupełnej sytości. Chwilka odpoczynku i znowu idziemy na wieczorny spacer.
Na drugi dzień w miarę wcześnie wstajemy i po śniadaniu spacerek plażą w stronę Władysławowo na zasadzie âźile się da i powrótâ. Jeszcze koło Jastrzębiej kilka osób widać, ale czym dalej to już jest âźspacer dziką plażąâ, żadnej żywej duszy, pomijam morskie ptactwo. Koło Rozewia widzimy na łódce wędkarzy a i jest jeden w oddali widoczny człowiek co stoi po pas w wodzie i łapie na spinera. Gdy zamiast zarysów widać konkretną jego postać widzimy po zgiętej wędce, że coś złapał i jak walczy z rybą. Mamy farta bo gdy już do niego dochodzimy to i on wyszedł na brzeg z rybą na haczyku. To rzadka dla wędkarza ryba, przez tą właśnie rybę rzeka Słupia stała się sławna a są okresy gdzie nad nią ściągają zastępy ludzi by tam się na nią zasadzić⌠i to nie tylko nasi rodacy.
Idziemy teraz po bardzo długim betonowym falochronie, mam nieodparte wrażenie, że idę po pustej trybunie na Placu Defilad. To ochrona przed morskim najeźdźcą, który nam kawałek po kawałku odbiera nasz ląd RP. Podczas całej naszej wędrówki po wybrzeżu widzimy jak Polska przegrywa cal po calu, jak ubywa plaż a w niektórych miejscach już ich nawet nie ma. Moja pamięć zachowała jeszcze obraz, że jeszcze kiedyś tam były.
Dochodzimy prawie do pierwszych zabudowań Władka i wyraźnie ze szczegółami widzimy wieżę Domu Rybaka. Postanawiamy wracać. Kola idzie dzielnie jak na staruszkę przystało i chyba już się przyzwyczaiła do ogólnego szumu i do, to zbliżających się do niej to oddalających się fal. Piaskownicę nadmorską też ogarnęła.
Leci nisko helikopter, macham do niego rękoma, pilot zauważył i odmachał, ot ludzkie gesty.
Kiedy wędrowaliśmy to wiatr wiał nam w plecy a teraz zachodni się mści i smaga nas ze zdwojoną siłą by sobie nadrobić. Z oczu łzy lecą, z nosa kapie, w ruch idą chusteczki higieniczne a i Koli to mniej się też podoba. Na szczęście wiedzieliśmy jak się ubrać i lodowaty wiatr tylko po mordach nam daje. Może się należy?
Dla Koli wychodzimy z plaży wejściem bez schodków, taką drogą niczym kanałem, klifem pod ściętym kątem. Wejście w ten półotwarty tunel wyłącza szum wiatru a z czasem też i szum fal. Jest chłodno, ale już nie wieje. Kola teraz pozwala sobie w krzakach siknąć⌠bo w kuwetę niech se głupie koty sikają.
Załącznik 40113Załącznik 40114Załącznik 40115Załącznik 40116Załącznik 40117Załącznik 40118Załącznik 40119Załącznik 40120Załącznik 40121
CDN
Wieczorkiem, ponowny spacer. Tym razem ja ciągnę w stronę wsi Tupadły, aby wydobyć swoje wspomnienia i porównać z poczynionymi zmianami urbanistycznymi. Przechodzimy obok zajezdni PKS, kiedyś obok była najlepsza smażalnia ryb, kiedyś, bo teraz widać postępujący jej upadek. Teraz dalej drogą, teraz to już ulica Pucka z chodnikiem jak się patrzy. Mijamy piekarnię, gdzie kiedyś skoro świt kupowałem gorący chleb prosto z łopaty piekarskiej. Dochodzimy wreszcie do starego parterowego domu, ale już nie pasującego do pięknego otoczenia, to w nim kilka sezonów mieszkałem. Dom był kiedyś ostatnim domem w Jastrzębiej z tej strony a teraz miejscowość dosłownie łączy się z Tupadłami. Stoję przy płocie, Ewa poszła z Kolą dalej, zastanawiam się czy żyje jeszcze ówczesny samotny właściciel. Chwilę stoję, walcząc z rozterką czy zapukać. Niczym myślami otwieram drzwi, gdy nagle się one uchylają i wygląda mały chłopiec. Po krótkiej rozmowie wygląda też jego mama. Rozmawiamy, ja wspominam⌠ale najważniejsze są jej słowa⌠niestety wujek kilkanaście lat temu zmarł.
Wracamy Drogą Rybacką w stronę morza, kiedyś to droga polna w środkowej części z betoników a tuż przy drodze przelotowej dopiero był kawałek asfaltu. Teraz to wyeksponowana ulica, po której w okresie letnim hula kasa a nie wiatr niosący piach. Noc szybko zapada. Żadnej żywej istoty, już nawet nie mówię o ludziach. Gdzieniegdzie zapalają się światła w domach.
Naokoło wymarłe miasteczko, czasami przemknie jakiś samochód. Mijamy jeszcze czynną ciastkarnię i otwartą knajpkę⌠w obydwu lokalach jest pusto. Hotelik mamy w samym centrum więc idziemy główna drogą oświetloną lampami. Gdyby padało a przecież nie pada, można by bez skrępowania na całe gardło śpiewać przebój Franka Sinatry⌠sami w taką noc bez parasola ;)
Piątkowy późny wieczór mija już w hoteliku.
Już rano, kiedy wyszedłem z Kolą, widać ciut większy ruch, ale tylko trochę. W Jastrzębiej zaczyna się week dla mieszkańców Trójmiasta. Nawet 2 samochody w noc dojechały pod hotelik. Sobotnie plany to jak zwykle plaża, tym razem idziemy w stronę Karwi. Schodzimy zejściem bez stopni.
Na dole już jest trochę ludzi, ale czym dalej w lewo tym mniej⌠jeszcze mniej⌠jeszcze mniej... aż jesteśmy sami. Dochodzimy do Ostrowa, do pierwszego kanału i wracamy. Kola czuje trudy wcześniejszych spacerów, zmagania się z piachem, z wiatrem, szumem fal i wyraźnie ma dość.
W hoteliku rybki, chwilka ogrzania się i znowu nad morze. Tym razem sami, piesek zostaje w swoich pieleszach.
Załącznik 40131Załącznik 40132Załącznik 40133Załącznik 40134
Gdzie ta Kola,a przy niej ten jacht :) ?
Jeśli można to polecam za pobytem następnym wędkarstwo z kutra.Wiem że ceny dość słone ale przyjemność duża :-)
Kola się jeszcze na fotkę załapie, jachty mniej a bardziej kutry... będą.
----------------------------------------------------------------------------------------
Widziałem kutry z reklamą na połowy nawet w okolice fiordów, ceny są negocjowane a ja nie miałem... okazji do negocjowania z racji przejścia zapędu wędkarskiego.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kola została a my postanawiamy przejechać się samochodem na Półwysep Helski. Pora nawet stosowna, jest połowa między 2 a 3 p.m.
Zatrzymujemy się najpierw w Jastarni, później w Juracie. Poświęcamy tym miejscowościom równo po godzinie. Dłużej się nie da.
Zimny i porywisty wiatr szaleje, bez mocno osłoniętej twarzy, w pobliżu brzegu i twarzą pod wiatr, nie można nawet oddychać. Jest gdzieś +2 stopnie, ale odczuwalna temperatura nad morzem chyba -15.
Załącznik 40137Załącznik 40138Załącznik 40139Załącznik 40140Załącznik 40141Załącznik 40142Załącznik 40143Załącznik 40144
Zapomniałem dodać, że wcześniej, jeszcze przed Jastarnią, byliśmy w Kuźnicy. Łażenie po Juracie wiatr dał nam popalić, w samochodzie dosłownie dochodzimy do temperaturowej stabilizacji. Gdy białka oczu doszły do swojej temperatury, gdy już łzy otarliśmy, gdy nosy zostały oczyszczone to mogliśmy ruszyć dalej. Teraz jedziemy na Hel, po drodze widzimy skręt w prawo do Muzeum Helu z Wieżą Kierowania Ognia, lecz nie skręcamy. Zaczyna zmierzchać a chcemy jeszcze przed całkowitym zmrokiem pospacerować po porcie helskim.
Samochód parkujemy dosłownie tuż przed wjazdem do niego. Wchodzimy i od razu trafiamy do fabryki ryb. Właśnie odbywa się produkcja szprotek. Jak popatrzycie na zdjęcia 1 i 2 to widać sporą rurę podłączoną pod taką małą wieżę. To właśnie przez nią wsysane są szprotki prosto z kutra na wieżę, na której pracownik âźodławiaâ większe ryby zaplątane w drobnicę jaką są szprotki. Tak wyselekcjonowana drobnica jest ponownie odsączana prosto do podstawionej cysterny. Chciałem ponegocjować by kupić jakąś większą świeżą rybkę, która została odłączona od drobnicy, jednak był opór. Dopiero później zauważyłem, że właśnie podjechały dwa âźważneâ samochody i może dlatego?⌠chociaż może to taki tu standard? Ogrom ptactwa latającego tutaj to zapewne ptasia elita, która ma nieskrępowany dostęp do wszystkiego co odpadnie, wypadnie i zostanie wywalone. Patrząc jak szybko znika każde żarełko to ptaki morskie mają tu âźżyć nie umieraćâ.
Spacer po porcie i odpuszczamy wejście na falochron, widząc jak fala rozpryskuje się na kilka metrów w górę, tuż przed nim. Tutaj nieźle wieje. Wracamy do samochodu ponownie wygwizdani z każdej strony. Małe ogrzanie i spacer po Helu, po Portowej i Bulwarze Nadmorskim⌠Fokarium zamknięte. Czas wracać, mamy dość, najbardziej mają dość nasze twarze, kanaliki łzowe i zatoki.
Już jest całkiem ciemno gdy wjeżdżamy do Władysławowo po porcję wędzonej rybki i 2 kg świeżego dorsza. Po drodze jeszcze wpadamy do dwóch dyskontów na małe zakupy. Na dziś to finto.
W hoteliku na parterze jest świetnie wyposażona kuchnia i ja zabieram się za smażenie dorsza. Tylko sól i pieprz i od razu na olej. Ewa znosi kapuchę i piwo, wypoczęta Kola też się łasi na rybkę i ją na pewno dostanie, chociaż zauważyliśmy, że woli skórę z ryb niż to co do niej przyczepione.
Trwa 2-3 godzinna biesiada. Przyłącza się jeszcze do rozmowy, tylko do rozmowy, właściciel hoteli (ma ich dwa obok siebie). Jest ciepło, zaczyna być błogo, czas posprzątać i wejść na górę do pokoju.
Załącznik 40148Załącznik 40149Załącznik 40150Załącznik 40151Załącznik 40152Załącznik 40153Załącznik 40154
Aż ślinka mi poleciała na myśl o takim świeżym dorszyku mimo że jadłem takiego w niedzielę :-)
Fokarium jest dość ciekawe,zwłaszcza stała wystawa o negatywnym wpływie śmieci na odradzającą się populację fok.A przyznać trzeba że wybrałeś jeden z lepszych terminów na zwiedzanie półwyspu.W sezonie - cóż coś jak nasza Ciasna czy Wędlina - przeżyć można ale po co.
W niedzielę rano pakujemy się do samochodu i jedziemy tuż za Karwię i zaczynamy spacer od Kanału Karwianka. Właściwie to już są Karwieńskie Błota Pierwsze bo są też drugie. Kanał to ujście z wyżej położonych, bardzo podmokłych torfowych terenów i niesie brunatną wodę do morza. Mamy zamiar iść do Dębek. Niestety nie doszliśmy, ze względu na niesamowicie zimny i porywisty czołowy wiatr. Jednak spory kawałek przeszliśmy, niewiele zabrakło do celu, szliśmy nawet nadbrzeżnym lasem, czasami mało widząc morze. Kola miała ponownie już dość a i nam walczyć się też nie chciało z wiatrem. Powrót tą samą drogą do samochodu. Ze względu na dość wczesne popołudnie postanawiamy pojechać do Dębek a to trochę tak trzeba naokoło by ominąć wspomniane podmokłe tereny. W tej wsi byłem dawno temu jeden raz na pół dnia. Pamiętam wtedy główną ulicę jako piaszczystą a teraz to już inny świat, patrząc nawet na stojące domki. Samochodem tylko objeżdżamy Dębki i kierujemy się nad Jezioro Żarnowieckie nad którym w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zaczęto budować elektrownię jądrową, na szczęście nie wybudowano, przysłużył się do tego też Czarnobyl. Tutaj podobnie jak w Bieszczadach też zlikwidowano i zalano wieś. Na chwilkę zatrzymujemy się nad jeziorem i wchodzimy na molo, później nieudana (zamknięta o tej porze) próba wejścia na wieżę widokową âźKaszubskie Okoâ, dalej do Gniewina zobaczyć niezły kompleks sportowo-wypoczynkowy. To tutaj stacjonowała Hiszpania podczas ME, miała tutaj też Legia swój obóz przygotowawczy a inne zespoły Ekstraklasy także tu bywają.
Po drodze ostro hamujemy bo zauważamy jakiegoś drapieżnego ptaka na poboczu drogi (zdjęcie dałem w innym miejscu). Niestety tylko wiem po wyglądzie, że to drapieżny.
Okrążamy jezioro by zobaczyć elektrownię i wracamy do Jastrzębiej Góry.
Wieczorem jeszcze raz spacer w stronę wsi Tupadły, tylko tym razem w odwrotnym kierunku. Trójmiastowi już się zwinęli do domów i Jastrzębia jeszcze bardziej pusta. Nie spotykamy żadnego człowieka po drodze.
Załącznik 40155Załącznik 40156Załącznik 40157Załącznik 40158Załącznik 40159Załącznik 40160Załącznik 40161Załącznik 40162
Dziennie robimy, tak na moje oko, około 15 km, ja nawet kilka więcej gdy doliczę poranne i wczesno nocne spacery z Kolą. W poniedziałek przed południem jedziemy do Karwi do pierwszego kanałku i tam parkujemy blisko szosy. Idziemy wzdłuż, aż do morza i skręcamy w prawo w stronę Jastrzębiej. Prawie na samym początku widzę znak, że byli tu âźnasiâ, zostawiam to bez komentarza, ale muszę chociaż dodać, że bym wypalał na czole podobne znaki lub gryzmoły, za taką radosną twórczość.
Dziś chyba najsilniejszy wiatr. Patrząc z poziomu Koli, to na jej wysokości jest burza piasakowa. Z zachodu na wschód piasek jest przemieszczany dość mocno. Wszelkie ślady są w kilkadziesiąt sekund zasypane, plaża jest idealnie równana. Słychać nawet szelest ziarenek ocierających się wzajemnie o siebie a buty świszczą gdy się trą o niego. Póty wiatr wiał nam w plecy to szliśmy w miarę komfortowo, póki w Jastrzębiej nie trzeba było się odwrócić. Ewa nawet dała propozycję bym z Kolą wracał do hotelu, ale ja zbliżam się bardziej ku falom tam gdzie piasek bardziej mokry. Silniej wieje, lecz pies nie ma burzy piaskowej. Nikogo dziś nie spotkaliśmy. W samochodzie jeszcze nam w uszach świszcze. Wracamy na godzinę do hotelu na obiadowe rybki z kapustą kiszoną. Po południu Kola zostaje w pokoju, dostaje wolne a my chcemy zaliczyć jeszcze jeden spacerek.
Załącznik 40177Załącznik 40178Załącznik 40179
Załącznik 40180Załącznik 40181Załącznik 40182Załącznik 40183Załącznik 40184Załącznik 40185Załącznik 40186
Moja propozycja by pojechać po południu do Chałup jest skwapliwie zaakceptowana. Samochód parkujemy w pobliżu stacji PKP. Z racji, że wystający na północ Przylądek Rozewie, trochę osłania schowany za nim cypel helski przed zachodnim wiatrem, to na plaży w Chałupach nie mamy aż takiego silnego wiatru jaki mieliśmy rano w Karwi. Idziemy godzinę w prawo, w stronę Jastarni i wracamy kiedy zaczyna być już ciemno. Tutaj też żywej duszy nie widzimy. Do samochodu wsiadamy porządnie zmarznięci. Dzisiaj pigwówki zapewne więcej zostanie upite. Jest idealna na rozgrzewkę i dodaje życia naszym ciałom. Mamy właśnie najzimniejszy dzień podczas pobytu, patrząc oczywiście pod kątem temperatury odczuwalnej.
Na dziś styknie, nawet na jakiś dłuższy przednocny obchód z Kolą nie mam już ochoty.
Załącznik 40187Załącznik 40188Załącznik 40189Załącznik 40190Załącznik 40191Załącznik 40192Załącznik 40193Załącznik 40194
Rano odsłaniając zasłonę w pokoju przywitał mnie dzień bez żadnej chmurki, kiedy jednak po porannej higienie i ubraniu się, wyszedłem z Kolą na spacerek to zrobiło się pochmurno, zaczął padać deszcz, za chwilę śnieg a po chwili wszystko razem. Podczas śniadania wyszło ponownie słońce a gdy się ubieraliśmy ponownie ostro zacinał deszcz. Postanawiamy zostawić psa w pokoju a sami jedziemy do Władysławowa by zobaczyć port. Kiedy już dojechaliśmy to słońce ponownie wyszło. Tak będzie cały dzień. Na szczęście gdy pada to my albo w samochodzie lub gdzieś w pomieszczeniu. Idealnie dopasowaliśmy się do aury. Samochód zostawiamy blisko bramy wejściowej do portu.
Załącznik 40195Załącznik 40196Załącznik 40197
Pochodziliśmy po całym porcie, doszliśmy do najdalej wysuniętej jego części w morze, tam gdzie jest jego wejście i wyjście, pozaglądaliśmy do kutrów, nawet wspinając się na jakieś beczki zajrzeliśmy do pobliskiej fabryki ryb, gdzie właśnie pakowano w skrzynki świeże dorsze. Do wiatru się przyzwyczailiśmy. Po drodze do centrum Władka kupujemy trochę wędzonej rybki, tak by starczyło do wyjazdu.
Załącznik 40198Załącznik 40199Załącznik 40200Załącznik 40201
W centrum namawiam Ewę na wejście na wieżę widokową w Domu Rybaka, chociaż ceny nie zachęcająâŚ na poziom 45 metrów to dla nas wydatek 16 zeta a na tzw. kulę na 63 metrach już 30 zeta. Punkt wyższy jest całkowicie otwarty, więc zważywszy jaką mamy pogodę i jak na dole piździ, to od razu wyobraźnia podpowiada jak musi wiać 63 metry wyżej. Na tzw. kulę trzeba iść niestety po schodach z pierwszego tarasu, czyli 18 metrów a biorąc ustawowe 19 cm na schodek, to jak nic do pokonania jest jakieś 95 krętych schodów.
Wydatek rekompensuje wjazd darmową windą na VIII piętro a nie na nogach po 237 (matematyczne wyliczenie!) schodach, chociaż kto chce to czemu nie. Dla cwaniaków przezornie zamalowano z zewnątrz(!!!) wszelkie okna na klatce schodowej. W cenie biletu jest darmowe spoglądanie przez lunetę lub lornetkę stacjonarną. Widoki są jak okiem sięgnąć w każdą stronę. Na szczęście nie pada (nad samym morzem tak, stąd tam tęcza), bo tutaj okien nie ma, więc sam porywisty wiatr jakoś dzielnie znosimy⌠tylko do jakiegoś momentu.
Na niższych piętrach jest wystawa motyli (jeden mo tyle drugi mo tyleâŚ) i jest jakaś wystawa z magicznym zawrotem głowy. Do tego drugiego nawet weszliśmy na trochę⌠ale na wstępie nic nas nie zakręciło, więc daliśmy sobie spokój, tym bardziej dziengi zaś trzeba było wyjmować.
I koniec następnej atrakcji. Teraz już na dole namawiam Ewę by jeszcze pojechać doâŚ
Załącznik 40202Załącznik 40203
...do OPO Cetniewo, kiedyś Cetniewo to była wieś, teraz jest dzielnicą Władysławowa, znaną głównie z ośrodka gdzie trenowali i nadal trenują nasi olimpijczycy. Przygotowania do przeróżnych zawodów czynią tam też sportowcy z różnych dyscyplin z piłką nożną włącznie. Gdy tylko przejeżdżamy bramę widzimy trenujące na boisku różne grupy wiekowe piłkarzy Lechii Gdańsk.
Gdzie się da to zaglądamy do sal a gdy przychodzi fala deszczu, chowamy się do kawiarni na kawę. Fajna kawiarnia w której możemy się porządnie rozsiąść na wygodnych kanapach. Kiedy półgodzinny deszcz przeszedł ruszamy na dalszy obchód ośrodka. Sporo młodzieży, wszak trwają teraz w niektórych województwach ferie zimowe.
Wsiadamy do samochodu i teraz Ewa ma pomysł by mi coś pokazać po drodze do Jastrzębiej.
Załącznik 40204Załącznik 40205Załącznik 40206Załącznik 40207Załącznik 40208
Teraz jedziemy do Falezy, to nazwa małego hoteliku z restauracją tuż przed Jastrzębią a za Rozewiem. Trzeba tylko skręcić z głównej drogi w prawo w stronę morza, jest prawie na skraju skarpy. Jednak to nie ten hotelik ani restauracja jest celem tylko kamienny obelisk znajdujący się tuż przy zejściu w dół na plażę. Zwłaszcza historia związana z tym miejscem i nazwą Faleza. Mam nadzieję, że ją odczytacie ze zdjęć. Prosty przykład jak można zwykłe miejsce ubarwić jakąś opowieścią lub legendą wplątując w to formy przyrody nieożywionej.
Przeczytałem, zobaczyłem więc możemy wracać do naszego hoteliku. Udało nam się jakoś zagospodarować zmienność pogody przez prawie 5 godzin.
Teraz na ryby (jeszcze się nie znudziły) i mały odpoczynek przed późno popołudniowym spacerem. Będzie to raczej wieczorny spacer, na zegarku jest już po godzinie piętnastej.
Załącznik 40209Załącznik 40210Załącznik 40211Załącznik 40212
Jest kilka minut po siedemnastej kiedy wychodzimy na wieczorny spacer, nasz czterołap lub pluszak, jak nazywam czasami Kolę, też idzie z nami. Kierujemy się na bulwar nadmorski, później na starą i najładniejszą część Jastrzębiej, koło Willi Victor schodzimy leśną ścieżką w dół tak by tylko nie schodzić po schodach. Nad morzem łapiemy ostatnie światła jakie pozostawiło zachodzące słońce. To są jego ostatnie dzisiejsze blaski widoczne z tego miejsca. Jest ciszej niż za dnia. Czekamy na całkowity zmrok i kierujemy się przez las by wyjść na zachodni skraj Jastrzębiej Góry. Ewa nawet się pyta czy aby na pewno mamy tędy iść? No cóż, las po zmroku wielu rozszerza oczy. Ścieżkę ledwo widać, ale po wyjściu na wolną przestrzeń jest jaśniej. Idziemy skrajem ostatnich opłotków aż do drogi przelotowej, którą w tym miejscu nazwano Królewską. Lekko pod górę już chodnikiem dochodzimy do centrum miejscowości. Jest kilka minut po osiemnastej i żywej duszy, czasami tylko jakiś samochód przejedzie. Idziemy do Drogi Rybackiej, skręcamy w nią, mijamy Bar Max i Dom Whisky⌠chwalą się, że posiadają 1800 butelek whisky z całego świata i mają jeszcze dwie swoje filie, jedną w Warszawie a drugą we Wrocławiu. Jakoś bardziej ostatnio smakują mi moje nalewki, chociaż w dniu kiedy to piszę, tak przy okazji Dnia Świętego Patryka, tak gdyby ktoś hojny lub jakaś hojna mnie zaprosili to⌠czemu nie⌠napiłbym się słodowej Glenfiddich Janet Sheed Roberts Reserv z tulipanowego kieliszka, tak chociaż na spróbowanie. :-o
Z Jaśkiem mogę nawet się napić jego ulubionego (chyba?) Jack Daniels`a, chociaż to whiskey zaoceaniczna :-P
I tak z posmakiem whisky wracamy do naszego hotelu. Znowu dzień minął, chociaż ma jeszcze kilka godzin do końca.
Dźekuś to zacny burbonik.
Reconie.Otwarty jestem na Twoją sugestię. âşâş
W sobotę??
Załącznik 40222Załącznik 40223Załącznik 40224Załącznik 40225Załącznik 40226Załącznik 40227Załącznik 40228Załącznik 40229Załącznik 40230
W środę 24 lutego ponownie mamy piękną pogodę, słoneczko, czasami pojawiają się cumulusy i jak co dnia wieje dość ostro. Dziś jakoś ciężej się wstaje, dłużej się spinamy do wyjazdu. Na godzinę przed południem stawiamy się, tym razem bez psa, nad Kanałem Karwianka. Kanałem spływa do morza żółto brunatna woda z Karwieńskich Błot. Widokowo fajne miejsce na plażowanie lecz ta woda z tego kanałku jest niczym, zachowując odpowiednie proporcje, brunatna rzeka Amazonka i nie zachęca do kąpieli. Błękitna woda, ładny jasnożółty piasek na plaży i ta brunatna woda wlewająca się do akwenu. Na lewo, w stronę Dębek plaży już nie ma, są dużym wysiłkiem porobione wszelkie brzegowe umocnienia z kamieni oplecionych często stalową siatką, także z betoników i nawiezionego piachu. Tam cały czas trwa walka ludzi o ląd. Ci co pokupowali działki i postawili sobie domy w pobliżu, mają teraz, na sporym odcinku brzegowym, brak dostępu do morza w postaci nawet skrawka plaży i muszą chodzić dalej.
My idziemy w stronę Jastrzębiej, nadal wieje zachodni silny wiatr. Osobiście mam przeluftowane płuca tak, że czuję każdy nawet najdalszy i najgłębszy ich zakamarek. Jodu też zapewne trochę w nas się odłożyło a wbrew pozorom to ważny pierwiastek do życia, którego w miejscu zamieszkania nie mamy, nie mówiąc już o Bieszczadach.
Dochodzimy do sporej zjeżdżalni, ja wchodzę na sam jej szczyt by sięgnąć wzrokiem dalej, Ewa po kilku minutach też wchodzi i siedzimy tam tak sobie następne kilkanaście minut. Głów nam nie urwało, ale chciało. Schodzimy, idziemy jeszcze z 500 metrów i postanawiamy wracać. Dziś pierwszy raz jestem przemarznięty, nawet palce schowane w krótkich Meindl`ach mam zmrożone. Autentycznie mam dość tego łażenia po plaży, w ten mroźny wiatr. Po południu ja mówię pas i kamufluję się w pokoju. Dziś po południu wszelkie rozgrzewające trunki zostaną wypite! I tak się dzieje!
W domu oczywiście wędzony dorsz, to on ma najwięcej jodu, piwko jco prawda już go nie ma, ale ma w sobie błogostan. Ewie początkowy entuzjazm pójścia samej nad morze całkowicie opadł kiedy zobaczyła mnie delektującego się ciepłem i nalewkami. Koli też takie lenistwo pana przypasowało, tym bardziej, że dziś objadła się sporo skóry z dorsza a to wskazuje też i obfitość mojego posiłku. :P
Wieczorem, gdy z psem wyszedłem, to nawet trochę śniegu poprószyło, ale tylko trochę.
W czwartek już o ósmej rano wyjeżdżamy, trochę wcześnie, ale nie udało się mi przełożyć jednego spotkania na inny termin. Całą drogę musimy kontrolować czas by zdążyć. Kiedy dojeżdżamy do Gdyni zaczyna mocno sypać śnieg, w mig robi się biało i tak już całą drogę aż do celu.
Następny nasz wyjazd szykuje się w maju i wszystko wskazuje, że będą to jednak Bieszczady. Gdy to piszę, właśnie intensywnie szukam lokalizacji, termin ze wszystkimi uczestnikami jest już uzgodniony. Oby tylko nie było innych przeszkód.
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Bieszczady, Bieszczady i tylko w te Bieszczady⌠no cóż trzeba znaleźć złoty środek w swoim działaniu, jak to opisał słowami Buddy Jan Ostrowski, w przypowieści na swoim portalu.
Tym razem miała nastąpić chwila odpoczynku na poziomie zerowym, tam gdzie najdalej mamy wysuniętą część Polski na północ. Spory szmat czasu temu byłem nad polskim morzem a i tak były to głównie szkolenia, kursy lub zjazdy. Nie do końca więc można powiedzieć o jakimś tam nadmorskim pobycie.
Drogi są obecnie dobre, niepotrzebnie tylko wpakowaliśmy się w objazd Łodzi, ale podczas powrotu była nauczka i z GPS-em pojechaliśmy bocznymi drogami. Kola, bo tego kundla nakazałem też zabrać, niczym królowa miała legowisko na tylnym siedzeniu. Kiedy już wpadliśmy na autostradę to licznik nie schodził poniżej 130 i po popołudniu mogliśmy chodzić już po plaży.
Zanim tam ruszyliśmy musiałem załatwić logistykę. Poszukiwanie noclegu od samego początku nie szło z oczekiwaną łatwizną, a przecież to nie sezon. A jak nie sezon to wszystko zamknięte a to co otwarte to z cenami z kosmosu. Nawet na helskim półwyspie coś zaklepałem, ale podczas plenarnej debaty Ewa stwierdziła bym się lepiej postarał.
Trzeba było podejść do tematu z małym sprytem, w trivago zaklikałem miejsce i taki rozrzut 20-kilometrowy, popatrzyłem na ceny z narzutem i zadzwoniłem pod 1 wytypowany adres. Cena była o ćwierć setki procentów mniejsza niż na portalu, ale za psa trzeba było zapłacić dodatkowo, chociaż pobyt był możliwy a to ważne. No cóż, wyszło tak, że Kola była pierwszy raz na płatnych wczasach. Ewa gdy zobaczyła dom i kwaterę i całe towarzyszące okoliczności to od razu zaakceptowała wszystko, bez żadnego nawet plenum.
I tak stało się faktem, że w okresie zimowym jedziemy na północ Polski, na plażę, po jod, po słońce, po fale, po rybki i inne jeszcze bzdety. Oczywiście po rybki wędzone wstępujemy po drodze do wędzarni we Władku, przy okazji zwiedzamy go trochę z okien samochodu. I jedziemy dalej, bo cel już blisko.
Jastrzębia Góra pierwszego dnia, i następnego też, i po następnego też, to totalnie wyludnione wczasowisko, żyjące gwarem w sezonie, lecz nie teraz⌠no trochę, zwłaszcza przez Trójmieszczan, w weekend się zaludnia, ale tylko trochę.
Więc w to pierwsze popołudnie, tam gdzie obelisk Gwiazdy Północy, to głównie obejście kątów, obadanie co otwarte, co zamknięte i spacer po plaży. Na plaży wieje, co chyba normalne w tym miejscu, z tą drobną różnicą, że teraz nie wieje a zimno piździ i o jakimś kopaniu grajdołów można zapomnieć. Śniegu zero, jest nawet plusowa temperatura, ale już taka odczuwalna będzie z â 10. Dla Koli to wszystko, co ją spotyka, jest jakieś abstrakcyjne⌠jakaś duża kuweta dla zakichanych kotów i ta ogromna woda z falami zbyt dużymi jak na psią perspektywę i jeszcze szumiąâŚ no jakoś tak zbyt głośno⌠oj duża, duża rezerwa, by nie powiedzieć strach, do tego czegoś mokrego.
Dla mnie to retrospekcyjny spacer po miejscowości, którą w ubiegłym wieku dobrze poznałem i tylko patrzę jakie ogromne zmiany poczyniono w tej, ówcześnie mi znanej, mieścinie.
Spacer kilkugodzinny i powrót na kwaterę, gdy było już dość ciemno. Mordy mamy wszyscy ogorzałe z zimnego wiatru, w nogach czujemy spacerek, sierść psa pachnie jodem a on sam padł na swoje wyro. Nam zaczyna ślinka kapać na wędzoną rybkę⌠tylko którą wybierzemy, bo kilka rodzajów nabyliśmy.
CDN
Kontynuując sprawę konsumpcji ryb, oczywiście że morskich a nie słodkowodnych, to obiecaliśmy sobie, że jemy je na okrągło. Żadnych tam obiadów w knajpach, swoje tylko i w hoteliku! Ewa z racji, że w ostatnich latach tutaj bywała, wie gdzie można je kupić z pierwszej ręki... wędzone mamy czasami nawet jeszcze ciepłe. Do tego jeszcze razowy chlebek i kapuchę kiszoną bez konserwantów. Może czasami jeszcze piwko, ale ono w zimie jakoś mniej chętnie jest przez nas pite.
Rybą objadamy się do zupełnej sytości. Chwilka odpoczynku i znowu idziemy na wieczorny spacer.
Na drugi dzień w miarę wcześnie wstajemy i po śniadaniu spacerek plażą w stronę Władysławowo na zasadzie âźile się da i powrótâ. Jeszcze koło Jastrzębiej kilka osób widać, ale czym dalej to już jest âźspacer dziką plażąâ, żadnej żywej duszy, pomijam morskie ptactwo. Koło Rozewia widzimy na łódce wędkarzy a i jest jeden w oddali widoczny człowiek co stoi po pas w wodzie i łapie na spinera. Gdy zamiast zarysów widać konkretną jego postać widzimy po zgiętej wędce, że coś złapał i jak walczy z rybą. Mamy farta bo gdy już do niego dochodzimy to i on wyszedł na brzeg z rybą na haczyku. To rzadka dla wędkarza ryba, przez tą właśnie rybę rzeka Słupia stała się sławna a są okresy gdzie nad nią ściągają zastępy ludzi by tam się na nią zasadzić⌠i to nie tylko nasi rodacy.
Idziemy teraz po bardzo długim betonowym falochronie, mam nieodparte wrażenie, że idę po pustej trybunie na Placu Defilad. To ochrona przed morskim najeźdźcą, który nam kawałek po kawałku odbiera nasz ląd RP. Podczas całej naszej wędrówki po wybrzeżu widzimy jak Polska przegrywa cal po calu, jak ubywa plaż a w niektórych miejscach już ich nawet nie ma. Moja pamięć zachowała jeszcze obraz, że jeszcze kiedyś tam były.
Dochodzimy prawie do pierwszych zabudowań Władka i wyraźnie ze szczegółami widzimy wieżę Domu Rybaka. Postanawiamy wracać. Kola idzie dzielnie jak na staruszkę przystało i chyba już się przyzwyczaiła do ogólnego szumu i do, to zbliżających się do niej to oddalających się fal. Piaskownicę nadmorską też ogarnęła.
Leci nisko helikopter, macham do niego rękoma, pilot zauważył i odmachał, ot ludzkie gesty.
Kiedy wędrowaliśmy to wiatr wiał nam w plecy a teraz zachodni się mści i smaga nas ze zdwojoną siłą by sobie nadrobić. Z oczu łzy lecą, z nosa kapie, w ruch idą chusteczki higieniczne a i Koli to mniej się też podoba. Na szczęście wiedzieliśmy jak się ubrać i lodowaty wiatr tylko po mordach nam daje. Może się należy?
Dla Koli wychodzimy z plaży wejściem bez schodków, taką drogą niczym kanałem, klifem pod ściętym kątem. Wejście w ten półotwarty tunel wyłącza szum wiatru a z czasem też i szum fal. Jest chłodno, ale już nie wieje. Kola teraz pozwala sobie w krzakach siknąć⌠bo w kuwetę niech se głupie koty sikają.
Załącznik 40113Załącznik 40114Załącznik 40115Załącznik 40116Załącznik 40117Załącznik 40118Załącznik 40119Załącznik 40120Załącznik 40121
CDN
Wieczorkiem, ponowny spacer. Tym razem ja ciągnę w stronę wsi Tupadły, aby wydobyć swoje wspomnienia i porównać z poczynionymi zmianami urbanistycznymi. Przechodzimy obok zajezdni PKS, kiedyś obok była najlepsza smażalnia ryb, kiedyś, bo teraz widać postępujący jej upadek. Teraz dalej drogą, teraz to już ulica Pucka z chodnikiem jak się patrzy. Mijamy piekarnię, gdzie kiedyś skoro świt kupowałem gorący chleb prosto z łopaty piekarskiej. Dochodzimy wreszcie do starego parterowego domu, ale już nie pasującego do pięknego otoczenia, to w nim kilka sezonów mieszkałem. Dom był kiedyś ostatnim domem w Jastrzębiej z tej strony a teraz miejscowość dosłownie łączy się z Tupadłami. Stoję przy płocie, Ewa poszła z Kolą dalej, zastanawiam się czy żyje jeszcze ówczesny samotny właściciel. Chwilę stoję, walcząc z rozterką czy zapukać. Niczym myślami otwieram drzwi, gdy nagle się one uchylają i wygląda mały chłopiec. Po krótkiej rozmowie wygląda też jego mama. Rozmawiamy, ja wspominam⌠ale najważniejsze są jej słowa⌠niestety wujek kilkanaście lat temu zmarł.
Wracamy Drogą Rybacką w stronę morza, kiedyś to droga polna w środkowej części z betoników a tuż przy drodze przelotowej dopiero był kawałek asfaltu. Teraz to wyeksponowana ulica, po której w okresie letnim hula kasa a nie wiatr niosący piach. Noc szybko zapada. Żadnej żywej istoty, już nawet nie mówię o ludziach. Gdzieniegdzie zapalają się światła w domach.
Naokoło wymarłe miasteczko, czasami przemknie jakiś samochód. Mijamy jeszcze czynną ciastkarnię i otwartą knajpkę⌠w obydwu lokalach jest pusto. Hotelik mamy w samym centrum więc idziemy główna drogą oświetloną lampami. Gdyby padało a przecież nie pada, można by bez skrępowania na całe gardło śpiewać przebój Franka Sinatry⌠sami w taką noc bez parasola ;)
Piątkowy późny wieczór mija już w hoteliku.
Już rano, kiedy wyszedłem z Kolą, widać ciut większy ruch, ale tylko trochę. W Jastrzębiej zaczyna się week dla mieszkańców Trójmiasta. Nawet 2 samochody w noc dojechały pod hotelik. Sobotnie plany to jak zwykle plaża, tym razem idziemy w stronę Karwi. Schodzimy zejściem bez stopni.
Na dole już jest trochę ludzi, ale czym dalej w lewo tym mniej⌠jeszcze mniej⌠jeszcze mniej... aż jesteśmy sami. Dochodzimy do Ostrowa, do pierwszego kanału i wracamy. Kola czuje trudy wcześniejszych spacerów, zmagania się z piachem, z wiatrem, szumem fal i wyraźnie ma dość.
W hoteliku rybki, chwilka ogrzania się i znowu nad morze. Tym razem sami, piesek zostaje w swoich pieleszach.
Załącznik 40131Załącznik 40132Załącznik 40133Załącznik 40134
Gdzie ta Kola,a przy niej ten jacht :) ?
Jeśli można to polecam za pobytem następnym wędkarstwo z kutra.Wiem że ceny dość słone ale przyjemność duża :-)
Kola się jeszcze na fotkę załapie, jachty mniej a bardziej kutry... będą.
----------------------------------------------------------------------------------------
Widziałem kutry z reklamą na połowy nawet w okolice fiordów, ceny są negocjowane a ja nie miałem... okazji do negocjowania z racji przejścia zapędu wędkarskiego.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Kola została a my postanawiamy przejechać się samochodem na Półwysep Helski. Pora nawet stosowna, jest połowa między 2 a 3 p.m.
Zatrzymujemy się najpierw w Jastarni, później w Juracie. Poświęcamy tym miejscowościom równo po godzinie. Dłużej się nie da.
Zimny i porywisty wiatr szaleje, bez mocno osłoniętej twarzy, w pobliżu brzegu i twarzą pod wiatr, nie można nawet oddychać. Jest gdzieś +2 stopnie, ale odczuwalna temperatura nad morzem chyba -15.
Załącznik 40137Załącznik 40138Załącznik 40139Załącznik 40140Załącznik 40141Załącznik 40142Załącznik 40143Załącznik 40144
Zapomniałem dodać, że wcześniej, jeszcze przed Jastarnią, byliśmy w Kuźnicy. Łażenie po Juracie wiatr dał nam popalić, w samochodzie dosłownie dochodzimy do temperaturowej stabilizacji. Gdy białka oczu doszły do swojej temperatury, gdy już łzy otarliśmy, gdy nosy zostały oczyszczone to mogliśmy ruszyć dalej. Teraz jedziemy na Hel, po drodze widzimy skręt w prawo do Muzeum Helu z Wieżą Kierowania Ognia, lecz nie skręcamy. Zaczyna zmierzchać a chcemy jeszcze przed całkowitym zmrokiem pospacerować po porcie helskim.
Samochód parkujemy dosłownie tuż przed wjazdem do niego. Wchodzimy i od razu trafiamy do fabryki ryb. Właśnie odbywa się produkcja szprotek. Jak popatrzycie na zdjęcia 1 i 2 to widać sporą rurę podłączoną pod taką małą wieżę. To właśnie przez nią wsysane są szprotki prosto z kutra na wieżę, na której pracownik âźodławiaâ większe ryby zaplątane w drobnicę jaką są szprotki. Tak wyselekcjonowana drobnica jest ponownie odsączana prosto do podstawionej cysterny. Chciałem ponegocjować by kupić jakąś większą świeżą rybkę, która została odłączona od drobnicy, jednak był opór. Dopiero później zauważyłem, że właśnie podjechały dwa âźważneâ samochody i może dlatego?⌠chociaż może to taki tu standard? Ogrom ptactwa latającego tutaj to zapewne ptasia elita, która ma nieskrępowany dostęp do wszystkiego co odpadnie, wypadnie i zostanie wywalone. Patrząc jak szybko znika każde żarełko to ptaki morskie mają tu âźżyć nie umieraćâ.
Spacer po porcie i odpuszczamy wejście na falochron, widząc jak fala rozpryskuje się na kilka metrów w górę, tuż przed nim. Tutaj nieźle wieje. Wracamy do samochodu ponownie wygwizdani z każdej strony. Małe ogrzanie i spacer po Helu, po Portowej i Bulwarze Nadmorskim⌠Fokarium zamknięte. Czas wracać, mamy dość, najbardziej mają dość nasze twarze, kanaliki łzowe i zatoki.
Już jest całkiem ciemno gdy wjeżdżamy do Władysławowo po porcję wędzonej rybki i 2 kg świeżego dorsza. Po drodze jeszcze wpadamy do dwóch dyskontów na małe zakupy. Na dziś to finto.
W hoteliku na parterze jest świetnie wyposażona kuchnia i ja zabieram się za smażenie dorsza. Tylko sól i pieprz i od razu na olej. Ewa znosi kapuchę i piwo, wypoczęta Kola też się łasi na rybkę i ją na pewno dostanie, chociaż zauważyliśmy, że woli skórę z ryb niż to co do niej przyczepione.
Trwa 2-3 godzinna biesiada. Przyłącza się jeszcze do rozmowy, tylko do rozmowy, właściciel hoteli (ma ich dwa obok siebie). Jest ciepło, zaczyna być błogo, czas posprzątać i wejść na górę do pokoju.
Załącznik 40148Załącznik 40149Załącznik 40150Załącznik 40151Załącznik 40152Załącznik 40153Załącznik 40154
Aż ślinka mi poleciała na myśl o takim świeżym dorszyku mimo że jadłem takiego w niedzielę :-)
Fokarium jest dość ciekawe,zwłaszcza stała wystawa o negatywnym wpływie śmieci na odradzającą się populację fok.A przyznać trzeba że wybrałeś jeden z lepszych terminów na zwiedzanie półwyspu.W sezonie - cóż coś jak nasza Ciasna czy Wędlina - przeżyć można ale po co.
W niedzielę rano pakujemy się do samochodu i jedziemy tuż za Karwię i zaczynamy spacer od Kanału Karwianka. Właściwie to już są Karwieńskie Błota Pierwsze bo są też drugie. Kanał to ujście z wyżej położonych, bardzo podmokłych torfowych terenów i niesie brunatną wodę do morza. Mamy zamiar iść do Dębek. Niestety nie doszliśmy, ze względu na niesamowicie zimny i porywisty czołowy wiatr. Jednak spory kawałek przeszliśmy, niewiele zabrakło do celu, szliśmy nawet nadbrzeżnym lasem, czasami mało widząc morze. Kola miała ponownie już dość a i nam walczyć się też nie chciało z wiatrem. Powrót tą samą drogą do samochodu. Ze względu na dość wczesne popołudnie postanawiamy pojechać do Dębek a to trochę tak trzeba naokoło by ominąć wspomniane podmokłe tereny. W tej wsi byłem dawno temu jeden raz na pół dnia. Pamiętam wtedy główną ulicę jako piaszczystą a teraz to już inny świat, patrząc nawet na stojące domki. Samochodem tylko objeżdżamy Dębki i kierujemy się nad Jezioro Żarnowieckie nad którym w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zaczęto budować elektrownię jądrową, na szczęście nie wybudowano, przysłużył się do tego też Czarnobyl. Tutaj podobnie jak w Bieszczadach też zlikwidowano i zalano wieś. Na chwilkę zatrzymujemy się nad jeziorem i wchodzimy na molo, później nieudana (zamknięta o tej porze) próba wejścia na wieżę widokową âźKaszubskie Okoâ, dalej do Gniewina zobaczyć niezły kompleks sportowo-wypoczynkowy. To tutaj stacjonowała Hiszpania podczas ME, miała tutaj też Legia swój obóz przygotowawczy a inne zespoły Ekstraklasy także tu bywają.
Po drodze ostro hamujemy bo zauważamy jakiegoś drapieżnego ptaka na poboczu drogi (zdjęcie dałem w innym miejscu). Niestety tylko wiem po wyglądzie, że to drapieżny.
Okrążamy jezioro by zobaczyć elektrownię i wracamy do Jastrzębiej Góry.
Wieczorem jeszcze raz spacer w stronę wsi Tupadły, tylko tym razem w odwrotnym kierunku. Trójmiastowi już się zwinęli do domów i Jastrzębia jeszcze bardziej pusta. Nie spotykamy żadnego człowieka po drodze.
Załącznik 40155Załącznik 40156Załącznik 40157Załącznik 40158Załącznik 40159Załącznik 40160Załącznik 40161Załącznik 40162
Dziennie robimy, tak na moje oko, około 15 km, ja nawet kilka więcej gdy doliczę poranne i wczesno nocne spacery z Kolą. W poniedziałek przed południem jedziemy do Karwi do pierwszego kanałku i tam parkujemy blisko szosy. Idziemy wzdłuż, aż do morza i skręcamy w prawo w stronę Jastrzębiej. Prawie na samym początku widzę znak, że byli tu âźnasiâ, zostawiam to bez komentarza, ale muszę chociaż dodać, że bym wypalał na czole podobne znaki lub gryzmoły, za taką radosną twórczość.
Dziś chyba najsilniejszy wiatr. Patrząc z poziomu Koli, to na jej wysokości jest burza piasakowa. Z zachodu na wschód piasek jest przemieszczany dość mocno. Wszelkie ślady są w kilkadziesiąt sekund zasypane, plaża jest idealnie równana. Słychać nawet szelest ziarenek ocierających się wzajemnie o siebie a buty świszczą gdy się trą o niego. Póty wiatr wiał nam w plecy to szliśmy w miarę komfortowo, póki w Jastrzębiej nie trzeba było się odwrócić. Ewa nawet dała propozycję bym z Kolą wracał do hotelu, ale ja zbliżam się bardziej ku falom tam gdzie piasek bardziej mokry. Silniej wieje, lecz pies nie ma burzy piaskowej. Nikogo dziś nie spotkaliśmy. W samochodzie jeszcze nam w uszach świszcze. Wracamy na godzinę do hotelu na obiadowe rybki z kapustą kiszoną. Po południu Kola zostaje w pokoju, dostaje wolne a my chcemy zaliczyć jeszcze jeden spacerek.
Załącznik 40177Załącznik 40178Załącznik 40179
Załącznik 40180Załącznik 40181Załącznik 40182Załącznik 40183Załącznik 40184Załącznik 40185Załącznik 40186
Moja propozycja by pojechać po południu do Chałup jest skwapliwie zaakceptowana. Samochód parkujemy w pobliżu stacji PKP. Z racji, że wystający na północ Przylądek Rozewie, trochę osłania schowany za nim cypel helski przed zachodnim wiatrem, to na plaży w Chałupach nie mamy aż takiego silnego wiatru jaki mieliśmy rano w Karwi. Idziemy godzinę w prawo, w stronę Jastarni i wracamy kiedy zaczyna być już ciemno. Tutaj też żywej duszy nie widzimy. Do samochodu wsiadamy porządnie zmarznięci. Dzisiaj pigwówki zapewne więcej zostanie upite. Jest idealna na rozgrzewkę i dodaje życia naszym ciałom. Mamy właśnie najzimniejszy dzień podczas pobytu, patrząc oczywiście pod kątem temperatury odczuwalnej.
Na dziś styknie, nawet na jakiś dłuższy przednocny obchód z Kolą nie mam już ochoty.
Załącznik 40187Załącznik 40188Załącznik 40189Załącznik 40190Załącznik 40191Załącznik 40192Załącznik 40193Załącznik 40194
Rano odsłaniając zasłonę w pokoju przywitał mnie dzień bez żadnej chmurki, kiedy jednak po porannej higienie i ubraniu się, wyszedłem z Kolą na spacerek to zrobiło się pochmurno, zaczął padać deszcz, za chwilę śnieg a po chwili wszystko razem. Podczas śniadania wyszło ponownie słońce a gdy się ubieraliśmy ponownie ostro zacinał deszcz. Postanawiamy zostawić psa w pokoju a sami jedziemy do Władysławowa by zobaczyć port. Kiedy już dojechaliśmy to słońce ponownie wyszło. Tak będzie cały dzień. Na szczęście gdy pada to my albo w samochodzie lub gdzieś w pomieszczeniu. Idealnie dopasowaliśmy się do aury. Samochód zostawiamy blisko bramy wejściowej do portu.
Załącznik 40195Załącznik 40196Załącznik 40197
Pochodziliśmy po całym porcie, doszliśmy do najdalej wysuniętej jego części w morze, tam gdzie jest jego wejście i wyjście, pozaglądaliśmy do kutrów, nawet wspinając się na jakieś beczki zajrzeliśmy do pobliskiej fabryki ryb, gdzie właśnie pakowano w skrzynki świeże dorsze. Do wiatru się przyzwyczailiśmy. Po drodze do centrum Władka kupujemy trochę wędzonej rybki, tak by starczyło do wyjazdu.
Załącznik 40198Załącznik 40199Załącznik 40200Załącznik 40201
W centrum namawiam Ewę na wejście na wieżę widokową w Domu Rybaka, chociaż ceny nie zachęcająâŚ na poziom 45 metrów to dla nas wydatek 16 zeta a na tzw. kulę na 63 metrach już 30 zeta. Punkt wyższy jest całkowicie otwarty, więc zważywszy jaką mamy pogodę i jak na dole piździ, to od razu wyobraźnia podpowiada jak musi wiać 63 metry wyżej. Na tzw. kulę trzeba iść niestety po schodach z pierwszego tarasu, czyli 18 metrów a biorąc ustawowe 19 cm na schodek, to jak nic do pokonania jest jakieś 95 krętych schodów.
Wydatek rekompensuje wjazd darmową windą na VIII piętro a nie na nogach po 237 (matematyczne wyliczenie!) schodach, chociaż kto chce to czemu nie. Dla cwaniaków przezornie zamalowano z zewnątrz(!!!) wszelkie okna na klatce schodowej. W cenie biletu jest darmowe spoglądanie przez lunetę lub lornetkę stacjonarną. Widoki są jak okiem sięgnąć w każdą stronę. Na szczęście nie pada (nad samym morzem tak, stąd tam tęcza), bo tutaj okien nie ma, więc sam porywisty wiatr jakoś dzielnie znosimy⌠tylko do jakiegoś momentu.
Na niższych piętrach jest wystawa motyli (jeden mo tyle drugi mo tyleâŚ) i jest jakaś wystawa z magicznym zawrotem głowy. Do tego drugiego nawet weszliśmy na trochę⌠ale na wstępie nic nas nie zakręciło, więc daliśmy sobie spokój, tym bardziej dziengi zaś trzeba było wyjmować.
I koniec następnej atrakcji. Teraz już na dole namawiam Ewę by jeszcze pojechać doâŚ
Załącznik 40202Załącznik 40203
...do OPO Cetniewo, kiedyś Cetniewo to była wieś, teraz jest dzielnicą Władysławowa, znaną głównie z ośrodka gdzie trenowali i nadal trenują nasi olimpijczycy. Przygotowania do przeróżnych zawodów czynią tam też sportowcy z różnych dyscyplin z piłką nożną włącznie. Gdy tylko przejeżdżamy bramę widzimy trenujące na boisku różne grupy wiekowe piłkarzy Lechii Gdańsk.
Gdzie się da to zaglądamy do sal a gdy przychodzi fala deszczu, chowamy się do kawiarni na kawę. Fajna kawiarnia w której możemy się porządnie rozsiąść na wygodnych kanapach. Kiedy półgodzinny deszcz przeszedł ruszamy na dalszy obchód ośrodka. Sporo młodzieży, wszak trwają teraz w niektórych województwach ferie zimowe.
Wsiadamy do samochodu i teraz Ewa ma pomysł by mi coś pokazać po drodze do Jastrzębiej.
Załącznik 40204Załącznik 40205Załącznik 40206Załącznik 40207Załącznik 40208
Teraz jedziemy do Falezy, to nazwa małego hoteliku z restauracją tuż przed Jastrzębią a za Rozewiem. Trzeba tylko skręcić z głównej drogi w prawo w stronę morza, jest prawie na skraju skarpy. Jednak to nie ten hotelik ani restauracja jest celem tylko kamienny obelisk znajdujący się tuż przy zejściu w dół na plażę. Zwłaszcza historia związana z tym miejscem i nazwą Faleza. Mam nadzieję, że ją odczytacie ze zdjęć. Prosty przykład jak można zwykłe miejsce ubarwić jakąś opowieścią lub legendą wplątując w to formy przyrody nieożywionej.
Przeczytałem, zobaczyłem więc możemy wracać do naszego hoteliku. Udało nam się jakoś zagospodarować zmienność pogody przez prawie 5 godzin.
Teraz na ryby (jeszcze się nie znudziły) i mały odpoczynek przed późno popołudniowym spacerem. Będzie to raczej wieczorny spacer, na zegarku jest już po godzinie piętnastej.
Załącznik 40209Załącznik 40210Załącznik 40211Załącznik 40212
Jest kilka minut po siedemnastej kiedy wychodzimy na wieczorny spacer, nasz czterołap lub pluszak, jak nazywam czasami Kolę, też idzie z nami. Kierujemy się na bulwar nadmorski, później na starą i najładniejszą część Jastrzębiej, koło Willi Victor schodzimy leśną ścieżką w dół tak by tylko nie schodzić po schodach. Nad morzem łapiemy ostatnie światła jakie pozostawiło zachodzące słońce. To są jego ostatnie dzisiejsze blaski widoczne z tego miejsca. Jest ciszej niż za dnia. Czekamy na całkowity zmrok i kierujemy się przez las by wyjść na zachodni skraj Jastrzębiej Góry. Ewa nawet się pyta czy aby na pewno mamy tędy iść? No cóż, las po zmroku wielu rozszerza oczy. Ścieżkę ledwo widać, ale po wyjściu na wolną przestrzeń jest jaśniej. Idziemy skrajem ostatnich opłotków aż do drogi przelotowej, którą w tym miejscu nazwano Królewską. Lekko pod górę już chodnikiem dochodzimy do centrum miejscowości. Jest kilka minut po osiemnastej i żywej duszy, czasami tylko jakiś samochód przejedzie. Idziemy do Drogi Rybackiej, skręcamy w nią, mijamy Bar Max i Dom Whisky⌠chwalą się, że posiadają 1800 butelek whisky z całego świata i mają jeszcze dwie swoje filie, jedną w Warszawie a drugą we Wrocławiu. Jakoś bardziej ostatnio smakują mi moje nalewki, chociaż w dniu kiedy to piszę, tak przy okazji Dnia Świętego Patryka, tak gdyby ktoś hojny lub jakaś hojna mnie zaprosili to⌠czemu nie⌠napiłbym się słodowej Glenfiddich Janet Sheed Roberts Reserv z tulipanowego kieliszka, tak chociaż na spróbowanie. :-o
Z Jaśkiem mogę nawet się napić jego ulubionego (chyba?) Jack Daniels`a, chociaż to whiskey zaoceaniczna :-P
I tak z posmakiem whisky wracamy do naszego hotelu. Znowu dzień minął, chociaż ma jeszcze kilka godzin do końca.
Dźekuś to zacny burbonik.
Reconie.Otwarty jestem na Twoją sugestię. âşâş
W sobotę??
Załącznik 40222Załącznik 40223Załącznik 40224Załącznik 40225Załącznik 40226Załącznik 40227Załącznik 40228Załącznik 40229Załącznik 40230
W środę 24 lutego ponownie mamy piękną pogodę, słoneczko, czasami pojawiają się cumulusy i jak co dnia wieje dość ostro. Dziś jakoś ciężej się wstaje, dłużej się spinamy do wyjazdu. Na godzinę przed południem stawiamy się, tym razem bez psa, nad Kanałem Karwianka. Kanałem spływa do morza żółto brunatna woda z Karwieńskich Błot. Widokowo fajne miejsce na plażowanie lecz ta woda z tego kanałku jest niczym, zachowując odpowiednie proporcje, brunatna rzeka Amazonka i nie zachęca do kąpieli. Błękitna woda, ładny jasnożółty piasek na plaży i ta brunatna woda wlewająca się do akwenu. Na lewo, w stronę Dębek plaży już nie ma, są dużym wysiłkiem porobione wszelkie brzegowe umocnienia z kamieni oplecionych często stalową siatką, także z betoników i nawiezionego piachu. Tam cały czas trwa walka ludzi o ląd. Ci co pokupowali działki i postawili sobie domy w pobliżu, mają teraz, na sporym odcinku brzegowym, brak dostępu do morza w postaci nawet skrawka plaży i muszą chodzić dalej.
My idziemy w stronę Jastrzębiej, nadal wieje zachodni silny wiatr. Osobiście mam przeluftowane płuca tak, że czuję każdy nawet najdalszy i najgłębszy ich zakamarek. Jodu też zapewne trochę w nas się odłożyło a wbrew pozorom to ważny pierwiastek do życia, którego w miejscu zamieszkania nie mamy, nie mówiąc już o Bieszczadach.
Dochodzimy do sporej zjeżdżalni, ja wchodzę na sam jej szczyt by sięgnąć wzrokiem dalej, Ewa po kilku minutach też wchodzi i siedzimy tam tak sobie następne kilkanaście minut. Głów nam nie urwało, ale chciało. Schodzimy, idziemy jeszcze z 500 metrów i postanawiamy wracać. Dziś pierwszy raz jestem przemarznięty, nawet palce schowane w krótkich Meindl`ach mam zmrożone. Autentycznie mam dość tego łażenia po plaży, w ten mroźny wiatr. Po południu ja mówię pas i kamufluję się w pokoju. Dziś po południu wszelkie rozgrzewające trunki zostaną wypite! I tak się dzieje!
W domu oczywiście wędzony dorsz, to on ma najwięcej jodu, piwko jco prawda już go nie ma, ale ma w sobie błogostan. Ewie początkowy entuzjazm pójścia samej nad morze całkowicie opadł kiedy zobaczyła mnie delektującego się ciepłem i nalewkami. Koli też takie lenistwo pana przypasowało, tym bardziej, że dziś objadła się sporo skóry z dorsza a to wskazuje też i obfitość mojego posiłku. :P
Wieczorem, gdy z psem wyszedłem, to nawet trochę śniegu poprószyło, ale tylko trochę.
W czwartek już o ósmej rano wyjeżdżamy, trochę wcześnie, ale nie udało się mi przełożyć jednego spotkania na inny termin. Całą drogę musimy kontrolować czas by zdążyć. Kiedy dojeżdżamy do Gdyni zaczyna mocno sypać śnieg, w mig robi się biało i tak już całą drogę aż do celu.
Następny nasz wyjazd szykuje się w maju i wszystko wskazuje, że będą to jednak Bieszczady. Gdy to piszę, właśnie intensywnie szukam lokalizacji, termin ze wszystkimi uczestnikami jest już uzgodniony. Oby tylko nie było innych przeszkód.