ďťż

Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.

bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...

Kilka osób od dłuższego czasu namawiało mnie do powrotu do klawiatury. Używali oni różnych argumentów, w końcu uległem. Postanowiłem, że napiszę kilka słów o ostatnim wypadzie w ukochane góry. To, że nie pisałem od dłuższego czasu nie oznacza, że Tam mnie nie było. Byłem, ale leniwy się zrobiłem ostatnio. Ognisko moje będzie się paliło tylko wtedy, jeżeli będziecie je podsycać tak, jak dawniej to robiliście.
Tego wyjazdu wcale nie planowałem. Pewnego dnia na początku sierpnia mój Szef wezwał mnie na dywanik i z surową miną oświadczył mi, że jestem królem w firmie jeżeli chodzi o ilość niewykorzystanego urlopu. Powiedział, że ostatni tydzień sierpnia mam odpoczywać. Wróciłem do domu i powiedziałem Renatce, że możemy gdzieś pojechać na tydzień. Zaproponowałem wypad nad morze, bo dawno nas tam nie było. Zaproponowałem też Budapeszt, bo Renatka bardzo lubi to miasto. Dałem jej kilka dni do namysłu. Tak naprawdę spodziewałem się tylko jednej odpowiedzi. W międzyczasie byłem służbowo w Trójmieście. Umówiłem się z długim, że ich odwiedzę. Podczas wizyty padło sakramentalne pytanie: będziecie w Duszatynie na rocznicy? Odpowiedziałem, ze nie wiem, ale ja już wtedy wiedziałem jaką decyzję podejmie Renatka. Po powrocie do domu usłyszałem to czego się spodziewałem: ‼A może pojedziemy w Bieszczady?”. Teraz tylko pozostało nam ustalić konkretnie dokąd? Z tym też nie było problemów. Dawno nas nie było u Danusi i Krzysztofa w Zawozie. Jeden telefon i mamy załatwiony nocleg. Jeszcze tylko kilka tysięcy kilometrów po kraju (podróże służbowe) i wyjeżdżamy. W tygodniu poprzedzającym wyjazd komórka dzwoni znajomym bieszczadzkim sygnałem, Znaczy się ktoś z forum się do mnie dobija. Odbieram telefon i słyszę tubalny głos Wojtka 1121. Pyta się czy czasem w Bieszczady się nie wybieram po tarninę na nalewkę. Odpowiadam, ze na tarninę jeszcze jest za wcześnie ale w Bieszczady faktycznie jadę już niebawem. Wojtek się ucieszył i powiedział, ze on też Tam będzie. Zapytał się gdzie będę stacjonował, od kiedy i umówiliśmy się na telefon. Cały poprzedzający wyjazd tydzień spędziłem poza domem. W piątek byłem w Łodzi. Po południu dotarłem do domu. Jeszcze tylko kilka maili, drzemka. Barnaba pakuje nam auto do bulu i wyjeżdżamy…. Cdn.


:smile:
Znaczy się, że przysiadłeś się...
Pozdrawiam

Znaczy się, że przysiadłeś się...
Pozdrawiam
bo miło tu...i smakowicie ! ;)


3 grosze mile widziane? w stosownym momencie?

3 grosze mile widziane? w stosownym momencie? długi! Za odpowiedź niech wystarczy cytat. Powyżej napisałem: "Ognisko moje będzie się paliło tylko wtedy, jeżeli będziecie je podsycać tak, jak dawniej to robiliście."
Pozdrawiam
Łoł ! Królewskie żarcie ?
Czyżby nowe wcielenie Magdy G. snuło się po Bieszczadach ?
Jeśli można, to z boczku też przykucnę;)
Imienniku do Twojego ogniska i ja z przyjemnością dosiąde,pozdrówka.
Już nas gromadka, zaczynaj Waść ;)
Zglodnialem... co z tym zarciem? ;)
Dorzuc do ognia drew....
Mówisz, masz i o żarciu nawet

Przepraszam za ‼bulu” miało być rzecz jasna bólu.
Ponieważ wyjechaliśmy w środku nocy, odpuściłem sobie autostrady i bardzo ekonomiczna prędkością popędziłem tym razem granatowym karawanem na południowy wschód. Renatka obudziła się koło najbardziej znanego pomnika w Rzeszowie. Nazwy jego nie będę tu wstawiał z przyczyn oczywistych. Po drodze do Leska zjadamy skibki przygotowane jeszcze w Poznaniu. Nie pyrlandczycy jedzą meble czyli kanapki, my jemy skibki! Meble zostawiamy kornikom. Zatrzymujemy się jeszcze przed rondem w Lesku. Już chyba wiecie po co. Kawa i torcik w ‼Słodkim Domku” zawsze tak robimy i tradycji nie mamy zamiaru łamać. Potem lesko – obowiązkowo księgarnia. Nabyłem droga kupna najnowszą mapę Krukara i stwierdziłem, że jest ona uaktualniona w stosunku do poprzedniego wydania. Polecam! Teraz tylko na drugą stronę Sanu i śmigam do Cisnej. Zatrzymuję się przy schronisku. Podchodzi do mnie biskup, a może ‼Biskup” , a ja się przedstawiam ojciec Barnaby jestem. Pojawił mu się na twarzy uśmiech od ucha do ucha i o mało nas nie pobłogosławił. Ochoczo pomógł nam wyładować klamoty Barnaby i pozanosił je do składziku jakiegoś. Potem zaproponował nam herbatę albo kawę. Wiem, że Królowej się nie odmawia ale ‼Biskupowi” chyba można. Odmówiłem, co Renatka wypominała mi przez długi czas. Tacy sympatyczni ludzie, a Ty herbaty z nimi się nie napiłeś. Trudno. Jedziemy do Zawozu, bo już popołudnie nastało. Jedziemy ta drogą, co kiedyś była baaardzo dziurawa, potem była wyremontowana, a teraz dziury w niej są łatane na bieżąco. Dojeżdżam do skrzyżowania i skręcam w prawo. Nie rozpędzam się jednak bardzo, bo postanawiamy zjeść obiad. Bardzo lubimy jadać w barze ‼Pod Gontami”. Jak sama nazwa wskazuje bar jest kryty ….blachą J. Pamiętam jednak czasy, kiedy był on kryty gontem. Cóż blacha jest tańsza… Nie wiem, czy wiecie ale bar ten przynajmniej dla mnie ma dwie duże zalety. Pierwsza z nich to jedzenie. Niedrogie i zawsze świeże. Jak zamówicie schaboszczaka, to zanim zjecie słyszycie jego ubijanie. Zdarzyło mi się kiedyś, że pierogi były specjalnie dla mnie klejone… Druga zaleta, to Szefowa. Przeurocza Pani, która zawsze opowie cos dowcipnego. Zwłaszcza kiedy goście poczęstują ja czymś mocniejszym. Nie będę tego dalej drążyć. Tam trzeba być. Bar ten jest czynny cały rok, to też cenna uwaga. Po zjedzeniu pysznego obiadu pojechaliśmy wreszcie na kwaterę. Oczywiście najpierw powitanie i kawa. Opowiedzieliśmy sobie co słychać u Danusi i Krzysztofa oraz u nas. Przekazaliśmy Gospodarzom flaszkę pokoju znaczy się tarninówki i poszliśmy się rozpakować…. cdn

Już chyba wiecie po co. Kawa i torcik w ‼Słodkim Domku” zawsze tak robimy i tradycji nie mamy zamiaru łamać. heh - to JAKAŚ nowa, świecka tradycja ?? ....też kultywujemy tą TRADYCJĘ !!!
Dobry wieczór!
Tradycyjnie mało widzialnie, ale i ja się do Was dosiadam...
Hej! Też już jestem!

Meble zostawiamy kornikom. Taka ciekawostka na marginesie, bo często rzeczywiście jest to mylone- korniki żerują na żywym drzewie, a meble wpieprzają kołatki. Ale to chyba nie ma znaczenia, czy podrzucać do ognia będziemy korniki czy kołatki?
A ja głupi myślałem, że kołatki, to takie stare niby dzwonki na drzwiach. :-)
Pozdrawaim
Owszem, jeśli drzwi zaatakowały kołatki:-P
Pisz dalej i kołacz do naszych uszu dźwiękami sztućców przy bieszczadzkich potrawach.Ech tylko 2000 km stąd do nich.
Jeszcze nie zaniosłem wszystkich bagaży do pokoju, kiedy zadzwonił telefon. Odzywa się Wojtek i pyta się czy już jestem w Zawozie i konkretnie gdzie. Kiedy mu odpowiadałem słyszałem jak bardzo głośno powtarzał moje odpowiedzi i zakończył pytaniem ‼Iras, wiesz gdzie to jest?” Powiedział jeszcze, że płynie do Zawozu rowerem wodnym. Powiedziałem mu, żeby nas nie szukał tylko zejdziemy nad wodę. Poszliśmy z Renatka do zatoczki i widzimy rower na wodzie ale w rowerze siedzi Iras z załogą, w której nie ma Wojtka 1121. Podpłynęli i nastąpiło powitanie. Iras powiedział, że chyba będę musiał odwieźć Wojtka samochodem – wymiękł biedaczek na rowerze. W końcu pojawił się i Wojtek ze swoją załogą. Z dala było można usłyszeć ‼Iras! No co ‼”Kurka wodna”” Ty mnie namówiłeś!. W końcu dobił do brzegu i ledwo wysiadł z łodzi. Poopowiadali trochę o wyjeździe do Albanii. Wojtek zaproponował wspólne spędzenie dwóch dni, na co przystaliśmy. Pierwszy wspólny dzień miał być jutro. Po krótkim odpoczynku wsiedli do swoich ‼wodnych rydwanów” i odpłynęli. Jak już byli dosyć daleko jeszcze słyszeliśmy narzekania płynące nad wodą. Wróciliśmy na kwaterę i dokończyliśmy rozpakowanie. Stwierdziłem, że jeszcze trochę dnia nam zostało, to podjedziemy odwiedzić Stefana. Z tym Stefanem to jest tak: kilka razy byłem u niego ale nigdy, Go nie zastałem. Ku ogólnemu zaskoczeniu ludzi którzy również stacjonowali u Danusi i Krzysztofa wyjechaliśmy na wycieczkę. Karawan zaparkowałem na placu przy moście, który przed wielu laty był zaspawany. To znaczy miał przyspawaną rurę do lewej i do prawej balustrady, aby nikt po nim nie jeździł. Później rura zniknęła, chyba dlatego aby można było przez niego przewozić drewno. Śmiało przeszliśmy przez most i dopiero wtedy poczułem, że naprawdę już jestem w Bieszczadzie. Powoli, nie spiesząc się idziemy szutrową drogą, która chyba kiedyś była pokryta asfaltem. Wsłuchujemy się w ciszę i dobiegający z dala szum rzeki. Nagle z naprzeciwka idzie grupa kilkunastu ludzi. Kiedy się mijaliśmy, to powiedzieli nam, że dalej nie ma po co iść, bo tam nic nie ma. Odpowiedziałem, że my takie nic bardzo lubimy oglądać i poszliśmy dalej. Zastanawiałem się czy potrafie odnaleźć ścieżkę, którą dochodzi się do domu Stefana. Mimo coraz starszego wieku, trzęsących się rąk i postępującej sklerozy o dziwo nie miałem z tym problemu. Schodzimy zarośniętą ścieżką w dół w stronę Rezydencji Stefana. Renatka zaczęła się troszkę obawiać, że prędzej niedźwiedzia niż Stefana tu znajdziemy. Głośno ją pocieszałem, ze nie ma takiej opcji a w duch zastanawiałem się co zrobimy kiedy ona będzie miała rację? Po kilku minutach stajemy przed Rezydencją. Gospodarza dawno tu nie było, bo chałupa całkiem zarośnięta jest. Cóż znowu nie będę miał okazji poznać Stefana. Na wszelki wypadek wchodzę do środka sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Porządku tam nie było ale tak tu bywa prawie zawsze. Jest to jedyny dom, który znam, w którym okna otwierają się od zewnątrz na zewnątrz J . Postanowiłem jeszcze zejść do łazienki, która jest poniżej Rezydencji. Łazienka jest bardzo obszerna i piękna. Przy wodociągu ktoś (Stefan?) zbudował przedziwną konstrukcję z kamieni. Nie potrafiliśmy się domyślić do czego ona mogła służyć. Ponieważ zaczęło się robić szaro, na powrót Stefania nie było można liczyć, Renatka kategorycznie zażądała powrotu na kwaterę. Cóż, nie miałem wyboru. Kiedy wróciliśmy na kwaterę było już ciemno. Odebrałem jeszcze dwa telefony: jeden od Wojtka, że jutrzejsze spotkanie jest nieaktualne. Drugi telefon był od długiego. Zapytał czy będę określonego dnia w określonym miejscu. Potwierdziłem, że będę z Renatką i z Wojtkiem 1121. długi się ucieszył i zapewnił mnie, że jak zwykle gołębie też będą. Nie powiem, że nie ucieszyłem się na spotkanie z gołębiami. Lubię te ‼ptaszki” Jeszcze tylko browar, albo i dwa i wylądowałem w łóżku. Skrzypiało tak niemiłosiernie, ze można było w nim tylko spać. cdn

Drugi telefon był od długiego. ... długi się ucieszył i zapewnił mnie, że jak zwykle gołębie też będą. Nie powiem, że nie ucieszyłem się na spotkanie z gołębiami. Lubię te ‼ptaszki” Dzwoniłem, bo nie wiedziałem jaką podstawkę pod gołębie zamówić; małą ok 1kg, czy dużą, ponad 2 kg. Wyszło że potrzebna była duża;)
Również przysiadam się i chłonąć zamierzam... do wyjazdu w Bieszczadki jeszcze daleko :/
Tak bardzo nieśmialo.... może trochę się posuniecie i jakieś skromne miejsce znajdzie się i dla mnie...
Wreszcie...płonie ogień:) Siadam i czekam na ciąg dalszy. Czasem dumam, że powinienem też spisywać swe wizytacje bieszczadzkie, ale...leń ze mnie i wolę słuchać gawęd Bertranda:)
Twoje ogniska są solidne:)
D.
Niedziela. Wstajemy rano, skoro świt. Nie wiem, czy wiecie, że we wrześniu w Zawozie świta tak około 9:00. Od samego świtu do południa ‼robimy nic. Lubimy to robić.” (to napisałem specjalnie dla Dertego) Około południa zmęczeni tą ciężką harówką postanawiamy wyruszyć w nieznane. Tak naprawdę, jak dojechałem do małej szosy, jeszcze nie miałem żadnych planów. Jak dojechałem do małej szosy, to skręciłem w prawo i nadal myślałem….Przejechałem jedną wieś i w drugiej skręciłem w lewo. Na rozstaju dróg znowu obrałem lewy kierunek. Dojechałem do następnej wsi i popatrzyłem na cerkiew, co stoi nad droga po prawej stronie. Chyba ja najbardziej lubię ze wszystkich bieszczadzkich drewnianych cerkwi. Droga prowadziła nas przez brody, których po remontach brodami już chyba nazwać nie można. Rozumiem, ze remonty to duże ułatwienie życia dla mieszkańców ale dla mnie droga ta straciła swój urok. Zatrzymałem karawan na górze i połaziliśmy trochę po łąkach. Pogoda nie była tego dnia najlepsza – mżawka i dlatego nie chciało nam się dużo chodzić. Natomiast bardzo lubimy po zboczach Sierpniowca chodzić. Stamtąd są ładne widoki na górę na którą nadleśnictwo chce skanalizować ruch turystyczny. Po krótkim spacerze wróciliśmy do karawanu i pojechaliśmy dalej. Odnalazłem dom, który został zbudowany z gliny. Teraz jest już wykończony i prezentuje się całkiem, całkiem. Poza tym mieszkańcy mają ładny widoczek z okien. Następnie pojechaliśmy do metropolii opiewanej w piosence przez Krystynę Prońko. No i zaczęło się… Długa rozmowa z Panią Krysią z galerii Czarny Kot. Wpadłem tez na chwilę do Barda Bieszczadu. Tego dnia był w formie, opowiedział kilka dowcipów i recytował wiersze. Pokłoniliśmy się Bogusiowi, zrobiliśmy zakupy w sklepie i wyruszyliśmy w stronę Zawozu. Jako, ze pogoda ciut się poprawiła postanowiłem odwiedzić cerkiew stojącą obok drzewa z dziuplą. Zatrzymałem karawan na parkingu i poszliśmy. Tak nam się dobrze szło, ze minęliśmy zabudowania po prawej stronie i poszliśmy dalej. Aż nam się droga skończyła. Zaczęła się za to ścieżka na Mądrą i tu postanowiliśmy zawrócić. Wypał, który stoi prawie na końcu drogi wygląda na nieczynny, ale jedna retorta z pewnością jest zamieszkała. Świadczą o tym materac i różne graty, które są w środku. W drodze powrotnej weszliśmy do cerkwi na chwile zadumy….. Na ławkach, na których kiedyś z Piskalem i paroma innymi osobami z forum siedzieliśmy zjedliśmy i wypiliśmy zakupy. Napoje nie były już zimne…ale chmiel jest chmielem. Powrót do karawanu i po ciemku już do Zawozu. A tam podnieceni współwakacjusze z Radomia opowiedzieli mi jakie mieli ciekawe spotkanie z Zakapiorem. Nawet Mu dwa papierosy dali…Do zakapiora zaprowadził ich znajomy Przewodnik. Ot taka ciekawostka. Wysłuchałem ich, pogrzebałem w necie, wypiłem jeszcze ze dwa i na tym koniec…

Droga prowadziła nas przez brody, których po remontach brodami już chyba nazwać nie można. Rozumiem, ze remonty to duże ułatwienie życia dla mieszkańców ale dla mnie droga ta straciła swój urok. Też doznałem rozczarowania ....i na cóż mnie ten mój pojazd , na takich ogromniastych kołach ?? ...:-?
domek z gliny -uroczy !
Witajcie, też dołożę do ognia, zwłaszcza, że wczoraj wróciłem z Bieszczadu. Byłem parę dni niedaleko od Ciebie bo w Rajskim i czytałem z moim przyjacielem, który tam mieszka jego literaturę. To powietrze, widoki i literatura - ach!
U Małgosi i Andrzeja byłeś?
Pozdrawiam
Nie, u Tomka i Kasi
Niecierpliwie czekam, bo ognisko coś przygasło. Bertrand ja z prośbą, dorzuć kilka szczap do ognia.
Królewskie żarcie ???? przy tak wygaszonym ognisku ????
Skoczyłem na chwilę w Alpy. Obiecuję, że jak wrócę to dorzucę do ognia...

Pozdrawiam
Obiecanki, cacanki... Wróciłem i nie miałem czasu. Jutro będę w Bieszczadzie, to stamtąd będę dorzucał.

Pozdrawiam
Pozdrów i wycałuj Małgosie i Jędrusia KONIECZNIE !!!!! ....( może załapiecie się na kajaki ?....)
ps...ja idę mieszać beton :mrgreen:
pozdrawiam !

Obiecanki, cacanki... Wróciłem i nie miałem czasu. Jutro będę w Bieszczadzie, to stamtąd będę dorzucał.

Pozdrawiam
Dorzuć, dorzuć, bo zaczynam tęsknić, a przecież tak niedawno wylazłem z tej dziupli;)
Pozdrawiam!

Pozdrów i wycałuj Małgosie i Jędrusia KONIECZNIE !!!!! ....( może załapiecie się na kajaki ?....)
....pozdrawiam !
Jakie kajaki??? Pozdrowimy oczywiście!

Już wiecie, kiedy w Zawozie świta. O świcie padało, więc nie spieszyliśmy się z poranną toaletą. Nie będę się tłumaczył, o której ale w końcu wyjechaliśmy. Postanowiliśmy sobie pojeździć i ewentualnie tylko trochę pospacerować. Pojechaliśmy małą szosą w lewo. Do końca. Po drodze zadzwoniłem do Superpowsimordy z zapytaniem, czy jest może w Bieszczadzie? Odpowiedziała mi (ta Super…), że nie. Poprosiła mnie, żebym zajrzał na włości.. Jak droga się skończyła, to skręciłem w lewo i zaraz potem w lewo. Podjechałem pod Galerię prezydencką. Pogadaliśmy na tematy różne oraz złożyliśmy stosowne zamówienie na prezent rocznicowy. Wszak za miesiąc będziemy znowu tutaj z rodzinką, która będzie obchodzić w tym czasie Srebrne Gody. W tym czasie przestało padać. Jakoś mi do włości nie było po drodze. Pojechałem na północ, aż do miejsca kiedy odbijała droga w prawo. Skręciłem i podziwialiśmy wioskę. W drodze powrotnej obejrzałem sobie cerkiew z zewnątrz i połaziłem po cmentarzu. Dojechałem do następnej wsi, która nazywa się tak jak miejsce po wsi w innej części Bieszczadu. Tam mieszka wspaniały leśniczy ze swoją rodziną. Zatrzymałem się przy cerkwi, która była otwarta. Obejrzeliśmy sobie ją od środka i ucięliśmy sobie długa pogawędkę ze starszym Panem, który pilnował świątyni. Był on synem przesiedleńców z Sokalszczyzny i opowiadał nam o pierwszych latach po przesiedleniu. Martwił się też o ikonostas w cerkwi, bo mała społeczność nie jest w stanie udźwignąć restauracji głównej ikony. Złożyliśmy małą ofiarę i pojechaliśmy dalej. Zatrzymałem się przy cerkwi obok której jest tablica pamiątkowa członków koła łowieckiego ‼Żbik” z Ustrzyk Dolnych, którzy odeszli cyt.: ‼Do Krainy Wiecznych Łowów”. Jak zwykle połaziłem po tamtejszej nektopolii i wróciłem do karawanu. Pojechałem kawałek dalej i skręciłem do wsi. Droga przez wieś i przez bród dojechałem do następnej drewnianej świątyni. Zajrzałem przez dziurkę od klucza. Ikonostasu brak. Ale świątynia chyba jest remontowana. Następnie pieszo przez łąke udaliśmy się do ruin kaplicy dworskiej. W sumie odkryłem bardzo urokliwe miejsce. Postanowiłem, że będę je częściej odwiedzał. (

Za półtorej godziny wsiadam do karawanu i jedziemy w Bieszdzad, więc kończę teraz, ale dorzucę do ognia już stamtąd)
.

I jeżeli powiesz, że dom na włości ma litery na... to dorzuciłeś do ognia moją sierpniową wyprawę (prawie ta sama trasa i miejsca).
Pozdrawiam!
Przygasło trochę, to dorzucę drew...
w tym samym (prawie) czasie co Bertrand spakowałem manatki i zameldowałem się na starych śmieciach nad Osławą. Kilka, no kilkanaście minut potrzebowałem na jakie, takie zagospodarowanie się. Nareszcie u siebie. I pomyśleć, że tak już od 30 lat... Kliniczny przykład zarazy bieszczadzkiej. Na polu praktycznie sami znajomi. I to tacy od serca i od wielu lat. Przywitanie było serdeczne. Wieczorne ognisko zapowiadało się wspaniale.
4-ka w miniaturze wygląda jakby trwało polowanie na dzicz bieszczadzką ;)
:razz:Też mi się tak skojarzyło,polowanie jak na safari....z auta...na szczęscie bezkrwawe...misie mogą spać spokojnie
W Bieszczadzie za dużo wrażeń i za mało czasu jest na pisanie relacji. Oraz mam problemy z netem…
Powrót przez łąkę do karawanu. Wracamy nim do dużej szosy i nadal podążamy na północ. Ale nie za daleko… Na pierwszym rozstaju skręcam w prawo, na południowy wschód. Kiedyś już jechałem tą drogą, ale to było dawno. Nie skręcam w prawo do Domu Pomocy Społecznej – tego, w którym ostatnich swoich dni doczekał Majster Bieda – tylko jadę prosto. Postanowiłem dojechać do końca tej drogi. Minąłem wieś o narodowej nazwie i pojechałem dalej. Za wsią drogą podążała z buta malutka staruszka i dźwigała olbrzymie pakunki. Postanowiłem podwieźć kobiecinę dokądkolwiek by ona nie podążała. Zatrzymałem się i zaproponowałem transport. Staruszka powiedziała, że do domu ma niedaleko, ale ochoczo się zgodziła. Wziąłem od niej tobołki i o mało się nie ugiąłem się pod ich ciężarem. Siłaczka jakaś, czy co? Wsiadła do samochodu i pojechaliśmy jakieś 100 – 150 metrów. Zatrzymałem się przed jakąś ruderą. Opowiedziała mi, że miała z mężem wybudować dom, ale mąż zmarłâ€Ś Teraz nawet pozwolenia na budowę nie ma. Odprowadziłem ją do domu, ale kazała zatrzymać się przed sznurkiem zagradzającym drogę do domu. Powiedziała, ze ma bardzo groźnego psa. Piesek szczekał na mnie, ale nie wyglądał na takiego, co potrafi skrzywdzić dorosłego człowieka. Powiedziałem to staruszce, a ona odpowiedziała mniej więcej tak: ‼ Panie, jak mu Pan będzie dawał kiełbasę to najpierw rękę panu odgryzie a potem zje ją razem z kiełbasąâ€. Nie miałem ochoty sprawdzać jej słów. Pożegnałem się ze staruszką i pojechałem droga dalej. Kilkaset metrów dalej droga okazała się zbyt wymagająca dla karawanu. Zawróciłem. Teraz obejrzałem sobie wieś. Wieś, jak wieś, ale domy w niej malownicze stoją, no może nie wszystkie. Zatrzymałem się przy cmentarzu ewangelickim. Przed ni stoi kamień ze zdjęciem kościoła, który stał w tym miejscu jeszcze nie tak dawno (dawno, to pojęcie względne jest). Sam cmentarz wykoszony, ale dawno chyba nie odwiedzany. Przed cmentarzem stoi dom z groźnie wyglądającym psem na łańcuchu. Pomyślałem przez chwilę, ze jest jakaś ustawa o psach, łańcuchach itd. Chyba Krysia (przedtem orsini) jest bardziej zorientowana. Następnie obejrzałem sobie (niestety tylko z zewnątrz) cerkiew, która została tu przeniesiona z Jasienia. Kurczę sporo świątyń w Bieszczadzie wędrowało z miejsca na miejsce…Za cerkwią jest stary cmentarz. Pojechaliśmy dalej. Na rozstaju dróg skręciłem na północ. Poczułem się raźniej. Raźniej, dlatego, że droga ta przypominała ‼stare” bieszczadzkie drogi. Dziura koło dziury. Powolutku posuwaliśmy się dalej. Można się przyglądać krzaczorom po obu jej stronach. Dojechałem do końca drogi. Mogłem skręcić w prawo albo w drugie prawo, jak mówi mój kolega. I tutaj spłynęła na mnie pomroczność jasna, albo cos takiego. Tam według mapy jest cmentarz, cerkwisko i cmentarz ewangelicki. A ja pojechałem w to drugie prawo na północ. Cóż będzie powód, żeby tu wrócić. Po prawej stronie drogi, jakieś pięćdziesiąt metrów od niej stoi auto i około 20 osobowa grupa młodych ludzi. Też się nie zatrzymałem, żeby zobaczyć, co tam jest… Minąłem po lewej stronie jakieś drewniane chatki i dojechałem do Końca. Koniec jak to koniec nieduży jest. Następnie zatrzymałem się przy cerkwi. Ładna Ci ona jest. Cmentarz za nią nieciekawy, ale jeden grób ładny jest. Potem jeszcze pojechałem do wsi Liskowate, do Ustrzyk do kolegi na kawę i wróciliśmy z Renatką do Zawozu. Ot, taki jeżdżony dzień….

Nie mam siły na to łącze internetowe :-( Zdjecia do tej części relacji dodam kiedy indziej. Przeepraszam
Dzisiaj chyba lepiej działa, to próbuję..


Nie mam siły na to łącze internetowe :-(
mnie działał , przed wejściem, na czarnym stoliczku , w pokoju -niet
Już wróciłem i dorzucam...

Następnego dnia postanowiliśmy z Renatką pochodzić po łonie natury. Stwierdziliśmy, że najładniejsze łono jest niedaleko Lutowisk. Tam też się udaliśmy. Po płytach betonowych dojechałem do Chreptiowa i tam pod wiatą zostawiłem karawan. Teraz szlakiem w kolorze nadziei udaliśmy się na łono. Od ostatniego naszego tu pobytu łono trochę się zmieniło, ale wszystko z wiekiem się zmienia. Kiedyś się szło przez łąki do stokówki, a teraz idzie się bita drogą. Potem weszliśmy na ścieżkę, która mozolnie pięła się do góry. Wiele lat temu mieliśmy na niej spotkanie z wilkiem. Teraz żadnego stwora nie było. To maszerując, to odpoczywając wspinaliśmy się pod górę. Żadne normy czasowe nas nie obchodziły. Zresztą, kto by się spieszył na tak pięknym łonie. Cały czas mam na myśli łono przyrody. Kiedy doszliśmy do węzła szlaków, Renatka myślała, że jesteśmy już przy schronisku. Nic z tego, trzeba skręcić w prawo i dalej piąć się pod górę. Jedyna pociecha, że już nie tak stromo. W końcu doszliśmy do chatki. Nie wchodziliśmy do środka. Chatka cała oblepiona była fotografiami. Niedawno obchodziła ona 30 lecie i te zdjęcia z powodu tego jubileuszu. Siedliśmy sobie na ławce przy stole i zjadamy przyniesione smakołyki. Popijamy też żółty nektar. Przychodzą inni turyści. Też nie wchodzą do chałupy ale za to robią nam zdjęcia. Jedno jest dziwne, bo na obiektywie usiadła Maja. Turyści odchodzą w stronę skąd przyszli, a my sobie siedzimy i natychamy się łonem przyrody. W końcu podnosimy się i idziemy tym razem szlakiem do Wańka. Nie wiem kim był ten Waniek ale w jego kierunku się przemieszczamy. Na początku sporo drzew jest ozdobionych fotografiami. Z nogi na nogę, z góry i pod górę mijają kolejne metry trasy. Około jednej godziny od chatki spotykamy przedziwnie wyglądającą ( tak nam się w tym czasie i miejscu wydawało) grupę ludzi. Grupa była czteroosobowa. Na czele dziarsko szedł mężczyzna w w ieku 25-30 lat. Na plecach miał mocno wyładowany plecak. W jednej ręcę miał torbę podróżną, a w drugiej mocno wypchaną reklamówkę. Za facetem podążało dziecko, chyba dziewczynka w wieku tak na oko 3-4 lata z nocnikiem w ręku. Za dzieckiem szła kobieta z plecakiem i pchała przed sobą wózek w którym było mniejsze dziecko. Jak ktoś kocha Chatę Socjologa, to żadne trudności mu nie przeszkodzą, żeby tam dotrzeć… Po około pół godziny dochodzimy do stokówki, a na niej przy wiacie zaparkowane autko stoi. To do tego miejsca rodzinka z dziećmi dojechała. Dalej wracamy stokówką. Stokówka, jak to stokówka kiepsko się nią idzie. W końcu zdesperowana Renatka łapie stopa i leśnik dowozi nas do karawanu. Jedziemy na obiad do Przyjaciół z Wilczej Jamy. Adam poleca nam wędzone pstrągi. Są naprawdę pyszne. Przy rozmowie z Ania i Andrzejem szybko mija nam czas. Znowu po ciemku wracamy do Zawozu.

Jakoś cicho tutaj... To snuję swoja opowieść.

Dzień następny. Dzień najważniejszy.
Wstajemy grubo przed świtem (pamiętacie, że w Zawozie świta o koło 9:00). Wyruszamy karawanem na umówione spotkanie z Wojtkiem 1121. Mamy kawał drogi do niego, bo Wojtek stacjonuje u leśniczego Zygmunta na końcu świata, gdzie zasięgu telefonicznego nie ma. Postanawiam jechać normalnymi drogami, a nie przez przełęcz i stokówki. Po drodze mijam Zagrodę Kimbową, bacówkę z bacą i serami, czynną cerkiew murowaną i już jestem w obejściu Zygmunta. Przywitali nas kolega Wojtka i jego córka. Wojtek się gdzieś zapodział. Wypiliśmy kawę i znalazł się Wojtek. Kto zna tego jegomościa, ten się domyśli, że natychmiast przejął on inicjatywę. Zaproponował nam przejażdżkę samochodową po drogach, stokówkach i innych bezdrożach. Nie mieliśmy wyjścia. Wojtkowi się nie odmawia. Ja siadłem z przodu Wojtkowego rydwanu, reszta się poupychała z tyłu i jazda… Najpierw stokówką na przełęcz. Po drodze pytam się kierowcy, czy nie boi się jechać tedy, bo na początku drogi stał jakiś okrągły znak i to nie był zakaz zatrzymywania. Wojtek się roześmiał swoim tubalnym głosem i pokazał mi dwa kwity z dwóch różnych Nadleśnictw. Na chwile zatrzymaliśmy się na przełęczy, którą nasz kierowca nazwał swoja ulubioną przełęczą. Chyba on tak ją lubi, bo zawsze na niej jakieś promile są zakopane. Ale o tym sza…Pogadaliśmy tez o pomniku, który tu niedawno stał, a którego już nie ma. Uważam, że źle, że stał, bo i po co w tym miejscu ale i źle, że go ktoś zniszczył. Czyli i tak źle i tak niedobrze… Podjechaliśmy do hałaśliwej maszyny i skręciliśmy w lewo. Na wiadomym parkingu (na którym też kiedyś było zakopane) zostawiliśmy rydwan. Zeszliśmy w dół, przez potok do chatki w której dach przeciekał. Tam, Wojtek jak wytrawny kopacz wykopał w sobie wiadomym miejscu szampana, czy raczej wino musujące. Co by się nie zmarnowało, wypiliśmy je na miejscu. W tym momencie usłyszeliśmy, że na parkingu ktoś zaparkował. Po chwili pojawił się Barnaba z jakimiś gośćmi. Pokazałem im miejsce po cerkwi, które jest trudne do odnalezienia w krzaczorach. Barnaba zostaje ze swoja ekipą, a my wracamy do rydwanu. Przy hałaśliwej maszynie skręciliśmy w lewo. Zjechaliśmy, aż do Dużej Szosy i skręciliśmy w prawo. Minęliśmy Czerwonoustego (teraz buźkę miał umytą) i za kapliczką pojechaliśmy w lewo, do samego końca. Wróciliśmy do Wielkiej Szosy i pomknęliśmy na północ. Jeszcze przed Czerwonoustym skręciliśmy w prawo i rydwan powoli piął się pod górę. Myśleliśmy, że dojedziemy tą drogą do Wielkiej Szosy, ale się nie dało. Wysoko w górach kończono budowę ostatniego odcinka tej drogi. Zawróciliśmy więc do asfaltu, którym pomknęliśmy na północ. Powoli zaczęliśmy z Renatką rozmyślać o ptaszkach…
W Karolowie znowu rydwan wykręcił na stokówkę. Dojechaliśmy do budowy z drugiej strony. Powstaje tam most nad potokiem. Znowu zawróciliśmy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy pracownikach leśnych, którzy grube metrówki rozbijali młotami i klinami na mniejsze szczapy. Kolega Wojtka spróbował i udało mu się. Wyglądał na zmęczonego. Rozmowa potoczyła się w kierunku wieku emerytalnego – 67 lat. Nikt z nas oraz pracownicy leśni nie wyobrażaliśmy sobie machania ciężkim młotem w tym wieku. Po dosyć długiej rozmowie zostawiliśmy ich przy metrówkach, a my wróciliśmy do szosy. Zapytałem obecnych w rydwanie, czy byli kiedyś przy wodospadzie Diabelski Wiatrak? Okazało się , że oprócz Renatki nikt, ale mieli ochotę go zobaczyć. Zdawałem sobie sprawę z tego, że gdzieś nad Osławą ptaszki śpiewać chyba zaczynają ale pojechaliśmy w stronę wodospadu. Minęliśmy Krzywy domek, mały wodospadzik, wspięliśmy się na Sierpniowiec i popędziliśmy w dół. Wojtek nie zwolnił rydwanu nawet na brodach. Taki z niego driver, a może takie brody? Zostawiliśmy rydwan przy strzałce ‼szlak zakapiorski” i przez wodę i błoto udaliśmy się pod górę. Błotko było przednie, aż mlaskało. Wodospad nie zachwycił nikogo. Ledwo ciurkał. Znowu przez błoto wróciliśmy do rydwanu. Teraz już jedziemy do ptaszków…
haha -fotka nr. 5 CUDNE !!!! :razz:
To Wojtek się przebrał...
Pozdrawiam
[QUOTE=bertrand236;148842(...) Najpierw stokówką na przełęcz. Po drodze pytam się kierowcy, czy nie boi się jechać tedy, bo na początku drogi stał jakiś okrągły znak i to nie był zakaz zatrzymywania. Wojtek się roześmiał swoim tubalnym głosem i pokazał mi dwa kwity z dwóch różnych Nadleśnictw. Na chwile zatrzymaliśmy się na przełęczy, którą nasz kierowca nazwał swoja ulubioną przełęczą. Chyba on tak ją lubi, bo zawsze na niej jakieś promile są zakopane. Ale o tym sza…Pogadaliśmy tez o pomniku, który tu niedawno stał, a którego już nie ma. Uważam, że źle, że stał, bo i po co w tym miejscu ale i źle, że go ktoś zniszczył. (...)…[/QUOTE]
Bertrand !
i Ty to piszesz ??
chyba za dużo wypiłem ?

Bertrand !
i Ty to piszesz ??
chyba za dużo wypiłem ?
Czasem trzeba prowokować, żeby drwa dorzucano. Nudno było w tym wątku. Stawianie pomników, krzyży i innych takich (chyba, że ktoś w tym niejscu zginął) na szczytach, przełeczach zboczach i innych takich miejscach uważam za co najmniej łamanie prawa budowlanego. Prywatnie mam o wiele bardziej radykalne zdanie. Przy okazji, czy ktoś ma w miarę aktualne zdjęcie "grobu/pomnika UPA" na stokach Chryszczatej? Czy jeszcze nie daj Boże coś tam zostało???
Pozdrawiam
Załącznik 32984
..... za to robią nam zdjęcia. Jedno jest dziwne, bo na obiektywie usiadła Maja.
"za to robię zdjęcie" ... jak na dłoni usiądzie
.... i :...


Czasem trzeba prowokować, żeby drwa dorzucano. Nudno było w tym wątku. ;) "sprowokowany" do drew "dorzucania ..... pozwalam sobie :
PF
Wiesz ,że są mymi podopiecznymi ;);)
Wiem, pamiętam. Maliniak na miodzie jeszcze czeka na dobrą okazję....
Pozdrawiam
Nie tylko wodospad stracił wodę. Susza taka, że Osława ledwo przemykała się po kamieniach.
Postanowiłem zapolować na motylka... i prawie mi się udało.
Czas leniwie płynął w bieszczadzkim słońcu. Aż przyszedł dzień, w którym trzeba było odebrać gołąbki. Przy okazji idąc do ptaszrni zerknąłem do wnętrza bramy. Takie zaułki już prawie wyginęły i powinny być objęte jakąś formą ochrony
Będąc w Bieszczadach ukrywam różne skarby w postaci alkoholów dla swoich znajomych aby sprawić im radość podczas odkrywania.Dziś pojechałem ja wydobyć skarb w postaci 0,5l. znakomitej nalewki z pigwy rocznik 2009.Po przejechaniu od miejsca zakwaterowania 56km zaległem
na gliniastej drodze nawet napęd na 4 koła , reduktor i blokada nie pozwoliły mi na dalszą jazdę. Kolega Bertrand myślał, że ja jadąc w Bieszczady zabieram pojazd na gąsienicach oraz koparkę. Na miejsce dotarłem po ponad 2km. śligając się po błocie podczas ulewnego deszczu. Gdy dotarłem na miejsce zabrałem się poszukiwania mając jedynie współrzędne geograficzne to było jednak za mało i dopiero po wielokrotnych konsultacjach telefonicznych odkopałem skarb. Po wstępnej degustacji mam duży dylemat kogo zaszczycić tak szlachetnym trunkiem. Dziękuję koledze Bertrandowi pokazanie mi ciekawego miejsca oraz miłą niespodziankę.https://www.facebook.com/photo.php?f...levant_count=1 Załącznik 32992
https://www.facebook.com/photo.php?v=666658930033962
Jesteśmy głodni, a nawet bardzo głodni. Wojtek dzwoni do pani Bożenki z zapytaniem, czy ma coś do jedzenia? Odebrał jej mąż i odpowiedział, że bar jest czynny. Jedziemy więc do Pani Bożenki. Najpierw stokówką do góry, aż na ulubioną przełęcz Wojtka. Tam skręcamy w prawo i śmigały w dół. W miejscu, gdzie ścieżka odbija do góry, do chatki wspominam Wojtka Legionowo. Z nim byłem w chatce ostatni raz. Czy ktoś wie co się z nim dzieje??? Kiedy droga się skończyła skręciliśmy w prawo. Przemknęliśmy drogą o nowej nawierzchni i stare brody aż do celu naszej podróży. Minęliśmy pole biwakowe i Wojtek zatrzymał rydwan przy barze. Tam zjedliśmy pyszne specjalności zakładu i popiliśmy tym, czym tam wypada popić strawę. Najedzeni, ale nie obżarci podjeżdżamy na pole biwakowe. Tam już na nas czekali Joanna i długi. Tego dnia obchodzili Okrągłą 37 Rocznicę Ślubu i założenia Podstawowej Komórki Społeczeństwa. Tak, tak. W tamtych czasach zakładało się komórki…, niektórzy też mieszkali w komórkach. Młodzi forowicze może tego nie wiedzą, ale tak było. Dostojni Jubilaci prawie wszystkie rocznice obchodzą w tym miejscu. Kiedyś w namiocie, teraz w niewiadowskiej przyczepie. Cóż lata lecą. Pomimo upływu lat Jubilaci ciągle wyglądają młodo. Chyba to miejsce tak działa. Prądy jakieś, czy inne promieniowanie? Tak, czy inaczej powitanie było naprawdę radosne. Długi natychmiast nastawił wodę na kawę. Następnie bardzo wprawnie (długi chyba wszystko potrafi) pokroił jubileuszowy tort, jak zwykle z ptaszkami. Podczas spożywania tortu Joanna z dumą opowiadała o pracy ich syna na dworze królewskim w Anglii. Poznaliśmy kilka ploteczek prosto z Buckingham Palace. Po jakimś czasie długi przyniósł na stół oryginalny pudding z dworu królewskiego. Napiszę tak: pudding był paskudnie słodki i niedobry. Renatka powiedziała, ze trochę w smaku przypominał pierniki, ale zachwycona smakiem nie była. Nawet chyba przeciwnie. Coby jednak nie powiedzieć dziękuję Wam Przyjaciele, że mogłem w tak pięknym miejscu skosztować królewskiego żarcia. Odrobina Wielkiego Świata w Bieszczadzie. Potem przyjechał Barnaba z Anią i zaraz przytuptała do nas Pani Bożenka z przepięknym storczykiem. Czas mijał szybko, stanowczo za szybko. Przyszła pora na rozstanie. Wojtek zabrał nas do Zygmunta, gdzie stał nasz karawan. Znowu po ciemku wróciliśmy do Zawozu…
ten dzień zaczął się dość wcześnie. Wystrojeni jak szczur na otwarcie kanału wyszliśmy na szlak, budząc lekkie zdziwienie zmierzających na Chryszczatą wędrowców oraz miejscowych kruków. Pod jabłonką nastąpiło życzenie sobie tego co zawsze, i wręczenie upominku. Uprzejmy turysta uwiecznił nas na wieczną rzeczy pamiątkę. Pozostało czekać na gości. Przyjechali. Radości ze spotkania nie był w stanie zakłócić nawet pudding. Spotkanie ożywił konkurs: kto szybciej zagotuje wodę na herbatę. Wynik nie był jednoznaczny. Barnaba otrzymał wrzątek prawie natychmiast, ale tylko kubek. Ja znacznie później, ale starczyło dla wszystkich. I tak czas płynął, aż dobiegł do pożegnań. Wieczór w kolorach nie występujących w przyrodzie (?) zakończył ten dzień z akcentem na królewskie...
To i ja dorzucę coś do ognia i przysiądę. Miło, naprawdę miło się to czyta, wspomina znajome miejsca i wędruje razem z Wami (przynajmniej w zakamarkach swojej pamięci). Stefana jak nie było tak nie ma, ale aż się serce raduje, że rezydencja dalej stoi :-)

Bardzo mnie rozbawiła rodzinka z nocnikiem i wózkiem, uwielbiam takich ludzi!!!!

Ponawiam Twoje pytanie, czy ktoś wie co z Wojtkiem z Legionowa???

Pisz Bertrandzie, rozgrzewaj serca :)

Ps. Długi z Żoną jesteście wspaniale normalni, a pudding jest przereklamowany ;)
Przepadam za niektórymi wynalazkami kuchni angielskiej. Ale z puddingiem zetknąłem się dopiero z okazji świąt, gdy syn został obdarowany tym królewskim, specjalnie dla pałacu przygotowanym. Przypomina mi to przedwojenną opowiastkę, jaką herbatę pije król; otóż bierze się dużą głowę cukru, w niej wierci się dziurkę wielkości naparstka i do tej dziurki wlewa się herbatę. A gdy już się dobrze posłodzi, to taką herbatę pije król. Pasuje do opisanego wyżej puddingu.
Długi
PS
dziękujemy za dobre słowo

Przepadam za niektórymi wynalazkami kuchni angielskiej. Ale z puddingiem zetknąłem się dopiero z okazji świąt, gdy syn został obdarowany tym królewskim, specjalnie dla pałacu przygotowanym. Przypomina mi to przedwojenną opowiastkę, jaką herbatę pije król; otóż bierze się dużą głowę cukru, w niej wierci się dziurkę wielkości naparstka i do tej dziurki wlewa się herbatę. A gdy już się dobrze posłodzi, to taką herbatę pije król. Pasuje do opisanego wyżej puddingu.
Długi
Niektórzy mają słodkie życie... a innym słodkości warto życzyć.
Wielu słodkości zatem.
Załącznik 33116Załącznik 33117Załącznik 33113Załącznik 33114Załącznik 33115

Następnego dnia postanowiliśmy wyhamować. Żadnych gór, żadnego wysiłku… Mamy wakacje przecież. No to, podjechaliśmy do Słodkiego Domku. Po wczorajszym Królewskim Żarciu nawet ciacha w tym przybytku nie wydawały nam się słodkie. Potem oczywiście jedyna słuszna księgarnia w Lesku, a na koniec wpadliśmy do Synagogi. Tam zawsze jest co pooglądać. Spacer z księgarni do Synagogi był tak wyczerpujący, że co nieco zgłodnieliśmy. No to pojechaliśmy do kurortu. A kurorcie pozmieniało się od ostatniego razu, ze hej. Nowe sklepy, nowe knajpki, frontem do kuracjuszy i do turystów. Nawet Pan Leszek rozbudował Stanicę. W kurorcie zawsze jemy u Pani Leszkowej i nigdy nie żałowaliśmy. Tak było i tym razem. Zupa gulaszowa palce i kociołek lizać. Połaziliśmy trochę po centrum i wyjechaliśmy z kurortu. Jeszcze nigdy nie widziałem Folwarku w Bieszczadzie, więc pojechałem w tym właśnie kierunku. Pierwsze zdziwienie: Postawili tam kościół. Może i on jest potrzebny, ale nie wydaje mi się. Jak ktoś ma ochotę uczestniczyć w Nabożeństwie, to może do wsi się przejść/przejechać. No cóż frontem do wiernego… Poszliśmy dalej pomiędzy zabudowania folwarczne. I tu czułem się zniesmaczony. Dom przy domu. Jak ktoś za przeproszeniem zanieczyści powietrze na swojej działce, to sąsiedzi będą to wiedzieć i czuć. Tabliczki: Teren prywatny! Przejścia nie ma! Nie, to nie dla mnie. Doszliśmy do końca, aż nad wodę, której jest coraz mniej. Popatrzyliśmy sobie na kurort od strony, od której nigdy, go nie widzieliśmy. Widok może i ładny ale ta droga do niego… Wróciliśmy do auta i pojechaliśmy na kwaterę. Byliśmy jeszcze za jasnego. Skończyło się to tym, że poszliśmy do Danusi i Krzysztofa na długie Polaków rozmowy. Było miło i sympatycznie, ale o tym sza.. Przed nami ostatni dzień tego pobytu.
Dmucham: Fffffffffffffffff, ffffffffffffffffffffff, fffffffffffffffffffffff. Cienki dymek. Uffffffffffffff. Rozpala się…

Na ostatni dzień jesteśmy umówieni z Barnabą i Anią. Mamy zamiar spotkać się na Jaśkowej Górze. My z Renatką jedziemy drogą, którą nie powinniśmy jechać ze względu na jurysdykcję. Ale jedziemy, bo fajna ona jest i widokowa i dziurawa. Wszystko, jak należy. Dojeżdżamy do kurortu, w którym odbył się KIMB w którym nie miałem przyjemności uczestniczyć. Dalej droga odcinkami jest dobra, a odcinkami nie. Po drodze mijamy Barnabę, który gna w drugą stronę, w stronę kultowej wiaty jak mawia Piskal. My w miejscowości, która kiedyś (ale krótko) zwała się Jodłowka, tuż przy sklepie na rozstaju skręcamy w prawo w stronę miejscowości o dawnej nazwie Przełom. Dalej to już Pan Pikuś. Na początku pierwszej miejscowości skręcamy w prawo na parking. Wita nas uśmiechnięta głowa. Reszta postaci albo nie istnieje albo jest zakopana w ziemi. Nie próbujemy odkopać tylko udajemy się pod górę. Stromo pod górę. Znamy tą drogę, nie idziemy wszak tędy po raz pierwszy. Pierwszy odpoczynek przy drodze. Tak, tak mogliśmy tam dojechać ale postanowiliśmy się katować. W końcu to ostatni dzień i trzeba go zapamiętać. Po odpoczynku udajemy się dalej. Jak myślicie, ze teraz w dół, to się mylicie. Cały czas pod górę. Leśnicy naustawiali tam kilka ławek i mogliśmy sobie odpocząć, nie leżąc na ziemi jak wielu ‼niecywilizowanych turystów” ;) ale na ławeczkach. Po drodze obserwujemy inny wynalazek leśników. Ten akurat mi się podobał. Drzewa stojące tuż przy drodze zrywkowej są zabezpieczone blachą. W pewnym momencie schodzimy ze ścieżki i zmierzamy ku niewielkim skałkom, które się tam znajdują. Podziwiamy przyrodę i wspominam wspólną wędrówkę na tę górę z Lucyną i Marcinem. Marcin wtedy opowiadał nam o roślinach ale wszystko już zapomniałem. Przy ścieżce stoją też kosze na śmieci. Takie kosze antywłamaniowe dla misiów. Znaczy się chodzi tędy wielu ‼cywilizowanych turystów”, którzy w odróżnieniu od tych drugich nie potrafią swoich śmieci zabrać ze sobą do cywilizacji. Tej głupoty nigdy nie mogłem zrozumieć. Przecież te kosze ktoś musi opróżnić i znieść/zwieźć je na dół. W końcu szczytujemy. Jaśkowa Góra jak zwykle nagrodziła nasz wysiłek pięknymi widokami. W zasadzie powinna ona nazywać się inaczej. Nie wiem jak ale coś wymyślę. Byłem na niej kilka razy i tylko raz nie spożywałem. A to z Forowiczami, a to z joorgiem, a to z …. Na szczycie czekają na nas Ania z Barnabą i kuzynem Ani Pawełkiem. Po powitaniu, co robimy? Raczymy się złocistym nektarem i podziwiamy. Podziwiamy widoki, a nade wszystko podziwiamy ciszę. Oprócz nas nie ma tutaj żywej duszy. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment wiersza naszej Koleżanki Superpowsimordy. Wiersz ten kiedyś wspaniale przeczytał na KIMBIE nasz Kolega Superpowsimorda ( kiedyś Henkiem zwany, teraz ma szlachecki tytuł don)
Cisza błoga.
Cisza cieszy.
Cisza cicha,
gdy zgiełk zgubi.
W takiej ciszy
rosną skrzydła.
Taką się najbardziej lubi.
(Fragment wiersza Cisza WUKI)

Wymieniamy się z synem dokumentami i kluczykami i rozstajemy się. Idziemy w przeciwnych kierunkach. My schodzimy w stronę wodospadu. Nie napiszę, że w dół idzie się lżej, bo nie idzie się lżej. Podpierając się kijkami trekkingowymi schodzimy w dół. Teraz jest inaczej, nie ma ławeczek. Odpoczywając musimy siadać na pniach albo i bezpośrednio na mchu… Całkowity brak cywilizacji z tej strony Jaśkowej Góry. A może z tamtej strony te ławeczki to sprawka Jaśka jest? Muszę to sprawdzić. Docieramy do pierwszej ławeczki, która jest przy wodospadzie. Tam dłuższą chwilę wsłuchujemy się w szum wody. Ta woda tutaj zupełnie inaczej szumi, niż dajmy na to u nas w Poznaniu w łazience. Myślę sobie, ze bieszczadzka woda tak ma, że inaczej szumi. Podnosimy się z ławeczki i docieramy do samochodu z napisem www.lesneoko Kochany syn podjechał tak daleko jak mógł (zgodnie z jurysdykcją), wiedział, ze nogi nam będą wchodzić tam, gdzie sami wiecie. Teraz przystanek przy kultowej wiacie, piwko zdjęcie do Piskala i już wyluzowany mogę jechać dalej. Barnaba nas zaprosił do Cisnej do schroniska na zapiekankę. Jak napisałem wcześniej jest to nasz ostatni dzień w Bieszczadzie, więc jedziemy do Cisnej górą przez Wetlinę, żeby pożegnać Bieszczad. Pomału, nie spiesząc się podziwiając widoki jedziemy do Cisnej. Tam, Pod Honem Barnaba już szykował swoją firmową zapiekankę w żeliwnym garnku. Nie wierzyłem w zalety tego naczynia ale zapiekanka zapiekła się bardzo szybko. Potem już tylko powrót do Rajskiego. Oczywiście jak zwykle przed powrotem do Poznania zapaliłem świeczkę w Kapliczce Szczęśliwego Powrotu….. I to by było na tyle.
bertrand
czytam , czytam Twoją opowieść i wróciły we wspomnieniach moje (nasze bo chodzę z żoną) widoki z 20 sierpnia. Też było mi dane przejść tę trasę - ścieżkę .
A niedźwiedzi tam nie spotkałeś - bo znaki ostrzegawcze były.

"Ta woda tutaj zupełnie inaczej szumi, niż dajmy na to u nas w Poznaniu w łazience. Myślę sobie, ze bieszczadzka woda tak ma, że inaczej szumi"
Szumi inaczej , tylko jak byliśmy w sierpniu woda w Hylatym wyglądała jakby wyżej kąpała się Dolnośląska Jednostka Inżynieryjna - miała "mydlany" kolor.

Załącznik 33224
Zauważ ,że w górach (nie tylko w Bieszczadach) zmieniają się prawa fizyki. Butelka , czy puszka pełna jest lżejsza od pełnej i dlatego pewnie nie którym jest ciężko zabrać ze sobą puste.

Dziwne jakieś te turysty , piszą skargi do TPN że na Kasprowym gryzą muchy, że na szlakach mało koszy na śmieci, dlaczego do schroniska nie można podjechać samochodem

Pozdrawiam

Czy Jaśkowa Góra - Dwernik Kamień ?

...Czy Jaśkowa Góra - Dwernik Kamień ? Tak! Skoro Jasiek tam mieszka(czasami), to przechrzciłem tę górę ;)
Pozdrawiam
Załącznik 33226
Dmucham: Fffffffffffffffff, ffffffffffffffffffffff, fffffffffffffffffffffff. Cienki dymek. Uffffffffffffff. Rozpala się…
.... Jaśkowa Góra jak zwykle nagrodziła nasz wysiłek pięknymi widokami. W zasadzie powinna ona nazywać się inaczej. Nie wiem jak ale coś wymyślę. Byłem na niej kilka razy i tylko raz nie spożywałem. A to z Forowiczami, a to z joorgiem, a to z …. .
Bertrandzie ..czy o tym piszesz ...niby tak nie dawno było a już 5 lat minęło,....jak wczoraj... czas leci :(
ps. a obok Kogo puszka stoi ;)..czytam czytam Twoje "wędrówki" i podziwiam,trzeba powtórzyć spotkanie.
Kamień D. piękna góra..co roku jestem tam i tak mi mało.:)..Pozdrawiam Całą Rodzinkę
Zgasło... tak wiele teraz w moim życiu spraw odległych od Bieszczadów...zaglądam i martwi mnie ta cisza, brak ruchu, ni dymku, ni węgielka żarzącego się pod warstewką popiołu. Tak jakby fascynacja Zielonym Piekłem wyparowała... Jakoś w to nie wierzę... Może wreszcie ja zapalę swój ogieniek, może jakoś przełamię lenistwo wrodzone:P Mam paliwko niezłe, prosto stamtąd:)Załącznik 33365 Tyle na razie dorzucę, cięte w znanym worku, baaardzo wysoka wartość opałowa:)

Tak! Skoro Jasiek tam mieszka(czasami), to przechrzciłem tę górę ;)
Pozdrawiam
Z czystej przekory pozwolę sobie na sprzeciw co do nazwy. Jasiek i owszem czasami mieszka, ale raczej nie bywa na tej górze.
Gdyby nazwać ją Górą Forumową to i zaświadczenie zdjęciowe Joorga byłoby na korzyść.
Przy okazji przypomniałem sobie jak pewnej jesieni szedłem z kolegą Ciepłym od strony Jawornika wspinając się skalnymi grzędami gdy zaatakował nas z nienacka niedźwiedź,
ale wkrótce gdy już dotarliśmy na szczyt, okazało się że to był pies który uczestniczył w uczcie kilku(-nastu) forumowiczów. Takie to niecodzienne spotkania na tej górze bywają
.
Załącznik 33370
onegdaj nawet bardzo sympatyczna obsługa na szczycie bywała
Załącznik 33371
foto K.B.

tego roku nawet odbył się koncert na tysiączniku na dwie gitary i skrzypce, na głosy z tej i tamtej strony granicy
Załącznik 33372
opowieści słyszałem że można tam spotkać osoby herbatę w porcelanie pijące z koszykiem i obrusikiem
Swoją drogą ciekawe czy Bertrand rozpoczynając ten wątek spodziewał sie takiego finału - Królewskiego żarcia na Forumowej Górce ?
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • brytfanna.keep.pl