bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Powszechnie wiadomo , że zima jest porą roku która w Bieszczadach dostarcza najwięcej wrażeń. Może nie jest to pora najcieplejsza, ani najłatwiejsza, ale to właśnie wtedy można dokonywać dalekich obserwacji, bądź zrealizować niezapomnianą śniegową wędrówkę, albo stworzyć przygodę z akcją ratunkową.
Pierwsza ekipa rzeszowska ruszyła w poszukiwaniu śniegu początkiem lutego i zapisali ślad zostawiony na szlaku granicznym na forum tu
Druga ekipa rzeszowska wybrała połowę lutego i obszar bardziej na zachód , dzięki czemu mogliśmy o tej wyprawie poczytać tu
Cóż było robić, dla trzeciej ekipy pozostał termin końca lutego i rejon działań na wschód.
O tym będzie tu kilka zdań.
.
Ekipa różniła się od poprzednich, bo tam skład był bardziej muzyczny (2+1) natomiast my postanowiliśmy na równowagę, co by nikt nie zarzucał przewagi płci, ani organizacji. Połowę składu (2+2) stanowili forumowicze a drugą połowę wolne pionki.
Do dyspozycji mieliśmy 3 dni łikendu który w tym roku zaczął się w piątek 27 lutego. Wczesnym rankiem samochód wyjechał z Rzeszowa kierując się na południe. Po niespełna 4 godzinach byliśmy już na osławionym przejściu SK/UA w Ubli.
Mały parkindżek tuż przed przejściem zastawiony na maksa. Nigdy tak wcześniej nie bywało. Zostawiamy samochód po drugiej stronie drogi, ale to ponoć nie jest dozwolone.
Ruszamy na granicę ciągiem pieszym i po kwadransie jesteśmy po "tamtej" stronie. My z wyładowanymi plecakami, pełen ekwipunek łącznie z rakietami śnieżnymi, a wokół ani krzty śniegu. Słońce zrobiło swoje i stopiło te niewielkie ilości śniegu odsłaniając szpalery śmieci.
Koleżanka idzie ściskając w ręku pustą puszkę po opróżnionym napoju i pyta mnie jako bywalca gdzie jest kosz do wyrzucania śmieci.
- Popatrz , tu cały szeroki szpaler śmieci ciągnie się wzdłuż drogi. Przygnębiające pierwsze wrażenie.
Docieramy do pierwszego sklepu za niecałe metrów 500 i to jest miejsce zwrotne. Tu możemy spróbować jakie są w ofercie miejscowe płyny, tu zaczerpniemy pierwszego głębszego oddechu, połączonego z okrzykiem .
Koleżeństwo stwierdziło, że ten okrzyk który wydałem zakładając plecak to jest Hen-ryyyyyyk.
Prawdą jest , że plecak nie był lekki.
Tuż przed sklepem jest stacja benzynowa przy której znaleźliśmy czerwone znaki szlaku. To oznakowanie (zrobione przez Czechów) wyprowadziło nas gęstym zagajnikiem na lekki pagór. Mieliśmy wrażenie , że jesteśmy pierwszymi którzy ten szlak robili.
Załącznik 37202
.
cdn.
Relacja -ojejku jejku, co tutaj się znajdzie? Czy będzie taka szablonowa jakiej wszyscy oczekują? Czy trasa będzie prosta i łatwa? Czy uczestnicy pójdą północ południe, a co z pozostałymi kierunkami? Czy znajdą w końcu ten śnieg, jakiego szukali? Jakich dalekich obserwacji doświadczą? Kto nawiedzi ich w nocy i udzieli cennych wskazówek? Czy to wszystko będzie się działo na jawie? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziemy w tym wątku. Jedno jest pewne -humory dopisywały i były to bardzo mile spędzone 3 dni w doborowym towarzystwie. No więc wracamy do Małego Bereznego, skąd zaczynamy wędrówkę.
Znając znajomych z forum, nie będzie to relacja szablonowa. Raczej szablostara,
Szable w dłoń!!!!!!!!!!!
Praca unieruchomiła mnie na dłużej (znaczy od rana do wieczora), to może trochę popatrzę, poczytam, jak inni, co mieszkają bliżej mają lepiej, ech...
Nawijajcie społem, z niecierpliwością czekam aż nadejdzie wyczekiwany cd.
Podążamy za czerwonym szlakiem, który ścieżyną wyprowadzi nas na grzbiet pagórca
Załącznik 37214
.
Tu mamy polanę widokową , a przed nami rozłożone miasteczko Wielkij Bereznyj.
Aby do niego dotrzeć trzeba pokonać przeszkody, ale cóż to za przeszkody
.
Załącznik 37215
.
Pierwsze zabudowania do których docieramy przypominają nam że jesteśmy na Ukrainie, kraju ogarniętym wojną
.
Załącznik 37216
ale czy to jest wynik wojny ?
Jako, że ja zdjęć prawie nie mam, to mój opis nie będzie barwny. Owe ruiny w Wielkim Bereznym zrobiły na mnie wrażenie, nie mniejsze jednak zrobiły kury przechadzające się swobodnie po owych ruinach. Pomyślałam -co za przedziwna sytuacja -ruiny a między nimi stado kur chodzących na luzie tam i z powrotem i intensywnie grzebiącymi w ziemi. Nie chodzi o kury, nie chodzi o jakieś ruiny. Chodzi o to wszystko razem wzięte jako abstrakcyjny obrazek. Witamy na Ukrainie.
Więc przechadzamy się wsią, słuchamy piania kogutów, szczekania burków, mijamy przejeżdżające gruzawiki. Pogoda szara. Dochodzimy do powiedzmy centrum miasteczka (a może miasta?). Widok bloków przerażający, obskurny. Gdzieś jakaś cerkiewka błyszczy złocistą kopułą. W centrum przy głównej ulicy na ścianie bloku wywieszony duży plakat przedstawiający imienną listę Niebieskiej Sotni -czyli ludzi z okolic Bereznego poległych w wojnie o wolność, suwerenność swojego kraju. Poniżej znicze i kwiaty. Chwila zadumy i idziemy dalej.
Załącznik 37217 Załącznik 37218 Załącznik 37219
Idziemy dalej. Wstępujemy do restauracji, która dosyć wyróżnia się standardem w porównaniu do tego co widać dookoła. A potem na marszrutke w okolicy dworca kolejowego, jednak po drugiej stronie torów. Dworca ze słynnymi komnatami wypoczynku. W życiu bym nie poznała, że to w nich spałam 8 miesięcy temu. Wtedy w zasadzie nie zapamiętałam nic z Wielkiego Bereznego, ponieważ jedynym miejscem po którym się przemieszczałam był dworzec kolejowy na który wtedy zajechaliśmy późno a opuściliśmy z rana. O przepraszam, zapamiętałam jedno i to doskonale -wspaniały głos pani zapowiadającej pociągi. Nie chodzi o panią, nie chodzi o jej głos. Chodzi o piękną ukraińską mowę, której mogłabym słuchać godzinami. Tym razem nie słychać było zapowiedzi pociągów. Byliśmy na szumnie zwanym dworcu autobusowym. A gdy przyjechała przepełniona marszrutka było jak zwykle na Ukrainie -czyli niemożliwe staje się możliwym. I wsiedliśmy. Po około godzinie jazdy dojechaliśmy do Luty. A właściwie do magazinu. I stąd zaczyna się właściwa wędrówka.
Pytanie o wojnę przewijało się od samego początku. Gdy znajomym mówiłem o planach wyjazdu od razu widziałem zaskoczenie i przerażenie.
W trakcie przekraczania granicy słowacki pogranicznik zapytał wprost ; nie boicie się ?
.
Załącznik 37220
.
Widząc poczciwego konika ciągnącego wóz z sianem uspokajamy się że tu toczy się swoimi normalnymi torami. Są to tory mocno zardzewiałe i zapóźnione ,ale dla miejscowych normalne.
Dochodzimy do centrum ze skwerem parkowym. Tu zaczepia nas człowiek tłumacząc w międzynarodowym języku , że
Putin Bum, Bum !
Aha, znowu wracamy do tematu wojny.
Przy następnym budynku spory bilbord ze zdjęciami kilkudziesięciu osób i napisem "Niebiańska Sotnia"
Kolejny człowiek próbuje nam wytłumaczyć koligacje rodzinne z umieszczoną tam osobą
Nie ma się co dziwić, gdy ktoś bliski ginie na Majdanie i jego zdjęcie trafia na panteon
Tak, tak, ale tu życie toczy się się nadal wedle ustalonych zasad. Dzieci przewozi się do przedszkola
.
Załącznik 37221
.
Dostosujemy się do normalizacji i udajemy się do znajomej "słowackiej" restauracji. Napisałem słowackiej bo szefową jest Słowaczka i już dawniej mieliśmy okazję korzystać .
Tym razem wybieramy opcję przy stolikach na zewnątrz, można się posilić smacznie i za niewielkie pieniądze. Czeka nas wszakże ciężka droga
.
Załącznik 37222
.
Idąc na drugi koniec miasteczka docieramy do dworca, gdzie można wykonać remont obuwia, albo na miejscowym targu zakupić niezbędne przedmioty przed wyprawą na Holicę
.
Załącznik 37223
.
Stąd już tylko parę kroków do przystanku autobusowego (przepraszam - marszrutkowego)
Upewniamy się , że planowany jest wkrótce przyjazd tego pojazdu. Młody człowiek ma zamiar nim jechać do babci , aby pochwalić się swoją małą psinką
.
Załącznik 37224
.
Busik zwany przez miejscowych marszrutką przyjeżdza i ku naszej uciesze ma za szybą napis naszego celu ĐЎТР(Luta)
Mniej pociesznym jest fakt , że zatłoczony jest niemiłosiernie.
Jak tu ma wsiąść te kilka osób ?
Nie mówiąc o 4 turystach z wypchanymi plecakami ?
.
p.s. fajnie wyszło bo w tym samym czasie powstały posty Jimi i moje
p.s. fajnie wyszło bo w tym samym czasie powstały posty Jimi i moje hallo,
W końcu niesiecie ten jeden plecak !
:)
hallo,
W końcu niesiecie ten jeden plecak !
:) Lubię to :) i czekam z niecierpliwością na cd.
Marszrutka wypluła nas na końcu wsi Luta
.
Załącznik 37231
.
Luta to duża wieś licząca ponad 1000 numerów , wcinająca się w góry . Na mapie znajdziemy ją bez problemów gdyż leży w lini prostej 20 km na południe od Wołosatego.
Tu zrobimy ostatnie zaopatrzenie w miejscowym magazinie
.
Załącznik 37232
.
Czas zarzucić plecaki i ruszyć w dal. Mijamy końcowe domostwa leżące na tym końcu świata.
Podziwiamy przy okazji, jakie urozmaicone zabawy dzieci umieją sobie stworzyć w tych realiach
.
Załącznik 37233
.
Miejscowa ludność jest wysoce zainteresowana takimi ufo-ludkami przemierzającymi ich gościniec
Jeden z nich wdał się w dłuższą rozmowę, którą kontynuujemy przed tartakiem.
Ten tartak, albo raczej ruiny tego tartaku zatrudniają teraz 6 osób (kiedyś 70-ąt) + 2 ochroniarzy
.
[zdjęcie usunięte na prośbę osoby zainteresowanej]
.
Rozmowa nas tak przeciągnęła , że dalej idziemy , aby już po ciemku postawić namiot, obok daczy zagubionej gdzieś daleko w karpackiej dolinie
Został czas na wieczorne rozmowy przy ognisku z kociołkiem
Rano mogłem zrobić zdjęcie po jasności
.
Załącznik 37235
Poranek rozciągnął się do godziny 10-tej i ruszamy wgłąb doliny. Przed nami najtrudniejsza przeprawa, czyli pokonanie potoku Lutańskiego. Na szczęście zachował się na nim most i możemy suchą stopą podążać dróżką wcinającą się pomiędzy Holicą i Połoniną Równą
.
Załącznik 37236
.
Śniegu jest coraz więcej więc wkrótce zapada decyzja o złożeniu rakiet aby zaatakować Lutańską Holicę.
Czasami przebłyskują mgliste widoki na sąsiednią Połoninę Równą
.
Załącznik 37237
.
Zachowując szyk bojowy ciągle podążamy pod górę
cóż to dla nas śniegu mnóstwo , gdy sponsorzy finansują
.
Załącznik 37238
.
ale tak na wszelki wypadek tworzymy wizję pamiątkowej mogiły po nas gdybyśmy nie wrócili
.
Załącznik 37239
.
Gdy czas dobiegł godziny 14-stej wiemy że będzie trudno. Jesteśmy na poziomie ok 1000 m nad poziom morza.
Pada decyzja o odwrocie w stronę najbliższej miejscowości czyli Łumszorów, tam jest turbaza gdzie zanocujemy, wysuszymy i odpoczniemy.
Plan był bardzo dobry, więc pełni sił zasuwamy na rakietach aby go zrealizować.
Mijają kolejne godziny, a my zamiast kierować się w dół ciągle podążamy dróżką która nagle zaczyna się wznosić do góry.
Analiza sytuacji nad mapą daje wynik miażdżący - podchodzimy na Równą - a nie jest to naszym celem.
W między czasie zapadł zmrok , idziemy po ciemku, no nie zupełnie , bo w świetle czołówek.
Kolejna decyzja , to wrócimy się do zaobserwowanego śladu narciarza, - on na pewno jechał do Łumszorów.
Tak też czynimy i dzięki temu już po 18-stej zaczynamy schodzić w dół czyli do naszych wymarzonych Łumszorów.
Wkrótce spadamy do potoku wzdłuż którego ciągnie się leśna dróżka. Jest dobrze.
Przez kolejną godzinę pokonujemy ten potok parokrotnie, mając już mocno mokre buty. Najgorsze były zawaliska ściętych drzew.
Musimy już być blisko, ale czy na pewno ?
Jimi wyciąga kompas i stwierdza że ten potok wcale nie płynie na południe do Łumszorów, tylko na północ.
Północ-Południe - niby niewielka różnica, ale jednak.
To gdzie jesteśmy ?
Zegarek wskazuje że dochodzi godzina 20-sta czyli mamy za sobą 10 godzin marszu. Jesteśmy zmęczeni.
Pasowałoby wezwać GOPR, ale przecież od kilku godzin nie mamy już zasięgu bo otaczają nas trzy tysięczniki Ostra, Równa, Holica.
Nie wspomnę o tym że to nie obszar działania gopru.
Z nieba leje deszcz , bo akurat mu się tak spodobało się tak pod koniec dnia.
Decyzja jest jedna . Stawiamy namiot aby przetrwać do jutra. Wszyscy zasypiają w jednej chwili.
no pięknie
...
Z nieba leje deszcz , bo akurat mu się tak spodobało się tak pod koniec dnia.
Decyzja jest jedna . Stawiamy namiot aby przetrwać do jutra. Wszyscy zasypiają w jednej chwili. No dobra, biorąc pod uwagę niesprzyjającą aurę, brak ogniska można jeszcze wybaczyć ale żeby choć po stakańczyku wschodniego koniaczku przed snem nie łyknąć?! O tempora, o mores!!!
Wiedziałem, że dobrze robię nie jadąc - trzeba by przez zawaliska drzew skakać, potoki przekraczać w bród, łazić w deszczu i to wszystko z dala od GOPR-u! Dobrze Wam tak!:twisted:
...też chcę tak dobrze...zazdroszczę...
Haha, Bazyl. Jimi miała jeszcze skitraną otatnią kolejkę niejakiego Sotnika ale z racji, że nikt nie pytał to i nie częstowała :D Nawet jakby i chciała, to gdy wróciła z wodą na herbatkę pytając: "ma ktoś ochotę na herbatę?" usłyszała tylko wydobywające się z namiotu: "hrrrrr hrrrr". Myślisz, że pytanie było nietaktowne? :D Ciekawe czy gdybym zaproponowała Sotnika, to wstali by równo na nogi :D Za to rano Jimi miała niespodziankę i wszyscy byli zadowoleni. Była nadzieja.
A z tym przypadkowym wchodzeniem na Połoninę Równą -coś wspaniałego!! Uszliśmy całkiem wysoko. Oczywiście trzeba było szybko zmęczonym iść przed siebie gdziekolwiek ale kątem oka rzucałam na lewo. A na lewo ... pokazała się w całej swej rozpiętości Połonina Równa. Nie wiem ile my tam właściwie uszliśmy a ile brakowało do grzbietu by móc stanąć na tej połoninie -pewnie sporo ale z tej wyższej perspektywy miało się wrażenie, że już jesteśmy na Równej :) Było już zupełnie ciemno, więc tej chwili nie byłam w stanie uchwycić komórką. Jednak mimo ciemności, śnieg rozjaśniał grzbiety i Połonina Równa nocą przepięknie się prezentowała. Przypomniała mi się ostatnia wędrówka po Borżawie. A teraz cały dzień szczyty były zupełnie nie widoczne, zupełnie zachmurzone, pełne tak zwanego mleka. Dopiero nocą można było ujrzeć jakieś góry, piękne ukraińskie, karpackie góry. I widziałam je przez może góra minutę, gdy nasz odcinek przetarł się pomiędzy zaroślami i pojawiła się wspomniana Połonina Równa. I to była najlepsza minuta z całego wyjazdu! Właściwie może nawet kilkadziesiąt sekund. Oj jak warto było pobłądzić właśnie dla tej chwili.
Jimi wyciąga kompas i stwierdza że ten potok wcale nie płynie na południe do Łumszorów, tylko na północ. Znaczy się, zaczęli Wy drogę powrotna do Luty???
To gdzie jesteśmy ? [....]
Pasowałoby wezwać GOPR, ale przecież od kilku godzin nie mamy już zasięgu bo otaczają nas trzy tysięczniki Ostra, Równa, Holica. A przecież była z Wami Jimi; ona potrafi zdzwonić do GOPR-u nawet bez zasięgu!
"A przecież była z Wami Jimi; ona potrafi zdzwonić do GOPR-u nawet bez zasięgu!"
-haha :D
Tak więc obrazek Połoniny Równej nocą na długo utkwi w mojej głowie a jednocześnie stworzył kolejny cel na przyszłość. Tak jak napisał Heniu, nocą chodziliśmy po potokach, wpadliśmy w jakieś meandry, z których ciężko było się wydostać, gdyż dopiero co pokonaliśmy jeden potok to za parę metrów pojawiał się kolejny. Gdy zerknęłam na kompas, a kompasu i mapy raczej mało używaliśmy co zaskutkowało tym, czym zaskutkowało;), okazało się, że kierunek jest odwrotny niż się spodziewaliśmy. W dodatku padał deszcz. Na pierwszym napotkanym wypłaszczeniu rozbiliśmy namiot z nadzieją, że rankiem niebo się przejaśni i zobaczymy w końcu którąś z otaczających nas górek, by łatwiej było się zlokalizować.
Zasnęłam z kompasem na szyi. Został on swego rodzaju moim amuletem, gdyż nocą wskazał mi poprawną drogę. Miałam sen. Śniło mi się, że śpimy tak jak leżymy wszyscy obok siebie, jednak bez namiotu. Aż tu nagle rankiem posłyszałam jakiś szmer. Wstałam. Oto w naszym kierunku, z naprzeciwka, przez ten sam las szła Sędzina. Była poubierana w te wszystkie togi, łańcuchy. Zapytałam jej którędy wiedzie ta ścieżka i dokąd Sędzina zmierza. Odrzekła, że ścieżka wiedzie prosto do Luty! Powiedziała, że mieszka ona w domu o numerze Luta 9 i idzie właśnie do pracy do sądu do Luszmorów, jak codzień. Ojejku, pomyślałam -"sędzina codziennie musi do pracy pokonywać taki kawał drogi przez las, setki potoków. I w dodatku w tej todze!".
Następnego dnia było równie pochmurno jak poprzedniego. Opowiedziałam współtowarzyszom mój sen. Nie pozostało nam więc nic więcej niż kontynuować drogę. Przecież sędzina nocą wskazała nam kierunek! Znów drobny deszczyk. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy rozbijając tu namiot, gdyż dalej potoki były jeszcze gorsze i po ciemku nie byłoby łatwo wybrać najodpowiedniejszej drogi. Napotkaliśmy pierwsze śnieżyce wiosenne. Po około 40 minutach drogi współtowarzyszy nagle oświeciło -skądś znają tę ścieżkę. Czy oby nie tędy szliśmy niespełna dobę temu? Tak! Idziemy do Luty! :D Ale numer. Teraz humory nam się poprawiły. Zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie znajduje się owy tajemniczy dom o numerze Luta 9 w którym mieszka sędzina. Czy to nie jest może ta opuszczona chatka w lesie oznaczona na mapie? Po 20 minutach doszliśmy do miejsca naszego pierwszego noclegu. Akurat zerwał się większy deszcz, więc przeczekaliśmy go na ganku chatki w której byliśmy dokładnie 24 godziny temu. Była teraz godzina 10 a dokładnie o 10 dnia poprzedniego opuszczaliśmy tę chatkę, przy której spaliśmy w namiocie. Chatka jest zamknięta ale skorzystalismy z udogodnień w postaci stołu, ławek, więc było to dobre miejsce na nocleg.
Gdy deszcz się zmniejszył poszliśmy dalej. Po około godzinie marszu doszliśmy do Luty. A właściwie do magazinu :)
Sympatyczna młoda Pani w magazinie uśmiechnęła się na nasz widok. Mieliśmy farta, gdyż powiedziała, że magazin jest otwarty co drugi dzień, czyli idealnie się złożyło. Warto tutaj podkreślić, że ludzie na Ukrainie czasem zmieniają światopogląd. Choćby się zawzięcie upierali przy swoim stanowczym zdaniu. Tak było ze mną. Współtowarzysze chcieli poczęstować mnie ukraińskim keczupem. Stwierdziłam, że ja nie cierpię keczupów i podziękowałam. Namawiali mnie dalej, nie dając za wygraną. Ja dalej odmawiałam. W końcu uległam. Niech im będzie. Okazało się, że keczup ten był tak dobry, że wyjeżdżając z Ukrainy nabyłam większe jego zapasy. W zasadzie oprócz koniaku, kupiłam same keczupy. Koledzy mieli ubaw.
Jadąc z powrotem marszrutką trochę mi się przysnęło. Jednak Heniek mnie obudził, gdyż były już numery domów 15, 14.. Wszyscy w napięciu odliczamy szukając numeru Luta 9, gdzie mieszka Sędzina. 13, 12, 11, 10... 8. A gdzie numer Luta 9 ?! Nie było takiego numeru...
Zasnęłam z kompasem na szyi. Został on swego rodzaju moim amuletem, gdyż nocą wskazał mi poprawną drogę. Miałam sen. Śniło mi się, że śpimy tak jak leżymy wszyscy obok siebie, jednak bez namiotu. Aż tu nagle rankiem posłyszałam jakiś szmer. Wstałam. Oto w naszym kierunku, z naprzeciwka, przez ten sam las szła Sędzina. Była poubierana w te wszystkie togi, łańcuchy. Zapytałam jej którędy wiedzie ta ścieżka i dokąd Sędzina zmierza. Odrzekła, że ścieżka wiedzie prosto do Luty! Powiedziała, że mieszka ona w domu o numerze Luta 9 i idzie właśnie do pracy do sądu do Luszmorów, jak codzień. Ojejku, pomyślałam -"sędzina codziennie musi do pracy pokonywać taki kawał drogi przez las, setki potoków. I w dodatku w tej todze!".
To jest wprost niesamowite :)
Realizm magiczny jak nic ;)
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
(...)
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Ja też.
Może za rok, gdy opadną emocje i wspomnienia, uda się zorganizować wyprawę w poszukiwaniu znikającego domu LUTA 9 który zamieszkuje tajemnicza sędzina.
Może za rok, gdy opadną emocje i wspomnienia, uda się zorganizować wyprawę w poszukiwaniu znikającego domu LUTA 9 który zamieszkuje tajemnicza sędzina. W tym roku nie udało mi się z Wami zabrać, ale może za rok będę miał więcej szczęścia. Sędzina, szczerze mówiąc, wzbudza we mnie trudny do opisania niepokój więc akurat na te poszukiwania specjalnie nie czekam :wink: ale na wyjazd do Luty i poszukiwanie Holicy (tej Małej przede wszystkim) jak najbardziej. Dzięki za relację :-D
Oj tam, oj tam, bać się bać -wywołanie nastroju grozy było zamierzone! Pominęłam fakt, że oniryczna Sędzina była bardzo życzliwą osobą, bo nie pasowałoby to przecież do owej legendy ;)
oniryczna Sędzina ;) ten sen
(nie będę wam zazdrościł,nie będę ...nie)
śnieg,niewielka grupa bohaterów itp...(nie będę ...nie )
polecam ostatni kadr z filmu (to w nawiązaniu do onirycznej istoty ze snu Jimi :) )
http://www.stowarzyszeniemontaz.pl/g...me-krew-poety/
poza tym,
rekomenduję cały film - plus niekonwencjonalne udźwiękowienie -niemego dzieła Jeana Cocteau.
(nie będę wam zazdrościł... nie będę )
.... mroczna rzeczywistość... senne wizje.....znikające domy....kobieta w todze... nie wiem co robiliście:shock:... ale podoba mnie się to :mrgreen:......
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Pierwsza ekipa rzeszowska ruszyła w poszukiwaniu śniegu początkiem lutego i zapisali ślad zostawiony na szlaku granicznym na forum tu
Druga ekipa rzeszowska wybrała połowę lutego i obszar bardziej na zachód , dzięki czemu mogliśmy o tej wyprawie poczytać tu
Cóż było robić, dla trzeciej ekipy pozostał termin końca lutego i rejon działań na wschód.
O tym będzie tu kilka zdań.
.
Ekipa różniła się od poprzednich, bo tam skład był bardziej muzyczny (2+1) natomiast my postanowiliśmy na równowagę, co by nikt nie zarzucał przewagi płci, ani organizacji. Połowę składu (2+2) stanowili forumowicze a drugą połowę wolne pionki.
Do dyspozycji mieliśmy 3 dni łikendu który w tym roku zaczął się w piątek 27 lutego. Wczesnym rankiem samochód wyjechał z Rzeszowa kierując się na południe. Po niespełna 4 godzinach byliśmy już na osławionym przejściu SK/UA w Ubli.
Mały parkindżek tuż przed przejściem zastawiony na maksa. Nigdy tak wcześniej nie bywało. Zostawiamy samochód po drugiej stronie drogi, ale to ponoć nie jest dozwolone.
Ruszamy na granicę ciągiem pieszym i po kwadransie jesteśmy po "tamtej" stronie. My z wyładowanymi plecakami, pełen ekwipunek łącznie z rakietami śnieżnymi, a wokół ani krzty śniegu. Słońce zrobiło swoje i stopiło te niewielkie ilości śniegu odsłaniając szpalery śmieci.
Koleżanka idzie ściskając w ręku pustą puszkę po opróżnionym napoju i pyta mnie jako bywalca gdzie jest kosz do wyrzucania śmieci.
- Popatrz , tu cały szeroki szpaler śmieci ciągnie się wzdłuż drogi. Przygnębiające pierwsze wrażenie.
Docieramy do pierwszego sklepu za niecałe metrów 500 i to jest miejsce zwrotne. Tu możemy spróbować jakie są w ofercie miejscowe płyny, tu zaczerpniemy pierwszego głębszego oddechu, połączonego z okrzykiem .
Koleżeństwo stwierdziło, że ten okrzyk który wydałem zakładając plecak to jest Hen-ryyyyyyk.
Prawdą jest , że plecak nie był lekki.
Tuż przed sklepem jest stacja benzynowa przy której znaleźliśmy czerwone znaki szlaku. To oznakowanie (zrobione przez Czechów) wyprowadziło nas gęstym zagajnikiem na lekki pagór. Mieliśmy wrażenie , że jesteśmy pierwszymi którzy ten szlak robili.
Załącznik 37202
.
cdn.
Relacja -ojejku jejku, co tutaj się znajdzie? Czy będzie taka szablonowa jakiej wszyscy oczekują? Czy trasa będzie prosta i łatwa? Czy uczestnicy pójdą północ południe, a co z pozostałymi kierunkami? Czy znajdą w końcu ten śnieg, jakiego szukali? Jakich dalekich obserwacji doświadczą? Kto nawiedzi ich w nocy i udzieli cennych wskazówek? Czy to wszystko będzie się działo na jawie? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziemy w tym wątku. Jedno jest pewne -humory dopisywały i były to bardzo mile spędzone 3 dni w doborowym towarzystwie. No więc wracamy do Małego Bereznego, skąd zaczynamy wędrówkę.
Znając znajomych z forum, nie będzie to relacja szablonowa. Raczej szablostara,
Szable w dłoń!!!!!!!!!!!
Praca unieruchomiła mnie na dłużej (znaczy od rana do wieczora), to może trochę popatrzę, poczytam, jak inni, co mieszkają bliżej mają lepiej, ech...
Nawijajcie społem, z niecierpliwością czekam aż nadejdzie wyczekiwany cd.
Podążamy za czerwonym szlakiem, który ścieżyną wyprowadzi nas na grzbiet pagórca
Załącznik 37214
.
Tu mamy polanę widokową , a przed nami rozłożone miasteczko Wielkij Bereznyj.
Aby do niego dotrzeć trzeba pokonać przeszkody, ale cóż to za przeszkody
.
Załącznik 37215
.
Pierwsze zabudowania do których docieramy przypominają nam że jesteśmy na Ukrainie, kraju ogarniętym wojną
.
Załącznik 37216
ale czy to jest wynik wojny ?
Jako, że ja zdjęć prawie nie mam, to mój opis nie będzie barwny. Owe ruiny w Wielkim Bereznym zrobiły na mnie wrażenie, nie mniejsze jednak zrobiły kury przechadzające się swobodnie po owych ruinach. Pomyślałam -co za przedziwna sytuacja -ruiny a między nimi stado kur chodzących na luzie tam i z powrotem i intensywnie grzebiącymi w ziemi. Nie chodzi o kury, nie chodzi o jakieś ruiny. Chodzi o to wszystko razem wzięte jako abstrakcyjny obrazek. Witamy na Ukrainie.
Więc przechadzamy się wsią, słuchamy piania kogutów, szczekania burków, mijamy przejeżdżające gruzawiki. Pogoda szara. Dochodzimy do powiedzmy centrum miasteczka (a może miasta?). Widok bloków przerażający, obskurny. Gdzieś jakaś cerkiewka błyszczy złocistą kopułą. W centrum przy głównej ulicy na ścianie bloku wywieszony duży plakat przedstawiający imienną listę Niebieskiej Sotni -czyli ludzi z okolic Bereznego poległych w wojnie o wolność, suwerenność swojego kraju. Poniżej znicze i kwiaty. Chwila zadumy i idziemy dalej.
Załącznik 37217 Załącznik 37218 Załącznik 37219
Idziemy dalej. Wstępujemy do restauracji, która dosyć wyróżnia się standardem w porównaniu do tego co widać dookoła. A potem na marszrutke w okolicy dworca kolejowego, jednak po drugiej stronie torów. Dworca ze słynnymi komnatami wypoczynku. W życiu bym nie poznała, że to w nich spałam 8 miesięcy temu. Wtedy w zasadzie nie zapamiętałam nic z Wielkiego Bereznego, ponieważ jedynym miejscem po którym się przemieszczałam był dworzec kolejowy na który wtedy zajechaliśmy późno a opuściliśmy z rana. O przepraszam, zapamiętałam jedno i to doskonale -wspaniały głos pani zapowiadającej pociągi. Nie chodzi o panią, nie chodzi o jej głos. Chodzi o piękną ukraińską mowę, której mogłabym słuchać godzinami. Tym razem nie słychać było zapowiedzi pociągów. Byliśmy na szumnie zwanym dworcu autobusowym. A gdy przyjechała przepełniona marszrutka było jak zwykle na Ukrainie -czyli niemożliwe staje się możliwym. I wsiedliśmy. Po około godzinie jazdy dojechaliśmy do Luty. A właściwie do magazinu. I stąd zaczyna się właściwa wędrówka.
Pytanie o wojnę przewijało się od samego początku. Gdy znajomym mówiłem o planach wyjazdu od razu widziałem zaskoczenie i przerażenie.
W trakcie przekraczania granicy słowacki pogranicznik zapytał wprost ; nie boicie się ?
.
Załącznik 37220
.
Widząc poczciwego konika ciągnącego wóz z sianem uspokajamy się że tu toczy się swoimi normalnymi torami. Są to tory mocno zardzewiałe i zapóźnione ,ale dla miejscowych normalne.
Dochodzimy do centrum ze skwerem parkowym. Tu zaczepia nas człowiek tłumacząc w międzynarodowym języku , że
Putin Bum, Bum !
Aha, znowu wracamy do tematu wojny.
Przy następnym budynku spory bilbord ze zdjęciami kilkudziesięciu osób i napisem "Niebiańska Sotnia"
Kolejny człowiek próbuje nam wytłumaczyć koligacje rodzinne z umieszczoną tam osobą
Nie ma się co dziwić, gdy ktoś bliski ginie na Majdanie i jego zdjęcie trafia na panteon
Tak, tak, ale tu życie toczy się się nadal wedle ustalonych zasad. Dzieci przewozi się do przedszkola
.
Załącznik 37221
.
Dostosujemy się do normalizacji i udajemy się do znajomej "słowackiej" restauracji. Napisałem słowackiej bo szefową jest Słowaczka i już dawniej mieliśmy okazję korzystać .
Tym razem wybieramy opcję przy stolikach na zewnątrz, można się posilić smacznie i za niewielkie pieniądze. Czeka nas wszakże ciężka droga
.
Załącznik 37222
.
Idąc na drugi koniec miasteczka docieramy do dworca, gdzie można wykonać remont obuwia, albo na miejscowym targu zakupić niezbędne przedmioty przed wyprawą na Holicę
.
Załącznik 37223
.
Stąd już tylko parę kroków do przystanku autobusowego (przepraszam - marszrutkowego)
Upewniamy się , że planowany jest wkrótce przyjazd tego pojazdu. Młody człowiek ma zamiar nim jechać do babci , aby pochwalić się swoją małą psinką
.
Załącznik 37224
.
Busik zwany przez miejscowych marszrutką przyjeżdza i ku naszej uciesze ma za szybą napis naszego celu ĐЎТР(Luta)
Mniej pociesznym jest fakt , że zatłoczony jest niemiłosiernie.
Jak tu ma wsiąść te kilka osób ?
Nie mówiąc o 4 turystach z wypchanymi plecakami ?
.
p.s. fajnie wyszło bo w tym samym czasie powstały posty Jimi i moje
p.s. fajnie wyszło bo w tym samym czasie powstały posty Jimi i moje hallo,
W końcu niesiecie ten jeden plecak !
:)
hallo,
W końcu niesiecie ten jeden plecak !
:) Lubię to :) i czekam z niecierpliwością na cd.
Marszrutka wypluła nas na końcu wsi Luta
.
Załącznik 37231
.
Luta to duża wieś licząca ponad 1000 numerów , wcinająca się w góry . Na mapie znajdziemy ją bez problemów gdyż leży w lini prostej 20 km na południe od Wołosatego.
Tu zrobimy ostatnie zaopatrzenie w miejscowym magazinie
.
Załącznik 37232
.
Czas zarzucić plecaki i ruszyć w dal. Mijamy końcowe domostwa leżące na tym końcu świata.
Podziwiamy przy okazji, jakie urozmaicone zabawy dzieci umieją sobie stworzyć w tych realiach
.
Załącznik 37233
.
Miejscowa ludność jest wysoce zainteresowana takimi ufo-ludkami przemierzającymi ich gościniec
Jeden z nich wdał się w dłuższą rozmowę, którą kontynuujemy przed tartakiem.
Ten tartak, albo raczej ruiny tego tartaku zatrudniają teraz 6 osób (kiedyś 70-ąt) + 2 ochroniarzy
.
[zdjęcie usunięte na prośbę osoby zainteresowanej]
.
Rozmowa nas tak przeciągnęła , że dalej idziemy , aby już po ciemku postawić namiot, obok daczy zagubionej gdzieś daleko w karpackiej dolinie
Został czas na wieczorne rozmowy przy ognisku z kociołkiem
Rano mogłem zrobić zdjęcie po jasności
.
Załącznik 37235
Poranek rozciągnął się do godziny 10-tej i ruszamy wgłąb doliny. Przed nami najtrudniejsza przeprawa, czyli pokonanie potoku Lutańskiego. Na szczęście zachował się na nim most i możemy suchą stopą podążać dróżką wcinającą się pomiędzy Holicą i Połoniną Równą
.
Załącznik 37236
.
Śniegu jest coraz więcej więc wkrótce zapada decyzja o złożeniu rakiet aby zaatakować Lutańską Holicę.
Czasami przebłyskują mgliste widoki na sąsiednią Połoninę Równą
.
Załącznik 37237
.
Zachowując szyk bojowy ciągle podążamy pod górę
cóż to dla nas śniegu mnóstwo , gdy sponsorzy finansują
.
Załącznik 37238
.
ale tak na wszelki wypadek tworzymy wizję pamiątkowej mogiły po nas gdybyśmy nie wrócili
.
Załącznik 37239
.
Gdy czas dobiegł godziny 14-stej wiemy że będzie trudno. Jesteśmy na poziomie ok 1000 m nad poziom morza.
Pada decyzja o odwrocie w stronę najbliższej miejscowości czyli Łumszorów, tam jest turbaza gdzie zanocujemy, wysuszymy i odpoczniemy.
Plan był bardzo dobry, więc pełni sił zasuwamy na rakietach aby go zrealizować.
Mijają kolejne godziny, a my zamiast kierować się w dół ciągle podążamy dróżką która nagle zaczyna się wznosić do góry.
Analiza sytuacji nad mapą daje wynik miażdżący - podchodzimy na Równą - a nie jest to naszym celem.
W między czasie zapadł zmrok , idziemy po ciemku, no nie zupełnie , bo w świetle czołówek.
Kolejna decyzja , to wrócimy się do zaobserwowanego śladu narciarza, - on na pewno jechał do Łumszorów.
Tak też czynimy i dzięki temu już po 18-stej zaczynamy schodzić w dół czyli do naszych wymarzonych Łumszorów.
Wkrótce spadamy do potoku wzdłuż którego ciągnie się leśna dróżka. Jest dobrze.
Przez kolejną godzinę pokonujemy ten potok parokrotnie, mając już mocno mokre buty. Najgorsze były zawaliska ściętych drzew.
Musimy już być blisko, ale czy na pewno ?
Jimi wyciąga kompas i stwierdza że ten potok wcale nie płynie na południe do Łumszorów, tylko na północ.
Północ-Południe - niby niewielka różnica, ale jednak.
To gdzie jesteśmy ?
Zegarek wskazuje że dochodzi godzina 20-sta czyli mamy za sobą 10 godzin marszu. Jesteśmy zmęczeni.
Pasowałoby wezwać GOPR, ale przecież od kilku godzin nie mamy już zasięgu bo otaczają nas trzy tysięczniki Ostra, Równa, Holica.
Nie wspomnę o tym że to nie obszar działania gopru.
Z nieba leje deszcz , bo akurat mu się tak spodobało się tak pod koniec dnia.
Decyzja jest jedna . Stawiamy namiot aby przetrwać do jutra. Wszyscy zasypiają w jednej chwili.
no pięknie
...
Z nieba leje deszcz , bo akurat mu się tak spodobało się tak pod koniec dnia.
Decyzja jest jedna . Stawiamy namiot aby przetrwać do jutra. Wszyscy zasypiają w jednej chwili. No dobra, biorąc pod uwagę niesprzyjającą aurę, brak ogniska można jeszcze wybaczyć ale żeby choć po stakańczyku wschodniego koniaczku przed snem nie łyknąć?! O tempora, o mores!!!
Wiedziałem, że dobrze robię nie jadąc - trzeba by przez zawaliska drzew skakać, potoki przekraczać w bród, łazić w deszczu i to wszystko z dala od GOPR-u! Dobrze Wam tak!:twisted:
...też chcę tak dobrze...zazdroszczę...
Haha, Bazyl. Jimi miała jeszcze skitraną otatnią kolejkę niejakiego Sotnika ale z racji, że nikt nie pytał to i nie częstowała :D Nawet jakby i chciała, to gdy wróciła z wodą na herbatkę pytając: "ma ktoś ochotę na herbatę?" usłyszała tylko wydobywające się z namiotu: "hrrrrr hrrrr". Myślisz, że pytanie było nietaktowne? :D Ciekawe czy gdybym zaproponowała Sotnika, to wstali by równo na nogi :D Za to rano Jimi miała niespodziankę i wszyscy byli zadowoleni. Była nadzieja.
A z tym przypadkowym wchodzeniem na Połoninę Równą -coś wspaniałego!! Uszliśmy całkiem wysoko. Oczywiście trzeba było szybko zmęczonym iść przed siebie gdziekolwiek ale kątem oka rzucałam na lewo. A na lewo ... pokazała się w całej swej rozpiętości Połonina Równa. Nie wiem ile my tam właściwie uszliśmy a ile brakowało do grzbietu by móc stanąć na tej połoninie -pewnie sporo ale z tej wyższej perspektywy miało się wrażenie, że już jesteśmy na Równej :) Było już zupełnie ciemno, więc tej chwili nie byłam w stanie uchwycić komórką. Jednak mimo ciemności, śnieg rozjaśniał grzbiety i Połonina Równa nocą przepięknie się prezentowała. Przypomniała mi się ostatnia wędrówka po Borżawie. A teraz cały dzień szczyty były zupełnie nie widoczne, zupełnie zachmurzone, pełne tak zwanego mleka. Dopiero nocą można było ujrzeć jakieś góry, piękne ukraińskie, karpackie góry. I widziałam je przez może góra minutę, gdy nasz odcinek przetarł się pomiędzy zaroślami i pojawiła się wspomniana Połonina Równa. I to była najlepsza minuta z całego wyjazdu! Właściwie może nawet kilkadziesiąt sekund. Oj jak warto było pobłądzić właśnie dla tej chwili.
Jimi wyciąga kompas i stwierdza że ten potok wcale nie płynie na południe do Łumszorów, tylko na północ. Znaczy się, zaczęli Wy drogę powrotna do Luty???
To gdzie jesteśmy ? [....]
Pasowałoby wezwać GOPR, ale przecież od kilku godzin nie mamy już zasięgu bo otaczają nas trzy tysięczniki Ostra, Równa, Holica. A przecież była z Wami Jimi; ona potrafi zdzwonić do GOPR-u nawet bez zasięgu!
"A przecież była z Wami Jimi; ona potrafi zdzwonić do GOPR-u nawet bez zasięgu!"
-haha :D
Tak więc obrazek Połoniny Równej nocą na długo utkwi w mojej głowie a jednocześnie stworzył kolejny cel na przyszłość. Tak jak napisał Heniu, nocą chodziliśmy po potokach, wpadliśmy w jakieś meandry, z których ciężko było się wydostać, gdyż dopiero co pokonaliśmy jeden potok to za parę metrów pojawiał się kolejny. Gdy zerknęłam na kompas, a kompasu i mapy raczej mało używaliśmy co zaskutkowało tym, czym zaskutkowało;), okazało się, że kierunek jest odwrotny niż się spodziewaliśmy. W dodatku padał deszcz. Na pierwszym napotkanym wypłaszczeniu rozbiliśmy namiot z nadzieją, że rankiem niebo się przejaśni i zobaczymy w końcu którąś z otaczających nas górek, by łatwiej było się zlokalizować.
Zasnęłam z kompasem na szyi. Został on swego rodzaju moim amuletem, gdyż nocą wskazał mi poprawną drogę. Miałam sen. Śniło mi się, że śpimy tak jak leżymy wszyscy obok siebie, jednak bez namiotu. Aż tu nagle rankiem posłyszałam jakiś szmer. Wstałam. Oto w naszym kierunku, z naprzeciwka, przez ten sam las szła Sędzina. Była poubierana w te wszystkie togi, łańcuchy. Zapytałam jej którędy wiedzie ta ścieżka i dokąd Sędzina zmierza. Odrzekła, że ścieżka wiedzie prosto do Luty! Powiedziała, że mieszka ona w domu o numerze Luta 9 i idzie właśnie do pracy do sądu do Luszmorów, jak codzień. Ojejku, pomyślałam -"sędzina codziennie musi do pracy pokonywać taki kawał drogi przez las, setki potoków. I w dodatku w tej todze!".
Następnego dnia było równie pochmurno jak poprzedniego. Opowiedziałam współtowarzyszom mój sen. Nie pozostało nam więc nic więcej niż kontynuować drogę. Przecież sędzina nocą wskazała nam kierunek! Znów drobny deszczyk. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy rozbijając tu namiot, gdyż dalej potoki były jeszcze gorsze i po ciemku nie byłoby łatwo wybrać najodpowiedniejszej drogi. Napotkaliśmy pierwsze śnieżyce wiosenne. Po około 40 minutach drogi współtowarzyszy nagle oświeciło -skądś znają tę ścieżkę. Czy oby nie tędy szliśmy niespełna dobę temu? Tak! Idziemy do Luty! :D Ale numer. Teraz humory nam się poprawiły. Zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie znajduje się owy tajemniczy dom o numerze Luta 9 w którym mieszka sędzina. Czy to nie jest może ta opuszczona chatka w lesie oznaczona na mapie? Po 20 minutach doszliśmy do miejsca naszego pierwszego noclegu. Akurat zerwał się większy deszcz, więc przeczekaliśmy go na ganku chatki w której byliśmy dokładnie 24 godziny temu. Była teraz godzina 10 a dokładnie o 10 dnia poprzedniego opuszczaliśmy tę chatkę, przy której spaliśmy w namiocie. Chatka jest zamknięta ale skorzystalismy z udogodnień w postaci stołu, ławek, więc było to dobre miejsce na nocleg.
Gdy deszcz się zmniejszył poszliśmy dalej. Po około godzinie marszu doszliśmy do Luty. A właściwie do magazinu :)
Sympatyczna młoda Pani w magazinie uśmiechnęła się na nasz widok. Mieliśmy farta, gdyż powiedziała, że magazin jest otwarty co drugi dzień, czyli idealnie się złożyło. Warto tutaj podkreślić, że ludzie na Ukrainie czasem zmieniają światopogląd. Choćby się zawzięcie upierali przy swoim stanowczym zdaniu. Tak było ze mną. Współtowarzysze chcieli poczęstować mnie ukraińskim keczupem. Stwierdziłam, że ja nie cierpię keczupów i podziękowałam. Namawiali mnie dalej, nie dając za wygraną. Ja dalej odmawiałam. W końcu uległam. Niech im będzie. Okazało się, że keczup ten był tak dobry, że wyjeżdżając z Ukrainy nabyłam większe jego zapasy. W zasadzie oprócz koniaku, kupiłam same keczupy. Koledzy mieli ubaw.
Jadąc z powrotem marszrutką trochę mi się przysnęło. Jednak Heniek mnie obudził, gdyż były już numery domów 15, 14.. Wszyscy w napięciu odliczamy szukając numeru Luta 9, gdzie mieszka Sędzina. 13, 12, 11, 10... 8. A gdzie numer Luta 9 ?! Nie było takiego numeru...
Zasnęłam z kompasem na szyi. Został on swego rodzaju moim amuletem, gdyż nocą wskazał mi poprawną drogę. Miałam sen. Śniło mi się, że śpimy tak jak leżymy wszyscy obok siebie, jednak bez namiotu. Aż tu nagle rankiem posłyszałam jakiś szmer. Wstałam. Oto w naszym kierunku, z naprzeciwka, przez ten sam las szła Sędzina. Była poubierana w te wszystkie togi, łańcuchy. Zapytałam jej którędy wiedzie ta ścieżka i dokąd Sędzina zmierza. Odrzekła, że ścieżka wiedzie prosto do Luty! Powiedziała, że mieszka ona w domu o numerze Luta 9 i idzie właśnie do pracy do sądu do Luszmorów, jak codzień. Ojejku, pomyślałam -"sędzina codziennie musi do pracy pokonywać taki kawał drogi przez las, setki potoków. I w dodatku w tej todze!".
To jest wprost niesamowite :)
Realizm magiczny jak nic ;)
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.
(...)
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Ja też.
Może za rok, gdy opadną emocje i wspomnienia, uda się zorganizować wyprawę w poszukiwaniu znikającego domu LUTA 9 który zamieszkuje tajemnicza sędzina.
Może za rok, gdy opadną emocje i wspomnienia, uda się zorganizować wyprawę w poszukiwaniu znikającego domu LUTA 9 który zamieszkuje tajemnicza sędzina. W tym roku nie udało mi się z Wami zabrać, ale może za rok będę miał więcej szczęścia. Sędzina, szczerze mówiąc, wzbudza we mnie trudny do opisania niepokój więc akurat na te poszukiwania specjalnie nie czekam :wink: ale na wyjazd do Luty i poszukiwanie Holicy (tej Małej przede wszystkim) jak najbardziej. Dzięki za relację :-D
Oj tam, oj tam, bać się bać -wywołanie nastroju grozy było zamierzone! Pominęłam fakt, że oniryczna Sędzina była bardzo życzliwą osobą, bo nie pasowałoby to przecież do owej legendy ;)
oniryczna Sędzina ;) ten sen
(nie będę wam zazdrościł,nie będę ...nie)
śnieg,niewielka grupa bohaterów itp...(nie będę ...nie )
polecam ostatni kadr z filmu (to w nawiązaniu do onirycznej istoty ze snu Jimi :) )
http://www.stowarzyszeniemontaz.pl/g...me-krew-poety/
poza tym,
rekomenduję cały film - plus niekonwencjonalne udźwiękowienie -niemego dzieła Jeana Cocteau.
(nie będę wam zazdrościł... nie będę )
.... mroczna rzeczywistość... senne wizje.....znikające domy....kobieta w todze... nie wiem co robiliście:shock:... ale podoba mnie się to :mrgreen:......