bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Znowu jakiś dobry człowiek " zapomniał " zabrać psa z Ustrzyk Górnych.
Gdyby nie fakt że widziałam tego psa w poprzedniĹĄ niedziele można by domniemywać że zostawił bo n a Tarnice zabrać nie mógł .
Pomyślał widocznie - będzie bliżej natury - poradzi sobie.
A szkoda go ponieważ jeśli nie zostanie przygarnięty przez jakąś dobrą duszę to załatwi go pierwszy myśliwy :(
I ciekawe czy pancio który to zostawił pieska by się ucieszył?!
To w Ustrzykach nie ma jeszcze knajpy z wietnamskim żarciem? Cóż za niedopatrzenie w dobie włażenia na każdym kroku w tyłki wymagającym "turystom"... ;-)
A po co zaraz wietnamska?
Pies rezydował w okolicy Eskulapa , dotrzymywał towarzystwa pewnemu panu
co to wyglĹĄdał na mocno samotnego .
Izo, chyba nie zrozumiałaś myśli Piotra.
Wyjaśnię, ale może nie wprost.
W W-wie mieszkam już od 34 lat. Początkowo widywałem całe watahy bezpańskich, najczęściej porzuconych piesków. Buszowały po śmietnikach, również w ścisłym centrum miasta. Bezpańskich, piwnicznych kotów też było mnóstwo.
Gdzieś tak w połowie lat 80-tych w Warszawie zaczęli osiedlać się Wietnamczycy. Powstały tanie knajpki, sami też musieli coś jeść.
I problem bezpańskich psów został całkowicie rozwiązany. Po prostu zniknęły. Troszkę kotów (na obrzeżach miasta) tylko pozostało, stąd mam moją Sabinkę.
A teraz z autopsji. Takich "dalekowschodnich" knajpek raczej unikam. W zeszłym roku latem, gdy byłem słomianym wdowcem, coś mnie jednak podkusiło i kupiłem sobie na wynos "cielęcinę po wietnamsku". Przyniosłem do domu, rozpakowałem i zabrałem się do jedzenia - póki ciepłe. Jak zwykle przyszła kotka, która zawsze musi choć troszeczkę spróbować, co jem, czy przypadkiem nie jest to coś lepszego od jej whiskasu. Zawsze daję jej odrobinę na spodeczku, jak zje, to oczywiście dostaje więcej (co się rzadko zdarza, bo na ogól tylko powącha i uspokojona odchodzi).
Wtedy jednak jej reakcja była inna. Powąchała, fuknęła, nastroszyła sierść i wystrzeliła z kuchni jak z procy.
A ja z owego dania zjadłem tylko ryż.
Ależ .........drogi Stały Bywalcze ..................
bardzo dobrze zrozumniałam myÂśl Piota , ale Ty mojej chyba nie zrozumiałeÂś .
Mniałam na myÂśli iż wietnamska nie jest wcale potrzebna bo pies sie już w polskiej zadomowił ( a raczej w jej okolicy ) dotrzymujĹĄc towarzystwa samotnym stał sie potrzebny wieć chyba nie można go zjeÂśc .
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Gdyby nie fakt że widziałam tego psa w poprzedniĹĄ niedziele można by domniemywać że zostawił bo n a Tarnice zabrać nie mógł .
Pomyślał widocznie - będzie bliżej natury - poradzi sobie.
A szkoda go ponieważ jeśli nie zostanie przygarnięty przez jakąś dobrą duszę to załatwi go pierwszy myśliwy :(
I ciekawe czy pancio który to zostawił pieska by się ucieszył?!
To w Ustrzykach nie ma jeszcze knajpy z wietnamskim żarciem? Cóż za niedopatrzenie w dobie włażenia na każdym kroku w tyłki wymagającym "turystom"... ;-)
A po co zaraz wietnamska?
Pies rezydował w okolicy Eskulapa , dotrzymywał towarzystwa pewnemu panu
co to wyglĹĄdał na mocno samotnego .
Izo, chyba nie zrozumiałaś myśli Piotra.
Wyjaśnię, ale może nie wprost.
W W-wie mieszkam już od 34 lat. Początkowo widywałem całe watahy bezpańskich, najczęściej porzuconych piesków. Buszowały po śmietnikach, również w ścisłym centrum miasta. Bezpańskich, piwnicznych kotów też było mnóstwo.
Gdzieś tak w połowie lat 80-tych w Warszawie zaczęli osiedlać się Wietnamczycy. Powstały tanie knajpki, sami też musieli coś jeść.
I problem bezpańskich psów został całkowicie rozwiązany. Po prostu zniknęły. Troszkę kotów (na obrzeżach miasta) tylko pozostało, stąd mam moją Sabinkę.
A teraz z autopsji. Takich "dalekowschodnich" knajpek raczej unikam. W zeszłym roku latem, gdy byłem słomianym wdowcem, coś mnie jednak podkusiło i kupiłem sobie na wynos "cielęcinę po wietnamsku". Przyniosłem do domu, rozpakowałem i zabrałem się do jedzenia - póki ciepłe. Jak zwykle przyszła kotka, która zawsze musi choć troszeczkę spróbować, co jem, czy przypadkiem nie jest to coś lepszego od jej whiskasu. Zawsze daję jej odrobinę na spodeczku, jak zje, to oczywiście dostaje więcej (co się rzadko zdarza, bo na ogól tylko powącha i uspokojona odchodzi).
Wtedy jednak jej reakcja była inna. Powąchała, fuknęła, nastroszyła sierść i wystrzeliła z kuchni jak z procy.
A ja z owego dania zjadłem tylko ryż.
Ależ .........drogi Stały Bywalcze ..................
bardzo dobrze zrozumniałam myÂśl Piota , ale Ty mojej chyba nie zrozumiałeÂś .
Mniałam na myÂśli iż wietnamska nie jest wcale potrzebna bo pies sie już w polskiej zadomowił ( a raczej w jej okolicy ) dotrzymujĹĄc towarzystwa samotnym stał sie potrzebny wieć chyba nie można go zjeÂśc .