bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...
Chyba wszystkim nam, stesknionym za Bieszczadami z przyjemnoscia czytalo sie relacje Stalego Bywalca. Mam propozycje, aby kazdy opisal swoja wyprawe w Gory. Moze to byc nawet jakas dawna wyprawa, trasa, jedna przygoda, wspomnienie. Cos, co pozwoli nam spojrzec na Bieszczady oczami innymi niz swoje wlasne.
To moze na poczatek relacja z naszego zeszlorocznego pobytu, spisana przez mojego mezczyzne. :) To bedzie tym, jak to sie z konikami po gorach hula.
A koniki byly Krzyska Szymali, starego bieszczadnika. A hulalismy ze trojke: Ania Dereszowska, moj facet i ja.
"Tak siê z³o¿y³o, ¿e z Szymal± pojechali¶my w teren tylko raz. Ilo¶æ koni i ogólny uk³ad u³atwi³ mu bowiem decyzjê codziennego powierzania naszej trójce, to jest Oli, Ani i mnie, trzech koni na kilka godzin. A nie tak dawno mówi³, ¿e konia nikomu nie da samemu, bo mu kto¶ kiedy¶ konie poobciera³. Ale jak tu ruszaæ w teren, jak kapliczka do zrobienia na sobotê, do tego przyje¿d¿aj± znajomi z Lublina, to trzeba siê napiæ, to nazajutrz kac, to siê znowu nie chce. Lepiej zaryzykowaæ, daæ im te konie, niech jad±, je¿d¿± wszyscy dobrze, nic siê nie stanie, a on sobie popije, po¶pi, posiedzi w spokoju. A oni co dzieñ wracaj± na czas i jeszcze pieni±dze przynosz±... I to jakie... Uk³ad idealny.
I nam ten uk³ad bardzo pasowa³.
A zaczê³o siê tak, ¿e w Wetlince odbywa³ siê konkurs pie¶ni ogólnobieszczadzkiej i koncert „Starego Dobrego Ma³¿eñ-stwa”. Szymala zosta³ poproszony, ¿eby na tê imprezê przyjecha³ zrobiæ „klimat”. Ale, ¿e cierpia³ akurat na zespó³ dnia poprzedniego, szybko sam wpad³ na pomys³, ¿e da nam konie, a sam pojedzie samochodem.
Wysokie buty, czarne je¼dzieckie spodnie, czarna mundurowa koszula i szabla. Ola w kowbojskim kapeluszu.
Pojechali¶my najpierw do „Biesiska”, gdzie rzekomo mia³a czekaæ wiêksza grupa je¼d¼ców i dyli¿ans. Na miejscu nie wiedziano nic ani o zbiórce, ani o dyli¿ansie. Uwi±zali¶my rasowo konie do belki i poszli¶my napiæ siê piwa. Napili¶my siê, a potem, w ¶wietnych humorach, za¶miewaj±c siê, wdrapali¶my siê na siod³a i ruszyli¶my w kierunku Wetliny.
W Wetlinie zajechali¶my do baru p.t. Rancho. I znowu: konie do belki, a my na piwo. W czasie kiedy my jedli¶my frytki i pili¶my rzeczone piwo, m³odzie¿ wcisnê³a w nasze konie kilogram cukru, ku koñskiej aprobacie, z wyj±tkiem wszak¿e Batiara, który cukru niet.
W jeszcze lepszych humorach, ale z wiêkszym trudem, wykonali¶my „na koñ” i pojechali¶my na koncert.
Na teren harcerskiego o¶rodka zostali¶my wpuszczeni bez op³at, mimo, ¿e od „normalnych” go¶ci pobierano symboliczn± z³otówkê. Ludno¶ci by³o ju¿ trochê, na scenie pod wiat± smêtnie zawodzili konkursowicze, ¶piewaj±c piosenki o tema-tyce ogólnobieszczadzkiej. Szymala z Dorot± i Semenem oraz Teresa przybyli nieco przed nami samochodem i ju¿ od jakiej¶ chwili popijali piwo.
Konie rozsiod³ali¶my i uwi±zali¶my u p³ota, z wyj±tkiem wszak¿e Batiara, który nie ucieka. Natychmiast zjawi³y siê ³awice m³odszej m³odzie¿y w towarzystwie rodziców.
– Mo¿na pog³askaæ konika?
– Nie ugryzie?
– A mo¿na zrobiæ zdjêcie?
– A mo¿na wsadziæ dziecko na konika?
– A mo¿na dwa?
– A mo¿na daæ jab³ko?
– A nie odgryzie rêki?
– A czemu on ma takie co¶ na g³owie?
– Wojtusiu, nie podchod¼ tak blisko!
Po jakiej¶ chwili postanowili¶my znikn±æ w t³umie. Konie porzucone same, szczypa³y trawê powoli... ale widaæ by³o, ¿e s± ju¿ nie¼le w¶ciek³e…
A my napili¶my siê piwa, zjedli¶my jakie¶ dziwne có¶, co serwowano w pobli¿u, a to kie³baskê palon± na grillu, a to kukurydzê z wody.
Z czasem uwalili¶my siê obok koni na trawie i le¿eli¶my. Zaczepiano nas od czasu do czasu, a to o konie, a to o moj± szablê, a to o strój, a to w ogóle o co¶. I sk³ama³ bym twierdz±c, ¿e¶my nie szpanowali jak to tylko by³o mo¿liwe.
Kiedy zrobi³o siê ch³odnawo, wy³apali¶my konie i na oklep je obsiedli¶my w celach grzewczych i tak siê po terenie o¶rodka szwendali¶my.
Dobrze ju¿ po zmroku zdecydowali¶my siê wracaæ do domu. Zgodnie z uprzednimi uzgodnieniami, konno wraca³ Szymala, Teresa i Ania. Teresa, wyje¿d¿aj±c na bieszczadzk± obwodnicê, zapewni³a policjanta, stoj±cego na skrzy¿owaniu, ¿e ona jest wprawdzie pijana, ale za to koñ jest trze¼wy.
My, czyli Ola, Dorota z Semenem i ja, za³adowali¶my siê do samochodu Teresy i ruszyli¶my w stronê Strzebowisk. Prowadzi³a Ola, bo ona by³a najmniej wstawiona.
Grupê konn± minêli¶my kawa³ek za Wetlink±. Szymala i Ania cz³apali lew± stron± po poboczu, Teresa za¶ przedziera³a siê przez krzaki po prawej stronie.
A nam co¶ stuka³o… co? Nie mogli¶my doj¶æ…
Dojechali¶my do Strzebowisk ko³o dziewi±tej, ciemno by³o ju¿ zupe³nie. Klucze od samochodu wrêczyli¶my Dorocie, a sami wrócili¶my na dó³, na kwaterê.
Oko³o jedenastej us³yszeli¶my stukot kopyt na drodze. Wyszed³em, ¿eby zobaczyæ czy wszystko w porz±dku. Zaci±gniêto mnie na ganek u Szymalów, bo jeszcze trzeba by³o flaszkê wódki dokoñczyæ. Posz³o nam szybko, bo flaszki by³o tylko pó³, a nas czwórka.
Rano okaza³o siê ¿e to, co nam tak stuka³o to by³ pas bezpieczeñstwa, przytrza¶niêty drzwiami przez Dorotê i powiewaj±cy klamr± na zewn±trz przez ca³± drogê. £atwo siê domy¶liæ, ¿e zosta³a z niego tylko wystrzêpiona ta¶ma. Dobrze, ¿e tylko takie by³y straty.
Równie¿ rano Szymala spyta³ Aniê, jak te¿ wróci³a z koncertu… :))
Ten dzieñ by³ kwintesencj± tego, po co tam pojechali¶my. Konie, góry, alkohol i zazdrosne spojrzenia… Dla takich dni warto ¿yæ.
Ta wycieczka, to, ¿e dojechali¶my bez problemu a konie prze¿y³y, u³atwi³a zapewne Szymali decyzjê pozwalaj±c± nam nastêpnego dnia na pojechanie w teren bez jego skacowanego towarzystwa.
Uzgodnili¶my z nim trasê na mapie, wys³uchali¶my pouczenia, którêdy jechaæ, a którêdy nie i pojechali¶my. I tak by³o przez trzy dni. Las, strome podej¶cia, czasem trzeba by³o zsi±¶æ z koni i prowadziæ je pod górê, czasem droga zamienia³a siê w potok, czasem trzeba by³o przebyæ b³oto g³êbokie na pó³ metra, czasem zawróciæ z drogi, która czasem rozmywa³a siê w lesie, ale wszystko to by³o nagradzane sowicie. Kiedy bowiem wyje¿d¿ali¶my na po³oniny nad Strzebowiskami, Przys³upiem, na Okr±glik, Jas³o, Fereczat±, w ¶wiat³o chyl±cego siê ku zachodowi s³oñca, wokó³ nas rozpo¶ciera³y siê góry, na setki kilometrów. Jak okiem siêgn±æ: w jedn± stronê Polska, w drug± S³owacja i Ukraina, a na horyzoncie, zamglone masywy Karpat, mo¿e to ju¿ Wêgry? Konie brn±ce przez morze chwiej±cych siê w podmuchach wiatru traw, a serca rosn±. Widoki by³y tak piêknie, ¿e chcia³o siê tam zostaæ… Ale s³oñce nieub³aganie bieg³o ku widnokrêgowi, przypominaj±c, ¿e to góry, i ¿e przed noc± trzeba byæ w stajni.
Ale zanim do domu, to jeszcze popêdziæ galopem po grzbietach gór, wpa¶æ pêdem na szczyt, przestraszyæ turystów wygl±dem wata¿ki z UPA… a kto to wie co siê po tych lasach jeszcze w³óczy…
I w dó³, strom± ¶cie¿k±, znowu czasem piechot±, podtrzymuj±c konia, zje¿d¿aj±cego po kamieniach, czasem wieszaj±c mu siê na pysku, ¿eby samemu nie zjechaæ na pysk. I chwila grozy, kiedy i koñ i je¼dziec ze¶lizguj± siê ze zbocza… I przez zagajniki z oczami na s³upkach… nas³uchuj±c szelestów w krzakach, w koñcu tyle opowiadañ o nied¼wiedziach… I o zmroku powrót do stajni, zmêczeni, ale szczê¶liwi…
I tak codziennie.
A potem ognisko.
I powrót do kwatery. Niebo p³on±ce od gwiazd, Mleczna Droga, jak bia³a smuga, meteoryty co chwilê tn± niebosk³on…
A¿ czwartego razu ¼le obliczy³em trasê i s³oñce zasz³o, a my w lesie. W ostatnich promieniach s³oñca dotarli¶my do ‘stokowki’ – drogi wij±cej siê serpentyn± po stokach nad Strzebowiskami i Przys³upiem. Ale stokówka s³abo nadaje siê do jazdy konnej, bo pokryta jest zerodowanym asfaltem, a konie niepodkute, bo po co. Wiêc mo¿na tylko poboczem, a to jest chwilami w±skie, chwilami znika, w wielu miejscach le¿±, pouk³adane skrupulatnie, lub rozrzucone artystycznie songi drzewa. A wiêc nie stokówk± tylko prze³ajow± drog± uwidocznion± ca³kiem wyra¼nie na mapie. Szkoda, ¿e tylko na mapie, bo rzeczywisty odpowiednik grubej kreski z mapy brn±³ przez coraz bardziej gêste zaro¶la, a¿ wreszcie znik³. A wiêc wracamy do stokówki. Jest ju¿ ca³kiem ciemno... jestem z³y na siebie, ¿e tego nie przewidzia³em, ale powstrzymujê siê od przekleñstw, bo czujê jak w¶ciek³a jest Ania. A jest w¶ciek³a, bo wie, ¿e to j± w³a¶nie Szymala bêdzie sztorcowa³ za niew³a¶ciwe wybranie trasy i w ogóle.
W przeb³ysku geniuszu, przed wyjazdem wrzuci³em do raportówki latarkê, czego przedtem nie robi³em. Nie wiem co by by³o, gdyby¶my tej latarki nie mieli. Ale mieli¶my latarkê, nie za siln±, ale umo¿liwiaj±c± studiowanie mapy, bowiem okaza³o siê, Ania, która od lat w okolicy bywa, nie ma bladego pojêcia, jak daleko jeste¶my od Strzebowisk, ani jak w³a¶ciwie wracaæ. Sil±c siê na spokój, zgodnie uchwalili¶my, ¿e jedziemy stokówk±. Tak czy tak, wiemy, ¿e przynajmniej w dobrym kierunku zmierzamy. Ba, ale okolica nie wydaje siê znajoma. Stokówka jaka¶ dziwnie w±ska, jechaæ mo¿na w³a¶ciwie tylko stêpa, a czas leci. Wokó³ czarne ¶ciany lasu, a nad g³owami nabijaj± siê z nas setki gwiazd...
Jedziemy, czasem, ryzykuj±c, kawa³ek k³usem, a czas p³ynie. Nie wiemy jak daleko jeste¶my. Nie wiemy, szczerze mówi±c nawet tego, czy to na pewno stokówka. Co jaki¶ czas kto¶ nie¶mia³o tê w±tpliwo¶æ wyra¿a... Boimy siê strasznie, jeste¶my, mówi±c krótko, za³amani. Jedziemy i jedziemy, a nic siê nie zmienia.
Nagle na niebie rozb³yska gwiazda sto razy ja¶niejsza od innych. Supernowa? ¦wieci przez chwilê o¶lepiaj±cym bla-skiem, a potem przygasa i ulatuje – satelita...
Ale to dobry znak chyba...
A¿ tu rozwidlenie drogi. Gdzie jechaæ? Mapa pokazuje kilka takich rozwidleñ. Na którym jeste¶my? Pytamy koni, konie skrêcaj± w prawo. Co nam pozostaje. Liczymy, ¿e mo¿e chocia¿ one znaj± drogê. I znowu nic. ¦ciany lasu, chichocz±ce gwiazdy i coraz wiêksza panika w duszach.
Nagle poznajê miejsce – jeste¶my dok³adnie w miejscu, w którym poprzedniego dnia wyjechali¶my z lasu – jeste¶my na dobrej drodze! Ale czy to jeszcze daleko? Tego nikt nie wie. No mo¿e konie wiedz±, ale nie chc± powiedzieæ...
Most. Porz±dny, betonowy...
– Ania, znasz ten most?
– Nie... nigdy takiego nie widzia³am...
W±tpliwo¶ci znowu z wyciem wyskakuj± z lasu. Ale ja upieram siê, ¿e na pewno pozna³em ten wyjazd z lasu, i ¿e nie mo¿emy byæ daleko.
Przed nami b³yska ¶wiate³ko... Sprawdzam czy szabla wy-chodzi ³atwo z pochwy (nie pierwszy raz od zmierzchu) i rzucam w ciemno¶æ: – Kto idzie?
G³osy, szum, z ciemno¶ci wy³aniaj± siê rowerzy¶ci. Mijaj± nas i znikaj± w ciemno¶ci za nami. A my jedziemy dalej.
A¿ w koñcu widzimy ¶wiat³a samochodu terenowego, który, widz±c nas, zawraca i czeka na drodze. Szukaj± nas pewnie – my¶limy chórem. Ale doje¿d¿aj±c do jeepa poznajemy miejsce – tu trzeba skrêciæ w lewo i po stu metrach lasu zaczynaj± siê Strzebowiska. Jeszcze tylko pytanie pana nadle¶niczego z jeepa, czy aby mam pozwolenie na broñ, zbyte zaproszeniem do dyskusji na temat pozwoleñ, broni i w ogóle, za dnia i nie w ¶rodku lasu.
I wreszcie wyje¿d¿amy z lasu, i widzimy w dole wie¶, a nad ni± zwieszaj±ce siê po³oniny, a nad nimi niesamowite niebo... Tak piêknego obrazu nie widuje siê czêsto, zw³aszcza, ¿e oznacza on, ¿e jeste¶my uratowani.
Kawa³ jeszcze drogi przed stajni± dopadaj± nas ¼rebaki i z g³o¶nym r¿eniem, zrêcznym wira¿em zrównuj±c prêdko¶æ, pod³±czaj± siê do mleka.
Czeka na nas Dorota, raczej spokojna, ale mówi, ¿e Krzysiek by³ tak w¶ciek³y, ¿e poszed³ w koñcu spaæ. Ale co tam Krzysiek, pow¶cieka siê i mu przejdzie. Zdejmujemy koniom siod³a, jedziemy na pastwisko na oklep i ju¿ nam weso³o, ju¿ zaczynamy wspominaæ i dowcipkowaæ... Co by by³o do opowiadania, gdyby nie takie przygody!"
Opowiadanie o konnej eskapadzie Szaszki (napisane przez Jej Faceta) naprawdê ¶wietne !!! Szczególnie druga jego czê¶æ, o podró¿y noc±. Opowiedziane bardzo realistycznie, znam ten ból. £adnych parê lat temu, nie znaj±c jeszcze dobrze okolic Zatwarnicy i Sêkowca, ¼le odczyta³em mapê i powêdrowa³em nie tam, gdzie trzeba. Po jakim¶ czasie zorientowa³em siê, ale w³a¶nie zaczyna³o zmierzchaæ. A do miejsca, gdzie zozstawili¶my samochód (Rajskie) by³o sporo kilometrów. I nie mieli¶my latarki. Kolega nie zabra³ jej w ogóle, a moja zosta³a czym¶ przyci¶niêta w naramiennej teczce - raportówce, w³±czy³a siê i o¶wietla³a j± (torbê), dopóki starczy³o energii w bateriach. Gdy chcia³em j± wykorzystaæ, okaza³a siê ju¿ bezu¿yteczna. Na szczê¶cie niebo by³o prawie bezchmurne i tak wêdruj±c pod gwiazdami dotarli¶my o pierwszej w nocy do Rajskiego. Przedtem, przez jaki¶ czas, co¶ laz³o równolegle z nami, porykuj±c i przeciskaj±c siê lasem obok naszej stokówki.
Naprawdê ¶wietne opowiadanie - przeczyta³em je jeszcze raz, tym razem z map±. Nie szed³em jeszcze nigdy t± stokówk± wiod±c± z Cisnej do Strzebowisk i dalej, prawie a¿ pod sam Smerek.
Zatem wymy¶li³em ju¿ sobie (zaplanowa³em) jedn± z tras na wrzesieñ, uwzglêdniaj±c ww. Wasz± drogê przez mêkê.
Oto ta trasa.
Samochód zostawiê gdzie¶ w Cisnej. Cofnê siê kilkaset metrów po obwodnicy w kierunku wschodnim i wejdê na ¶cie¿kê (skrót wzglêdem obwodnicy) przez zalesione pasmo Ryczywó³. Po wyjsciu (tym skrótem) na obwodnicê skrêcê w lewo, a po kilkuset metrach w prawo - wejdê na stokówkê prowadz±c± do Kalnicy. W Kalnicy znów obwodnica (ok. 1,5 km), a nastêpnie, przecinaj±c tor kolejki, wejdê na stokówkê wiod±c± pocz±tkowo, jaki¶ czas, wzd³u¿ potoku Bystry. Potem ca³y czas bêdê szed³ t± stokówk± na pó³nocny zachód, a¿ wrócê do Cisnej. My¶lê, ¿e odnajdê tam swój samochód.
Jest to raczej ³atwa trasa: dwie stokówki, ok. 3 km po obwodnicy, tylko jedna ¶cie¿ka (przez Ryczywó³). W sam raz na sprawdzenie umiejêtno¶ci szwagra, który w tym roku podj±³ wyzwanie i bêdzie mi towarzyszy³.
No có¿ stokówka musi byæ ulubionym miejscem b³±dzoni, w czym utwierdzaj± mnie wy¿ej opisane prze¿ycia. Rozumiem zdarza siê to wkó³ko jednej grupie, pewnemu typowi osób..., ale skoro wszystkim - to ju¿ napewno nie mo¿e byæ inaczej: B³±dzoñ jak nic!!!!
W swych wêdrówkach po granicznym szlaku, czêsto spotyka³am ow± stokówke i to jak...a¿ serce siê wzrusza, gdy cz³owiek sobie przypomni...
Zacze³o siê niewinnie: po"dniu dziecka", w którym nie chodzili¶my dalej jak nad strumyk / a dlaczego to opowiem innym razem/, wstali¶my wypoczêci, gotowi do drogi etc. ¦niadanko sie przeci±gne³o, ale calkiem jeszcze przyzwoicie wyszlismy zielonym na Rabi± Ska³e, to widoczek, to opalanie, to drugie ¶niadanie...sielanka jednym s³owem. W tym gronie idziemy pierwszy raz, wiec niektórzy nie przyzwyczajenii do wolnego, ale jednostajnego tempa - marudz±, chcieliby biec...a tu umowa byla, ¿e staramy sie i¶æ razem.
Owe popasanie troche nam jednak zad³ugie wychodzi³o, P³asza - a tu ju¿ nie najlepiej z czasem...no bo w koñcu wrzesieñ. Ale spokój panuje, jagódki, je¿yny...czego¿ duszy wiêcej. "Biegacze" w liczbie dwoje denerwuj±.siê..Na Fereczacie ju¿ ze spokojem wiadomo, ¿e schodziæ bêdziemy koñcówke po zmierzchu...ci sie denerwuj±.../Powinnam dodaæ, ¿e jedna osoba mia³a 5 dni wcze¶niej zdjêty gips z palca u nogi, wiêc ³atwo sie domy¶liæ pod koniec dnia "troche gorzej"/
I nie by³oby co opowiadaæ, gdyby nie nasi kochani narwañcy. Postanowili zej¶æ szybciej i przygotowaæ nam kolacje, i uprzedziæ, ¿e reszta znowu pó¼niej wróci...
Wzieli wszystkie tobo³y i popêdzili...Oczywi¶cie zdrowo im to sz³o, jak siê po¿niej okaza³o doszli nie do Wetliny, a z powrotem pod granice, gdzies tam miêdzy Okr±glikiem a Szczawnikiem. STOKÓWKA JAK NIC. Jak siê ju¿ w strumyk zamieni³a przystaneli, nie bardzo wiedzieli gdzie to poszli,mape mieli, ale latarki oddali nam - tym nie spiesz±cym siê /jeszcze bysmy sie w nocy zgubili /
Postanowili spaæ w lesie / tyle ich, ¿e mieli wszystkie nasze cieple rzeczy.
AKT II
Zanim ze Smerka wesolo dostali¶my sie do Wetliny, marz±c juz o tej gor±cej kolacji, zrobila sie dziesi±ta, albo i pó¿niej. W domu cisza, w kuchni pusto, nawet najmniejszego zapaszku, na piêtrze w pokoju nic nie wskazuje, ¿e s±. Kawa³ jak nic..., wiec planujemy kolejno¶æ jakiego¶ prysznicu, ale "cisza jak nic" trwa.Dziewczyny po ma³ym ¶ledztwie w padaj± w panike, mapy w ruch, gdzie¿ te¿ mogli pole¶æ. A tu STOKÓWKA z mapy nam wychodzi jak nic: tylko czy poszli na Cisn± czy w las. Uznali¶my, ¿e w las odpada, bo wchodz±c pod góre zorientowaliby sie , ¿e ¼le poszli...wiec na Cisn±, ale gdzie do cholery mog± z niej zej¶æ??? Dziewczyny do kuchni, panowie w samochód i na obwodnice...
AKT III
Po godzinie panowie wrócili z tzw, niczym, dziewczyny "prawie zawal", kolacja i kolejna runda...tym razem jade z nimi, w koñcu kobieca intuicja to nie byle co...,a dziewczyn i tak uspokoiæ nie zdolam. Podje¿dzanie na stokówka zaczynamy od nowa: w Smerku, Przys³upiu, Krzywem...przed Smerkiem wjechali¶my do¶æ g³êboko...nawet napisy z kamieni na zjazdach ukladali¶my /wiedzieli¶my, ¿e oni my¶l± i¿ my tym bardziej zagubilismy sie.../ Do "domu' nie ma co wracaæ, dziewczyny i tak wygonia na poszukiwania, mgla po drodze chadza, ³anie przeskakuja, zajace przed ¶wiatlami uciekaj±...benzyna sie konczy...no to jeszcze raz ten Smerek proponuje...- bezsensu...- to nic spróbujmy jeszcze raz.
Druga w nocy, kierowca zasypia za kierownic±, gadac sie nie chce ,no bo o czym...a tu nagle wyskakuj± jakies przebierancy z dr±giem, z krzaków ma sie rozumieæ...jak nic nasi!!!!!!
Zrezygnowali ze spania w lesie, bo ¶wiatla w dole miêdzy drzewami ponoæ widzieli...nasze, nie nasze nie wiadomo kto po stokówce ¶wiat³em b³yska...
Nie byl to przypadek odosobniony, nie raz ludzie powiadali...
Witam wszystkich. Te¿ w tym roku by³am w Bieszczadach ( w maju). Nocowali¶my nad Solin± w pensjonacie "Paulinka" (w tamtym roku te¿ tam nocowali¶my). Okolica piekna, widok na Solinê i okoliczne góry, jak jest dobra widoczno¶æ, wieczorem po powrocie z bieszczadskich wypraw, spacer po o¶wietlonej zaporze na Solinie.
Bieszczady - b. daleko musimy tam z mê¿em jechaæ, bo mieszkamy w Zielonej Górze, ale WARTO....Po³onina Wetliñska i Caryñska, Smerek, Jas³o, Tarnica, Sianki, Ma³a i Du¿a Rawka - tam byli¶my w tym roku...by³o cudnie, gor±co, kolorowo, mêcz±co, ale jaka satysfakcja dla nas mieszczuchów oderwanych od pracy przy komputerze.
Ba³am siê tylko nied¼wiedzia i ¿mij. Czy kto¶ widzia³ w tym roku nied¼wiedzia lub ¿mije? Strach przed nimi trochê mnie parali¿uje....
Ale te widoki??? szum strumieni, ¶wie¿a zieleñ, kaczeñce, ile ich by³o? Tego siê nie spotyka nigdzie...Kiedy¶ je¿dzili¶my w Pieniny (Kro¶cienko n/Dunajcem, Sromowce...). W tym roku te¿ tam zajechali¶my w drodze powrotnej do domu, ale po Bieszczadach, to ju¿ nie by³o to...Poszli¶my na Okr±glicê o Sokolicê, ale gdzie te przestrzenie??? co z Tarnicy?
Dopiero minêlo parê dobrych dni od naszego powrotu do domu, a my juz têsknimy..
Bo¿enko, ta têsknota to ju¿ bêdzie nieuleczalna. Chorujê na ni± od 1986 r. (1-szy pobyt w Bieszczadach). Aby choroba mia³a przebieg ³agodny i nie wyniszczy³a organizmu, panaceum jest jedno: je¼dziæ w Bieszczady co najmniej raz w roku, na minimum 2 tygodnie.
Bo¿enko, witaj w klubie chorych nieuleczalnie na "bieszczady sp.'
Na tym forum s± prawie wszyscy uzale¿nieni od tej przypad³o¶ci, jest ona zara¼liwa ale nie szkodliwa dla otoczenia, a kwarantannê nale¿y przechodziæ tylko w Bieszczadach.
pozdroowka
marekm
Ale bieszczdzkiego czytania!
Szaszka, prze³adnie Tobie wysz³a konna opowie¶æ. Widaæ, ¿e przy pomocy mê¿czyzny :) ( to taki bieszczadzki ¿art oczywi¶cie);(no i pozdrowienia dla Niego, jakkolwiek na imiê ma). Dziêki Tobie, Szaszko, chyba zacznê zbieraæ te "i to jakie" pieni±dze, by prze¿yæ choc jedn± przygodê na po³oninach w siodle...A stokówkê nad "Zrubovisczem" z Waszych opowie¶ci (znaczy Szaszki i Oleñki, do której opowiadania zaraz ustosunkowaæ siê sobie pozwolê) znam ju¿ tak dobrze, ¿e ¿aden b³±dzoñ, czy duchy bandy Weso³oha (szczo sia tam potwory³o), nie bêd± mi w stanie, nawet w ¶rodku nocy bezgwiezdnej, drogi zmyliæ. I nawet szabelka mi nie bêdzie potrzebna, bo do kompanii czada jakowego¶ zaci±gn±æ siê postaram (mo¿e mego przyjaciela w³ochatego z Komañczy), a jak siê nie uda, to zawsze biesim dialektem jako¶ siê z czartami rozmówiê. Najbardziej z Szaszkowej opowie¶ci chwycilo mnie za serce owo niesamowite niebo nad po³oninami, które ratunek dla czwórki zagubionych przepowiedzia³o (i skojarzenie w³a¶nie siê w mej bieszczadzkiej pamiêci pojawi³o, które mo¿e jako moj± opowie¶æ za chwilê zamieszczê).
Sta³y Bywalec zu¿ycie baterii w latarce jak zwykle zwala na kogo¶ (dobrze, ¿e nie na biednego szwagra, który ju¿ i tak musi tyle siê po¶wiêcaæ dla naszego Bywalca J) Ale przyjemnie siê czyta, jak zwykle, o powrocie nocnym do Rajskiego, czy mo¿e raczej Ralskiego (przepiêkne s± tamtejsze zakola Sanu o pó³nocy i tako¿ w samo po³udnie).
Aleksandrze wreszcie siê udalo co¶ sk³adnie i ³adnie napisaæ...(nie, Oleñko, to równie¿ ¿artowanie po bieszczadzku; ka¿dy bowiem zdaje sobie sprawê, ¿e ju¿ Twa sygnatura jest gwarancj± przyjemnej lektury, do Bieszczadzi prze¶licznie nawi±zuj±cej.) Ech, jak mi³o by³o by móc „przyzwoicie” wej¶æ na Rabi± w Twoim i Twych druhów (i druhen) towarzystwie... A o przyczynie „dnia dziecka” opowiedz nam jak najszybciej, nie ka¿ czekaæ spragnionym bieszczadzkich gawêd i bajañ!
#
Le¿y pod po³onin± miejscowo¶æ zwana Wetlina. Ci±gnie siê ona wzd³u¿ potoku o nazwie tej samej, któr± owa, znana ka¿demu bieszczadnikowi i opisywana na ³amach forum bez przerwy osada, nosi. Do rzeki Wetliny wpada tu¿ za miejscowo¶ci± Wetlin± (w stronê Berehów siê kieruj±c) Górna Solinka – potok w dolnym swym biegu rw±cy i burzliwy. Tuz przy spotkaniu obu potoków, w miejscu gdzie tory kolejki bieszczadzkiej, biegn±ce do Moczarnego, przecinaj± starym i cicho zaro¶niêtym mostem Górn± Solinê, w miejscu, z którego piekny widok na strome, po³udniowe stoki Po³oniny Wetliñskiej ka¿e zatrzymaæ siê na sobie ka¿dej parze oczu, w miejscu, które mieszkañcy Wetliny jeszcze nie nazywaj± Zabrodziem, przysz³o mi spêdziæ jedn± sierpniowa noc zesz³ego lata, w towarzystwie brata mojego rodzonego, i przepiêknej rusa³ki (bez wianka, je¶li by Kto¶ chcia³ zapytaæ), dla której owa noc okaza³a siê byæ pierwsz± w Jej ¿yciu noc± na Bieszczadzi spêdzon±. I nic nie powinno byæ nadzwyczajnego w fakcie, ¿e w³a¶nie tam owej nocy nie przespali¶my, a nie gdzie indziej, a jednak, dla nas, by³o... Zaczê³o siê owo nadzwyczajne od ¿±dania naszej Pani, która poinformowa³a nas o swym zamiarze, by wieczór spêdziæ przy ogniu, z którego mocy magicznej nabraæ by mog³a si³y na zwiedzanie nieznanych Jej dotychczas zak±tków ¶wiata. Trudne to by³o zadanie do spe³nienia, gdy¿ by³ to okres deszczów, które w ca³ej Polsce powodzie powodowa³y i w Bieszczadach ca³e drewno, które mog³oby siê nadawaæ do rozpalenia watry, w³a¶nie w tym czasie do tego siê nie nadawa³o. Ale znaj± niektórzy zapa³, jaki ogarnia mêzczyznê, gdy pokazaæ trzeba przed dziewczêciem o piêknym licu, ¿e godny on jest bycia nazywanym nastêpc± Adama.. Rozpalili¶my wiêc, modl±c siê jednocze¶nie, by naszego wysilku nie zniweczy³a nawa³nica jakowa¶, jedna z takich, które w owych dniach nad Bieszczadami hula³y. Nie, takiego magicznego ognia ¿adna moc nie by³a by w stanie zagasiæ. Jak siê okaza³o chmarnik jakowy¶ czuwaæ nad nami musia³, gdy¿ ca³y Padó³ £ez zalany tamtej nocy zosta³ przez lej±cy siê z nieba wodospad, a nasz zak±tek przez ca³± noc ani jednej kropli deszczu nie poczu³, pozwalaj±c nam nuciæ melodie bliskie naszemu sercu, odgrzebywaæ przy ¶wietle ogniska stare bieszczadzkie wspomnienia, snuæ legendy i bajki o czadach i biesach, i wpatrywaæ siê w rozpromienion± twarzyczkê piêknego Anio³a (ju¿ wówczas bieszczadzkiego). Ale to nie koniec niespodzianek, które podarowa³a nam przyroda. Oko³o drugiej godziny zaczarowany podmuch uczyni³ w piêtrz±cych siê dotychczas nad naszymi g³owami cumulonimbusach prze³om ogromny, ods³aniaj±c konstelacjê byka w jej ca³ej krasie. Na widok ów ruszyli¶my do tañca i do samego rana, na deskach starego wozu, potupywali¶my rado¶nie w rytm tatanki, za co ca³usy od naszej Damy otrzymali¶my i w dalsz± wêdrowkê bieszczadzk± z ochot± ruszyli¶my.
To pisal duszewoj, k³aniaj±cy siê wszystkim bieszczadziankom i bieszczadziakom. Hej.
...Dzieñ przywita³ nas pochmurnym niebem i zapewnieniem, ¿e nie bêdzie padaæ.
Postanawiamy pój¶æ szlakiem wsi, po których ¶lad pozosta³ tylko na mapie i w przewodniku Stanis³awa K³osa. PKS-em jedziemy do Do³¿ycy -Skrzy¿owanie a dalej pieszo drog± na Buk .
Idziemy w milczeniu, ka¿dy z nas zajêty swoimi my¶lami Otaczaj±ce nas z prawej zbocza Falowej i Kotylnicy, a z lewej Jamy, przestrzeñ i cisza, która wype³nia nas wko³o, sprzyjaj± rozmy¶laniom. Mijamy zabudowania Buka, zatrzymuj±c siê od czasu do czasu aby zaobserwowaæ budz±c± siê w³a¶nie przyrodê do ¿ycie z zimowego snu. Sielankê t± przerywa nam zaobserwowany w³a¶nie ruch na niebie, które w miêdzy czasie wypogodzi³o siê. Lornetki wêdruj± do oczu, my zastygamy w bezruchu. Nad nami majestatycznie szybuje w swoim locie patrolowym nad swoim królestwem orze³ przedni. I gdy mieli¶my zamiar ruszyæ dalej, on w³a¶nie postanowi³ przysi±¶æ na upatrzonym przez siebie punkcie obserwacyjnym , umiejscowionym na ³±ce po lewej stronie drogi. Siedzia³ dumny, dostojny patrz±c na nas a my na niego. Rozgl±da³ siê wko³o, jakby sprawdzaj±c czy wszystko jest na swoim miejscu.
Poprawi³ swe królewskie lotki, raz jeszcze zlustrowa³ przestrzeñ wokó³ siebie i poderwa³ siê do lotu. Rozk³adaj±c skrzyd³a, sta³ siê w tym momencie jakby wiêkszy, majestatycznie , acz z pewnym trudem pocz±³ przecinaæ powietrze p³ynnymi ruchami, unosz±c siê do góry.
Trwa³o to chwilê i nie mia³em w±tpliwo¶ci, patrz±c na niego, kto tu jest go¶ciem a kto panem tej krainy.
Och! chwilo ulotna czym ¿e Ty jeste¶ skoro tak mocno zapadasz w pamiêæ?
A my idziemy dalej....
AD1984 kwiecieñ\maj
Dzieñ dziecka w górach mo¿e mieæ ró¿ne przyczyny: b±belki, mokre ciuchy , silny ból g³owy etc.
Jednak ten , o którym chcia³abym wam opowiedzieæ mia³ swe przyczyny czysto „towarzyskie”. Nawet zastanawiam siê, czy aby na pewno Wam to opisywaæ....Co tu ukrywaæ, mia³am wtedy okazje poczuæ jak czuje siê „stonka” w oczach wytrawnych Bieszczadników. Gdy to wspominam ma³y rumieniec zawstydzenia wyp³ywa, ale có¿....
Têsknotê za tym „innym ¶wiatem” znacie. Gdy ma siê przyjació³ w ró¿nych czê¶ciach Polski, to spotkanie z nimi jest równie têsknie wyczekiwane. Tym bardziej, i¿ mamy razem jechaæ Tam...Po drodze przystanek: Krosno – tam najczê¶ciej zje¿d¿amy siê , aby razem pojechaæ dalej. Zreszt± tam te¿ s± nasi bliscy przyjaciele.
Tym razem, jedziemy na ca³onocny koncert „Noc chwa³y” / organizowany w³a¶nie przez nich/...
Ale po kolei: najpierw poci±g Warszawa – Zagórz, stacja pierwsza wsiadamy my, Radom – wsiada Rafa³ z Justyn±, Skar¿ysko Kam. – wsiadaj± nastêpni, Stalowa Wola – niespodzianka miejscowi znajomi + Lublinianie... i oczywi¶cie Polaków nocne rozmowy. Do Krosna uda³o nam siê „trochê porozmawiaæ”, nastêpnie idziemy do OTD . Ale o spaniu nie ma co marzyæ, ca³e oratorium zape³nione uczestnikami warsztatów muzycznych i zaproszonymi go¶æmi.
- Dobrze, ¿e jeste¶cie brakuje nam ludzi do opanowania towarzystwa, pomo¿ecie?
- Pomo¿emy.
Pakuj± nas do busa i wywo¿± do wynajêtego domu, gdzie mamy przyjmowaæ i zadbaæ o pozosta³ych muzyków.
Ca³y dzieñ zlecia³ szybko, koncert od 18.00, dy¿ury... taniec, ¶piew, ksiê¿yc i te cudne gwiazdy, co ju¿ w Kro¶nie b³yszcz± na niebie „bosko”...zabawa do czwartej nad ranem, teraz trzeba niektórych odprowadziæ na dworzec, nie wszystkim s± dane jeszcze Bieszczady na tydzieñ.
Siódma – najwy¿szy czas i¶æ spaæ, muzycy ¶pi±...wiêc mo¿e tak po 36-ciu godzinach wreszcie...a tu jeden prysznic...
O 8.30 przyjecha³ Marek zabraæ nas do OTD. ¦niadanie, Msza ¶w., i koncert na nie rozkopanym jeszcze rynku kro¶nieñskim...taka powtórka. Wstawiony makaron na 15.30.
O drugiej „z hakiem” wiadomo, ¿e busa na razie nie dostaniemy, bowiem trzeba dalej rozwoziæ sprzêt i muzyków. W polonezie zmieszcz± siê same baga¿e, ok.
Ostatni PKS z Krosna do Ustrzyk Górnych za 30 min.
- no to biegiem, pó³surowy makaron wci±gamy, jakie¶ dokumenty, baga¿ podrêczny...i to co nie powinno rozwaliæ siê wrzucone w samochód. Zd±¿yli¶my!
II
W autobusie pogaduszki, wra¿enia: jak tam by³o na warsztatach....
Spaæ siê w³a¶nie odechcia³o... kto¶ ma zdjêcia...
W Ustrzykach byli¶my po 20-tej. Wrzesieñ, wiec busów ju¿ nie ma. ¦wietnie, a my przecie¿ umówieni w Wetlinie. Ale przewidzieli¶my to /haaa ha/ , dlatego te¿ idziemy na piechotê. Przyjedzie, zostawi baga¿e i ruszy po nas...Ruszyli¶my, ale co to by³ za pokaz:
III - NIEDZIELNI TURY¦CI:
*2 gitary
*reklamówka z 1kg. Cukru, 0,5 kg. Kawy, margaryn±, paczk± cukierków i chyba by³ jaki¶ chleb, ale ju¿ nie pamiêtam
*na sze¶æ osób, dwie nie maj± kurtek / a w³a¶nie zacze³o padaæ/.
*dwie pary miejskich butów na wysokiej podeszwie
*torebeczka na ramie
Jak wam siê podoba? Najlepsze, ¿e nadal nie zorientowali¶my siê w naszych brakach. Pada, ciemno, zimno i oczywi¶cie nic nie jedzie...szybko nasz radosny nastrój zamieni³ siê w zaci¶niête zêby niektórych. „Miejskie buty” poobciera³y sobie nogi. „Same swetry” przemoczone...tylko na gitary wszyscy chuchaj± i dmuchaj±.
Kilometr przed Prze³êcz± Wy¿niañsk± peleton stan± i cisza zrobi³a siê namacalna. Gnaæ ich dalej nie mia³am sumienia, pozosta³o zaproponowaæ schr. Pod Rawkami. Na wiadomo¶æ, ¿e co¶ tu niedaleko jest ruszyli...poczekaj± w schronisku /a kto¶ zejdzie i poczeka na dole na naszego drogiego kierowcê i duchowego opiekuna/. Gdy weszli¶my do schroniska i zobaczy³am spojrzeniaaaaa...., dotar³o do mnie jak wygl±damy. Nikt oczywi¶cie nie uwierzy³, ¿e idziemy z Ustrzyk. Niedzielni tury¶ci zgubili siê i tak dobrze, ¿e zeszli...Mowy nie by³o o wypuszczeniu na dó³, aby poczekaæ na... do¶æ gwa³townie zosta³am zawrócona z drogi.
Nie dziwie siê wcale, gdybym sama zobaczy³a taka bandê nie pu¶ci³abym ich nigdzie. Jeszcze przez dwa lata pó¼niej wstydzi³am siê tam pokazywaæ, nawet je¿eliby mnie by nikt nie pozna³.
Mieli¶my jeszcze dwie pary kapci, 1 szczoteczkê do zêbów i 2 pasty, 1 malutki rêcznik, 2 kubki, drug± kawê, ca³a masê niepotrzebnych rzeczy...
Nie raz ¶miejemy siê z tego, choæ nie bardzo mog± mi wybaczyæ, ¿e obudzi³am ich bladym ¶witem, aby pognaæ do Wetliny. Autobus rany nie chodzi³, bo to ju¿ po sezonie...tak tez zosta³y nogi, czym¿e by³by bez nich ¶wiat. Ale z nastaniem s³onecznych promieni czady wziê³y w nas we swe w³adanie...i samochody zaczê³y zatrzymywaæ siê same. Kontuzjowani dojechali szybko, reszta pojawi³a siê z czasem i kierowca nadjecha³ z porannego poszukiwania, zapomnia³ /ciekawe/o chacie pod Rawkami...Po takim pocz±tku ca³y wyjazd obfitowa³ w ciekawe momenty...a has³em by³o; brak snu to brak ¶wiadomo¶ci – nie przemêczaæ materia³u!
Jakie ró¿ne mog± byæ sposoby docierania w Bieszczady, Têsknota goni, obowi±zki trzymaj±, dobrze chocia¿, ¿e mo¿na powspominaæ , gdy nowych prze¿yæ brak. Na nowe opowie¶ci /duszewoju zaprzyja¼niony z chmarnikami/ trzeba jeszcze poczekaæ.... kto pierwszy pokona magistersk± obronê, ten zacznie zapewne snuæ historie od pocz±tku. A tam niebo gwia¿dziste...czy kto¶ jedzie TAM mo¿e na najbli¿szy, kolejny d³ugi weekend?
POZDRAWIAM BIESZCZADZKIE DUSZE, BUZIAKI ¦LÊ TAK¯E.
A jak co poniektórzy bêd± sobie ¿artowali o moim pisaniu, to nie napisze juz nic i koniec....powiedziala Ola i posz³a spaæ.
Dziêki, Ola!
Alem siê u¶mia³ porannie nad Tw± przepiêkn± przygod± z "brakiem snu i ¶wiadomo¶ci; bo materia³u nie nale¿y przemêczaæ..." £adnie oczy musieli Tomki pod Rawkami wyba³uszaæ :) na nocne obcasów stukanie... A kto rano wstaje - zjada najt³ustrzego robaczka. Jam dzi¶ wcze¶niej oczy przetar³, by przed obowi±zkami zd±¿yæ sprawdziæ, czy nie czeka jaka¶ niespodzianka i siê cieszê, bo Twe u¶miechniête s³owa do mnie po bieszczadzku zastuka³y. I juz sam nie wiem, czy czujê siê jak orze³, czy jak marekm jego cicho obserwujacy...Sciskam-
duszewoj
Olu, wcale nie musisz wstydziæ siê za swoje towarzystwo. To nie by³a ¿adna stonka, lecz ... cyganeria (a to zasadnicza ró¿nica !!!).
Twoje opowiadanie jest doskona³e. Bardzo lubiê takich w³ócz±cych siê artystów. Sam, niestety, nie mam talentu wokalnego. Poza tym znany mi jest tzw. "organizacyjny ba³agan", przeradzaj±cy siê w "twórczy nie³ad". My¶lê, ¿e Twoje opowiadanie spodoba³o siê nie tylko hr. Duschewoyowi i mnie.
Natomiast co do stonki, to dam Ci krótki jej przyk³ad (wrêcz modelowy). Parê lat temu (dwa lub trzy) na parkingu w Bukowcu (tym na drodze do Sianek) zatrzyma³ siê samochód (mercedes) chyba z warszawsk± rejestracj±. By³y w nim 2 pary. Dorobkiewicze w 1-szym pokoleniu, ok. 40-tki. Ludzie ci, zamiast byæ odurzeni miejscem, w którym dziêki ³askawo¶ci Najwy¿szego siê znale¼li, byli tym miescem zdegustowani, wrêcz oburzeni. "A co¿ to za pustkowie, ¿adnego kiosku, ³adny mi parking ! " Grzecznie spyta³em, w jakim celu tu przyjechali. "Bo to jest parking oznaczony w atlasie samochodowym, proszê pana !". Dalej nast±pi³y narzekania na restauracjê hotelow± w Mucznem, ¿e za pó¼no jest otwierana (wtedy chyba dopiero od godz. 17 -tej, by³ to zwyk³y dzieñ wrze¶niowy). Mnie i kumpla szlak powoli trafia³, ale pohamowali¶my siê i (na razie) milczeli¶my. Byli¶my tam sami, tylko my i ta stonka. Nastêpnie stonka wypi³a jaki¶ napój typu Hoop, a butelkê plastikow± po prostu, ot tak sobie, wyrzuci³a. Tu ju¿ nie wytrzyma³em i zwróci³em uwagê. Stanowczo, ale grzecznie, be¿ ¿adnych obra¼liwych s³ów. Nie odpowiedziano mi, ale us³ysza³em o mnie ciche , raczej z³owrogie, komentarze. "Zaraz mu przy...". "Zdzisiu, daj spokój, co siê bêdziesz szarpa³, przyjecha³e¶ tu odpocz±æ".
My z koleg± mieli¶my wtedy dylemat. W³a¶nie szykowali¶my siê do ca³odziennej wêdrówki, zmieniali¶my buty na "bieszczadzkie", pakowali¶my niezbêdne wiktua³y, itd. Jak tu odej¶æ, zostawiaj±c samochód przy tej ho³ocie ? Wtedy wpadli¶my na pomys³. Niby ca³y czas szykuj±c siê do wêdrówki, krêc±c siê paracowicie przy otwartym baga¿niku, zdjêli¶my kurtki i wtedy mo¿na by³o bez trudu dostrzec, co nam dynda w operacyjnych kaburach pod pachami. Stonka ewakuowa³a siê b³yskawicznie, niszcz±c mercedesa przy nadmiernej prêdko¶ci na wybojach (znacie tê drogê). Zakablowali nas za to w Tarnawie Ni¿nej (podali te¿ numer rejestracyjny naszego samochodu), gdy¿ wieczorem, w drodze powrotnej, otoczyli nas panowie z SG. Dali¶my siê grzecznie wylegitymowaæ, okazali¶my pozwolenia i wszystko by³o okay. Dowódca patrolu, ¶miej±c siê, opowiedzia³, ¿e tamto towarzystwo widzia³o w nas bandytów i przemytników razem wziêtych.
Drodzy Panowie,
Bóg Wam zap³aæ za dobre s³owa!
Duszewoju, Tomki rzeczywi¶cie mieli "wielkie" oczy, jednak muszê zwróciæ honor moim przyjacio³om: oby³o siê bez obcasów, jedynie p³askie 10 centymetrowe podeszwy.
Sta³y Bywalcu, Twój konkursowy gest mnie zaskoczy³, a reszta niech bêdzie milczeniem. Nie obawiaj siê braków wokalnych, ja jedynie rado¶nie fa³szuje, a moja droga cyganeria /jak to ich ³adnie okre¶li³e¶/ jest bardzo wyrozumia³a w tym wzglêdzie i potrawi doceniæ dobre chêci.
Drogie Towarzystwo, co z dalszymi opowie¶ciami? :D
Czytam te Wasze opowie¶ci, a serce têsknota mi ¶ciska niemi³osiernie. Ju¿ poczu³am te zapachy bieszczadzkie, zobaczy³am to rozgwie¿d¿one niebo, którego nigdzie indziej znale¿æ nie potrafiê, i poczu³am ju¿ prawie to zmêczenie w nogach, dla którego rok w rok (siedem lat z rzêdu) je¼dzi³am tn±c Polskê po przek±tnej (ze ¦winouj¶cia w Bieszczady) z garstk± mi podobnych... Pozdrawiam Was serdecznie - AniaW (kiedy¶ zara¿ona, podobnie jak Wy, mi³o¶ci± do tych miejsc, tych ludzi i klimatów, których nie mo¿na zapomnieæ)
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
To moze na poczatek relacja z naszego zeszlorocznego pobytu, spisana przez mojego mezczyzne. :) To bedzie tym, jak to sie z konikami po gorach hula.
A koniki byly Krzyska Szymali, starego bieszczadnika. A hulalismy ze trojke: Ania Dereszowska, moj facet i ja.
"Tak siê z³o¿y³o, ¿e z Szymal± pojechali¶my w teren tylko raz. Ilo¶æ koni i ogólny uk³ad u³atwi³ mu bowiem decyzjê codziennego powierzania naszej trójce, to jest Oli, Ani i mnie, trzech koni na kilka godzin. A nie tak dawno mówi³, ¿e konia nikomu nie da samemu, bo mu kto¶ kiedy¶ konie poobciera³. Ale jak tu ruszaæ w teren, jak kapliczka do zrobienia na sobotê, do tego przyje¿d¿aj± znajomi z Lublina, to trzeba siê napiæ, to nazajutrz kac, to siê znowu nie chce. Lepiej zaryzykowaæ, daæ im te konie, niech jad±, je¿d¿± wszyscy dobrze, nic siê nie stanie, a on sobie popije, po¶pi, posiedzi w spokoju. A oni co dzieñ wracaj± na czas i jeszcze pieni±dze przynosz±... I to jakie... Uk³ad idealny.
I nam ten uk³ad bardzo pasowa³.
A zaczê³o siê tak, ¿e w Wetlince odbywa³ siê konkurs pie¶ni ogólnobieszczadzkiej i koncert „Starego Dobrego Ma³¿eñ-stwa”. Szymala zosta³ poproszony, ¿eby na tê imprezê przyjecha³ zrobiæ „klimat”. Ale, ¿e cierpia³ akurat na zespó³ dnia poprzedniego, szybko sam wpad³ na pomys³, ¿e da nam konie, a sam pojedzie samochodem.
Wysokie buty, czarne je¼dzieckie spodnie, czarna mundurowa koszula i szabla. Ola w kowbojskim kapeluszu.
Pojechali¶my najpierw do „Biesiska”, gdzie rzekomo mia³a czekaæ wiêksza grupa je¼d¼ców i dyli¿ans. Na miejscu nie wiedziano nic ani o zbiórce, ani o dyli¿ansie. Uwi±zali¶my rasowo konie do belki i poszli¶my napiæ siê piwa. Napili¶my siê, a potem, w ¶wietnych humorach, za¶miewaj±c siê, wdrapali¶my siê na siod³a i ruszyli¶my w kierunku Wetliny.
W Wetlinie zajechali¶my do baru p.t. Rancho. I znowu: konie do belki, a my na piwo. W czasie kiedy my jedli¶my frytki i pili¶my rzeczone piwo, m³odzie¿ wcisnê³a w nasze konie kilogram cukru, ku koñskiej aprobacie, z wyj±tkiem wszak¿e Batiara, który cukru niet.
W jeszcze lepszych humorach, ale z wiêkszym trudem, wykonali¶my „na koñ” i pojechali¶my na koncert.
Na teren harcerskiego o¶rodka zostali¶my wpuszczeni bez op³at, mimo, ¿e od „normalnych” go¶ci pobierano symboliczn± z³otówkê. Ludno¶ci by³o ju¿ trochê, na scenie pod wiat± smêtnie zawodzili konkursowicze, ¶piewaj±c piosenki o tema-tyce ogólnobieszczadzkiej. Szymala z Dorot± i Semenem oraz Teresa przybyli nieco przed nami samochodem i ju¿ od jakiej¶ chwili popijali piwo.
Konie rozsiod³ali¶my i uwi±zali¶my u p³ota, z wyj±tkiem wszak¿e Batiara, który nie ucieka. Natychmiast zjawi³y siê ³awice m³odszej m³odzie¿y w towarzystwie rodziców.
– Mo¿na pog³askaæ konika?
– Nie ugryzie?
– A mo¿na zrobiæ zdjêcie?
– A mo¿na wsadziæ dziecko na konika?
– A mo¿na dwa?
– A mo¿na daæ jab³ko?
– A nie odgryzie rêki?
– A czemu on ma takie co¶ na g³owie?
– Wojtusiu, nie podchod¼ tak blisko!
Po jakiej¶ chwili postanowili¶my znikn±æ w t³umie. Konie porzucone same, szczypa³y trawê powoli... ale widaæ by³o, ¿e s± ju¿ nie¼le w¶ciek³e…
A my napili¶my siê piwa, zjedli¶my jakie¶ dziwne có¶, co serwowano w pobli¿u, a to kie³baskê palon± na grillu, a to kukurydzê z wody.
Z czasem uwalili¶my siê obok koni na trawie i le¿eli¶my. Zaczepiano nas od czasu do czasu, a to o konie, a to o moj± szablê, a to o strój, a to w ogóle o co¶. I sk³ama³ bym twierdz±c, ¿e¶my nie szpanowali jak to tylko by³o mo¿liwe.
Kiedy zrobi³o siê ch³odnawo, wy³apali¶my konie i na oklep je obsiedli¶my w celach grzewczych i tak siê po terenie o¶rodka szwendali¶my.
Dobrze ju¿ po zmroku zdecydowali¶my siê wracaæ do domu. Zgodnie z uprzednimi uzgodnieniami, konno wraca³ Szymala, Teresa i Ania. Teresa, wyje¿d¿aj±c na bieszczadzk± obwodnicê, zapewni³a policjanta, stoj±cego na skrzy¿owaniu, ¿e ona jest wprawdzie pijana, ale za to koñ jest trze¼wy.
My, czyli Ola, Dorota z Semenem i ja, za³adowali¶my siê do samochodu Teresy i ruszyli¶my w stronê Strzebowisk. Prowadzi³a Ola, bo ona by³a najmniej wstawiona.
Grupê konn± minêli¶my kawa³ek za Wetlink±. Szymala i Ania cz³apali lew± stron± po poboczu, Teresa za¶ przedziera³a siê przez krzaki po prawej stronie.
A nam co¶ stuka³o… co? Nie mogli¶my doj¶æ…
Dojechali¶my do Strzebowisk ko³o dziewi±tej, ciemno by³o ju¿ zupe³nie. Klucze od samochodu wrêczyli¶my Dorocie, a sami wrócili¶my na dó³, na kwaterê.
Oko³o jedenastej us³yszeli¶my stukot kopyt na drodze. Wyszed³em, ¿eby zobaczyæ czy wszystko w porz±dku. Zaci±gniêto mnie na ganek u Szymalów, bo jeszcze trzeba by³o flaszkê wódki dokoñczyæ. Posz³o nam szybko, bo flaszki by³o tylko pó³, a nas czwórka.
Rano okaza³o siê ¿e to, co nam tak stuka³o to by³ pas bezpieczeñstwa, przytrza¶niêty drzwiami przez Dorotê i powiewaj±cy klamr± na zewn±trz przez ca³± drogê. £atwo siê domy¶liæ, ¿e zosta³a z niego tylko wystrzêpiona ta¶ma. Dobrze, ¿e tylko takie by³y straty.
Równie¿ rano Szymala spyta³ Aniê, jak te¿ wróci³a z koncertu… :))
Ten dzieñ by³ kwintesencj± tego, po co tam pojechali¶my. Konie, góry, alkohol i zazdrosne spojrzenia… Dla takich dni warto ¿yæ.
Ta wycieczka, to, ¿e dojechali¶my bez problemu a konie prze¿y³y, u³atwi³a zapewne Szymali decyzjê pozwalaj±c± nam nastêpnego dnia na pojechanie w teren bez jego skacowanego towarzystwa.
Uzgodnili¶my z nim trasê na mapie, wys³uchali¶my pouczenia, którêdy jechaæ, a którêdy nie i pojechali¶my. I tak by³o przez trzy dni. Las, strome podej¶cia, czasem trzeba by³o zsi±¶æ z koni i prowadziæ je pod górê, czasem droga zamienia³a siê w potok, czasem trzeba by³o przebyæ b³oto g³êbokie na pó³ metra, czasem zawróciæ z drogi, która czasem rozmywa³a siê w lesie, ale wszystko to by³o nagradzane sowicie. Kiedy bowiem wyje¿d¿ali¶my na po³oniny nad Strzebowiskami, Przys³upiem, na Okr±glik, Jas³o, Fereczat±, w ¶wiat³o chyl±cego siê ku zachodowi s³oñca, wokó³ nas rozpo¶ciera³y siê góry, na setki kilometrów. Jak okiem siêgn±æ: w jedn± stronê Polska, w drug± S³owacja i Ukraina, a na horyzoncie, zamglone masywy Karpat, mo¿e to ju¿ Wêgry? Konie brn±ce przez morze chwiej±cych siê w podmuchach wiatru traw, a serca rosn±. Widoki by³y tak piêknie, ¿e chcia³o siê tam zostaæ… Ale s³oñce nieub³aganie bieg³o ku widnokrêgowi, przypominaj±c, ¿e to góry, i ¿e przed noc± trzeba byæ w stajni.
Ale zanim do domu, to jeszcze popêdziæ galopem po grzbietach gór, wpa¶æ pêdem na szczyt, przestraszyæ turystów wygl±dem wata¿ki z UPA… a kto to wie co siê po tych lasach jeszcze w³óczy…
I w dó³, strom± ¶cie¿k±, znowu czasem piechot±, podtrzymuj±c konia, zje¿d¿aj±cego po kamieniach, czasem wieszaj±c mu siê na pysku, ¿eby samemu nie zjechaæ na pysk. I chwila grozy, kiedy i koñ i je¼dziec ze¶lizguj± siê ze zbocza… I przez zagajniki z oczami na s³upkach… nas³uchuj±c szelestów w krzakach, w koñcu tyle opowiadañ o nied¼wiedziach… I o zmroku powrót do stajni, zmêczeni, ale szczê¶liwi…
I tak codziennie.
A potem ognisko.
I powrót do kwatery. Niebo p³on±ce od gwiazd, Mleczna Droga, jak bia³a smuga, meteoryty co chwilê tn± niebosk³on…
A¿ czwartego razu ¼le obliczy³em trasê i s³oñce zasz³o, a my w lesie. W ostatnich promieniach s³oñca dotarli¶my do ‘stokowki’ – drogi wij±cej siê serpentyn± po stokach nad Strzebowiskami i Przys³upiem. Ale stokówka s³abo nadaje siê do jazdy konnej, bo pokryta jest zerodowanym asfaltem, a konie niepodkute, bo po co. Wiêc mo¿na tylko poboczem, a to jest chwilami w±skie, chwilami znika, w wielu miejscach le¿±, pouk³adane skrupulatnie, lub rozrzucone artystycznie songi drzewa. A wiêc nie stokówk± tylko prze³ajow± drog± uwidocznion± ca³kiem wyra¼nie na mapie. Szkoda, ¿e tylko na mapie, bo rzeczywisty odpowiednik grubej kreski z mapy brn±³ przez coraz bardziej gêste zaro¶la, a¿ wreszcie znik³. A wiêc wracamy do stokówki. Jest ju¿ ca³kiem ciemno... jestem z³y na siebie, ¿e tego nie przewidzia³em, ale powstrzymujê siê od przekleñstw, bo czujê jak w¶ciek³a jest Ania. A jest w¶ciek³a, bo wie, ¿e to j± w³a¶nie Szymala bêdzie sztorcowa³ za niew³a¶ciwe wybranie trasy i w ogóle.
W przeb³ysku geniuszu, przed wyjazdem wrzuci³em do raportówki latarkê, czego przedtem nie robi³em. Nie wiem co by by³o, gdyby¶my tej latarki nie mieli. Ale mieli¶my latarkê, nie za siln±, ale umo¿liwiaj±c± studiowanie mapy, bowiem okaza³o siê, Ania, która od lat w okolicy bywa, nie ma bladego pojêcia, jak daleko jeste¶my od Strzebowisk, ani jak w³a¶ciwie wracaæ. Sil±c siê na spokój, zgodnie uchwalili¶my, ¿e jedziemy stokówk±. Tak czy tak, wiemy, ¿e przynajmniej w dobrym kierunku zmierzamy. Ba, ale okolica nie wydaje siê znajoma. Stokówka jaka¶ dziwnie w±ska, jechaæ mo¿na w³a¶ciwie tylko stêpa, a czas leci. Wokó³ czarne ¶ciany lasu, a nad g³owami nabijaj± siê z nas setki gwiazd...
Jedziemy, czasem, ryzykuj±c, kawa³ek k³usem, a czas p³ynie. Nie wiemy jak daleko jeste¶my. Nie wiemy, szczerze mówi±c nawet tego, czy to na pewno stokówka. Co jaki¶ czas kto¶ nie¶mia³o tê w±tpliwo¶æ wyra¿a... Boimy siê strasznie, jeste¶my, mówi±c krótko, za³amani. Jedziemy i jedziemy, a nic siê nie zmienia.
Nagle na niebie rozb³yska gwiazda sto razy ja¶niejsza od innych. Supernowa? ¦wieci przez chwilê o¶lepiaj±cym bla-skiem, a potem przygasa i ulatuje – satelita...
Ale to dobry znak chyba...
A¿ tu rozwidlenie drogi. Gdzie jechaæ? Mapa pokazuje kilka takich rozwidleñ. Na którym jeste¶my? Pytamy koni, konie skrêcaj± w prawo. Co nam pozostaje. Liczymy, ¿e mo¿e chocia¿ one znaj± drogê. I znowu nic. ¦ciany lasu, chichocz±ce gwiazdy i coraz wiêksza panika w duszach.
Nagle poznajê miejsce – jeste¶my dok³adnie w miejscu, w którym poprzedniego dnia wyjechali¶my z lasu – jeste¶my na dobrej drodze! Ale czy to jeszcze daleko? Tego nikt nie wie. No mo¿e konie wiedz±, ale nie chc± powiedzieæ...
Most. Porz±dny, betonowy...
– Ania, znasz ten most?
– Nie... nigdy takiego nie widzia³am...
W±tpliwo¶ci znowu z wyciem wyskakuj± z lasu. Ale ja upieram siê, ¿e na pewno pozna³em ten wyjazd z lasu, i ¿e nie mo¿emy byæ daleko.
Przed nami b³yska ¶wiate³ko... Sprawdzam czy szabla wy-chodzi ³atwo z pochwy (nie pierwszy raz od zmierzchu) i rzucam w ciemno¶æ: – Kto idzie?
G³osy, szum, z ciemno¶ci wy³aniaj± siê rowerzy¶ci. Mijaj± nas i znikaj± w ciemno¶ci za nami. A my jedziemy dalej.
A¿ w koñcu widzimy ¶wiat³a samochodu terenowego, który, widz±c nas, zawraca i czeka na drodze. Szukaj± nas pewnie – my¶limy chórem. Ale doje¿d¿aj±c do jeepa poznajemy miejsce – tu trzeba skrêciæ w lewo i po stu metrach lasu zaczynaj± siê Strzebowiska. Jeszcze tylko pytanie pana nadle¶niczego z jeepa, czy aby mam pozwolenie na broñ, zbyte zaproszeniem do dyskusji na temat pozwoleñ, broni i w ogóle, za dnia i nie w ¶rodku lasu.
I wreszcie wyje¿d¿amy z lasu, i widzimy w dole wie¶, a nad ni± zwieszaj±ce siê po³oniny, a nad nimi niesamowite niebo... Tak piêknego obrazu nie widuje siê czêsto, zw³aszcza, ¿e oznacza on, ¿e jeste¶my uratowani.
Kawa³ jeszcze drogi przed stajni± dopadaj± nas ¼rebaki i z g³o¶nym r¿eniem, zrêcznym wira¿em zrównuj±c prêdko¶æ, pod³±czaj± siê do mleka.
Czeka na nas Dorota, raczej spokojna, ale mówi, ¿e Krzysiek by³ tak w¶ciek³y, ¿e poszed³ w koñcu spaæ. Ale co tam Krzysiek, pow¶cieka siê i mu przejdzie. Zdejmujemy koniom siod³a, jedziemy na pastwisko na oklep i ju¿ nam weso³o, ju¿ zaczynamy wspominaæ i dowcipkowaæ... Co by by³o do opowiadania, gdyby nie takie przygody!"
Opowiadanie o konnej eskapadzie Szaszki (napisane przez Jej Faceta) naprawdê ¶wietne !!! Szczególnie druga jego czê¶æ, o podró¿y noc±. Opowiedziane bardzo realistycznie, znam ten ból. £adnych parê lat temu, nie znaj±c jeszcze dobrze okolic Zatwarnicy i Sêkowca, ¼le odczyta³em mapê i powêdrowa³em nie tam, gdzie trzeba. Po jakim¶ czasie zorientowa³em siê, ale w³a¶nie zaczyna³o zmierzchaæ. A do miejsca, gdzie zozstawili¶my samochód (Rajskie) by³o sporo kilometrów. I nie mieli¶my latarki. Kolega nie zabra³ jej w ogóle, a moja zosta³a czym¶ przyci¶niêta w naramiennej teczce - raportówce, w³±czy³a siê i o¶wietla³a j± (torbê), dopóki starczy³o energii w bateriach. Gdy chcia³em j± wykorzystaæ, okaza³a siê ju¿ bezu¿yteczna. Na szczê¶cie niebo by³o prawie bezchmurne i tak wêdruj±c pod gwiazdami dotarli¶my o pierwszej w nocy do Rajskiego. Przedtem, przez jaki¶ czas, co¶ laz³o równolegle z nami, porykuj±c i przeciskaj±c siê lasem obok naszej stokówki.
Naprawdê ¶wietne opowiadanie - przeczyta³em je jeszcze raz, tym razem z map±. Nie szed³em jeszcze nigdy t± stokówk± wiod±c± z Cisnej do Strzebowisk i dalej, prawie a¿ pod sam Smerek.
Zatem wymy¶li³em ju¿ sobie (zaplanowa³em) jedn± z tras na wrzesieñ, uwzglêdniaj±c ww. Wasz± drogê przez mêkê.
Oto ta trasa.
Samochód zostawiê gdzie¶ w Cisnej. Cofnê siê kilkaset metrów po obwodnicy w kierunku wschodnim i wejdê na ¶cie¿kê (skrót wzglêdem obwodnicy) przez zalesione pasmo Ryczywó³. Po wyjsciu (tym skrótem) na obwodnicê skrêcê w lewo, a po kilkuset metrach w prawo - wejdê na stokówkê prowadz±c± do Kalnicy. W Kalnicy znów obwodnica (ok. 1,5 km), a nastêpnie, przecinaj±c tor kolejki, wejdê na stokówkê wiod±c± pocz±tkowo, jaki¶ czas, wzd³u¿ potoku Bystry. Potem ca³y czas bêdê szed³ t± stokówk± na pó³nocny zachód, a¿ wrócê do Cisnej. My¶lê, ¿e odnajdê tam swój samochód.
Jest to raczej ³atwa trasa: dwie stokówki, ok. 3 km po obwodnicy, tylko jedna ¶cie¿ka (przez Ryczywó³). W sam raz na sprawdzenie umiejêtno¶ci szwagra, który w tym roku podj±³ wyzwanie i bêdzie mi towarzyszy³.
No có¿ stokówka musi byæ ulubionym miejscem b³±dzoni, w czym utwierdzaj± mnie wy¿ej opisane prze¿ycia. Rozumiem zdarza siê to wkó³ko jednej grupie, pewnemu typowi osób..., ale skoro wszystkim - to ju¿ napewno nie mo¿e byæ inaczej: B³±dzoñ jak nic!!!!
W swych wêdrówkach po granicznym szlaku, czêsto spotyka³am ow± stokówke i to jak...a¿ serce siê wzrusza, gdy cz³owiek sobie przypomni...
Zacze³o siê niewinnie: po"dniu dziecka", w którym nie chodzili¶my dalej jak nad strumyk / a dlaczego to opowiem innym razem/, wstali¶my wypoczêci, gotowi do drogi etc. ¦niadanko sie przeci±gne³o, ale calkiem jeszcze przyzwoicie wyszlismy zielonym na Rabi± Ska³e, to widoczek, to opalanie, to drugie ¶niadanie...sielanka jednym s³owem. W tym gronie idziemy pierwszy raz, wiec niektórzy nie przyzwyczajenii do wolnego, ale jednostajnego tempa - marudz±, chcieliby biec...a tu umowa byla, ¿e staramy sie i¶æ razem.
Owe popasanie troche nam jednak zad³ugie wychodzi³o, P³asza - a tu ju¿ nie najlepiej z czasem...no bo w koñcu wrzesieñ. Ale spokój panuje, jagódki, je¿yny...czego¿ duszy wiêcej. "Biegacze" w liczbie dwoje denerwuj±.siê..Na Fereczacie ju¿ ze spokojem wiadomo, ¿e schodziæ bêdziemy koñcówke po zmierzchu...ci sie denerwuj±.../Powinnam dodaæ, ¿e jedna osoba mia³a 5 dni wcze¶niej zdjêty gips z palca u nogi, wiêc ³atwo sie domy¶liæ pod koniec dnia "troche gorzej"/
I nie by³oby co opowiadaæ, gdyby nie nasi kochani narwañcy. Postanowili zej¶æ szybciej i przygotowaæ nam kolacje, i uprzedziæ, ¿e reszta znowu pó¼niej wróci...
Wzieli wszystkie tobo³y i popêdzili...Oczywi¶cie zdrowo im to sz³o, jak siê po¿niej okaza³o doszli nie do Wetliny, a z powrotem pod granice, gdzies tam miêdzy Okr±glikiem a Szczawnikiem. STOKÓWKA JAK NIC. Jak siê ju¿ w strumyk zamieni³a przystaneli, nie bardzo wiedzieli gdzie to poszli,mape mieli, ale latarki oddali nam - tym nie spiesz±cym siê /jeszcze bysmy sie w nocy zgubili /
Postanowili spaæ w lesie / tyle ich, ¿e mieli wszystkie nasze cieple rzeczy.
AKT II
Zanim ze Smerka wesolo dostali¶my sie do Wetliny, marz±c juz o tej gor±cej kolacji, zrobila sie dziesi±ta, albo i pó¿niej. W domu cisza, w kuchni pusto, nawet najmniejszego zapaszku, na piêtrze w pokoju nic nie wskazuje, ¿e s±. Kawa³ jak nic..., wiec planujemy kolejno¶æ jakiego¶ prysznicu, ale "cisza jak nic" trwa.Dziewczyny po ma³ym ¶ledztwie w padaj± w panike, mapy w ruch, gdzie¿ te¿ mogli pole¶æ. A tu STOKÓWKA z mapy nam wychodzi jak nic: tylko czy poszli na Cisn± czy w las. Uznali¶my, ¿e w las odpada, bo wchodz±c pod góre zorientowaliby sie , ¿e ¼le poszli...wiec na Cisn±, ale gdzie do cholery mog± z niej zej¶æ??? Dziewczyny do kuchni, panowie w samochód i na obwodnice...
AKT III
Po godzinie panowie wrócili z tzw, niczym, dziewczyny "prawie zawal", kolacja i kolejna runda...tym razem jade z nimi, w koñcu kobieca intuicja to nie byle co...,a dziewczyn i tak uspokoiæ nie zdolam. Podje¿dzanie na stokówka zaczynamy od nowa: w Smerku, Przys³upiu, Krzywem...przed Smerkiem wjechali¶my do¶æ g³êboko...nawet napisy z kamieni na zjazdach ukladali¶my /wiedzieli¶my, ¿e oni my¶l± i¿ my tym bardziej zagubilismy sie.../ Do "domu' nie ma co wracaæ, dziewczyny i tak wygonia na poszukiwania, mgla po drodze chadza, ³anie przeskakuja, zajace przed ¶wiatlami uciekaj±...benzyna sie konczy...no to jeszcze raz ten Smerek proponuje...- bezsensu...- to nic spróbujmy jeszcze raz.
Druga w nocy, kierowca zasypia za kierownic±, gadac sie nie chce ,no bo o czym...a tu nagle wyskakuj± jakies przebierancy z dr±giem, z krzaków ma sie rozumieæ...jak nic nasi!!!!!!
Zrezygnowali ze spania w lesie, bo ¶wiatla w dole miêdzy drzewami ponoæ widzieli...nasze, nie nasze nie wiadomo kto po stokówce ¶wiat³em b³yska...
Nie byl to przypadek odosobniony, nie raz ludzie powiadali...
Witam wszystkich. Te¿ w tym roku by³am w Bieszczadach ( w maju). Nocowali¶my nad Solin± w pensjonacie "Paulinka" (w tamtym roku te¿ tam nocowali¶my). Okolica piekna, widok na Solinê i okoliczne góry, jak jest dobra widoczno¶æ, wieczorem po powrocie z bieszczadskich wypraw, spacer po o¶wietlonej zaporze na Solinie.
Bieszczady - b. daleko musimy tam z mê¿em jechaæ, bo mieszkamy w Zielonej Górze, ale WARTO....Po³onina Wetliñska i Caryñska, Smerek, Jas³o, Tarnica, Sianki, Ma³a i Du¿a Rawka - tam byli¶my w tym roku...by³o cudnie, gor±co, kolorowo, mêcz±co, ale jaka satysfakcja dla nas mieszczuchów oderwanych od pracy przy komputerze.
Ba³am siê tylko nied¼wiedzia i ¿mij. Czy kto¶ widzia³ w tym roku nied¼wiedzia lub ¿mije? Strach przed nimi trochê mnie parali¿uje....
Ale te widoki??? szum strumieni, ¶wie¿a zieleñ, kaczeñce, ile ich by³o? Tego siê nie spotyka nigdzie...Kiedy¶ je¿dzili¶my w Pieniny (Kro¶cienko n/Dunajcem, Sromowce...). W tym roku te¿ tam zajechali¶my w drodze powrotnej do domu, ale po Bieszczadach, to ju¿ nie by³o to...Poszli¶my na Okr±glicê o Sokolicê, ale gdzie te przestrzenie??? co z Tarnicy?
Dopiero minêlo parê dobrych dni od naszego powrotu do domu, a my juz têsknimy..
Bo¿enko, ta têsknota to ju¿ bêdzie nieuleczalna. Chorujê na ni± od 1986 r. (1-szy pobyt w Bieszczadach). Aby choroba mia³a przebieg ³agodny i nie wyniszczy³a organizmu, panaceum jest jedno: je¼dziæ w Bieszczady co najmniej raz w roku, na minimum 2 tygodnie.
Bo¿enko, witaj w klubie chorych nieuleczalnie na "bieszczady sp.'
Na tym forum s± prawie wszyscy uzale¿nieni od tej przypad³o¶ci, jest ona zara¼liwa ale nie szkodliwa dla otoczenia, a kwarantannê nale¿y przechodziæ tylko w Bieszczadach.
pozdroowka
marekm
Ale bieszczdzkiego czytania!
Szaszka, prze³adnie Tobie wysz³a konna opowie¶æ. Widaæ, ¿e przy pomocy mê¿czyzny :) ( to taki bieszczadzki ¿art oczywi¶cie);(no i pozdrowienia dla Niego, jakkolwiek na imiê ma). Dziêki Tobie, Szaszko, chyba zacznê zbieraæ te "i to jakie" pieni±dze, by prze¿yæ choc jedn± przygodê na po³oninach w siodle...A stokówkê nad "Zrubovisczem" z Waszych opowie¶ci (znaczy Szaszki i Oleñki, do której opowiadania zaraz ustosunkowaæ siê sobie pozwolê) znam ju¿ tak dobrze, ¿e ¿aden b³±dzoñ, czy duchy bandy Weso³oha (szczo sia tam potwory³o), nie bêd± mi w stanie, nawet w ¶rodku nocy bezgwiezdnej, drogi zmyliæ. I nawet szabelka mi nie bêdzie potrzebna, bo do kompanii czada jakowego¶ zaci±gn±æ siê postaram (mo¿e mego przyjaciela w³ochatego z Komañczy), a jak siê nie uda, to zawsze biesim dialektem jako¶ siê z czartami rozmówiê. Najbardziej z Szaszkowej opowie¶ci chwycilo mnie za serce owo niesamowite niebo nad po³oninami, które ratunek dla czwórki zagubionych przepowiedzia³o (i skojarzenie w³a¶nie siê w mej bieszczadzkiej pamiêci pojawi³o, które mo¿e jako moj± opowie¶æ za chwilê zamieszczê).
Sta³y Bywalec zu¿ycie baterii w latarce jak zwykle zwala na kogo¶ (dobrze, ¿e nie na biednego szwagra, który ju¿ i tak musi tyle siê po¶wiêcaæ dla naszego Bywalca J) Ale przyjemnie siê czyta, jak zwykle, o powrocie nocnym do Rajskiego, czy mo¿e raczej Ralskiego (przepiêkne s± tamtejsze zakola Sanu o pó³nocy i tako¿ w samo po³udnie).
Aleksandrze wreszcie siê udalo co¶ sk³adnie i ³adnie napisaæ...(nie, Oleñko, to równie¿ ¿artowanie po bieszczadzku; ka¿dy bowiem zdaje sobie sprawê, ¿e ju¿ Twa sygnatura jest gwarancj± przyjemnej lektury, do Bieszczadzi prze¶licznie nawi±zuj±cej.) Ech, jak mi³o by³o by móc „przyzwoicie” wej¶æ na Rabi± w Twoim i Twych druhów (i druhen) towarzystwie... A o przyczynie „dnia dziecka” opowiedz nam jak najszybciej, nie ka¿ czekaæ spragnionym bieszczadzkich gawêd i bajañ!
#
Le¿y pod po³onin± miejscowo¶æ zwana Wetlina. Ci±gnie siê ona wzd³u¿ potoku o nazwie tej samej, któr± owa, znana ka¿demu bieszczadnikowi i opisywana na ³amach forum bez przerwy osada, nosi. Do rzeki Wetliny wpada tu¿ za miejscowo¶ci± Wetlin± (w stronê Berehów siê kieruj±c) Górna Solinka – potok w dolnym swym biegu rw±cy i burzliwy. Tuz przy spotkaniu obu potoków, w miejscu gdzie tory kolejki bieszczadzkiej, biegn±ce do Moczarnego, przecinaj± starym i cicho zaro¶niêtym mostem Górn± Solinê, w miejscu, z którego piekny widok na strome, po³udniowe stoki Po³oniny Wetliñskiej ka¿e zatrzymaæ siê na sobie ka¿dej parze oczu, w miejscu, które mieszkañcy Wetliny jeszcze nie nazywaj± Zabrodziem, przysz³o mi spêdziæ jedn± sierpniowa noc zesz³ego lata, w towarzystwie brata mojego rodzonego, i przepiêknej rusa³ki (bez wianka, je¶li by Kto¶ chcia³ zapytaæ), dla której owa noc okaza³a siê byæ pierwsz± w Jej ¿yciu noc± na Bieszczadzi spêdzon±. I nic nie powinno byæ nadzwyczajnego w fakcie, ¿e w³a¶nie tam owej nocy nie przespali¶my, a nie gdzie indziej, a jednak, dla nas, by³o... Zaczê³o siê owo nadzwyczajne od ¿±dania naszej Pani, która poinformowa³a nas o swym zamiarze, by wieczór spêdziæ przy ogniu, z którego mocy magicznej nabraæ by mog³a si³y na zwiedzanie nieznanych Jej dotychczas zak±tków ¶wiata. Trudne to by³o zadanie do spe³nienia, gdy¿ by³ to okres deszczów, które w ca³ej Polsce powodzie powodowa³y i w Bieszczadach ca³e drewno, które mog³oby siê nadawaæ do rozpalenia watry, w³a¶nie w tym czasie do tego siê nie nadawa³o. Ale znaj± niektórzy zapa³, jaki ogarnia mêzczyznê, gdy pokazaæ trzeba przed dziewczêciem o piêknym licu, ¿e godny on jest bycia nazywanym nastêpc± Adama.. Rozpalili¶my wiêc, modl±c siê jednocze¶nie, by naszego wysilku nie zniweczy³a nawa³nica jakowa¶, jedna z takich, które w owych dniach nad Bieszczadami hula³y. Nie, takiego magicznego ognia ¿adna moc nie by³a by w stanie zagasiæ. Jak siê okaza³o chmarnik jakowy¶ czuwaæ nad nami musia³, gdy¿ ca³y Padó³ £ez zalany tamtej nocy zosta³ przez lej±cy siê z nieba wodospad, a nasz zak±tek przez ca³± noc ani jednej kropli deszczu nie poczu³, pozwalaj±c nam nuciæ melodie bliskie naszemu sercu, odgrzebywaæ przy ¶wietle ogniska stare bieszczadzkie wspomnienia, snuæ legendy i bajki o czadach i biesach, i wpatrywaæ siê w rozpromienion± twarzyczkê piêknego Anio³a (ju¿ wówczas bieszczadzkiego). Ale to nie koniec niespodzianek, które podarowa³a nam przyroda. Oko³o drugiej godziny zaczarowany podmuch uczyni³ w piêtrz±cych siê dotychczas nad naszymi g³owami cumulonimbusach prze³om ogromny, ods³aniaj±c konstelacjê byka w jej ca³ej krasie. Na widok ów ruszyli¶my do tañca i do samego rana, na deskach starego wozu, potupywali¶my rado¶nie w rytm tatanki, za co ca³usy od naszej Damy otrzymali¶my i w dalsz± wêdrowkê bieszczadzk± z ochot± ruszyli¶my.
To pisal duszewoj, k³aniaj±cy siê wszystkim bieszczadziankom i bieszczadziakom. Hej.
...Dzieñ przywita³ nas pochmurnym niebem i zapewnieniem, ¿e nie bêdzie padaæ.
Postanawiamy pój¶æ szlakiem wsi, po których ¶lad pozosta³ tylko na mapie i w przewodniku Stanis³awa K³osa. PKS-em jedziemy do Do³¿ycy -Skrzy¿owanie a dalej pieszo drog± na Buk .
Idziemy w milczeniu, ka¿dy z nas zajêty swoimi my¶lami Otaczaj±ce nas z prawej zbocza Falowej i Kotylnicy, a z lewej Jamy, przestrzeñ i cisza, która wype³nia nas wko³o, sprzyjaj± rozmy¶laniom. Mijamy zabudowania Buka, zatrzymuj±c siê od czasu do czasu aby zaobserwowaæ budz±c± siê w³a¶nie przyrodê do ¿ycie z zimowego snu. Sielankê t± przerywa nam zaobserwowany w³a¶nie ruch na niebie, które w miêdzy czasie wypogodzi³o siê. Lornetki wêdruj± do oczu, my zastygamy w bezruchu. Nad nami majestatycznie szybuje w swoim locie patrolowym nad swoim królestwem orze³ przedni. I gdy mieli¶my zamiar ruszyæ dalej, on w³a¶nie postanowi³ przysi±¶æ na upatrzonym przez siebie punkcie obserwacyjnym , umiejscowionym na ³±ce po lewej stronie drogi. Siedzia³ dumny, dostojny patrz±c na nas a my na niego. Rozgl±da³ siê wko³o, jakby sprawdzaj±c czy wszystko jest na swoim miejscu.
Poprawi³ swe królewskie lotki, raz jeszcze zlustrowa³ przestrzeñ wokó³ siebie i poderwa³ siê do lotu. Rozk³adaj±c skrzyd³a, sta³ siê w tym momencie jakby wiêkszy, majestatycznie , acz z pewnym trudem pocz±³ przecinaæ powietrze p³ynnymi ruchami, unosz±c siê do góry.
Trwa³o to chwilê i nie mia³em w±tpliwo¶ci, patrz±c na niego, kto tu jest go¶ciem a kto panem tej krainy.
Och! chwilo ulotna czym ¿e Ty jeste¶ skoro tak mocno zapadasz w pamiêæ?
A my idziemy dalej....
AD1984 kwiecieñ\maj
Dzieñ dziecka w górach mo¿e mieæ ró¿ne przyczyny: b±belki, mokre ciuchy , silny ból g³owy etc.
Jednak ten , o którym chcia³abym wam opowiedzieæ mia³ swe przyczyny czysto „towarzyskie”. Nawet zastanawiam siê, czy aby na pewno Wam to opisywaæ....Co tu ukrywaæ, mia³am wtedy okazje poczuæ jak czuje siê „stonka” w oczach wytrawnych Bieszczadników. Gdy to wspominam ma³y rumieniec zawstydzenia wyp³ywa, ale có¿....
Têsknotê za tym „innym ¶wiatem” znacie. Gdy ma siê przyjació³ w ró¿nych czê¶ciach Polski, to spotkanie z nimi jest równie têsknie wyczekiwane. Tym bardziej, i¿ mamy razem jechaæ Tam...Po drodze przystanek: Krosno – tam najczê¶ciej zje¿d¿amy siê , aby razem pojechaæ dalej. Zreszt± tam te¿ s± nasi bliscy przyjaciele.
Tym razem, jedziemy na ca³onocny koncert „Noc chwa³y” / organizowany w³a¶nie przez nich/...
Ale po kolei: najpierw poci±g Warszawa – Zagórz, stacja pierwsza wsiadamy my, Radom – wsiada Rafa³ z Justyn±, Skar¿ysko Kam. – wsiadaj± nastêpni, Stalowa Wola – niespodzianka miejscowi znajomi + Lublinianie... i oczywi¶cie Polaków nocne rozmowy. Do Krosna uda³o nam siê „trochê porozmawiaæ”, nastêpnie idziemy do OTD . Ale o spaniu nie ma co marzyæ, ca³e oratorium zape³nione uczestnikami warsztatów muzycznych i zaproszonymi go¶æmi.
- Dobrze, ¿e jeste¶cie brakuje nam ludzi do opanowania towarzystwa, pomo¿ecie?
- Pomo¿emy.
Pakuj± nas do busa i wywo¿± do wynajêtego domu, gdzie mamy przyjmowaæ i zadbaæ o pozosta³ych muzyków.
Ca³y dzieñ zlecia³ szybko, koncert od 18.00, dy¿ury... taniec, ¶piew, ksiê¿yc i te cudne gwiazdy, co ju¿ w Kro¶nie b³yszcz± na niebie „bosko”...zabawa do czwartej nad ranem, teraz trzeba niektórych odprowadziæ na dworzec, nie wszystkim s± dane jeszcze Bieszczady na tydzieñ.
Siódma – najwy¿szy czas i¶æ spaæ, muzycy ¶pi±...wiêc mo¿e tak po 36-ciu godzinach wreszcie...a tu jeden prysznic...
O 8.30 przyjecha³ Marek zabraæ nas do OTD. ¦niadanie, Msza ¶w., i koncert na nie rozkopanym jeszcze rynku kro¶nieñskim...taka powtórka. Wstawiony makaron na 15.30.
O drugiej „z hakiem” wiadomo, ¿e busa na razie nie dostaniemy, bowiem trzeba dalej rozwoziæ sprzêt i muzyków. W polonezie zmieszcz± siê same baga¿e, ok.
Ostatni PKS z Krosna do Ustrzyk Górnych za 30 min.
- no to biegiem, pó³surowy makaron wci±gamy, jakie¶ dokumenty, baga¿ podrêczny...i to co nie powinno rozwaliæ siê wrzucone w samochód. Zd±¿yli¶my!
II
W autobusie pogaduszki, wra¿enia: jak tam by³o na warsztatach....
Spaæ siê w³a¶nie odechcia³o... kto¶ ma zdjêcia...
W Ustrzykach byli¶my po 20-tej. Wrzesieñ, wiec busów ju¿ nie ma. ¦wietnie, a my przecie¿ umówieni w Wetlinie. Ale przewidzieli¶my to /haaa ha/ , dlatego te¿ idziemy na piechotê. Przyjedzie, zostawi baga¿e i ruszy po nas...Ruszyli¶my, ale co to by³ za pokaz:
III - NIEDZIELNI TURY¦CI:
*2 gitary
*reklamówka z 1kg. Cukru, 0,5 kg. Kawy, margaryn±, paczk± cukierków i chyba by³ jaki¶ chleb, ale ju¿ nie pamiêtam
*na sze¶æ osób, dwie nie maj± kurtek / a w³a¶nie zacze³o padaæ/.
*dwie pary miejskich butów na wysokiej podeszwie
*torebeczka na ramie
Jak wam siê podoba? Najlepsze, ¿e nadal nie zorientowali¶my siê w naszych brakach. Pada, ciemno, zimno i oczywi¶cie nic nie jedzie...szybko nasz radosny nastrój zamieni³ siê w zaci¶niête zêby niektórych. „Miejskie buty” poobciera³y sobie nogi. „Same swetry” przemoczone...tylko na gitary wszyscy chuchaj± i dmuchaj±.
Kilometr przed Prze³êcz± Wy¿niañsk± peleton stan± i cisza zrobi³a siê namacalna. Gnaæ ich dalej nie mia³am sumienia, pozosta³o zaproponowaæ schr. Pod Rawkami. Na wiadomo¶æ, ¿e co¶ tu niedaleko jest ruszyli...poczekaj± w schronisku /a kto¶ zejdzie i poczeka na dole na naszego drogiego kierowcê i duchowego opiekuna/. Gdy weszli¶my do schroniska i zobaczy³am spojrzeniaaaaa...., dotar³o do mnie jak wygl±damy. Nikt oczywi¶cie nie uwierzy³, ¿e idziemy z Ustrzyk. Niedzielni tury¶ci zgubili siê i tak dobrze, ¿e zeszli...Mowy nie by³o o wypuszczeniu na dó³, aby poczekaæ na... do¶æ gwa³townie zosta³am zawrócona z drogi.
Nie dziwie siê wcale, gdybym sama zobaczy³a taka bandê nie pu¶ci³abym ich nigdzie. Jeszcze przez dwa lata pó¼niej wstydzi³am siê tam pokazywaæ, nawet je¿eliby mnie by nikt nie pozna³.
Mieli¶my jeszcze dwie pary kapci, 1 szczoteczkê do zêbów i 2 pasty, 1 malutki rêcznik, 2 kubki, drug± kawê, ca³a masê niepotrzebnych rzeczy...
Nie raz ¶miejemy siê z tego, choæ nie bardzo mog± mi wybaczyæ, ¿e obudzi³am ich bladym ¶witem, aby pognaæ do Wetliny. Autobus rany nie chodzi³, bo to ju¿ po sezonie...tak tez zosta³y nogi, czym¿e by³by bez nich ¶wiat. Ale z nastaniem s³onecznych promieni czady wziê³y w nas we swe w³adanie...i samochody zaczê³y zatrzymywaæ siê same. Kontuzjowani dojechali szybko, reszta pojawi³a siê z czasem i kierowca nadjecha³ z porannego poszukiwania, zapomnia³ /ciekawe/o chacie pod Rawkami...Po takim pocz±tku ca³y wyjazd obfitowa³ w ciekawe momenty...a has³em by³o; brak snu to brak ¶wiadomo¶ci – nie przemêczaæ materia³u!
Jakie ró¿ne mog± byæ sposoby docierania w Bieszczady, Têsknota goni, obowi±zki trzymaj±, dobrze chocia¿, ¿e mo¿na powspominaæ , gdy nowych prze¿yæ brak. Na nowe opowie¶ci /duszewoju zaprzyja¼niony z chmarnikami/ trzeba jeszcze poczekaæ.... kto pierwszy pokona magistersk± obronê, ten zacznie zapewne snuæ historie od pocz±tku. A tam niebo gwia¿dziste...czy kto¶ jedzie TAM mo¿e na najbli¿szy, kolejny d³ugi weekend?
POZDRAWIAM BIESZCZADZKIE DUSZE, BUZIAKI ¦LÊ TAK¯E.
A jak co poniektórzy bêd± sobie ¿artowali o moim pisaniu, to nie napisze juz nic i koniec....powiedziala Ola i posz³a spaæ.
Dziêki, Ola!
Alem siê u¶mia³ porannie nad Tw± przepiêkn± przygod± z "brakiem snu i ¶wiadomo¶ci; bo materia³u nie nale¿y przemêczaæ..." £adnie oczy musieli Tomki pod Rawkami wyba³uszaæ :) na nocne obcasów stukanie... A kto rano wstaje - zjada najt³ustrzego robaczka. Jam dzi¶ wcze¶niej oczy przetar³, by przed obowi±zkami zd±¿yæ sprawdziæ, czy nie czeka jaka¶ niespodzianka i siê cieszê, bo Twe u¶miechniête s³owa do mnie po bieszczadzku zastuka³y. I juz sam nie wiem, czy czujê siê jak orze³, czy jak marekm jego cicho obserwujacy...Sciskam-
duszewoj
Olu, wcale nie musisz wstydziæ siê za swoje towarzystwo. To nie by³a ¿adna stonka, lecz ... cyganeria (a to zasadnicza ró¿nica !!!).
Twoje opowiadanie jest doskona³e. Bardzo lubiê takich w³ócz±cych siê artystów. Sam, niestety, nie mam talentu wokalnego. Poza tym znany mi jest tzw. "organizacyjny ba³agan", przeradzaj±cy siê w "twórczy nie³ad". My¶lê, ¿e Twoje opowiadanie spodoba³o siê nie tylko hr. Duschewoyowi i mnie.
Natomiast co do stonki, to dam Ci krótki jej przyk³ad (wrêcz modelowy). Parê lat temu (dwa lub trzy) na parkingu w Bukowcu (tym na drodze do Sianek) zatrzyma³ siê samochód (mercedes) chyba z warszawsk± rejestracj±. By³y w nim 2 pary. Dorobkiewicze w 1-szym pokoleniu, ok. 40-tki. Ludzie ci, zamiast byæ odurzeni miejscem, w którym dziêki ³askawo¶ci Najwy¿szego siê znale¼li, byli tym miescem zdegustowani, wrêcz oburzeni. "A co¿ to za pustkowie, ¿adnego kiosku, ³adny mi parking ! " Grzecznie spyta³em, w jakim celu tu przyjechali. "Bo to jest parking oznaczony w atlasie samochodowym, proszê pana !". Dalej nast±pi³y narzekania na restauracjê hotelow± w Mucznem, ¿e za pó¼no jest otwierana (wtedy chyba dopiero od godz. 17 -tej, by³ to zwyk³y dzieñ wrze¶niowy). Mnie i kumpla szlak powoli trafia³, ale pohamowali¶my siê i (na razie) milczeli¶my. Byli¶my tam sami, tylko my i ta stonka. Nastêpnie stonka wypi³a jaki¶ napój typu Hoop, a butelkê plastikow± po prostu, ot tak sobie, wyrzuci³a. Tu ju¿ nie wytrzyma³em i zwróci³em uwagê. Stanowczo, ale grzecznie, be¿ ¿adnych obra¼liwych s³ów. Nie odpowiedziano mi, ale us³ysza³em o mnie ciche , raczej z³owrogie, komentarze. "Zaraz mu przy...". "Zdzisiu, daj spokój, co siê bêdziesz szarpa³, przyjecha³e¶ tu odpocz±æ".
My z koleg± mieli¶my wtedy dylemat. W³a¶nie szykowali¶my siê do ca³odziennej wêdrówki, zmieniali¶my buty na "bieszczadzkie", pakowali¶my niezbêdne wiktua³y, itd. Jak tu odej¶æ, zostawiaj±c samochód przy tej ho³ocie ? Wtedy wpadli¶my na pomys³. Niby ca³y czas szykuj±c siê do wêdrówki, krêc±c siê paracowicie przy otwartym baga¿niku, zdjêli¶my kurtki i wtedy mo¿na by³o bez trudu dostrzec, co nam dynda w operacyjnych kaburach pod pachami. Stonka ewakuowa³a siê b³yskawicznie, niszcz±c mercedesa przy nadmiernej prêdko¶ci na wybojach (znacie tê drogê). Zakablowali nas za to w Tarnawie Ni¿nej (podali te¿ numer rejestracyjny naszego samochodu), gdy¿ wieczorem, w drodze powrotnej, otoczyli nas panowie z SG. Dali¶my siê grzecznie wylegitymowaæ, okazali¶my pozwolenia i wszystko by³o okay. Dowódca patrolu, ¶miej±c siê, opowiedzia³, ¿e tamto towarzystwo widzia³o w nas bandytów i przemytników razem wziêtych.
Drodzy Panowie,
Bóg Wam zap³aæ za dobre s³owa!
Duszewoju, Tomki rzeczywi¶cie mieli "wielkie" oczy, jednak muszê zwróciæ honor moim przyjacio³om: oby³o siê bez obcasów, jedynie p³askie 10 centymetrowe podeszwy.
Sta³y Bywalcu, Twój konkursowy gest mnie zaskoczy³, a reszta niech bêdzie milczeniem. Nie obawiaj siê braków wokalnych, ja jedynie rado¶nie fa³szuje, a moja droga cyganeria /jak to ich ³adnie okre¶li³e¶/ jest bardzo wyrozumia³a w tym wzglêdzie i potrawi doceniæ dobre chêci.
Drogie Towarzystwo, co z dalszymi opowie¶ciami? :D
Czytam te Wasze opowie¶ci, a serce têsknota mi ¶ciska niemi³osiernie. Ju¿ poczu³am te zapachy bieszczadzkie, zobaczy³am to rozgwie¿d¿one niebo, którego nigdzie indziej znale¿æ nie potrafiê, i poczu³am ju¿ prawie to zmêczenie w nogach, dla którego rok w rok (siedem lat z rzêdu) je¼dzi³am tn±c Polskê po przek±tnej (ze ¦winouj¶cia w Bieszczady) z garstk± mi podobnych... Pozdrawiam Was serdecznie - AniaW (kiedy¶ zara¿ona, podobnie jak Wy, mi³o¶ci± do tych miejsc, tych ludzi i klimatów, których nie mo¿na zapomnieæ)