ďťż

Bertranda spotkanie z Manitou. Nowa letnia gawęda przy ognisku.

bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...

W Poznaniu jest zimno, paskudnie zimno. Właśnie się rozgrzałem naleweczką z derenia. Jest dobrze…Zbliża się Wigilijna Noc. Niedługo zwierzęta przemówią. Zanim to nastąpi postanowiłem Was zaprosić do nowego ogniska i sam przemówić, a raczej poklikać. Tak naprawdę to dopiero drwa do tego ogniska zbieram pod śniegiem. Nie wiem na jak długo chrustu mi starczy, ale myślę, że jak zaczynam przed Świętami, to skończę również przed Świętami…tylko, że Wielkanocnymi. Latem byłem trzy tygodnie w Bieszczadzie i mam zamiar o tym opowiedzieć. Najbardziej z tego pobytu utkwiło mi spotkanie w ‼realu” z samym Manitou. Do tego jednak dojdę w swojej gawędzie w odpowiednim czasie. Będzie ona miała długie przerwy. Wybaczcie mi to.

Pozdrawiam i... cierpliwości życzę


To ja się przysiadam :razz:!
Mam nadzieję, że ze zdrowiem już lepiej!
Fajnie, a jednak odwilż idzie, ociepla się.
Już -13 u mnie "na polu", ognisko wzniecone...
Zajmę więc swoje miejsce, nieco z dala lecz ogień i tu mnie dopadnie ;)

Nie wiem na jak długo chrustu mi starczy, ale myślę, że jak zaczynam przed Świętami, to skończę również przed Świętami…tylko, że Wielkanocnymi. O! I to jest to co u Bertranda lubimy.

Będzie ona miała długie przerwy. Wybaczcie mi to. A to już mniej, ale wybaczamy. ;)


Bertrandzie, sam w swoich kaflowych piecach palę drewnem. Dogrzebałem się już do szczątek drewnianego płotu, który ogradzał kiedyś moje królestwo. Ech, jakie ogniska z tego płotu u mnie były. Ofiarowuję Ci zatem kilka sztachet. Piwo kupione, rzecz jasna Czarny Specjal. Ale i jakieś Tyskie może się znajdzie. Myślę. że już nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zaczynał.W imię Boże!
...Bertrand pisz śmiało bo tu widzę ciśnienie ludziom mało głów nie pourywa!
Dzień 0.

Po pracy wracam do domu i próbuję zapakować bagaże do mojej małej Srebrnej Strzały. Bagażnik ona ma mały, oj mały! Jedziemy tylko z Renatką, ale nie udało się wszystkiego upchać z w bagażniku. Trudno. Reszta zostaje na tylnym siedzeniu. Szkoda, że karawan musi zostać…Wracam do domu i kładę się spać. Po kilku godzinach snu wypijam kawę i w drogę. Jest godzina 23:00. Tym razem testuję drogę z Poznania przez Kalisz, Piotrków, Kielce, Tarnów, Jasło, Duklę. Jedziemy do Komańczy. Dlaczego akurat tam? Myślę, że niedługo długi to wyjaśni. Znaczną część drogi Renatka pokonuje w objęciach Morfeusza. Nie spieszę się, jadę baaardzo ekonomicznie. Niedaleko Tarnowa Renatka się obudziła. Wypijamy okropną kawę na stacji benzynowej i jedziemy dalej. W Jaśle zawsze skręcałem w lewo, jednak tym razem było inaczej. Pojechałem w prawo. Przez Nowy Żmigród do Dukli. Droga wąska, ale całkowicie pusta. Nie wiem, czy zawsze taka jest, czy jest to efektem wczesnej pory? ...



Pojechałem w prawo. Przez Nowy Żmigród do Dukli. Droga wąska, ale całkowicie pusta. Nie wiem, czy zawsze taka jest, czy jest to efektem wczesnej pory? ...
Niespotkałem się tam z dużym ruchem. Najczęściej pustawo.

Słuchamy dalej ;)

Droga wąska, ale całkowicie pusta. Nie wiem, czy zawsze taka jest, czy jest to efektem wczesnej pory? ... Poza szczytem jest "normalna",ale jak trafisz na marudę to się wleczesz bo na niej niespecjalnie jest gdzie wyprzedzać.W szczycie to masakra.Do tego nie jest ładna,ja ją skrzętnie omijam.

Poza szczytem jest "normalna",ale jak trafisz na marudę to się wleczesz bo na niej niespecjalnie jest gdzie wyprzedzać..... Już poszerzyli , pobocza zrobili i nowy asfalt , od Dukli do Żmigrodu.(nie wiem czy już do samego Żmigrodu , ale spory kawałek już zrobili)
Browarku , nie ma tak żle ...po rowie i do przodu.
Sory Bertrandzie za "zaśmiecanie" , ale to w oczekiwaniu "atmosferę podkręcamy"
Żadne sorry Januszu. Przy ognisku też się rozmawia, a jak Browar się znajdzie, albo jeszcze coś mocniejszego to jest to. ;)
Pozdrawiam
Przy tej drodze jest po lewej stronie wielce interesujący cmentarz - zupełnie jak nie z tych rejonów (fot)
Jak się nazywa najbliższa miejscowość ? ...Gorzyce ?
.
To Bertrandzie nie tyle dla zaśmiecania ile dla pilnego czytania ze wszystkimi szczegółami, cobyś nie myślał sobie ze tylko tak po łebkach wpatrujemy się w ognisko.
Ale przywaliłem,to co napisałem dotyczyło trasy Jasło-N.Żmigród.Od N.Żmigrodu do Dukli jest jedna z najpiękniejszych tras w PL,zupełnie jej mój marudny wpis nie tyczy ;)

Od N.Żmigrodu do Dukli jest jedna z najpiękniejszych tras w PL To odcinek mojej trasy dojazdowej w Bieszczady. Właściwie od Pcimia zacząwszy trudno skupić się na prowadzeniu autka ponieważ widoki powalają.
Bertrand, namawiam Cię na tą trasę w całości.
A tak w ogóle to za Nowym Żmigrodem w kierunku Dukli jest górka i niech Was nie kusi (tych, którzy nie wiedzą) prosta za nią. Tam jest taka mała zatoczka, która nie jest dobrze widoczna z góry i często można tam zgubić trochę pieniędzy ;)
Dziękuję za ostrzeżenie :grin:

Dzień 1

Kiedy z drogi międzynarodowej skręciłem w lewo poczułem, że zaczęły się wakacje. Zatrzymałem Srebrną Strzałę w dogodnym ku temu miejscu i zarządziłem śniadanie. Chleb jeszcze poznański, ale zieleń, trawa, las i słońce już Beskidu Niskiego. Po śniadaniu ruszamy na ostatni etap podróży. Jest to podróż jakby sentymentalna. Ile to już razy przemierzaliśmy tą drogę? Zaczynamy wspominać. Pamiętasz, jak w tym sklepie kiedyś z kuzynem flaszki kupowaliśmy? Jakbyśmy ich na Słowacji nie mogli kupić…A pamiętasz jak tą betonową drogą wyjechałam po Ciebie, kiedy z jakiś Polan wracałeś. Nie z jakiś tylko z Surowiczych. Uśmiech na twarzy, bo przypomniałem sobie minę gostka w terenówce, kiedy zobaczył mój karawan wyjeżdżający z tej drogi. A tutaj jechaliśmy, a potem szliśmy do pomnika Wopistów, którego nie znalazłem…O a tą droga leśniczy pozwolił nam jechać pomimo zakazu. Tak jadąc powoli zbliżaliśmy się do celu podróży. A tu po lewej stronie znalazłem w krzakach kamienną chrzcielnicę z jakiejś cerkwi.. Jechałem powoli z jeszcze jednego powodu. Nie chciałem zbyt wcześnie zajechać na kwaterę. W końcu jest Komańcza. Podjeżdżam na kwaterę. Na placu przed domem nie ma samochodów. Wygląda na to, że będziemy sami. Jest godzina 9:30. Matka gospodyni prowadzi nas na pokoje. Kwaterę już znamy z pobytu lipcowego /relacji nie było/. Lubię wcześniej obejrzeć kwaterę. Raz bym nieźle się wpakował właśnie w Komańczy. Na kwaterze Renatka szybko nas rozpakowała, a ja robiłem kawę. Niepokoiło mnie tylko bardzo niskie ciśnienie wody w kranie. Przebraliśmy się w stroje organizacyjne /wielu z Was nas w nich widziało/ i wyruszyliśmy na pierwszą wycieczkę. /grubyszymanek2, też Pyrus napisał w swojej relacji, że po nocnej podróży dzień jest stracony. Ja się z tym nie zgadzam, ale każdy inaczej odczuwa trudy podróży/. Pogoda jest super. Godzina 10:30 i zaczyna doskwierać upał...
Schodzimy w dół i skręcamy w prawo. Idziemy wzdłuż Barbarki. Podchodzimy do budowli, która oficjalnie miała być świetlicą, ale stała się obiektem sakralnym. Z daleka widać, że prowadzone są jakieś prace remontowe na dachu. Dobrze, że gospodarz tego obiektu dba o niego. Mijamy cerkiew greckokatolicką i idziemy dalej prosto. Chcemy zobaczyć jak postępują prace przy odbudowie cerkwi prawosławnej. Po drodze z dołu obserwujemy domki, w których mieszkaliśmy w roku ubiegłym. Są zajęte. Cerkiew prawosławna jest odbudowywana, ale od naszej wizyty w lipcu niewiele się chyba zmieniło. Wchodzimy na pobliski cmentarz. Jestem lekko zaskoczony. Na moje oko około 80% nagrobków jest opisana cyrylicą. Nie potrafię tego zrozumieć. Są stare groby, są nagrobki odnowione i są nowe groby. Po zwiedzeniu cmentarza idziemy dalej. W planie mam przejście ścieżka przyrodniczo-historycznej po Komańczy i okolicy. Opis tej ścieżki jest tutaj http://www.twojebieszczady.pl/komancza%20-%20pliki/sciezka1.php Powiem tylko tak: kto tej ścieżki nie przeszedł, to gorąco do tego zachęcam. Na początku jest kiepsko oznakowana. Z cmentarza nie ma dobrego oznakowania, ale trzeba śmiało przez łąki iść do góry. Po dotarciu do punktu widokowego mam mieszane uczucia. Kiedyś dyskutowałem na ten temat na Dwerniku Kamieniu z leśniczym. Ustawia się kosze na śmieci, a potem nikt tych koszy nie opróżnia. Kuźwa ile tam śmieci się walało. Nie mam w tej chwili na myśli Dwernika Kamienia. Jeżeli ta ścieżka jest pod opieką Urzędu gminy w Komańczy, to opieka ta jest do dupy. Przepraszam za ostre słowo, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Moim karawanem bym tam podjechał, więc można tam posprzątać. Nie wiem, czy Pan to czyta Panie Wójcie, ale powinien się Pan wstydzić. Zbliża się południe jest upał. Powiem więcej jest cholerny upał, a ja jak nowicjusz nie zabrałem ze sobą nic do picia. Renatka znosi to jeszcze spokojnie. Ścieżka prowadzi przez las, łąki, polany. W kocu dochodzimy do drogi asfaltowej. Znaczy się jesteśmy niedaleko Klasztoru i Schroniska. Śmiało skręcam w lewo. Jest pora obiadowa, więc tarza sprawdzić, czy szef kuchni w schronisku serwuje tak samo dobre potrawy jak w ubiegłym roku. Po wejściu do schroniska w d… dużym poważaniu mam jakość potraw. Ważne, że Żywca tam serwują. Renatka też z tego się cieszy….
Pojedli, popili. A jak człek najedzony jest, to mu się spać chce. Jednogłośnie ustaliliśmy, że dalsza część ścieżki przyrodniczo-historycznej musi na nas poczekać. Po prostu nie chce nam się już chodzić. W końcu mamy za sobą całonocną jazdę. Wychodzimy ze schroniska i podążamy w dół. W pewnym momencie widzę strzałkę wskazującą drogę do figury Matki Boskiej. Nie jestem aż tak zmęczony żeby tam nie podejść. Figura jak figura, ot cały jej opis. Dalej ścieżka prowadzi w dół. Prowadzi ona tuż obok cmentarza z czasów I Wojny Światowej. Obok tego cmentarza są pozostałości jakiejś kładki. Jej zdjęcie zmieściłem jako swoją zagadkę, której nikt nie odgadł /w momencie pisania została odgadnięta/. W końcu wyszliśmy na szosę. Szosą w prawo do spożywczego. Robię tam zakupy. Bardzo głośno wyraziłem w nim swoje niezadowolenie, że musze kupić w nim cały chleb. Nie ma takiej opcji, żeby kupić pół chleba. Nikt mi nie odpowiedział na moje pytanie, dlaczego zmusza się w tym sklepie klientów do wyrzucania chleba. Dla nas cały chleb to za dużo. Sklepowe nie chciały pojąć, ze ktoś potrzebuje mniej niż cały chleb. W pewnym momencie podszedł do mnie bardzo chwiejnym krokiem miejscowy obywatel. Bardzo grzecznie zaproponował, że może nas uwolnić od połowy chleba, bo on tyle właśnie potrzebuje. Robi grilla, kupił kaszankę i potrzebuje chleb. No to dostał. Ponieważ szliśmy w tym samym kierunku poszliśmy razem, z tym, że my szliśmy prosto. Podczas wspólnej wędrówki dowiedzieliśmy się, że ów obywatel to emerytowany żołnierz jest. Przedstawił się grzecznie z imienia, my też to uczyniliśmy. Imię jego pamiętam, ale nie jest ono w tej chwili istotne. Chwalił się ciągle swoją emeryturą i młodym wyglądem. W pewnym momencie zatrzymał się i nas, otwarł paszczę pokazując całe swoje uzębienie. Kiedy zamknął gębę stwierdził: wszystkie zęby są moje i zapytał to jak myślicie ile mam lat? Nas przymurowało. I tak doszliśmy do miejsca jego zamieszkania. Wtedy nas zaprosił na grilla. Stwierdził, że on kaszanki nie lubi, to my ją zjemy, a my mamy przecież kupioną w sklepie kiełbasę. Gdybym był sam pewnie bym skorzystał z tak zmyślnego zaproszenia. Niestety Renatka nie wyraziła ochoty na kaszankę z grilla. Grzecznie się pożegnaliśmy i poszliśmy na kwaterę. Na kwaterze szok. Wody w kranie nie ma. Na moją energiczną interwencję u gospodyni woda się pojawiła. Niestety żeby się opłukać musiałem klęknąć w kabinie prysznicowej, bo ciśnienie było tak wielkie, że na wysokość mojej głowy woda nie docierała. Oznajmiłem gospodarzom, że jestem zbyt zmęczony żeby szukać innej kwatery bogatej w bieżącą wodę, ale jutro chyba to zrobię. Usłyszałem, ze jutro woda będzie. Umyci i zmęczeni szybko zasnęliśmy….
Dzień 2

Wstajemy późno. Bez śniadania idziemy do kościoła. Niedziela jest. Idziemy pod parasolem. Są tacy, co w Bieszczad parasol zabierają. J. W kościele tłoczno i duszno. Wszyscy chcą być pod dachem, a budowla jest niewielka. Po Mszy Św. już nie pada. Wracamy na śniadanie i czekamy. Czekamy na telefon od Barnaby. Wczoraj po pracy miał wsiąść do swojego nabytku, czyli auta Wszędołaza i przyjechać w Bieszczad. Czekamy, czekamy, czekamy i nic. Mieliśmy się spotkać. Chciał żebym mu pokazał takie miejsca gdzie można tylko Wszędołazem albo po nogach się dostać. Dzwonimy do niego, ale w chatce z dachem po remoncie zasięgu nie ma…. Już chciałem gdzieś wyruszyć a tu odzywa się telefon. Barnaba z Białogrodu chce przez Jałmużnik dojechać do Duszatyna. Wie, że tam przez Sławną rzekę trzeba kilka razy przejechać i chce to zrobić. Pomysł spotkania się w Duszatynie zaakceptowaliśmy natychmiast. Wszak są już tam przyszli Jubilaci. Srebrna Strzała zawozi nas szybko na miejsce. Miło spotkać tam Przyjaciół. Nie wszędzie jest tam zasięg, ale w pewnym momencie zadzwonił telefon. To dziecko nasze zadzwoniło z ….. Cisnej. Jak on pobłądził tego do dziś nie rozumiem. Droga prosta jest, a tu taka wpadka. Trudno. Umówiliśmy się na spotkanie w Komańczy. Kiedy tam dotarliśmy Barnaba już na nas czekał. Strzałę zostawiamy przed naszą kwaterą i wsiadamy do Wszędołaza. Barnaba kieruje, ale ja prowadzę. Ogólnie kierujemy się na północ. Po przejechaniu niewielu kilometrów skręcamy w prawo i pokonujemy w brud wartko płynąca wodę. Dojeżdżamy do szlabanu i dalej idziemy pieszo. Można było szlaban ominąć, ale byłoby to już przegięcie. Szutrową drogą posuwamy się lekko pod górę. Od mojego ostatniego tu pobytu minęły ze trzy lata, ale nic się tu nie zmieniło.
Idziemy spacerowym krokiem, a tematem naszej rozmowy jest Wszędołaza. Barnaba jest z niego bardzo dumny, a my z Renatką obawiamy się, ze to nie Wszędołaza, a Pożeracz Gotówki. W końcu dochodzimy do bardzo ciekawej budowli. Dom jest za płotem, ale robi duże wrażenie na Barnabie. W takim miejscu, gdzie nikt nie przychodzi stoi sobie taki dom… Zaczyna kropić, więc zawracamy. Wiem ze droga prowadzi do końca doliny a ścieżka doprowadza do szlaku turystycznego. Wydaje się, że droga powrotna jest dłuższa niż ta, którą tu przyszliśmy /to ta sama droga J/. W końcu docieramy do Wszędołaza. Chwila zastanowienia, dokąd teraz. Mam plan. Wracamy do szosy podziwiając z góry widok na pobliskie akweny wodne o małym znaczeniu strategicznym oraz znany obiekt architektoniczny o przeznaczeniu sakralnym. Po dojechaniu do szosy skręciliśmy w lewo tylko po to, żeby za chwilę skręcić w prawo. Najpierw asfaltem, a potem po betonie pięliśmy się w górę. W końcu i beton się skończył, więc Wszędołaz śmiało zjechał w koleiny polnej drogi. Koła buksowały w Bieszczadzkim błocie, ale posuwaliśmy się do przodu. Jest to jak najbardziej widokowe miejsce, ale nie takiego dnia jak dzisiaj, kiedy niebo zasłoniły granatowe chmury. Opowiadam jak kilka lat temu szedłem tędy podczas największej w życiu burzy, jaką przeżyłem. W końcu dojeżdżamy do platformy. Stoi ona tam sobie i niszczeje. Sprawia wrażenie, że nikt o nią nie dba. Przy mojej wadze strach na nią wchodzić, co nie oznacza, ze tego nie uczyniłem. Podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. W końcu droga się kończy. Parkujemy pod obiektem, których pełno jest w lasach i kościołach. Najpierw wyprowadzam moje towarzystwo na polanę, z której widać stok, z którego nikt w tej chwili nie korzysta. Chyba z braku śniegu… potem wracamy, z iż zagłębiamy się w las. Jest mokro i błotno. Nie zważając na te przeciwności dosyć pewnie prowadzę naszą grupę do z góry zaplanowanego celu. Po pewnym czasie moja pewność topnieje. Czy aby dobrą drogę wybrałem? Jestem już zrezygnowany a tutaj jest! Stoi sobie jak stała! Nic się nie zmieniła. Stanowi obraz nędzy i rozpaczy, ale jeszcze stoi. Może ktoś się nad nią ulituje kiedyś poprawi jej stan? Niedźwiedź poszedł chyba zapolować i zostawił swoje domostwo puste. Chwilę tam zagościliśmy i powoli opuściliśmy to miejsce. Po swoich błotnych śladach wróciliśmy do Wszędołaza. Barnaba zawiózł nas do Komańczy i pojechał dalej. A na kwaterze niespodzianka. Gospodarze jakiś hydrofor uruchomili, bo woda w rurach ma trochę większe ciśnienie. Jak nasza tradycja rodzinna każe na wakacjach wszystkie posiłki szykuję sam, więc biorę się za kolację. A potem przy szumie padającego deszczu zasypiamy w łóżkach….
Dzień 3

Rano nie pada. W głowie mam plan dzisiejszego dnia prawie gotowy. Po śniadaniu jedziemy na wycieczkę. Najpierw Srebrna Strzała wiezie nas przez piękne miejscowości. Po drodze mijamy po lewej stronie galerię ze stojącym przed nią aniołem, potem kawałek dalej nowy kościół z Drogą Krzyżowa zrobioną przez Zdzisława Pękalskiego z Hoczwi. Pojechaliśmy dalej. Kiedy mijaliśmy po prawej cerkiew pw. Św. Onufrego (chyba ku czci imć Pana Zagłoby) zastanawiałem się, czy aby nie skręcić w prawo i tamtędy dojechać do celu. Jeden rzut oka na mapę wybił mi z głowy ten pomysł. Tam jest zakaz ruchu a przy drodze są dwie leśniczówki. Mandat prawie pewien. Zaniechałem tego i popędziłem koniki mechaniczne dalej. Po lewej stronie drogi umościł się kiedyś Zakład Karny. Teraz jest w opłakanym stanie. Zaraz za nim skręciłem w prawo gdzie zielone kreski prowadziły mnie dalej. W końcu się zatrzymałem i to przed znakiem odpowiednim. Dalej idziemy pieszo. Przechodzimy przez most na rzece, która jest dziwną rzeką. Wyobraźcie sobie, ze kiedyś płynęła ona przez dwa miasta wojewódzkie, a teraz płynie tylko przez jedno. Skręciła ona czy co? Szutrowa droga, co kiedyś była asfaltem prowadzi nas w stronę pierwszego dzisiejszego naszego celu, czyli do Podarkowa. Kiedy mijamy Leśniczówkę wychodzi z niej czujny pracownik leśny i pyta się dokąd droga prowadzi? Jest zdziwiony, że idziemy tak blisko. Nie mam zamiaru mu tłumaczyć dlaczego. Na moje pytanie czy mógłbym przejechać z tamtej strony tak jak pierwotnie chciałem to odpowiedział, ze najwyższy mandat, jaki dał to było 1000 zł. Znaczy się, że można tylko myto trzeba opłacić L.P. droga wije się pod górę, a my powoli razem z nią. Bo dokąd się spieszyć, kiedy przydrożne jeżyny wołają do nas, ze są już dojrzałe. Przydrożny krzyż przypomina nam o tym, że kiedyś żyło tu sporo ludzi. Dzisiaj idziemy ku prawie pustej dolinie. Na początku doliny słyszymy hałas. Czyli cos się tu dzieje. Oj dzieje się dzieje tak jak w Bieszczadzie. Pracownicy leśni układają metrówki. Całe sterty ściętego drzewa….Zaczynam trochę chaszczować, dlatego, ze lubię i dlatego żeby znaleźć pozostałości po cerkwi. Nic z tego. W końcu doszliśmy do celu naszej wycieczki. Po lewej stronie drogi stoi chatka myśliwska. Jeżeli ktoś z was zna chatki bieszczadzkie, to niech wie, ze ta chatka z tamtymi ma tylko wspólną nazwę. Jest to okazały budynek, z którego mogą korzystać myśliwi albo inni uprzywilejowani. Trochę rozczarowany tym widokiem postanowiłem zawrócić. W drodze powrotnej bez trudu odnalazłem cerkwisko i pozostałości cmentarza. Są w trawie i w krzaczorach. Znicz przy krzyżu świadczy o tym, że ktoś to miejsce odwiedza, że żyje ono w czyjejś pamięci. Chwile tam podumałem, a potem powoli (jeżyny) wróciliśmy do samochodu….
Idąc Bertrandzie po Twoich Śladach nie sposób zauważyć że :
ha, ha,
wyobraź sobie, że ta dziwna rzeka płynie teraz przez stolicę !!:oops:
To ci dopiero !
A tak osobiście to ja bym nie skręcał na Darów- który zawsze wydawał mi się rozwleczony- tylko szedł właśnie w dół rzeki.
Te urwiska są niesamowite. Jeśli ktoś nie widział to niech żałuje, albo niech wpisze w kalendarzyk obowiązkowych miejsc.

....
wyobraź sobie, że ta dziwna rzeka płynie teraz przez stolicę !!:oops:
To ci dopiero !
A tak osobiście to ja bym nie skręcał na Darów- który zawsze wydawał mi się rozwleczony- tylko szedł właśnie w dół rzeki.
Te urwiska są niesamowite. Jeśli ktoś nie widział to niech żałuje, albo.....
Enriko, stolicę Podkarpacia?:mrgreen:
Pierwsze płynie przez...., ale my mamy dobre oczyszczalnie :-P
Masz rację , wyżej jest jeszcze piękniej.
ps. w dół ,czy w górę rzeki?
śmieszy mnie ta propagandowa bufoneria ze stolicą.
Równie dobrze stolicą gminy Jasliska są ....Jaśliska :-o
.
w dół rzeki, razem ze spływającą wodą.

w dół rzeki, razem ze spływającą wodą. Tam gdzie się odbył podwójny mord...
Dokładnie, w kierunku makabrycznych zabudowań.
Tam zaczynają się najpiękniejsze urwiska i pojawiają się przez kilka kilometrów
Dom zły? ;)

Dokładnie, w kierunku makabrycznych zabudowań...... O te zabudowania Ci chodzi? Foto 13 sierpień 2008
To o tego gościa chodzi?

http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll...ROSNO/71906751

O te zabudowania Ci chodzi? Foto 13 sierpień 2008 To tu , vm..o tego chodzi,konie już nie są jego.
ps.Dom Zły to nie na tej fabule jest.
Z letniej wyprawy bertranda robi się kryminał ;)
Wczoraj nie myślałem, że tak szybko napiszę dalszy ciąg. Chłopaki zaczęli jednak wyprzedzać nasze kroki :wink:

Popatrzyliśmy na niego jak sobie stoi. Niech sobie stoi i odpoczywa. Minęliśmy go i zeszliśmy z drogi na łąki. Łąki po dawnej wsi, której nazwa na pewno nie została zapożyczona od antytoksyny. Dziwną rzekę zostawiliśmy gdzieś po prawej stronie a my śmiało wędrowaliśmy po odkrytych pagórkach. Bez przesady z tym wędrowaniem. Bardziej natychalismy się widokami, a są tam prześliczne. Prowadziłem tak na oko. Chciałem dojść do miejsca, w którym jest skrzyżowanie dróg. I udało się. Schodząc z łąk po drodze minęliśmy stojący w trawach krzyż. Kiedy doszliśmy do tego skrzyżowania usłyszeliśmy zbliżający się w naszym kierunku hałas. Hałas zbliżał się od strony dwóch schronisk, z których jednego już nie ma. Po chwili pojawiły się dwa Wszędołazy, które ciągnęły po jednej przyczepie. Z każdej przyczepy patrzyły na nas smutne oczy, nad którymi powiewały grzywy. Nawet konie są smutne, kiedy je stąd wywożą. Nie poszliśmy w stronę schronisk i nie poszliśmy za odjeżdżającymi w stronę Podarkowa końmi. Poszliśmy prosto przed siebie, znaczy się na północ. Chciałem Renatce pokazać miejsce nad Dziwną Rzeką, które mnie urzekło w ubiegłym roku. I znowu mijamy krzyż, a raczej odnowiony postument bez krzyża. Dziwne jest to trochę, tak jakby ktoś krzyż odłamałâ€Ś. Kiedy doszliśmy do celu byłem mocno rozczarowany. Miejsce nad Dziwna Rzeką z potężną skarpa na jej drugim brzegu wygląda bardzo ponuro. I te śmieci…Widzę w oczach Renatki rozczarowanie. W ubiegłym roku było słonecznie i upalnie, a dziś jest chwilami bardzo pochmurnie. Może to, dlatego? Doszedłem w tym miejscu do ciekawego wniosku. Gdybym był tu teraz po raz pierwszy, to na pewno nie chciałbym tu wrócić. A teraz wiem, że nawet jeżeli jakieś miejsce mi się dzisiaj nie podoba to warto za jakiś czas odwiedzić, bo może ono być całkowicie odmienione. Dziwna Rzeka obmyła nasze nogi, co przyniosło im dużą ulgę. Po odpoczynku wróciliśmy do krzyżówki. Tym razem nie weszliśmy na łąki tylko poszliśmy drogą, tak jak Wszędołazy z końmi jechały. Droga prowadziła nas wzdłuż rzeki. W pewnym miejscu rzeka i droga chyba się pokłóciły i postanowiły skrzyżować - nie miały jednak nic oprócz samych siebie do skrzyżowania i tak zrobiły. Szczęście, ze w tym miejscy był naprawdę niski stan wody i mogliśmy bez problemu przejść na tamtą stronę. Dalej droga doprowadziła nas do mostu. Znowu przekroczyliśmy rzekę tym razem jednak po moście i wróciliśmy do całkowicie wypoczętego samochodu.....
A TO jeszcze tam jest?
Nie zauważyłem, więcmoże już nie ma...
Pozdrawiam

Wczoraj...... Poszliśmy prosto przed siebie, znaczy się na północ. Chciałem Renatce pokazać miejsce nad Dziwną Rzeką, które mnie urzekło w ubiegłym roku.…. Kiedy doszliśmy do celu byłem mocno rozczarowany. Miejsce nad Dziwna Rzeką z potężną skarpa na jej drugim brzegu wygląda bardzo ponuro. I te śmieci…Widzę w oczach Renatki rozczarowanie. W ubiegłym roku było słonecznie i upalnie, a dziś jest chwilami bardzo pochmurnie.... Tu doszliście ? jak tu ,to "kawałek drogi"....ciekawie i interesująco piszesz,dobrze trzeba śledzić ,żeby wiedzieć gdzie byliście ?Ale o to chodzi właśnie.:-P
Chyba aż tak daleko to nieee ale i tak nogi czuliśmy ... :)
Pozdrawiam
W przeciwieństwie do samochodu my z Renatką byliśmy zmęczeni. Godzina popołudniowa jest obiadu nie było, więc trochę burczy nam w brzuchach. Zaproponowałem smażony ser z frytkami. Widzę, ze oczy Renatce się zaświeciły. Pognałem, więc swoje kucyki mechaniczne w stronę smażonego sera. Dobre czasy nastały, nie ma kolejki oczekujących, się jedzie. Mijamy wieżę widokową, która ze względu na późną porę jest zamknięta i zatrzymujemy się przed miejscem, do którego jechaliśmy. Wychodzimy z auta jak paralitycy jacyś, wszystko nas boli. Szefowa sklepu próbuje nas wciągnąć do siebie ale robi to bezskutecznie. Nie ma takiego alkoholu, który w tej chwili odciągnąłby mnie w tej chwili od jedzenia. Zamawiamy pyszny obiad, a ja na dodatek popijam go Keltem. Jest dobrze. Do końca dnia mamy jeszcze trochę czasu. Rozkładam mapencję na stole i czytam. W głowie rodzi mi się pomysł. Wracamy do macierzy, ale to Renatka teraz powozi (Kelt). Nie rozpędza się mocno, bo wie, że za chwilę będzie skręcać w prawo. Boczną droga jedziemy w kierunku południowym. Mijamy jakiś ośrodek Wypoczynkowy i pomykamy dalej. Jedziemy do końca, to znaczy do wody. Tam zawracamy. Zatrzymujemy się przy kościele i przy cerkwi. Jest tu jeszcze coś. Jest tu Skansen Kultury Łemkowskiej. Tu schodzi nam więcej czasu. Niestety jest już zamkniety, to znaczy nie ma obsługi i chałupy są pozamykane, ale po małym terenie otwartym można chodzić. To chodzimy i oglądamy, to co możemy zobaczyć. Już wiem, że musimy tu przyjechać, kiedy będzie on otwarty. Widać, ze warto. I tak znalazł się kolejny powód, aby ponownie przyjechać w te strony. W końcu wsiadamy do Strzały i wracamy w stronę Komańczy. W pewnym momencie proszę kierowczynię o zatrzymanie się. Tu wg mojej maty, która już w ub roku okazała się błędną mapą musi być pomnik błogosławionego. Łażę tam i szukam pomnika i nic. Trudno trzeba wracać do auta. Kiedy zbliżam się do auta zauważam…nieeeenie pomnik. Zauważam brak komórki. Teraz już nie szukam pomnika tylko czegoś zdecydowanie mniejszego. O dziwo znalazłem telefon. Jedziemy więc dalej….
Coś nie trzymają się Ciebie te komórki.
Musisz przejść na bardziej pewny system - może znaki dymne?
Czy to tego pomnika :twisted: szukałeś?

Coś nie trzymają się Ciebie te komórki.
Musisz przejść na bardziej pewny system - może znaki dymne?
Ha! Fakt kiedyś zgubiłem w Tyskowej chyba i pisałem o tym nawet.
Pozdrawiam

Czy to tego pomnika :twisted: szukałeś? Chyba nie. Postać przedstawiona na tym pomniku jeszcze nie została ogłoszona błogosławioną.

Pozdrawiam
A może z tymi komórkami masz tak jak z monetami wrzucanymi do fontany aby tam wrócić.
Ale ja je znajduję i zabieram.

..... że musimy tu przyjechać, kiedy będzie on otwarty. Widać, ze warto. I tak znalazł się kolejny powód, aby ponownie przyjechać w te strony...... Jedziemy więc dalej…. Tego też nie zauważyłeś tam ?;)

… Już wiem, że musimy tu przyjechać, ….


Tego też nie zauważyłeś tam ?

Tym bardziej musimy tu przyjechać...
joorg ja tam byłem po raz pierwszy, a Ty ile razy tam byłeś?

Pozdrawiam

...
Tym bardziej musimy tu przyjechać...
Właśnie w tym celu to napisałem:-D
To była bardzo tajemnicza sprawa jak wykopali szkielet bez głowy.

Fajnie piszesz bertrandzie,"wędrując" z Tobą nie raz mapę wyciągam, ale w niektórych miejscach wędrówki Twojej znam;) "wszystkie dziury w drodze" i tam gdzie prażony ser jedliście to też...Bieriozka ;)
(Bardzo smaczna jest również szynka w prażonym serze, polecam następnym razem)

Pozdrawiam
ps. kiedy zawitasz w moje strony , dawno nie "wypiliśmy piwka" razem.
może przy okazji i ja się dowiem co to za mogiły ?

ps. kiedy zawitasz w moje strony , dawno nie "wypiliśmy piwka" razem. W ostatni tydzień stycznia się wybieram.


może przy okazji i ja się dowiem co to za mogiły ?

Może popłyniesz ;) w górę Dziwnej Rzeki i znajdziesz czas na wspólne piwo? :-)

Pozdrawiam

może przy okazji i ja się dowiem co to za mogiły ? Z pewną "dozą nieśmiałości";) ,co by bartrandowi nie zaśmiecać,zamieszczam link:
http://www.beskid-niski.pl/index.php...rze/zyndranowa

Z pewną "dozą nieśmiałości";) ,co by bartrandowi nie zaśmiecać,... joorg, toż to ognisko jest. Siedziałeś kiedyś przy takim ognisku, przy którym tylko jedna osoba nawija? Dopóki nikt nie będzie mi tu politykował, dopóty rad jestem z rozmów przy ognisku. Dlatego też tak nazwałem ostatnio swoje wątki.
Pozdrawiam

Dopóki nikt nie będzie mi tu politykował, dopóty rad jestem z rozmów przy ognisku Ja rad jak rozmowy wraz z dymem ogniskowym przekraczają niewidzialną granicę i na zachód uciekają...
A żeby nawijacz sam tak nie siedział to czuwam w pobliżu, a w jakim potoku płytkim żywe złoto z dalekiego zachodu przywiezione schładzam ;)
To może gdzieś się w pobliżu pojawię, cobyś poradził. Wtorek, środa w stolicy jestem.
pozdrawiam
Jedziemy, ale jeszcze nie do Komańczy. Ponieważ nogi nas bolą wybrałem wariant zwiedzania samochodowego. Po przejechaniu niewielu kilometrów skręciłem w prawo. Przejechałem przez dawne miasteczko naprawdę przepięknych budynkach drewnianych. I znowu przyrzekam sobie, że musimy tutaj przyjechać na trochę dłużej. A może uda się to zrobić jeszcze podczas tego pobytu?. Droga wyprowadza nas na południe poprzez malownicze łąki. Ale jest ona coraz gorsza. Dojeżdżamy do wioski. Chyba dużą jej część wykupił ktoś zasobny w kasę. Duży teren jest ogrodzony. Kiedy dojechałem do drewnianego mostu Renatka pomyślała, ze to kres naszej podróży, a ja miałem nadzieję, że to dopiero połowa. Chyba miałem rację. Postanowiłem jechać tak daleko jak droga pozwoli, albo kiedy Ojczyzna się skończy. Docieramy do miejsca po dawnej wiosce. Jest nawet miejsce po cerkwi z tablicą informacyjną. Po drugiej stronie drogi jest cmentarz. Stary zaniedbany cmentarz z przepięknym nowym nagrobkiem. Robi on na mnie duże wrażenie. Połaziłem trochę po tym cmentarzu pośród traw. W końcu wróciłem do Srebrnej strzały. Kiedy minąłem cmentarz dojrzałem po prawej stronie w oddali okazały budynek. Może ktoś z bywalców w tamtych stronach powie nam, co to tam jest? Po drodze mijamy ludzi jadących na koniach. Widok wspaniały. I w końcu udało się… Ojczyzna się skończyła. Nawet droga jakaś lepsza chyba po tamtej stronie jest… Chwila odpoczynku i wracamy pośród łąk z zachodzącym słońcem po lewej stronie. Już po ciemku docieramy do Komańczy… I tak oto kończy się 3 dzień wakacji niekoniecznie spędzony w Bieszczadzie.

Jedziemy, ale jeszcze nie do Komańczy....... Droga wyprowadza nas na południe poprzez malownicze łąki..... Ty to wiesz gdzie jest pięknie.:grin:
Dzień 4

Dzień odpoczynku. Co prawda wstajemy dosyć wcześnie, ale planów nie mamy. Bolą nas mięśnie i bolą nas kości. Znaczy się starość chyba daje znać o sobie… Postanowiłem połazić trochę po cmentarzach, na których nigdy jeszcze nie byłem. Na pierwszy ogień idzie cmentarz w Komańczy. Tylko, że nie ten, na którym już byłem, a ten koło przejazdu kolejowego. Ten na górce. Po wejściu na teren cmentarza zrozumiałem komaniecką prawidłowość. Na tym cmentarzu są pochowani ludzie, którzy za życia byli wyznania rzymsko-katolickiego. Prawie wszystkie, a może nawet wszystkie nagrobki są opisane alfabetem łacińskim. Cmentarz, jak cmentarz, ale rzuciło mi się coś w oczy. Na cmentarzu tym znajduje się kwatera, na której chowane są siostry z pobliskiego Zakonu Nazaretanek. Kwatera ta była podczas mojej wizyty bardzo zaniedbana. Myślałem, że siostrzyczki bardziej dbają o groby swoich zmarłych. Niestety nie… Jakoś mnie to zasmuciło. Połaziłemcmentarzu położonym na dosyć stromym zboczu i wróciłem do auta. Cieszyłem się, że nie byłem na tym cmentarzu zimową porą, bo o złamanie kończyny chyba tam łatwo. Następny przystanek Osławica. Stary cmentarz ze zniszczonymi nagrobkami. Cmentarz, jakie lubię w tamtych stronach. Trochę mi brakuje na nim drzew. Chyba rzadko ktoś na niego zagląda. Trzecia nekropolia w tym dniu to nowy cmentarz w Nowym Łupkowie. Nowy i tyle.. No chyba, że jest tam pochowany młody człowiek, któremu koledzy pomogli przenieść się na tamtą stronę. Najładniejszy cmentarz był jednak jeszcze przede mną. Podjechaliśmy do Maniowa i tam na górce znalazłem piękny cmentarz. Piękna nekropolia pośród starych drzew. Tam dopiero mogłem sobie podumać. I to nie dumałem o bardzo starych czasach, jak mi się to zdarza czynić np. w Beniowej. Tu zadumałem się o czasach nam bliższych o latach 40 ubiegłego stulecia. Jakie musiało w tamtych czasach opanować ludzi szaleństwo, że mordowano cztero letnie dzieci…Następnie nie udało mi się odnaleźć cmentarza w Szczerbanówce.
Powróciliśmy do Komańczy i czekaliśmy na syna. Miał nas odwiedzić, pożegnać się, bo wracał do domu no i zostawić aparat fotograficzny. Do tej pory zdjęcia robiłem telefonem. Leżąc na leżakach, pijąc piwko snuliśmy plany na następne dni. Wszak wakacje dopiero się rozpoczęły
Usadowiłem się obok leżaczka, wystawiłem brodę do słońca, kawa obok, i czekam na dalszy ciąg. Miłe letnie wspomnienia
Długi
A polecam Ci wizytę na cmentarzu po zmroku
Też to lubię, ale w Bieszczadzie zdarza mi sie żadko
Pozdrawiam
Wspaniały leżaczek, Bertrandzie! I do tego z dobrym wyposażeniem ;)
To prezent od Barnaby. Myślę, że jeszcze jakieś zdjęcie w tej gawędzie się znajdzie....
A czy to "wyposażenie" leżaka to nie Żywiec czasami?

A czy to "wyposażenie" leżaka to nie Żywiec czasami? Muszę Cie zmartwić piskalu. Sprawdziłem na innym zdjęciu. Powiększyłem mocno i odczytałem Beer Fest 2009 Tyskie. Chociaż Żywca też lubię.
pozdrawiam
Jednak. Cóż, zmartwiłeś mnie, ale nie bardzo ;) Pozdrawiam i pisz dalej.

... Pozdrawiam i pisz dalej. Proszę bardzo!

Dzień 5

Piękny dzień. Słońce grzeje od samego rana. Takiego dnia nie wypada zmarnować. Można leżeć, można pływać, można chodzić, ale zmarnować nie można. Szybko szykuję śniadanie, które równie szybko zjadamy, pakuję jakieś picie, coś do zjedzenia i wyjeżdżamy z Komańczy. Jedziemy drogą w dół, ale na północ. W pewnym momencie skręcam bardziej tak na zachód. Zatrzymujemy się przy drodze, żeby sfotografować olbrzymi koper, który tam rósł. Jeżeli taki wielki koper tam rośnie, to strach pomyśleć, jakie wielkie ogórki muszą tam z tym koprem kisić…Chwila zastanowienia, czy nie skręcić w polną drogę w prawo na cmentarz, ale zostawiam go na bliżej nieokreślone później. Jadę do miejscowości, której nazwa nie wiedzieć, dlaczego kojarzy mi się ze Śląskiem. Tam spoglądamy tym razem z dołu na stok góry, który oglądaliśmy drugiego dnia z góry. /Myślę, ze się połapiecie w tym językowym łamańcu/. Podjeżdżam jeszcze kawałek i zostawiam auto w cieniu drzew i pod opieka staruszki, która w ich cieniu odpoczywała sobie. Dalej pieszo. Spokojnie najpierw szutrowa droga, a potem polna prowadzi nas do miejsca, gdzie kiedyś była wieś. To pierwszy cel naszej wędrówki. Wieś - nazwijmy ją Wędrowców - jest pięknie położona w dolinie, a nawet dwóch dolinach pośród malowniczych wzgórz. Po drodze mijamy pasiekę. Pasieka ta jest współczesna. Na rozstaju dróg skręcamy w lewo, przez potok. Za chwile widzimy postument od przydrożnego krzyża, który kiedyś tu stał. Dalej po lewej stronie jest miejsce po cerkwi i stary cmentarz. Nagrobków na nim niewiele jest, ale przy jednym z nich stoją znicze. Znaczy się ktoś tu przychodzi. Kiedy ja chaszczuję Renatka chowa się przed słońcem w cieniu pobliskich drzew. Ja podchodzę trochę wyżej i z łąki obserwuję cel naszej dzisiejszej wycieczki. Prezentuje się okazale. Żeby się tam dostać musimy wrócić w stronę samochodu. Wracamy, więc tą samą drogą, którą tu przyszliśmy. W pewnym momencie dochodzimy do szlaku. Teraz znakowanym szlakiem pójdziemy pod górę....
/Jeżeli Was razi przekręcanie/zmienianie przeze mnie nazw geograficznych, to proszę o uwagi. może przestanę to robić?/

...
/Jeżeli Was razi przekręcanie/zmienianie przeze mnie nazw geograficznych, to proszę o uwagi. może przestanę to robić?/
O.K. Chyba nie razi...

Paskudne zimno w Poznaniu jest, więc może troszkę Was rozgrzeję.

Naszym celem jest szczyt – nazwijmy go Ślusarnia. Szlak poprzez łąki wiedzie nas pod górę. W pewnym momencie gubię znaki, ale się tym nie martwimy, bo i tak trzeba cały czas iść do góry. Martwi nas zupełnie coś innego. Przede wszystkim martwi nas całkowity brak kondycji. Co kilka kroków przystajemy i sapiemy. Wydaje nam się, ze nasze sapanie słychać w całej okolicy. Oprócz tego zmartwienia jest jeszcze jeden mały problem, o który chyba jeszcze nikt na tym forum nie pisał w swojej relacji. Tym małym problemem są małe owady, które chyba z całego Beskidu Niskiego się do nas zleciały. Są naprawdę wkurzające… Sapiące postoje są okazją do popatrzenia za siebie, a wierzcie mi, że jest, na co popatrzeć. Im wyżej tym ładniej. W końcu dochodzimy do granicy lasu i tutaj bez trudu znajdujemy pąsowe znaki. Pośród drzew jest jeszcze bardziej gorąco i duszno niż na łąkach, ale nie ma owadów. Nie wiadomo, co jest lepsze? Przechodząc pod zwalonymi drzewami i omijając inne w końcu wychodzimy na grzbiet Ślusarni. Tutaj już łagodnie droga to wznosi się to opada. W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie na szczycie Ślusarni, jacyś ślusarze postawili dosyć wysoka konstrukcję metalową. Pod samą konstrukcją usiedliśmy na trawie i podziwialiśmy przepiękny widok. Później znudziło nam się siedzenie, to się położyliśmy. Na górze trochę wiało i nie było tych paskudnych owadów. Stamtąd zadzwoniłem do Lucyny, z którą umówiłem się na bliżej nieokreślony dzień na spotkanie. Do spotkania nie doszło, za co przepraszam Cię Lucyno. Po solidnym wypoczynku zebraliśmy się w sobie i postanowiliśmy wracać do samochodu. Drogi powrotnej nie będę opisywał. Powiem tylko, ze nie musieliśmy się oglądać za siebie żeby mieć cudowne widoki przed oczami…
Przyjemnie spędzić czas w zieleniach czując zapach łąki kiedy na parapecie tyle śniegu a na ulicach zaspy!
Dlatego nie zapraszałem Was do ogniska zaraz po powrocie z Bieszczadu.
Pozdrawiam
W tym przypadku premedytacja godna pochwały. Ciasto też najlepiej smakuje jak się już kończy!
Moje ciasto skończy się chyba na Wielkanoc...
Pozdrawiam

...Paskudne zimno w Poznaniu jest, więc może troszkę Was rozgrzeję....Naszym celem jest szczyt – nazwijmy go Ślusarnia...... W każdej dobrej "Ślusarni" jest "Tokarnia":-D
Tak żeby przypomnieć ,że mamy piękna zimę i trochę "ochłodzić", pozwolę sobie dla kontrastu zamieścić fot (Machoneya- te lepsze:mrgreen: i moje) -
"Ślusarnia" ta sama zimą.
PS.Bertrandzie bardzo podoba mi się Twoje pisanie,czytam nie raz po 3 razy..... żeby "iść" z Tobą i do tego wiedzieć gdzie :) super.
Zamieszczone zimowe zdjęcia były zrobione pół roku (inwersja)przed Waszym przybyciem tam.
Brrrr. Zimno...

Dziękuję za uzupełnienie relacji o zdjęcia z całkiem innej pory roku.
Pozdrawiam
Heh

Moje ciasto skończy się chyba na Wielkanoc...
Pozdrawiam
Do jakiejś tam nocy to ja chyba odpuszczę sobie wszelkie fora.
Miej litość - zimno jest wszczędzie, gdy nie jesteśmy w Bieszczadzach.
Jestem bardzo ciekaw (jak małe dziecko - ale to przypadłość dotykająca staruszków takich jak ja) - jak Ci się podupcyły terminy. I jak i kiedy Ci się zrewanżować :mrgreen:

Se czekam

Pozdrawiam

Heh

...Jestem bardzo ciekaw (jak małe dziecko - ale to przypadłość dotykająca staruszków takich jak ja) - jak Ci się podupcyły terminy. ...
Se czekam

Pozdrawiam
He, he! Podupcyły mi się terminy, bo to przypadłość dotykająca takich staruszków jak ja.

Se poczekasz jeszcze. Do tego dnia jeszcze długa opowieść przed nami...

Taki bardziej Zakapiorski ten awatarek jest
Pozdrawiam
Kiedy dotarliśmy do auta, to się dopiero wkurzyłem. Byłem przekonany, że mam w nim jakiś browar, ale się myliłem. Zły jak sto pięćdziesiąt wsiadłem za kierownicę i skierowałem konie mechaniczne w stronę miejscowości, co jej nazwa nadal ze Śląskiem mi się kojarzy. Na Śląsku, to sklep z piwem byłby otwarty, a na tym zad… w tej miejscowości nie. Sklep zamknięty. Marząc o zimnym piwie skręciłem w prawo w stronę, z której tu przyjechaliśmy. Po kilku kilometrach skręciliśmy w lewo. Przejechaliśmy przez miejscowość o dumnej nazwie Futerkowe i dojechaliśmy do innej miejscowości na pograniczu B.N. i Bieszczadu. Wyobraźcie sobie, ze jest to takie pogranicze, że autorzy przewodników ‼Rewasza” nie wiedzieli, w którym przewodniku ją umieścić Skończyło się na tym, że nie umieścili jej ani w Przewodniku Beskid Niski, ani w Przewodniku Bieszczady. Ot, niezdecydowanie. A cerkiew nowiuteńka sobie stoi przy drodze. Obok niej cmentarz, ze starymi, jak i nowymi grobami. Dziwne wrażenie zrobiła na mnie kwatera z grobami małych dzieci…
Chwilę pospacerowałem po cmentarzu i ruszyłem na poszukiwanie piwa. W tej mieścinie sklepu nie znalazłem. Następna miejscowość Suche. Wbrew nazwie można się w niej napić. Pobliski sklep zaopatrzony jest dobrze w różne gatunki piwa. Nawet Piskal by się uraczył. Po uzupełnieniu płynów w organizmach prowadzi Renatka. Podjeżdżam pod pobliską cerkiew. Nowa, murowana ona jest. Niestety furtka, w niektórych regionach Polski uliczką nazywana jest zamknięta. Za płotem młody człowiek kosi trawę. Kosi, ale hałaśliwym urządzeniem mechanicznym. Na mój krzyk, aż przysiadł z wrażenia. Okazało się, że jest księdzem. Bardzo serdecznie zaprosił nas do wnętrza cerkwi. Opowiedział trochę o jej historii. Okazuje się, ze budowla jest całkiem nowa, ale ikonostas jest z innej świątyni. Następnie wzdłuż Sławnej rzeki pojechaliśmy dalej w dół jej biegu. Na początku następnej miejscowości zwanej Mroczkowem przez Sławną rzekę przerzucona jest prześliczna kładka. Trudno oprzeć się pokusie przejścia na drugą stronę po tym wahającym się na prawo i lewo moście. Nie jest to londyński Tower Bridge, ale mówię Wam, ze wolę tę kładkę od tego wielkiego. Renatka miała opory, żeby na niego wejść. Ona lubi stąpać po solidnym twardym gruncie. Dalej Srebrna Strzała zawiozła nas pod cerkiew greckokatolicką z 1837 roku i na cmentarz Mroczkowski. Cerkiew teraz jest prawosławna. Niewiele osób wie, iż jeszcze przed 1884 roku w miejscowości tej wydobywano ropę naftową. Miejscowy cmentarz tez jest ciekawy. Obok starych grobów są całkiem nowe. Po tym krótkim postoju pojechaliśmy szybko w stronę granic, gdzie skręciliśmy w prawo. Po prawej minęliśmy zamek Gubrynowicza, którego zdjęcie zimowe zamieścił niedawno trzykropkiinicwiecej. Niedaleko klasztoru, co go już prawie nie ma skręciłem w lewo i dojechałem do głównej drogi. Teraz w prawo i poprzez serpentyny pojechałem do Miasta Marzeń. Na jego przedmieściach wypiliśmy pyszną kawę i zjedliśmy po kawałku ciasta. Wiedzieliśmy, że za kilka dni ciasto z tej samej wytwórni będziemy jeść na Polu Biwakowym pod jeziorkami. Posileni pojechałem na Wieżę. Tam według Leśniczego ma rosnąć dzika róża. Renatka jej szuka, żeby zrobić z niej nalewkę. Niestety na Wieży nie znaleźliśmy krzaków róży, ale widoki z niej jak zwykle przepiękne. Postanowiliśmy wracać do Komańczy. Obrałem drogę przez Jabłko. Obawiałem się dziurawej drogi, a tu niespodzianka, nowy asfalt. Powrotnej drogi opisywać nie będę, bo i po co. Ponieważ słoneczko jeszcze się nie schowało jeszcze przed Komańczą skręciłem w prawo i dojechałem do starej cerkwi. Tam dowiedziałem się, kiedy ona będzie otwarta i odjechałem do Komańczy. I tak skończył się następny dzień…
I jeszcze kilka fotek z tego dnia.

Pobliski sklep zaopatrzony jest dobrze w różne gatunki piwa. Nawet Piskal by się uraczył. Nie mów! Był Czarny Specjal?:grin:;)
Nie pomnę, czy był Czarny Specjał ale wiele innych gatunków tam było....
Jest tak zimno, że muszę troche dorzucić do ognia....

Dzień 6

Dzień spokojny. Po śniadaniu prowadzę konie mechaniczne w kierunku miejscowości, w której pada deszcz. Tak przynajmniej twierdziła kiedyś Krystyna Prońko. Daleko nie jadę jednak. Kiedy minęliśmy znak wskazujący kierunek do granicy zwolniłem i po pewnym czasie skręciłem na betonową drogę. Też w kierunku granicy. Dojechałem do szlabanu i okrągłego znaku. Tam zostawiłem auto i poszliśmy najpierw po płytach, a potem po szutrze. Wypatrywałem miejsca po starym cmentarzu wojennym, ale ‼czas zatarł ślad”. Po chwili prawie bezszelestnie z naprzeciwka nadjechał mężczyzna na stalowym rumaku. Chwile pogadaliśmy o grzybach, których on tu nie znalazł, a powinny być i ruszyliśmy w przeciwne strony. Po drodze minąłem bieszczadzkie monstrum, potem w głębi krzaczorów paśnik. I tak nie śpiesząc się doszliśmy do końca drogi. Kiedy Renatka odpoczywała siedząc na zwalonych pniach ja sobie trochę pochaszczowałem tu i tam. W końcu wróciliśmy tą samą droga do Srebrnej Strzały. Po drodze obserwowaliśmy załadunek drewna na duży samochód. Tak jakoś przypomniałem sobie ‼Bazę ludzi z mgły”. Ponieważ wiedziałem od Barda Bieszczadu, że nadeszła do niego przesyłka dla mnie od Marcowego pojechałem ją odebrać. Po drodze jeszcze przystanki: coby zobaczyć ciekawy most, coby zobaczyć budowę kościoła, coby odnaleźć miejsce po cerkwi, którego nie odnalazłem kilka dni temu. Teraz poszedłem tam jak po sznurku. Odebrałem formowe koszulki, pogadaliśmy chwilę i postanowiliśmy wracać. Wracać, żeby leniuchować. Pojechaliśmy leniuchować niedaleko innego formowego leniuszka. Pojechaliśmy leniuchować do wsi Przełęcz nad Sławną rzekę. Tam rozłożyliśmy leżaki w rzece i robiliśmy nic. W przerwach tego robienia nic piliśmy piwko. Nawet ogniska mi się nie chciało rozpalić. Totalne lenistwo studzone od dołu zimną wodą, a od góry zimnym browarem. Lubimy to robić…. W końcu pojechaliśmy zjeść coś ciepłego do schroniska, co kiedyś kapeluszowym było. Jeszcze tylko wizyta przy odbudowywanej cerkwi i koniec pięęęknego dnia…
Bertrandzie, ta wieś nie nazywa się Przełęcz! Ona nawet nie leży na przełęczy.
Fakt, na tablicy dworca kolejowego była kiedyś tablica z nazwą Przełęcz. Ale to złe czasy minionego okresu
Pozdrawiam serdecznie
Długi
Przecież wiem. Ta rzeka też nie nazywa się Sławna. Tak tylko piszę, żeby Czytelnikom tej gawędy zadać troche trudu przy próbie wedrowki ze mną. Ona kiedyś Przełęcz się nazywała.
Pozdrawiam uwaznego Czytelnika
Dzień 7

Święto, a nawet dwa Święta! Oba ważne. Najpierw będzie o tym kościelnym. Dzisiaj jest Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny zwane potocznie Matki Boskiej Zielnej. W dniu dzisiejszym święto to obchodzą Prawosławni i Grekokatolicy. Znaczy się cerkwie powinny być otwarte. Już się cieszymy z tego, że usłyszymy piękne pieśni śpiewane w cerkwi. Kiedyś całą Mszę stałem obok cerkwi w Kulasznem i słuchałem…. Po śniadaniu jedziemy na północ i po kilkunastu kilometrach skręcamy w lewo w stronę starej wsi. Tam jest piękna drewniana cerkiew. Okazuje się, ze dzisiaj nabożeństwa w niej nie ma. Szkoda. W pewnym momencie do cerkwi podchodzi młoda dziewczyna /jeszcze ładniejsza niż sama cerkiew/ i wyobraźcie sobie otwiera kluczem świątynię. Ona pracuje przy odnawianiu cerkwi. Nie wiem, na czym te prace polegają dokładnie, bo się nie pytałem. Zapytałem, czy możemy wejść do środka? Nie widziała przeszkód, więc skorzystałem i porobiłem kilka fotek. Następnie pojechaliśmy jeszcze dalej na północ do cerkwi z zielonym dachem. Stojące na dole pod cerkwią samochody świadczyły o tym, ze jest albo będzie nabożeństwo w cerkwi. Jakiejś kobiecie zadzwonił telefon i wyszła z cerkwi. Powiedziała, że Msza Św. Będzie trwała jeszcze około 1,5 godziny. Posłuchaliśmy pieśni, pochodziliśmy po cmentarzu i popatrzeliśmy w kierunku doliny, w której kilka dni temu byliśmy z Barnabą. Na cmentarzu znajduje się całkiem nowa tablica pamiątkowa….Nie czekaliśmy na zakończenie nabożeństwa, więc nie mamy zdjęć ze środka cerkwi. Pojechaliśmy w stronę Komańczy i dużo przed nią skręciliśmy w lewo /ciągle dzisiaj w lewo skręcam/. Przepiękna drewniana cerkiew jest zamknięta, tak jak ta pierwsza. Mamy w planach jeszcze cos innego niż odwiedzanie cerkwi. Dzisiaj jedziemy do wsi znanej z kilku rzeczy. Po pierwszej z oscypków i bundzu, po drugie dobył się tu KIMB, po trzecie jest tu ładna cerkiew i można tak wymieniać dalej. Kiedy skręciłem /oczywiście w lewo/ z drogi głównej przetarłem oczy ze zdziwienia. Droga ma nowiutki asfalt. Znaczy się straciła swój urok, ale poprawiła znacznie życie mieszkańcom wsi. Chciałem wejść na górę po prawej stronie drogi. Wiedziałem, ze jest tam coś godnego zobaczenia, ale nie znałem drogi, chociaż joorg kiedyś tam osobówką dojechał. Zostawiłem, więc Srebrną Strzałę gdzieś w środku wsi i prosto na tak zwaną krechę. Mozolnie pięliśmy się pod górę. Jest stromo, ale się nie dajemy, pniemy pod górę. Renatka dzielnie po cichu, jak duch jakiś trzyma się z tyłu…

szkoda że tablica tylko w jednej wersji językowej
To samo sobie pomyślałem, ale czekałem na Waszą reakcję.
Pozdrawiam
Nagle przed moimi oczyma ukazuje się cudowna budowla. Krzyczę do Renatki, że już dochodzimy ;-) I tak sapiąc, całkowicie spoceni doszliśmy. Niestety budynek był zamknięty. Nikogo żywego w około nie było. Renatka odpoczywała w cieniu za budynkiem, a ja obejrzałem go sobie ze wszystkich stron. Żałowałem, że dom był zamknięty. Nikogo nie było, tylko kartka z numerem telefonu. Niestety właścicielka telefonu była poza zasięgiem. Uwaliłem się po prostu na ławce przed domem i nie myślałem o niczym. Cisza w uszach mi dzwoniła. Po pewnym czasie nadszedł czas na marzenia. Marzenie miałem tylko jedno, ale za to bardzo piękne. Marzyłem o piwie, zimnym piwie. Liczyłem na to, że się go napiję w domu, który zastaliśmy zamknięty. Po czasie spędzonym na robieniu nic nadszedł czas na powrót. Tym razem droga sprowadziła nas na dół do auta. Po drodze podziwialiśmy widoki oraz stojący przy drodze żelazny krzyż. W końcu doszliśmy do koni mechanicznych. Marząc nadal o złocistym nektarze poprowadziłem konie w niewłaściwym kierunku. Pojechałem nadal tą samą drogą, asfalt się skończył droga była taka jak dawniej. Na rozstaju dróg skręciłem w prawo do niewielkiej wsi. Przejechałem całą w obie strony /co nie zajęło mi wiele czasu, bo wieś liczy 65 mieszkańców-2007 rok/ w poszukiwaniu sklepu. I co? I d.... Sklep jest tak zakamuflowany, że go nie znalazłem. Miejscowi powiedzieli mi, ze sklep będzie otwarty o godzinie 15:00. Trudno, obędę się marzeniami. Wracamy do rozstaju dróg i skręcam w prawo. Stoi tam sobie na słupie taki okrągły z czerwoną obwódką, ale go całkowicie zignorowałem. Droga stała się lepsza, mniej wyboista. Po drodze minęliśmy sklep drzewny….


. Krzyczę do Renatki, że już dochodzimy ;-) I tak sapiąc, całkowicie spoceni doszliśmy....... Tak to jest jak się "chaszczuje";) i chodzi na skróty:grin:..ale jest dobrze.
ps.widać po zdjęciach ,że wziąłeś chatkę od frontu.
Tak jakoś mam, że lubię brać od frontu. Taki frontowiec jestem... ;)

....Przejechałem całą w obie strony /co nie zajęło mi wiele czasu, bo wieś liczy 65 mieszkańców-2007 rok/ w poszukiwaniu sklepu. I co? I d.... Sklep jest tak zakamuflowany, że go nie znalazłem. .... PWN Warszawa Słownik Ortograficzny Języka Polskiego wraz z zasadami pisowni i interpunkcji. Wydanie szóste rozszerzone i poprawione. Warszawa 1986 strona 296 "dupa- pie". Czyżby naszemu Moderatorowi słowo dupa nie opdpwiadało? Gdyby było to dużym wulgaryzmem, to czy Słownik ten by go zamieścił? Szukałem w nim innych wulgarnych określeń części ciała /wszystkim powszechnie chyba znanych/ i nie znalazłem. Reconie Pierwszy nie staraj się być bardziej świętym od Papierza Benedykta i z łaski swojej przywróć pisownię oryginalną.

Wierzcie mi, że najchetniej zgasiłbym to ognisko. Odechciało mi się pisać. Nie zrobię tego z szacunku dla Was, których zaprosiłem do mojego ogniska, aby Was rozgrzać trochę w zimowe wieczory. Musze jednak trochę ochłonąć, bo sie wkur.. przepraszam bardzo, bo się zdenerwowałem. Co do takiej moderacji całkowicie zgadzam się z Browarem http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=5600&page=5 post 49.

Pozdrawiam wszystkich siedzących przy ognisku dla przyjemności, a nie z obowiązku.
Mam ogniskową prośbę do Wielce Szanownego Pana Moderatora, by wstał od ognia i stanął w rozkroku. Niech pochyli tułów i wsadzi głowę między nogi i pocałuje się w antygłowę z tymi jego poprawkami. Recon1 odpuść człowieku.
Noo, to sobie podyskutujemy! Nie chciałem pisać w Twoim wątku bertrandzie236, bo mam do Ciebie szacunek i bałem się żeby się jakaś złośliwość nie przemyciła!
Widzę jednak że grasuje tutaj pewien znajomy moderator (żadnych nicków proszę, zresztą urodzeni 200 metrów od kryminału mają ksywy, nie nicki), no to czuję się zaproszony!
Wszystkie złośliwości są zamierzone!!!
.................................... Pozdrawiam + Pastor ręką własną
Bertrandzie, pozwól, że dorzucę do ogniska trochę nie zmoderowanego opału rodem z Cieszyna.




A powiadają,że ford gówno wort.


Przyszliśmy tu na obiad, na smaĹźeny syr, przepyszny, a dupa rośnie. Tyko pisz! Jakoś wspólnie może przetrwamy to szaleństwo.

Tyko pisz! Pisz może Morse'm :mrgreen:
Damy radę!
andrzej627 w innym wątku napisał:
http://forum.bieszczady.info.pl/images/icons/icon1.gif Odp: Moderacja, kasacja i skarga do Admina na Recona1
Cytat:
Napisał bertrand236 http://forum.bieszczady.info.pl/imag...s/viewpost.gif
Chyba się nie udało...

Bertrand, o co Ci chodzi? Przecież interwencja cenzora tylko napędza Ci czytelników. A właściwie, to jakiego brzydkiego słowa użyłeś? Na de, na ka, na pe, a może na ha?
__________________
Andrzej
Mój kanał na YouTube

andrzeju627!

Odpowiadam w tym wątku, żeby nie zaśmiecać tamtego. Lubię porządek, ale chyba nie aż tak, jak jeden z Moderatorów..
Zaprosiłem do ogniska wszystkich, którzy mają ochotę się przysiąść. Skoro nie wiesz, o które słowo chodzi, to chyba się nie przysiadłeś. Skoro jesteś takim statystykiem ;), to chyba zauważyłeś, że przy ognisku zasiada w porywach 40 osób. / nie liczę Gości na forumie/. Popatrz na liczbę osób oglądających moje mizerne zdjęcia. Ilość odwiedzin w tym wątku nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Mógłbym każdy dzień podzielić na godziny i dopiero wtedy byłaby dobra statystyka. Prawda? Jeden z użytkowników tego forum, kiedy przestałem pisać relacje zapytał mnie dlaczego to zrobiłem i poprosił o dalsze. Podobno zaczął czytac nasze forum od moich relacji. Teraz jest Powsimordą pełną gębą...
Odpowiadam na Twoje pytanie: Chodzi mi o to, że nie podoba mi się nadgorliwość Moderatora najmłodszego stażem. Może chce się wykazać?
Chyba teraz jest to dla Ciebie jasne?
pozdrawiam

Bertrand wal z grubej rury bo tak jest bardziej smakowicie i bardziej "prawdziwie" nie poddawaj się "modzie" którą jest tu na siłe narzucana.
UWOLNIĆ DUPĘ!!!

że się tak brzydko wyrażę:)
Mimo to, że to ja zacząłem w tym wątku, to bardzo proszę wszystkich ogniskowiczów /nowe słowo/ o dyskutowanie na temat naszych wycieczek w opisywane okolice. Temat poprawności języka zostawmy na boku. Obiecuję też, że kiedy będę uważał za stosowne, to napiszę tak jak będę chciał.

Za jakiś czas będzie następny odcinek...Muszę ochłonąć

pozdrawiam ogniskowiczów

Mimo to, że to ja zacząłem w tym wątku, to bardzo proszę wszystkich ogniskowiczów /nowe słowo/ o dyskutowanie na temat naszych wycieczek w opisywane okolice. Temat poprawności języka zostawmy na boku. Pijesz (Tyskie) m.in. do mnie. Przepraszam, jeśli poczułeś się dotknięty. To była moja, trochę nerwowa reakcja na nadgorliwość jednego z modów i zwrócenie uwagi na rzecz znamienną- U Ciebie "dupa" poszła pod nóż, a w mojej relacji, ma się dobrze. Na razie. Chociaż w jednym z wątków dokładnie ten sam cytat został wykastrowany.
To tyle, pisz dalej i niech wielki Manitou ma nas w swojej opiece.

Pijesz (Tyskie) m.in. do mnie. Przepraszam, jeśli poczułeś się dotknięty. To była moja, trochę nerwowa reakcja na nadgorliwość jednego z modów i zwrócenie uwagi na rzecz znamienną- U Ciebie "dupa" poszła pod nóż, a w mojej relacji, ma się dobrze. Na razie. Chociaż w jednym z wątków dokładnie ten sam cytat został wykastrowany.
To tyle, pisz dalej i niech wielki Manitou ma nas w swojej opiece.
Piskalu! Nie poczułem się dotknięty przez nikogo, no może przez jednego z modów. Tylko dyskusja ta w tym wątku była niepotrzebna i nie prowadziła do niczego konstruktywnego, ot i tyle. Sam spróbowałem zmoderować swój wątek. I kur...cze się udało :-).
Pozdrawiam
Ja tam czekam na dalszy ciąg Twoich przy ogniskowych opowieści Bertrandzie......

i trochę się nie cierpliwie.... ;)
Nie mogę dopuścić do tego, coby kobieta się niecierpliwiła z mojego powodu... ;)

W pewnym momencie droga się mocno zwężała. Na tym zwężeniu stały 3 samochody. Ledwo je ominąłem wjeżdżając prawie do rowu. Na moje pytanie, czy coś się stało, czy może potrzebują pomocy usłyszałem, że dalej nie da się jechać, bo jest tam jakaś rzeka. Zapytałem się, w czym Wam ta rzeka przeszkadza i pojechałem dalej. Pierwszy bród był najtrudniejszy do pokonania ze względu na wystające z płyt betonowych pręty zbrojeniowe. Dalsze trzy, to był Pikuś, przepraszam Pan Pikuś. Po drodze minęliśmy się z dwoma rowerzystami. Z ostatniego brodu wyjechaliśmy tuż przy polu biwakowym, na którym byli nasi Przyjaciele obchodzący w tym dniu swoją kolejną rocznicę ślubu. Byli, to złe słowo, bo ich nie było. Pojechali po rocznicowy tort. My najpierw skierowaliśmy nasze kroki do małego budynku tuż przy ‼Ostoi Kumaka Pijaka” Tam pani Bożena uraczyła nas pysznymi flakami i pierogami, a ja spełniłem niejednokrotnie swoje marzenie. Najedzeni i uraczeni wróciliśmy na Pole biwakowe. Zabraliśmy leżaki do Sławnej rzeki i ponownie robiliśmy nic. Upał z góry, ochłoda z dołu zimne piwo w ręce. Żyć nie umierać!. W końcu doczekaliśmy się powrotu Dostojnych Jubilatów. Przywitanie było gorące, tak jak pogoda w tym dniu. Później nastąpiły przygotowania do imprezy. Część ‼biwakowiczów” przynosiła swoje specjały. Stół zaczął się uginać. Resztę imprezy opisał długi tutaj: http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=5671&page=4. Na imprezę zostali zaproszeni wszyscy, którzy byli na polu biwakowym. Zagadnąłem młodych ludzi o to skąd są? Okazało się, że z południa Wielkopolski. Wspomniałem im o naszym forum i zachęciłem ich do zaglądania na forum. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem taką mniej więcej odpowiedź: cytat z pamięci: ‼Wczoraj spotkaliśmy niejakiego Bazyla, który też nas do tego namawiałâ€. Jeden z nich obiecał coś skrobnąć na forum, ale jakość go tu nie widziałem… Po pokazie fajerwerków nadszedł czas pożegnania… /Pamiętamy Tomaszu naszą obietnicę przyjazdu nad morze. Może uda się to zrealizować./ i wyjazdu do Komańczy.
I jeszcze kilka...
Supcio !!! tez bym sobie tak poleżała ale chyba jak teraz pojadę to jeszcze nie będzie takiej pogody... ( jeszcze muszę poczekać prawda??)
Na taką pogodę musisz trochę poczekać, ale tak poleżeć możesz i teraz, tylko się ciepło ubierz...
Pozdrawiam
Dzień 8

Dzień przeprowadzki. Rano bezładnie wrzucamy cały nasz dobytek do auta, żegnamy się z gospodarzami i już nas tu nie ma. Obiecujemy sobie zawsze korzystać z tej kwatery, kiedy będziemy w Komańczy. Pierwszy przystanek przed Atamanią. Tam wymiana kawałów z Rysiem. Następny przystanek niedużo dalej. Zatrzymujemy się na kawę u Mrówki. To znaczy się ja piję kawę a Renatka z Mrówką piją coś mocniejszego/ o zgrozo jest jeszcze przed południem/. W pewnym momencie do Pracowni wchodzi kilka osób zainteresowanych dziełami Mrówki. Ona odezwała się mniej więcej tymi słowy: ‼Państwo sobie oglądają. My musimy się napić, bo od rana jesteśmy w depresji” Mnie ten tekst osłabił, ale dla też takich tekstów lubię tu przyjeżdżać. W obawie o stan trzeźwości żony szybko opuszczamy gościnną Gospodynię. W miejscowości, w której jest wodospad robimy najpotrzebniejsze zakupy spożywcze i pomykamy dalej Wielką Szosą na wschód. Jedziemy, aż do miejscowości, w której swoją knajpę miał rzeźbiarz, ale już Go tam nie ma, a knajpa straciła urok i klientelę. Dalej mijamy sklep, przy którym kiedyś biegały typowo bieszczadzkie ptaki, czyli strusie. Coś mi się widzi, że skrzydła większe im urosły i odleciały sobie. Przemykamy przez Smoluchowi Drugie /jakby pewnie trzykropek nazwał tą miejscowość/ przejeżdżamy na drugą stronę najpiękniejszej po Warcie rzeki i skręcamy w lewo. Renatka zauważa przy drodze krzaki dzikiej róży. W dole po lewej stronie kuszą nas Piwne Wodogrzmoty, ale jedziemy dalej. Droga piękna asfaltowa nas prowadzi. Po pewnym jednak czasie nabiera ona uroku. Coraz większego uroku. Urok tej drogi staje się tak wielki, że redukuję Srebrną Strzałę na drugi bieg, aby móc ją dobrze obserwować. A tu po lewej piękna wyrwa, a tam po prawej lej jak po bombie. Po prostu miodzio. Co kawałek coś piękniejszego nie wyłączając osuwiska. I pomyśleć, że była kiedyś na forum akcja mająca na celu likwidację tych piękności. W końcu docieramy bez uszczerbku na zawieszeniu do leśniczówki. Zakwaterowujemy się. Pogoda się psuje. Po wniesieniu naszego dobytku na pierwsze piętro leśniczówki postanawiamy zobaczyć, czy można coś zjeść w niedalekim w sumie hotelu. Okazało się, że można było. Zjedliśmy dobrze i tanio. Polecam wszystkim to miejsce. Po obiedzie zachodzimy do sklepu i browarzymy pod kultową wiatą. Kiedy docieramy na kwaterę zaczyna lać z nieba. Jesteśmy szczęśliwi, ze już jesteśmy pod ‼swoim” dachem. Wtedy zadzwonił telefon. Odbieram i uszom swoim nie wierzę. Dzwoni Derty. Pyta się gdzie jesteśmy i czy są wolne miejsca. Gdzie jesteśmy to nawet i wiem, ale czy są tu inne miejsca i w dodatku wolne? Postanowiłem jednak się dowiedzieć. Idę, gdzie? Oczywiście do baru, czyli miejsca, w którym wiedza wszelaka powinna być zgromadzona. Oczywiście po zamówieniu piwa dostaję numer telefonu do szefowej, który niezwłocznie wysyłam do Dartego. Niech się chłop sam dogaduje. Po wypiciu piwa wracam do Renatki. Nadal leje. Próbuję zaplanować następne dni, a potem udajemy się na spoczynek.

I jeszcze kilka... Jeszcze raz wzruszenie.. tyle radości w tamtym dniu..
Dziękuję za przybycie, dziękuję za wspomnienie
Długi

.... Na imprezę zostali zaproszeni wszyscy, którzy byli na polu biwakowym. Zagadnąłem młodych ludzi o to skąd są? Okazało się, że z południa Wielkopolski. Wspomniałem im o naszym forum i zachęciłem ich do zaglądania na forum. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem taką mniej więcej odpowiedź: cytat z pamięci: ‼Wczoraj spotkaliśmy niejakiego Bazyla, który też nas do tego namawiałâ€. ...[/FONT][/SIZE][/FONT] Taaaa....moje zaangażowanie w kampanię reklamową naszego forum wypoziomowało mnie na byłym polu namiotowym po komańczańskiej stronie Karnaflowego Łazu pod nasypem wąskotorówki, której przystanek końcowy znajdował się o trzy brody od ostoi tego Kumaka na Pi. Strasznie chciałem się do Was dostać i machałem, i machałem, aż w końcu zajarzyłem , że na tym torowisku nie ma już dawno torów, a i pociągu nikt nigdy tu nie widział. Na drugi dzień obiecałem sobie, że jak dojdę do sklepu to nie kupię żadnego alkoholu tylko piwo. Rankiem wziąłem się w garść a zgrzewkę w drugą, i z życiem podreptałem ku Mogile, u stóp której zaległem pod wodospadem w celu żeby nie obierać celu. Dzięki Twoim wspomnieniom odżywają i moje! Do zobaczenia.
Dzień 9

Od samego rana Renatka opowiada o wędzonych pstrągach. Ja też mam na nie apetyt, więc dzwonię do Kazimierzowa do Lisiej Nory. Tam one są NAJLEPSZE. Telefon odbiera Lisek Drugi - prawie najstarszy syn właścicieli. Na moje pytanie o wędzone pstrągi w słuchawce słyszę ciszę i zakłopotanie. Po chwili odzywa się Szefowa Nory, czyli Lisica. Mówi, że jeżeli mamy ochotę na wędzone pstrągi to musimy przyjechać dzisiaj. Dzisiaj jest jeszcze sierpień i się sprzedadzą, jutro już prawie po sezonie…. Dobre i to. Znaczy się, na obiad jedziemy do Kazimierzowa. Trza się zastanowić chwilę, co robić do tego czasu. Szybko podjąłem decyzję. Konie mechaniczne zawiodły nas do Dużej Szosy, w którą skręciliśmy w lewo. Minęliśmy pierwszą miejscowość, która teraz jest bardziej na północ niż była kiedyś. A zaraz za nią skręciliśmy w prawo. Tam zaparkowałem i dalej wyruszyliśmy pieszo. Szliśmy sobie szutrową droga na wschód. Po lewej minęliśmy zabudowania, a potem już nie było nic. Znaczy się była droga, łąki i my. Fajne miejsce zapomniane przez ludzi…. W pewnym miejscu widzę po lewej stronie słupek. Z mapy wyczytałem, że jest to trzysta pięćdziesiąty drugi. Nawet do niego nie podszedłem. Zignorowałem go. Taki jakoś mało okrągły numer. Poszliśmy dalej drogą. Doprowadziła ona nas do rzeki, która po wczorajszym deszczu była mocno wzburzona. A ja w naiwności swojej myślałem, że uda się nam ją przekroczyć. Może by i można było, ale byśmy byli mocno zmoczeni, a na to ochoty nie mieliśmy. Czyli zwiedzenie rezerwatu Przedkole i odnalezienie Owłosionej Skały zostawiam sobie na zaś /jak mówią niektórzy Pyrlandczycy/. Pokręciłem się nad brzegiem rzeki, zapatrzyłem się na gęsty las po jej drugiej stronie i postanowiłem tu jeszcze kiedyś powrócić. Na razie wracamy do auta. Podjeżdżamy kawałek w stronę Kazimierzowa. Zaraz po przejechaniu mostu na tej samej rzece skręcam na pobliski parking. Tam zostawiam samochód i schodzę nad wodę. Tam jest takie miejsce, gdzie jeden ciek wodny wpada do drugiego cieku. Lubię to miejsce. Wspominam ubiegły rok, kiedy w tym miejscu razem z chrześniakiem smażyliśmy tutaj w ognisku kiełbaski. Teraz nie mamy kiełbasek ze sobą. To i ognia nie rozpalamy….
Przechodzimy przez most nad jednym z cieków i wyruszamy drogą przed siebie. Nie miałem pojęcia o tym, że tu taka urocza droga. Kiedyś szedłem tą drogą od drugiej strony, ale to już dawno było i nie doszedłem aż tutaj. Szliśmy sobie drogą, po jednej stronie w oddali mamy rzekę, a po drugiej Śliweczkę i Śliwkę. Renatka zauważa przy drodze piękne duże parasole czarnego bzu. Tłumaczy mi, jaki dobry syrop na kaszel się z nich robi. Nie zwracam uwagi na to gadanie, dopiero kiedy mówi, ze z tego pyszną nalewkę można zrobić baczniej nadstawiam ucha. W pewnym momencie staję zdumiony. Po lewej stronie w oddali na wzgórzu pośród drzew widzę znajomą budowlę. Jakże inaczej ona wygląda z tej właśnie strony. Niestety fotka nie oddaje tego widoku. Idziemy dalej. Po pewnym czasie dochodzimy do uroczej łąki. Zaraz na jej początku schodzimy na łąkę i dalej idziemy pośród soczystych traw. Gdzieś pośród kępy drzew chowa się ambona. Na łące pośród traw natknąć się można na kapelusze, które dumnie stoją na jednej nodze. Na leżących pniach zrobiliśmy sobie odpoczynek. Robi się coraz cieplej, a nam jest tutaj dobrze. My, przyroda i nic więcej… W końcu daję hasło do powrotu. Tą samą drogą wracamy do auta. Dalej podążamy znajomą nam drogą na obiad. Przyjęto nas tam jak starych dobrych znajomych. Lisek drugi poszedł nad wodę po świeże rybki. Jeszcze będąc nad wodą je sprawił. Następnie rozpalił ogień i włożył rybki do specjalnego urządzenia wędzącego. Coby nam się nie dłużyło, skracamy czas oczekiwania na obiad racząc się zimnym złotym nektarem. Szefowa Nory opowiada nam wszystko, co się zdarzyło od czasu, kiedy byliśmy tu z Polejem i jego kobietami ;). Jak idzie budowa i dlaczego w takim tempie. W końcu rybki są gotowe. Jak napiszę, ze mieliśmy niebo w gębie to i tak nie będzie to wystarczający opis naszych doznań. Zdjęcie też nie oddaje smaku. Po obiedzie zostaliśmy poczęstowani pysznym jabłecznikiem, który wyszedł z pieca i spod ręki szefowej. Aż nie chce się stąd wyjeżdżać. Zabieramy ze sobą kilka rybek na zaś /jak mówią w Pyrlandii/. Obiecujemy Gospodarzom i sobie samym, że jeszcze tu przyjedziemy za tym pobytem w Bieszczadzie.
W Norze Renatka zapytała się, gdzie rośnie dzika róża i uzyskała odpowiedź, że w Nowej Lisiej Norze. Nie pozostało nam nic innego, jak zobaczyć własnoocznie. Pojechaliśmy, więc na północ. Budowa zrobiła na nas imponujące wrażenie. Jak będzie wszystko gotowe, to będzie to ciekawe miejsce z super widokiem. Pochodziliśmy po górze i oprócz głogu i tarniny nic nie znaleźliśmy. Chyba im się popieprzyła dzika róża z głogiem. Zrobiło się upalnie. Ja jeszcze poszedłem na samą górę, a Renatka podziwiała widoki z tarasu. Nadszedł czas powrotu do leśniczówki. Po przybyciu na miejsce okazało się, że jeden z domków wynajął Derty i sobie w nim domieszkuje z Ewą i psem. Umówiliśmy się na ognisko wieczorne. I tak przy ognisku, flaszeczce i kiełbaskach zrodził się sympatyczny pomysł, o którym część z Was już wie, a część się dowie w przyszłości. Wracając z ogniska oświetlaliśmy sobie drogę telefonami komórkowymi i w ten sposób uniknęliśmy tego, czego nie uniknął swego czasu Irek, kiedy szedł schodami….
Bertrandzie, nie żałuj drwa i podsycaj ogień. Zimno na zewnątrz, śnieg pada – dobrze posiedzieć przy ogniu. Dziękuję!
Ech, jakbym był wtedy z wami, to przyrządziłbym wam pyszną kolację. Z tych, co na jednej nodze. Już nie mogę się doczekać, kiedy takie na jednej znowu będę zbierał.

Bertrandzie, nie żałuj drwa i podsycaj ogień. Zimno na zewnątrz, śnieg pada – dobrze posiedzieć przy ogniu. Dziękuję! Masz rację napadało znowu sporo. No to może cieplej się Wam zrobi teraz.

Dzień 10

Upał od samego rana. Mam problem z żoną, bo się nie zgadza na mój plan spędzenia dnia. Plan jest prosty: pojechać, pochodzić, wrócić. Problem jest z pierwszym punktem. Renatka nie zgadza się na podjechanie. Po prostu szkoda jej samochodu. Jak przystało na chłopa, postawiłem na swoim. Ja jadę! Nie miała wyjścia, przecież nie pójdzie pieszo, kiedy ja jadę. Wsiadamy i wyruszamy autem. Konie mechaniczne kieruję na południe. Najpierw przez drewniany most, później drogą raz lepszą raz nie lepszą. W końcu skręcam w prawo na drogę, której tak bała się Renatka. Droga o dziwo była w dużo lepszym stanie niż ostatnio, co nie oznacza, że stan tej drogi był jako taki. O nie! Pięliśmy się powoli na pierwszym biegu pod górę lawirując pomiędzy lejami. Nie były to dziury, to były leje, ale dało się jechać. W końcu, niewiele szybciej niż pieszo dojechaliśmy na szczyt, a raczej na przełęcz. Teraz to już z górki, ale nie bez dziur. Leje się skończyły. Minąłem miejsce, w którym kiedyś stał taki biały, okrągły z czerwoną obwódką. Teraz go nie ma. Albo sobie poszedł/mało prawdopodobne/ albo komuś był potrzebny. Przejechałem przez most i kawałek dalej na rozstaju dróg zaparkowałem. Dalej idziemy pieszo. Ale póki, co idziemy tą samą drogą. Zauważam, że dziury gdzieś zniknęły. Po pewnym czasie skręcam w prawo i prowadzę żonę do lasu. Leśna droga pełna błota teraz nas prowadzi. W lesie panuje straszliwa duchota, więc się cieszymy, kiedy się skończył. Co mieliśmy teraz przed oczami, to każdy z Was wie. Jeden z piękniejszych widoków w Bieszczadzie. Trochę sobie postaliśmy w tym miejscu żeby się dostatecznie ukontentować widokiem. Lubię w tym miejscu patrzeć na przed siebie i na lewo. Przede mną jak niektórzy uważają najdziksza góra w Bieszczadzie, a po lewe stronie miejsce po wsi i przepiękne ruiny. Idziemy znakowaną scieżką w kierunku ruin i wspominamy nasz poprzedni marsz tą drogą. To już kilka lat minęło…Wtedy jeszcze Unia nie dopłacała do wykoszonych łąk i trawy mieliśmy do ramion. Dziś trochę inaczej. Mijamy kaliny, jarzębiny, tarniny i dzikie jabłonie. Jabłonie świadczą o tym, że kiedyś ludzie tu żyli. W zasadzie teraz też żyją, ale cała ich gromada liczy osób dwie. Cóż to za populacja? Za to żyją w pięknym miejscu. Tak powoli schodząc łąkami w dół rozmawiając o przeszłości doszliśmy do ruin.
Niedawno wyczytałem na forumie, że można poczytać tutaj seriale. Odebrałem to jakby było to napisane do mnie. O.K. Może i piszę seriale. Mógłbym opisać w jednym poście cały wyjazd, mógłbym opisać w jednym poście jeden dzień, ale piszę, jak piszę i tego nie zmienię. Uważam, że części z Was to pasuje, bo zagłosowaliście właśnie na mnie. UKŁON w Waszą stronę. może wyjaśnię Wam technikę pisania. Zaczynam przygotowania do pisania relacji już w Bieszczadzie. Każdego dnia wieczorem zgrywam zdjęcia do katalogu w którego nazwie jest aktualna data. Zgrane zdjęcia opisuję. To w Bieszczadzie. Po takim skatalogowaniu zdjęć mogę pisać relacje po dwóch latach nawet. Zanim napiszę relację z jakiegoś dnia, najpierw wybieram zdjęcia do tej relacji. Skoro uzbiera się 30 zdjęć, to znaczy, że relacja z tego dnia musi być pocięta na trzy części, bo do postu/a można wkleić maksymalnie 10 zdjęć. Ot i tak powstaje moja gawędą przy ognisku. I póki co tego zmieniać nie będę.
Pozdrawiam
Bertrandzie latem Anno Domini 2010 - osobiście pokażę Ci jak dzika róża wygląda ;)

Bertrandzie latem Anno Domini 2010 - osobiście pokażę Ci jak dzika róża wygląda ;) Marcinie! Wiosną Anno Domini 2010 na KIMBie dostaniesz nalewkę z dzikiej róży zbieranej w Bieszczadzie.
Pozdrawiam

Marcinie! Wiosną Anno Domini 2010 na KIMBie dostaniesz nalewkę z dzikiej róży zbieranej w Bieszczadzie.
Pozdrawiam
Uspokoiłeś mnie tą obietnicą. Ale dalej nie rozumiem czemu tam gdzie jej najwięcej jej nie znalazłeś...
O.K. Pospacerujemy po Wieży ;)
Tak jakoś za dwa tygodnie te widoki w jakże innej kolorystyce będą cieszyć moje oczy.
Pozdrawiam ciepło z zasypanego Sopotu
Długi
Chwała Bogu za to, że są one w stanie chyba takim samym jak były, kiedy byliśmy tu ostatnio. Z przeciwnej strony razem z nami do ruin dotarła grupa osób. Przedstawili się jako grupa przewodników turystycznych, ale nie z Bieszczadu. Jako przewodnicy załamali mnie totalnie. Oni nie potrafili znaleźć cmentarza przy tych ruinach. Wiedzieli, ze jest, tylko nie potrafili go odszukać. Musiałem ich zaprowadzić te 30 metrów. Dla ułatwienia dodam, ze za bardzo nie był zarośnięty. Ponieważ grupa ta robiła hałas, jak to grupa ruszyliśmy dalej przed siebie. Prowadziłem teraz do następnych ruin. Ruin, które są przy drodze. W międzyczasie adrenalina nam podskoczyła, bo na wczorajszym błocie zauważyliśmy tropy misiaczka. Musiał to być dość duży osobnik. Renatka bez wahania ruszyła ostro przed siebie, zwłaszcza, że ze śladów można było wyczytać, że misiu poszedł w stronę, z której przyszliśmy. Przy ruinach dworu odpoczęliśmy sobie na leżących tu pniach. Kiedy odpocząłem zostawiłem żonę na pastwę misia i poszedłem nad rzekę. Jakże pięknie ona opowiada w tym miejscu skąd i dokąd płynie, co widziała po naszej i po nie naszej stronie. Nie mogłem się nasłuchać tej opowieści lecz w trakcie jej trwania wróciłem do Renatki, która już nie siedziała na pniach, tylko nerwowo się przechadzała po ścieżce.
...Renatka Tańczy z Misiami... a Ty z rzeką romansujesz.. nieźle nieźle...
Zawsze jak jestem w tych ruinach to czuję się jakby mi nogi puszczały korzenie...
A te przewodniki to pewnie półprzewodniki.. albo izolatory... Dokładaj drew bo ludzie marzną od siedzenia w domu....
Kiedy taki Mistrz opowiadań pogania, nie mam innego wyjścia....

Teraz szliśmy polną drogą, która lekko się wznosiła. Po prawej minęliśmy jedyne gospodarstwo w tej okolicy, które sobie ktoś tutaj zmajsterkował;). Po lewej minęliśmy małe drewniane domki, które tu stoją już od dawna, ale nie wiem, do kogo należą. Nie podchodząc do nich poszliśmy dalej. Renatka szła drogą, a ja chaszczowałem sobie po jej lewej stronie. Kiedy doszliśmy do miejsca, gdzie chyba kiedyś zwierzęta, albo ludzie ryli to byliśmy szczęśliwi. I nie dlatego, że znowu widoki piękne mieliśmy przed oczami, ale dlatego, że wiaterek się zerwał i nie było tak parno i gorąco. Dalej to już się domyślacie, po zrobieniu pięknej pętli wróciliśmy do auta. W drodze powrotnej zatrzymałem się na chwilę w miejscu, z którego odchodziła w lewo droga do innych ruin. Że tak powiem są to ruiny w pełnym tego słowa znaczeniu. Niewiele już zostało z budowli, która została zbudowana 189 lat temu, a poświęcona była nie komu innemu tylko niejakiej Św. Praksewii. Obok tych ruin niewiele zostało też z cmentarza, ot kilka nagrobków, z których niewiele da się odczytać. I tak zakończyła się wycieczka. Jeszcze tylko powrót do wsi, która na końcu drogi jest. We wsi za to stoi sobie dumnie hotel. W hotelu dają smacznie i niedrogo jeść. Jest tylko jeden nieistotny w zasadzie szkopuł. Trzeba jeść to, co jest. Innego wyboru nie ma. Jedna zupa, jedno drugie, jakiś kompot, ewentualnie deser. Ale to, co jest, jest naprawdę smaczne
Po wyjściu z hotelu natychmiast kierujemy się w stronę wiaty. Innej opcji nie ma. Tam pod wiatą obowiązkowo wypijamy po browaru. Wypijamy, to duże słowo. Siedzimy i sączymy sobie. I ten błogi nastrój postanowił nam zakłócić miejscowy jegomość. Podszedł do mnie mając ‼duży luz w pęcinach” /jak chwiejny krok pięknie kiedyś określił Janusz Rewiński, kiedy występował w kabarecie TEY/. Podszedł i bardzo groźnie zagaił. Niestety nic nie zrozumiałem. To, co powiedział było całkowicie niezrozumiałe, a nie podejrzewałem Go, że rozmawiał do mnie w obcym języku. Poprosiłem o powtórzenie zarzutu. No to jeszcze bardziej zdenerwowany powtórzył to samo, co powiedział przed chwilą. Trudno znowu nie zrozumiałem. Do rozmowy włączyła się Renatka. O dziwo ona zrozumiała i przetłumaczyła mi na nasz język. Gość miał pretensję za to, ze zrobiłem mu zdjęcie. Teraz ja mu tłumaczyłem a on nie rozumiał mnie /widocznie na innych częstotliwościach nadawaliśmy, albo mieliśmy całkiem inne poziomy krwi w alkoholu/. W każdym bądź razie, ja mówiłem, że nie zrobiłem mu zdjęcia, bo aparat leży w samochodzie, a nie posiadam zdalnie sterowanego urządzenia fotografującego. Gość był bardzo upierdliwy, więc wstałem z groźną miną. Wtedy odszedł odgrażając się, że to jeszcze nie koniec. Ja naprawdę mu zdjęcia nie zrobiłem!!!. Kiedy go spotkaliśmy następnego dnia nic nie mówił na ten temat. Chyba to przemyślał albo nie bardzo miał, o czym myśleć. Wszystko jedno, postawiłem mu piwo. Po tej przygodzie wróciliśmy do leśniczówki. Wieczorem było ognisko, kiełbaski, flaszeczka oczywiście w zacnym towarzystwie Dartego i Ewy. Wieczór był paskudnie zimny. Do tego stopnia, że przy ognisku nie dało się siedzieć. Derty zabrał ognisko na szufelce do domku i je reanimował w kominku. Zaraz poczuliśmy się lepiej. Idąc na ognisko zabrałem tym razem latarkę…
Koniecznie musisz kupić aparat zdalnie sterowany dziwię się że jeszcze go nie masz:))))))
Najlepszy byłby zdalnie sterowany, tak na jakieś 650 km.
pozdarwiam ciepło

Wieczorem było ognisko, kiełbaski, flaszeczka oczywiście w zacnym towarzystwie Dartego i Ewy. Hmm, tak sobie za Wami podążam...jak cień, duch, byt niewidzialny i widzę na zdjęciu nr 50 czyli nr 10, że do flaszeczki przysiada się jakieś inne niewielkie indywiduum.
Bardzo sprytnie, procentowym podstępem, podszedłeś je fotograficznie :mrgreen:

No to myk...wracam w cień, skąd wyglądam kolejnego odcinka.
Oba domki należą do gospodarstwa. Funkcjonują jako "bacówki", latem do wynajęcia. Jedna była takową, stała niedaleko dworu, obok nieistniejących już obór. Pewnego pięknego dnia przewieźliśmy ją (w częściach) ułazem pod dom Tosi i postawiliśmy od nowa. Później były kolejne przebudowy, przenosiny, i tak jakoś zrobiły się dwie. Z tym, że w rozmnożeniu ich już nie brałem udziału.
Pozdrawiam
Długi

. Tam pod wiatą obowiązkowo wypijamy po browaru. Wypijamy, to duże słowo. Siedzimy i sączymy sobie. I ten błogi nastrój postanowił nam zakłócić miejscowy jegomość. Podszedł do mnie mając ‼duży luz w pęcinach” /jak chwiejny krok pięknie kiedyś określił Janusz Rewiński, kiedy występował w kabarecie TEY/. Podszedł i bardzo groźnie zagaił. Niestety nic nie zrozumiałem. To, co powiedział było całkowicie niezrozumiałe, a nie podejrzewałem Go, że rozmawiał do mnie w obcym języku. Poprosiłem o powtórzenie zarzutu. No to jeszcze bardziej zdenerwowany powtórzył to samo, co powiedział przed chwilą. Trudno znowu nie zrozumiałem. Do rozmowy włączyła się Renatka. O dziwo ona zrozumiała i przetłumaczyła mi na nasz język. Gość miał pretensję za to, ze zrobiłem mu zdjęcie. Teraz ja mu tłumaczyłem a on nie rozumiał mnie /widocznie na innych częstotliwościach nadawaliśmy, albo mieliśmy całkiem inne poziomy krwi w alkoholu/. W każdym bądź razie, ja mówiłem, że nie zrobiłem mu zdjęcia, bo aparat leży w samochodzie, a nie posiadam zdalnie sterowanego urządzenia fotografującego. Gość był bardzo upierdliwy, więc wstałem z groźną miną. Wtedy odszedł odgrażając się, że to jeszcze nie koniec. Ja naprawdę mu zdjęcia nie zrobiłem!!!. Cóż, wiata kultowa to i zdjęcia można robić tylko za zgodą ministra środowiska, ministra kultury, sztuki i dziedzictwa narodowego oraz prezesa naczelnej izby turystycznej. A zgodę ministra zdrowia na wypicie piwa miałeś? Ty myślisz, że to tak każdy może usiąść pod sklepem i wypić piwo, za które zapłacił.
A ten człowiek to z pewnością strażnik wiaty, tak przejęty tą niezwykle odpowiedzialną funkcją, ze nie mógł się z tego przejęcia wysłowić.
Dzień 11

Zapomniałem napisać, ze codziennie rano słyszę dziwne chrumkanie i warczenie. Tak jakby silnik pracował, potem jakby szuranie jakieś, potem łoskot jakiś. Nie zwracałem dotychczas na to uwagi, ale zaczynało mnie to intrygować…
Ranek. Ranek do pośladków. /brzmi to dziwnie/. Jeszcze raz. Ranek do dupy! Renatka ma temperaturę. Nie mamy termometru, ale ona wydaje się być wysoka /nie Renatka, tylko temperatura/. Diagnoza jest następująca: wczorajszy wysiłek, upał i potem bardzo zimny wieczór zrobiły swoje. Nie wiem, co robić. Renatka uważa, ze nie powinienem zwracać uwagi na jej niedyspozycję i powinienem sobie połazić. Ponieważ wiem, że to się Renatce dosyć często powtarza, nie przejmuję się tym zbytnio. Postanawiam połazić. Dzwonię do Dertego, ale oni jeszcze śpią, albo co innego…Wyruszam więc sam. Jadę do dużej szosy i skręcam w lewo, jadę do miejscowości Szewczenko. Tam skręcam w lewo przed cmentarzem, a po jakimś czasie skręcam w prawo. Teraz posuwam się prosto do ściany lasu po płytach betonowych. Odzywa się Derty. Podążają za mną. Ciekaw jestem czy mnie odszukają? Wyruszam dobrze mi znajomą ścieżką wzdłuż znaków o kolorze nadziei. Dobrze mi się wędruje, bo z górki. W końcu dochodzę do szutrowej szosy. Zostawiam nadzieję i podążam w prawo. Coby dać szansę Dertemu, co rusz skręcam w ścieżkę w prawo i w lewo. Tak bez specjalnego celu sprawdzam, dokąd one prowadzą. A one albo wiją się pod górę, albo szybko się kończą. W końcu dochodzę do znajomej mi polany. Nagle odzywa się telefon. To dzwoni Derty i się pyta czy to moje ślady skręcające w prawo widzi w błocie. Zawracam i po chwili widzę uśmiechniętą twarz kolegi. Zawracamy kawałek do Ewy, która czeka na nas z psem na prowizorycznym biwaku. Tam razem delektujemy się ciastkami i przede wszystkim ciszą. Wreszcie ruszamy. Wracamy na polanę, z której się cofnąłem. Na polanie nie ma już resztek zabudowań i komina, które tu stały jeszcze kilka lat temu…Dalej droga prowadzi nas pod górę. W pewnym momencie Derty skręca w prawo. Chaszczujemy sobie przez jeżynowe pole. Coby nie powiedzieć, trochę czasu na tym polu straciliśmy. Ale za to mieliśmy granatowe języki i dużo leśnych owoców w sobie. Po wyjściu na grzbiet wzniesienia zrobiliśmy sobie biwak. A co? A jak? Wakacje przecież mamy. Potem leśna droga prowadzi nas w bliżej niewiadomym kierunku. Znaczy się kierunek z grubsza jest dobry. Tak, trochę klucząc wyszliśmy na widokowy grzbiet. Jak się spodziewaliśmy był to południowy skraj Trepa. Bardzo fajne widokowe miejsce. I znowu robimy sobie postój, bo i dokąd się tu spieszyć. Takie urocze miejsce zasługuje na to, żeby trochę czasu tu spędzić. Dalej przez las wychodzimy znowu na łąki. Łąkami dochodzimy do naszych mustangów. Tu się rozstajemy. Oni jada jeszcze gdzieś, a ja wracam do żony. Nie czuje się ona dobrze i nie wygląda dobrze. Dzwonię do Dartego i informuje go, że dzisiaj wieczorem się nie spotykamy… Ciekawe, co przyniesie nam jutro?

...Ranek. Ranek do pośladków. /brzmi to dziwnie/..... Nie brzmi dziwnie , powiem dosadnie , brzmi niemoralnie:roll: ..a fe bertrandzie,a fee :grin:


.... Jeszcze raz. Ranek do dupy! .... Teraz jest lepiej ,dwa słowa i wiadomo o co chodzi, tak pisz.


...... do pośladków…… Jeszcze raz…. Szewczenko..... Teraz posuwam się .... Relacja jest super i taka barwna, jak dla mnie ,…”ale ‼ co na to Moderator?:roll:

PS.no bertrandzie, przemyciłeś tu trochę treści poza cenzurą.. chyba to zgłoszę:wink:

...
PS.no bertrandzie, przemyciłeś tu trochę treści poza cenzurą.. chyba to zgłoszę:wink:

Jestem z Wami od 2004 roku bez bana. Jestem przygotowany i na tą ewentualność. Czyń swoją powinność. ;)
Do zobaczenia Januszu
Zbieraj chrustu Betrandzie .. oj nazbieraj... do Marca ma być tak żeby przetrwać jakoś tą wiosnę co się tak niemrawie zakrada... i dziękować dziękować...
Brrr, zimno Bertrandzie! Mimo odwilży.
Siedzę w Dolinie Rabiego/Rabskiego/Rabiańskiego Potoku i nie chce mi się pisać... Wolę łazić.
Pozdrawiam
A, takie buty. No to z nich korzystaj. Pozdrawiam!
Zbieram chrust na zimowe odnisko, które rozpalę dla ochłody latem ;)
pozdrawiam
Witaj

Siedzę w Dolinie Rabiego/Rabskiego/Rabiańskiego Potoku i nie chce mi się pisać... Wolę łazić.
Pozdrawiam
Rabiańskiego Potoku - recipient Choczewka :razz:

Jak tam na starej bazie studenckiej? :razz:

No chyba żeś nie wybrał ciepło w betonie i z basenem !!

Pozdrawiam

P.s.
tam gdzie beton i pustaki - nie ma chrustu.
Odp. 1 :-)
Odp. 2 Bazę mam w planie odwiedzić jutro, ale tylko odwiedzić i nie wiem, czy będzie mi się chciało
Odp. 3 Wybrałem ciepło w betonie, ale basen mam na zewnątrz. Nawet woda w nim nie zamarzła, bo ją wypuścili przed mrozami. Za to mam prąd i dostęp do netu. Mogę Wam zdjęcia na forum wrzucać i relację pisać...
Odp. P.S. Troszku znalazłem. Ale masz rację. Browar też mnie w sobotę za coś podobnego potępił. Strasznie potępił....
Pozdrawiam
Dzień 12

Derty wybiera się gdzieś, a ja z nim nie idę. Renatka nadal się źle czuje, ale idzie ku dobremu. Zostawiam, więc żonę i wychodzę. Pogoda jest prześliczna, słoneczko grzeje. Po wyjściu z leśniczówki nie skręcam, ani w prawo, ani w lewo. Idę prosto przed siebie. Podążam dziurawą drogą, po której bez przepustki nie wolno jeździć samochodem. Może, dlatego nie mija mnie żaden? Powoli się przemieszczam, bo nie mam się dokąd spieszyć. Dochodzę do miejsca widokowego. Nowe ławki, miejsce na ognisko i widok zapierający dech w piersiach. Siadam i wyjmuje browara z plecaka. Jest mi dobrze. Cisza, ciepełko, widok, browarek i ja. To lubię. Zgniatam pustą puszkę i wkładam do plecaka. Maszeruję raźno drogą. No może nie do końca raźno. Po prostu, kiedy widzę ścieżkę odchodzącą od drogi to wchodzę na nią. Ciekaw jestem dokąd mnie zaprowadzi. Raz prowadziła do pasieki, innym razem nad rzekę. A rzeka piękna jest tutaj. Płynie sobie leniwie pomiędzy kamieniami. Prowadzi swoją opowieść szeptem. Trzeba się mocno wsłuchać, o czym opowiada. Nawet potoki wpływające do rzeki dostosowały się do jej szeptu. Wpadają do niej prawie bezszelestnie. Widać nie chcą zakłócać rzecznej szeptanej opowieści. A droga raz zbliża się do rzeki, raz się od niej oddala…Któraś z kolei ścieżka wyprowadza mnie na polanę, na której stoi sobie dumnie ambona. Ambona, jak ambona. Każdy był w kościele jakimś, to widział. Ta jest jednak z tych, co stają się typowe w Bieszczadzie. Typowość ambony polega na tym, że przed amboną dobrzy ludzie zasiali kukurydzę i rozsypali pod nią ziarna kukurydzy. Pewnie chcą z ambony obserwować zachowanie leśnej zwierzyny. Tym dobrym ludziom zabrałbym wszystkie strzelby, jakie posiadają, dałbym im dzidy i noże i wypuściłbym ich do lasu…Takie polowania z ambony, pod którą jest karma to rzeź, a nie polowanie. A tak swoją drogą jestem przeciwnikiem strzelania do zwierząt. Teraz posuwam się już brzegiem rzeki, albo i samą rzeką. Moje sandały robią za czółno, więc idzie mi się doskonale. Wypatruję po drugiej stronie rzeki ujścia większego potoku. W końcu widzę go. Myślę, ze to jest ten, którego wypatrywałem. Zbieram się w sobie i przechodzę na drugi brzeg. Uff, udało mi się nie utopić ;) .
Teraz szukam ruin. Kiedyś stał tu młyn. Stał i mełł. Teraz z niego pozostała nędzna resztka. Dobrze, że jakaś tablica tu stoi. Znaczy się ktoś ma te ruiny w opiece. Mam zamiar iść w górę potoku i dojść do innych ruin, przy których byłem przedwczoraj. Sympatyczna ścieżka prowadzi mnie pod górę wzdłuż potoku. Po prawej mam potok, a po lewej ścianę lasu. Ścieżka jest błotnista, dzięki temu mogę obserwować tropy różnych zwierząt. Cisza i duchota towarzyszą mojej wędrówce. W pewnym momencie kicha, żeby nie powiedzieć inaczej. Ścieżka jest przegrodzona, a na płocie wisi napis, że wstęp wzbroniony, czy jakoś tam. Trochę się zeźliłem, ale zawróciłem do rzeki. Wiem, kto tam mieszka, choć nigdy go nie widziałem. Nie chciałem wchodzić z moimi zabłoconymi butami do Jego prywatności. Jeszcze przed ruinami ścieżka skręciła w prawo i poprowadziła mnie wzdłuż rzeki. Po tamtej stronie prawie asfaltowa droga, a po tej stronie wzdłuż rzeki prowadzi ścieżka, która doprowadziła mnie do cywilizacji. Jakże miło wędrowało mi się tą ścieżką! Mijam zdziczałe sady owocowe. Dochodząc do cywilizacji dzwonię do Renatki. Okazuje się, że czuje się prawie dobrze, więc wyjeżdża po mnie autkiem i jedziemy do hotelu na jedzono. Po powrocie Renatka kładzie się jeszcze do łóżka, a ja biorę leżak z piwem na plecy i podążam nad rzekę. Tam już czeka Derty z Ewą. Odpoczywamy w rzece do momentu, aż się zimno zrobiło. Wieczorne spotkanie odbyło się u nas w leśniczówce.
Pozwolę sobie... :smile:
Punkt widokowy może być również wspaniałym miejscem na ...... poranne przebudzenie (fot1). Maszerując tą drogą dalej (taka moja nieśmiała propozycja) widzimy tą rzekę tak (fot2, 3, 4 ) .Idziemy dalej . Gdy dotrzemy do miejsca gdzie rzeka ma tak zaczynająca się wyspę (fot5) jesteśmy już na miejscu które ma taką "zabudowę" (fot6, 7). Podpowiem jeszcze ,że poniżej tego miejsca jest niezwykły w swej urodzie przełom rzeki(tam słów wypowiedzianych nie usłyszysz).
Pozwolilem sobie ...(przepraszam ,że...) PF
Dzień 13

Wczoraj wieczorem na naszej kwaterze ustaliliśmy z Dertym, co dzisiaj będziemy robić. Renatka postanowiła jeszcze odpocząć. W końcu jest rekonwalescentką i na dodatek jest na wakacjach, więc ma prawo. Pogoda zapowiada się cudownie. Wstajemy skoro świt. W Sękowcu na początku września świt wypada gdzieś koło 8:00 – 8:30. Po śniadaniu wsiadamy do naszych rydwanów mechanicznych i w drogę. Jedziemy w kierunku jedynym możliwym w zasadzie. Po lewej stronie mijamy malowniczą cerkiew z kamienna płytą. Całkiem niedawno /pojęcie względne/ odczytane zostały napisy z tej płyty nagrobnej. W miejscowości Jodłówki skręcamy w kierunku miejscowości Przełom. Wjeżdżamy pomiędzy góry. Potok zmieniający kilkakrotnie swoja nazwę wije się wzdłuż drogi, a droga piękna jest, nowa jest. Droga znaczy się jest stara tylko nowy asfalt na niej leży. Pamiętam, jak kiedyś stałem w korku czekając na położenie dywanika. W końcu dojechaliśmy do metropolii z jednym domem i cmentarzem. Cmentarz ten w tym roku będzie ponownie odnawiał Szymon ze swoja grupą. Tam na parkingu Derty zostawia swój rydwan i przesiada się z Ewą do mojego. Po chwili mkniemy w kierunku przełęczy, za którą w dole jest Strażnica SG. Mijamy kolejną metropolię i posuwamy się na północ. W końcu dojeżdżamy do Brzeżek. Tam zostawiamy auto, przebieramy się w sprzęt bardziej nadający się do chodzenia po górach. Ze zdziwieniem stwierdzam, że w tym miejscu trzeba wykupić bilety do lasu. Kiedyś się kupowało w schronisku z kozami, co ich tam już nie ma. Schroniska z resztą też nie ma. Opłaciwszy haracz wyruszamy do lasu. W lesie stwierdzamy, że na coś pieniądze te idą. Przez potok przerzucone są nowe kładki. O.K. Tylko kiedyś bardziej mi się tu podobało bez tej całej infrastruktury. Powoli pniemy się pod górę co rusz oglądając inne okazy flory bieszczadzkiej. Idę wszak w towarzystwie znawców tematu… Tuż przed przełęczą dochodzi do nas z prawej strony szlak zbiegający z Rohów. Opowiedzieliśmy sobie zabawne historie, które nam się przydarzyły na tym szlaku, który zbiega do nas dosyć stromo. Po chwili jesteśmy już w miejscu, w którym nie ma schroniska, co było, ale jest nowe w stanie budowy. Wszystkim nam się spodobała ta budowla. Pogadaliśmy chwilę z budowniczymi o terminie oddania budynku do użytku turystom. Dziś wiem, ze termin ten nie został dotrzymany. Kiedy plac budowy zniknął nam z oczy zatrzymaliśmy się na biwak. Miejsce jest tak urocze, że byłoby nietaktem gdybyśmy je ot, tak sobie minęli. W prawo odchodzi droga do wsi, której już nie ma. Po odpoczynku skręcamy na szlak o kolorze nadziei. Nadzieja mnie też nie opuszcza, że dam radę…Pamiętam tą drogę z wędrówki z Barnabą i mam obawę przed końcowym wspięciem się na cycek. Jak wiadomo, czasami zdobycie cycków jest bardzo trudne, a ja młodzieńcem już nie jestem. Młodym zdobycie cycków zawsze łatwiej przychodzi…Mam jednak dzielnych towarzyszy, którzy nie zostawiają mnie samego i nie opuszczają mnie. Jest to jedna z ładniejszych moim zdaniem ścieżek w Bieszczadzie. Co rusz mamy cos innego przed oczami. A to idąc, a to odpoczywając, a to posapując systematycznie jednak zbliżamy się do góry. Co rusz jednak oglądamy się za siebie, żeby podziwiać widoki. Za nami widoki są przepiękne, a przed nami widoków na razie nie ma, bo Kobieta Cara nam je zasłania.

Po lewej stronie mijamy malowniczą cerkiew z kamienna płytą. Zimno, a tu ogień grzeje. Zaglądam, oglądam...i oto nagle wyobraźnia wyświetla film grozy:
gnacie "na wstecznym" z gracją mijając drogowe pułapki. Uznanie! ;)
Ot. I ktoś uważnie czyta. Piwo stawiam.

Pozdrawiam
Ale jest już coraz bliżej. Derty z Ewą poszli ‼szczytować”, a ja jeszcze ostro sapałem. Cóż nie te lata, nie ta młodość… W końcu też przyszła pora na szczytowanie przeze mnie. Byłoby całkiem przyjemnie gdyby nie ten wiatr. Wiało dosyć mocno. Wdziałem na siebie jakąś kapotę i wiatr przestał mi dokuczać. Widoczność jest super, więc natycham się tym, co mam przed oczami. Nagle słyszę; ‼Cześć, co słychać?” Jakiś młodzieniec stoi przede mną i się uśmiecha. Kurczę, nie znam gościa. On za to mnie chyba tak. Zauważa moje zakłopotanie i przypomina się. Otóż jest to ten sam młody człowiek, który został zaproszony przez przemiłą Joannę i jej sympatycznego męża na ich rocznicową imprezę zakończoną ‼Światełkiem do nieba”. Jedną z moich wielu wad jest to, że nie mam pamięci do twarzy. Nie poznałem gościa…. I tak na przyszłość uprzedzam, że jeżeli kogoś z Was nie rozpoznam, to nie znaczy, ze mam do niego jakiś żal. Nie ja po prostu nie pamiętam twarzy ludzi, których spotkałem raz, czy dwa razy… Z góry /Carycy/ przepraszam. Po odpoczynku, przekąszeniu, napiciu się postanawiamy wyruszyć na drugi cycek ten bardziej po zachodniej stronie. Nie będę wam opisywał drogi, bo na tym deptaku byli chyba prawie wszyscy. Widoki przednie, tylne i obu boczne wspaniałe się rozpościerały. Tym razem ja prowadziłem naszą trójkę, ale to mało istotny szczegół jest. Po zdobyciu drugiego cycka chwilę się nim rozkoszujemy. A co?
W sumie na górze niewiele ludzi było. Nie mogłem się nadziwić, ale nie rozpaczałem z tego powodu. Po drugim odpoczynku na górze nadszedł czas na mozolne zejście….
Dla mnie schodzenie jest bardziej męczące, niż wchodzenie. Od kilku lat chodzę po górach pomagając sobie kilkami, ale one tylko pomagają. Czasami wolałbym, żeby one schodziły za mnie. Nic jednak z tego. Muszę schodzić sam. Od dawna, a może i dłużej narzekam na bóle stopy /kiedyś już o tym pisałem/ i właśnie podczas schodzenia ból daje znać o sobie. Ból zostaje jednak zdominowany przez zupełnie coś innego. Jesteśmy jeszcze powyżej granicy lasu i przed oczami mamy cały czas wspaniałe widoki. Kiedy dochodzimy do lasu zauważamy coś dziwnego. Otóż niedaleko ścieżki, którą podążamy w trawie leżą spodnie. Chwilę się zastanawiamy nad tym, dlaczego one się tam znajdują. Powodów wymyślamy kilka nie wyłączając tych bardzo kosmatych… Natomiast żaden powód nie jest przekonywujący. U góry wiało, za to w lesie robi się parno. Znaczy się do bólu dochodzi coraz większe zmęczenie. Ciężko się oddycha. Z tej strony góry też porobiono jakieś barierki mające ułatwić wędrowanie turystom oraz umożliwić przeżycie roślinkom. Stopa przestała boleć, stopa zaczęła napier….ć. Z olbrzymią radością patrzę na budowlę, która wyrasta mi przed oczami. Tuż przy szlaku postawiona została duża wiata. Tak naprawdę taką samą radość sprawiłaby mi zwykła ławeczka, albo zwalony pień. Ja w tej chwili marzyłem o tym, żeby usiąść, zdjąć but i dać odpocząć stopie. Wiata ta wygląda dziwnie w tym miejscu. Takie jest moje zdanie. Podobne zdanie mieli też Ewa i Derty. Z tabliczki znamionowej można było odczytać, że wiata ta powstała z funduszu Ekorozwoju. I znowu chwila zastanowienia, czy aby ta kasa została wydana właściwie? W tym miejscu trochę czasu spędziliśmy na tego rodzaju przemyśleniach. W końcu poprzez las dochodzimy w pobliże cmentarza. Niestety moje zmęczenie było większe niż chęć wstąpienia na cmentarz. Teraz tego żałuję, bo miałbym fotki z września 2010 i mógłbym je porównać z efektami pracy Szymonowej Grupy. Cóż, będę musiał poszukać tych starszych…Jeszcze tylko kilka chwil i stoimy na asfalcie. Wsiadamy do rydwanu i jedziemy po moich śladach, które zostawiłem kilka godzin wcześniej. Dojeżdżamy do metropolii, która jak wieść gminna niesie ma w najbliższym czasie zmienić nazwę na Kimbówki Górne. Tutaj zatrzymujemy się na chwilę, coby zrobić zakupy na kolację i śniadanie. Kupiłem też zimniuteńkie Tyskie i teraz ćwiczę silną wolę. Wszak jeszcze siadam z kierownicę. Derty kieruje, Tyskie jest mokre od zmiany temperatury, a ja jestem mokry od potu. Ta walka tak na mnie działa. Szczęście, że po chwili jesteśmy w Brzeżkach. Tutaj przesiadam się do swojej Srebrnej Strzały. Derty z Ewa pojechali, a ja jeszcze zmieniam buty na wygodniejsze i walczę z pokusą. Jestem dzielny… Wyruszam śladem Dertego, którego już nie widać. Wielka Szosa wiedzie mnie na północ. Po przejechaniu mostu na rzece skręcam w lewo, czyli na zachód. A Tyskie się do mnie śmieje z siedzenia obok….W miejscu, w którym zamykam przejechaną pętlę dodaję gazu. Nic to, że dziury, nic to że amortyzatory. Strzała jest wytrzymała. Widzę zdziwioną minę Dartego, kiedy go wyprzedzam. Kiedy jestem już blisko Renatki stwierdzam, że nie mogę dopuścić do dalszego zwiększania się temperatury chmielowego nektaru. Przecież za chwilę ono może już nie będzie dobre? Ja wiem, że nie powinienem tego pisać. Ja wiem, że spotka się to z oburzeniem, że możecie mnie potępić ale… Ciepłe piwo nie jest dobre więc po chwili wewnątrz Strzały dało się usłyszeć przemiły dźwięk pssssyt! Na wysokości miejsca, w którym z rzeki jest wydobywany żwir wlałem w siebie złocisty napój. Szlag trafił moją silną wolę. Przejechałem jeszcze kilometr i zaparkowałem przed Leśniczówką. Zmęczony, ale bardzo szczęśliwy poszedłem do Renatki, która słysząc, ze przyjechałem czekała na mnie z …. otwartym zimnym piwkiem w ręce. Renatka już czuła się dobrze, a dzień spędziła bardzo pracowicie sprawdzając wytrzymałość leżaka w ekstremalnych warunkach to znaczy pod jabłonką, której podobno już nie ma. Jeszcze wieczorne spotkanie Polaków i jesteśmy umówieni już całą czwórką na następny dzionek…
Drzewa lubimy chyba te same;)

http://picasaweb.google.com/vm2301/B...88288039891330
Na to wychodzi.
pozdrawiam
Ciepło się robi, chociaż śniegu jeszcze troche leży. Czas przyspieszyć...

Dzień 14

W nocy mało, co spaliśmy. Nie, nie… Nie to, co macie na myśli. Po parnym dniu w nocy przyszła gwałtowna burza z ostrymi wyładowaniami. Nie dało się spać, ale też fajnie było. (naprawdę bez podtekstów proszę). Za to ranek powitał nas świeżym, rześkim powietrzem. Oprócz świeżego powietrza cos jeszcze. Słysze jakieś chrumkanie, skrzypienie, czy nawet łoskot. Nie zaprzątam sobie jednak tym głowy…Rano podjechałem do sklepu z kultową wiatą po jakieś zaopatrzenie. Zatwarnicę schowała się w oparach podeszczowych. Po śniadaniu wsiadamy do samochodów i w drogę, ku nowej przygodzie. Jedziemy dobrze nam znana drogą w stronę Wielkiej Szosy. Renatka bacznie się przygląda wszystkim mijanym po drodze krzakom, krzaczorom i przydrożnym chaszczom. Wyraźnie czegoś szuka…Po dojechaniu do końca drogi, skręciliśmy w stronę Szewczenkowa. Po drodze zakupy w delikatesach i dalej w drogę. Cały czas pochmurnie. W końcu skręcamy w lewo w stronę nowej strażnicy SG. Nie jedziemy do niej tylko mkniemy dalej. Mijamy punkt widokowy, na którym nikogo nie ma. Później mijamy maszt przekaźnikowy. Dalej po lewej stronie drogi przez niewielu zauważane stoją ruiny mostu kolejki nie szerokotorowej. Po kilkunastu zakrętach i setkach dziur widzimy przydrożne latarnie. Widziałem je może i sto razy, ale nigdy nie widziałem, żeby się paliły. Ot taka ciekawostka. A może ktoś z was widział kiedyś iluminację tej drogi. Mijamy piękną miejscowość w której kiedyś był bar na wyspie. Dziś ani baru, ani wyspy, ani tego akwenu wodnego z wyspą nie ma. Droga prowadzi nas ku granicy. Ostatnia miejscowość po polskiej stronie… Miałem ochotę na piwo, ale Hilton zamknięty na cztery spusty… Chciałoby się rzec d , ale nie rzeknę. Kupujemy w pobliskim kiosku bilety na przejazd autostradą i jedziemy dalej. Mijamy łąki, torfowiska, a nawet skrzyżowania dróg. A autostrada powinna być bezkolizyjna. Powiedzmy, że nie ze względu na doskonałą jakość nawierzchni, a raczej żeby dokładnie obejrzeć wszystkie mijane drzewa jadę na pierwszym biegu. W końcu osiągam szczyt z którego widać koniec naszej drogi. Po kilku minutach jazdy jesteśmy na parkingu w Dębowcu. Czekamy na Dartego, który też się nie spieszy. W końcu wyruszamy do wsi, której już nie ma, a której sołtysem musiał być kiedyś niejaki Ben z polska zwany Benio. Dlaczego Ben musicie się domyśleć…Trochę jestem zdziwiony. Niby to jest Park Narodowy, a droga mocno zniszczona przez ciężkie pojazdy. Przy drodze leżą wielkie i mniejsze pnie drzew. Na pniach wybite pieczęcie Lasów Państwowych. W końcu kto tu rżnie lasy, czy park? Gdzie jesteśmy? Czy może poza parkiem? Takie to myśli plączą się nam po głowach. To, że one się plączą nie oznacza, że nie zauważamy przydrożnych krzyży, czy nawet olbrzymich przedstawicieli bieszczadzkiej fauny. Z daleka widzimy lipę. Znaczy się, do celu naszej wycieczki już niedaleko. Pomału dochodzimy do cmentarza. Kilkanaście minut spędzamy pomiędzy kamiennymi nagrobkami, a potem odpoczynek na ławkach przed cmentarzem. Chwila dyskusji, którędy wracamy. Czy przez schron, którego też już nie ma i dalej szutrową upierdliwą drogą, czy po swoich śladach? Krople deszczu zadecydowały. Wracamy najkrótszą drogą, to znaczy tą, którą tu przyszliśmy. Po kilku minutach marszu deszcz przestał padać. Nie spiesząc się dotarliśmy na parking. Tam znowu sobie posiedzieliśmy na ławce ciesząc się każdą chwilą tu spędzoną. Potem szalona jazda na pierwszym biegu. Mijamy nowo budowany kościół i zatrzymujemy się w miejscu, gdzie moim zdaniem, którego nie zmienię serwuje się najlepsze w Polsce pstrągi. Znaczy się czas na obiad…..
No ale co to było za chrumkanie,skrzypienie i w końcu łoskot? Myślałam,że napiszesz "aż tu nagle..." a tu nic!
Fauna na trytona karpackiego wygląda, a drwa z PGL LP pochodzą. Kolar tabliczki czerwony to LP, zielony to PN, niebieski to gminy i prywatni właściciele, czarny to czasem dla drewna do naturalnego rozkładu w pn-ach się używa. Numer pisany drobnymi cyframi to adres leśny pozwala zlokalizować drewno do poziomu leśnictwa. Po dużym numerze można dokładniej...

Fauna na trytona karpackiego wygląda, a drwa z PGL LP pochodzą. Kolar tabliczki czerwony to LP, zielony to PN, niebieski to gminy i prywatni właściciele, czarny to czasem dla drewna do naturalnego rozkładu w pn-ach się używa. Numer pisany drobnymi cyframi to adres leśny pozwala zlokalizować drewno do poziomu leśnictwa. Po dużym numerze można dokładniej... Marcinie!
Co do fauny się nie wypowiadam, bo się nie znam na niej. Fauna, to zwierz i tyle. Pewno masz rację. Co do drew, to też masz rację! :-) Wszystko, to nam wyłuszczyła Ewa, która jest tak jak Ty pracownikiem tej samej szacownej instytucji. Zastanowaiło nas wtedy to, co robią drwa z czerwonymi tabliczkami i pieczęcią LP na terenie BPN? Wtedy po konsultacjach ze sobą i mapencjami różnymi doszliśmy do wniosku, że leżą one na granicy Parku i niech się nazywa, że w to uwierzyliśmy.
Pozdrawiam
Wiadomo, że jak najlepsze są pstrągi, to zamawiamy pierogi. I tu zaskoczenie pierogów nie starczy dla wszystkich. My z Renatką przepraszamy się z pstrągami. Pstrągi podtrzymały opinię o kuchni w tyym miejscu, a Derty z Ewą polubili tamtejsze pierogi. Po obiedzie Ekipa się rozjechała. To znaczy część ekipy pojechała, a my z Renatka jeszcze pogadaliśmy z gospodarzami. Następnie pojechaliśmy na poszukiwania dzikiej róży. Nie powiem różę znaleźliśmy i oberwaliśmy ja dokładnie. Nie było jej dużo, ale zawsze. Potem wróciliśmy na kwaterę. Jako, że był to ostatni dzień w tym miejscu poszliśmy się pożegnać z Dertym, Ewą oraz leśniczym i jego przemiłą żoną. Część klamotów zaniosłem już so auta, a Renatka pracowicie obierała dziką różę. Następnie wsypaliśmy ją do słoja /słojów kilka przywieźliśmy specjalnie z Poznania/ i zasypaliśmy ją cukrem. I tak skończył się kolejny dzień w Bieszczadzie
A co chrumkało dalej nie wiem!
WUKA niech to zostanie słodką tajemnicą autora i każdy niech sobie wyobrazi co mu pasuje. A to nasze zainteresowanie wskazuje tylko jak intrygująca jest relacja bertranda.
Ok.Odpuszczam.Podobno jednak,gdy na ścianie wisi sztucer (w sztuce teatralnej),to w ostatnim akcie wypali!

Ok.Odpuszczam.Podobno jednak,gdy na ścianie wisi sztucer (w sztuce teatralnej),to w ostatnim akcie wypali! Tak właśnie zaplanowałem....
Pozdrawiam
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • brytfanna.keep.pl