bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
Jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
Samochody nie miały
pasów bezpieczeństwa,
ani zagłówków,
no i żadnych airbagów!!!
Na tylnym siedzeniu było wesoło,
a nie niebezpiecznie
Łóżeczka i zabawki były kolorowe
i z pewnością polakierowane
lakierami ołowiowymi
lub innym śmiertelnie groźnym g***
Niebezpieczne były puszki,
drzwi samochodów.
Butelki od lekarstw i środków czyszczących
nie były zabezpieczone.
Można było jeździć na rowerze bez kasku.
A ci, którzy mieszkali
w pobliżu szosy na wzgórzu
ustanawiali na rowerach rekordy prędkości,
stwierdzając w połowie drogi,
że rower z hamulcem
był dla starych chyba za drogi...
.... Ale po nabraniu pewnej wprawy
i kilku wypadkach...
panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
Szkoła trwała do południa,
a obiad jadło się w domu.
Niektórzy nie byli dobrzy w budzie
i czasami musieli powtarzać rok.
Nikogo nie wysyłano do psychologa.
Nikt nie był hiperaktywny
ani dysklektykiem.
Po prostu powtarzał rok
i to była jego szansa.
Wodę piło się z węża ogrodowego
lub innych źródeł,
a nie za sterylnych butelek PET
Wcinaliśmy słodycze i pączki,
piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem
i nie mieliśmy problemów z nadwagą,
bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni
Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli
i nikt z tego powodu nie umarł.
Nie mieliśmy Playstations,
Nintendo 64, X-Boxes,
gier wideo, 99 kanałów w TV,
DVD i wideo, Dolby Surround,
komórek, komputerów ani chatroomów w Internecie...
... lecz przyjaciół !
Mogliśmy wpadać do kolegów
pieszo lub na rowerze,
zapukać i zabrać ich na podwórko
lub bawić się u nich,
nie zastanawiając się, czy to wypada.
Można się było bawić do upojenia,
pod warunkiem powrotu do domu przed nocą.
Nie było komórek...
I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!!
Nieprawdopodobne!!!
Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!!
Całkiem bez opieki!
Jak to było możliwe?
Graliśmy w piłę na jedną bramę,
a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny,
to się wypłakał i już.
Nie był to koniec świata ani trauma.
Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie,
złamane kości, czasem wybite zęby,
ale nigdy, NIGDY,
nie podawano nikogo z tego powodu do sądu!
NIKT nie był winien, tylko MY SAMI!
Nie baliśmy się
deszczu, śniegu ani mrozu.
Nikt nie miał alergii
na kurz, trawę ani na krowie mleko.
Mieliśmy wolność i wolny czas,
klęski, sukcesy i zadania.
I uczyliśmy się dawać sobie radę!
Pytanie za 100 punktów brzmi:
Jak udało się nam przeżyć???
A przede wszystkim:
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???
Też jesteś z tej generacji?
He he,i jeszcze nie mieliśmy telefonów,jak się chciało odwiedzić kumpla/kumpelę w Olsztynie,Poznaniu czy Szczecinie, to się wsiadało do pociągu i jazda...
A wcześniej łaziło się po zamarzniętej rzece,właziło się na drzewa i się czasem spadało.
Fajne czasy to były :-)
Fajny tekst...a jakże prawdziwy.
Mówi się, że postęp życie ułatwia, gówno prawda. O ile mniej problemów, zmartwień człek miał.
Teraz niektórzy deprechy doświadczają, gdy im się pilot do tv HD popsuje, bo wtedy nie wiedzą co ze sobą zrobić.
Te farby z ołowiem, to lizać można było nawet, bo z drugiej strony tężyznę, odporność zapewniał czas spędzany na zewnątrz, aktywnie.
A teraz? Jak kto konta na Naszej Klasie nie ma, to dziwny.
@Browar
Z nostalgią wspominam różne zabawy, ale niektóre muszę przyznać wspomnienia powoduja nawet dziś dreszczyk emocji....policzymy sobie obrażenia, blizny i złamania?;)
Oj fajne czasy były...
a najcieplejsza woda w jeziorze jest podczas burzy-kogo obchodziło to, że pioruny walą wkoło?a polowanie na kapsle po pepsi coli?nie wiem czy pamiętacie, ale tylko po pepsi były kolorowe-w barwach pepsi właśnie, reszta kapsli była złota lub srebrna, więc się w sklepie polowało na te po pepsi, no i oczywiście, żeby były odpowiednio butelki otwierane, bo inaczej kapsle pokancerowane były.
Albo te latające kapsle po wódce/occie z saletry z cukrem?;-)))
i kuuuuupa innych
to były czasy
Taaak było...8-)
Jak na to patrzę z perspektywy rodzica to myślę, że albo bardzo odważni byli nasi rodzice, albo po prostu nie mieli innego wyjścia...
A dziś ? Nie dajmy się, wciągajmy młodych w proste klimaty. Tu na forum to akurat sporo dusz, co tak myślą ale jak się pogada z rodzicami w przedszkolu... brrr zgroza.
Pozdrawiam
Jank
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???
To były właśnie czasy, kiedy człowiek rozwijał swoją osobowość. Uczył się dawać sobie radę w trudnych i różnych przypadkach, był kreatywny. Uodparniał się na wiele dolegliwości i chorób, które teraz rozkładają nas totalnie. Ja osobiście chętnie zamieniłbym udogodnienia i wygody jakie przyniosła teraźniejszość na kilka chwil spędzonych âźza starych, dobrych czasówâ.
Polej dokładnie;-)
My na osiedlu np. wykarczowaliśmy kawałek lasu i zrobiliśmy taki mały stadion i organizowaliśmy sobie różne zawody sportowe-sami! Były 2 bandy na osiedlu i obie miały obozy w lesie-szałasy i domki na drzewach.
Każdy łaził po drzewach, płotach i innych.
jeden sąsiad miał dżipa i robił w zimie kuligi za nim dla całego osiedla.
Wspomnienia...
Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
...
Orsini! Ty się chyba załapałaś najwyżej na końcówkę tych ostatnich? :-)
Powiem tak: przed pierwszymi wyborami zdaje się w '89 (wybacz nie mam pamięci do dat) biegałam i rozklejałam plakaty Solidarności :smile:
Dla mnie to i tak są sprawy mniej ekstremalne. U mnie było mocniej, ale na warszawskiej Pradze nie dało się inaczej. âźPytanie za 100 punktów brzmi: Jak udało się nam przeżyć??? A przede wszystkim: Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???â OdpowiemâŚ. mi i jeszcze kilku ludkom się udało, ale gdy odwiedzam stare śmieci, to widzę jak sporej grupie niestety nie! Trawią ich stare ludzkie âźsłabościâ i wykształcone na Pradze âźumiejętnościâ . Dla kilku, w różnym wieku i okolicznościach, już ten świat przestał istnieć i powiem⌠dla nich tak lepiej.
Świat jest nadal ten sam, tylko⌠trochę technika poszła do przodu, żarcie ludziom rozpycha d..y, jest większa presja na kasę, bo człowiek widzi co za nią może kupić, wyścig szczurów napędza wyniki, rodzice mają brak czasu na wychowanie dzieci i później mają problemy⌠można wymieniać.
Świat jest nadal ten sam, tylko teraz człowiek⌠pracuje więcej, wie więcej, wie szybciej i jest zmanipulowany przez media, bo czyta i ogląda głupoty.
Zagrożenia były kiedyś i są teraz, czasami te same, czasami podobne a czasami nowe. Teraz przynajmniej mamy o nich wiedzę, która kiedyś była albo blokowana albo niewyjaśniona.
Tekst wywołuje nostalgię i dobrze! Tamte czasy miały inne uwarunkowania, inne prawo, inną wolność i inną âźnibyâ młodzież.
Od pokoleń starzyki nawalają na młodzież i od lat z rozrzewnieniem wspominają swoje czasy⌠dobre czasy! Warto z nimi o tym pogadać i każdemu się łezka zakręci, i każdy z nich może w podobnym tonie napisać nostalgiczny tekst. Obecne dzieciaki też tak powspominają za lat kilka⌠może(!) bez ran na kolanach, może bez Playstations, ale też pełen niebezpieczeństw. Oby miały zawsze nostalgię za czasem przeszłym, bo to by znaczyło ich fajne dzieciństwo.
Jednak wolę dzisiejsze czasy niż te kiedyś. Mój syn zazdrości mi okresu Deep Purple, Led Zeppelin, Breakout, autobusów âźogórkówâ, walki z ZOMO⌠ja jednak chyba mu więcej zazdroszczę. :)
âźJak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!ââŚ
âŚWicher wieje,
wicher słabe drzewa łamie, hej,
wicher wieje,
wicher silne drzewa głaszcze, hej.
Najważniejsze to być silnym,
wicher silne drzewa głaszcze, hejâŚ
⌠to aktualne będzie w każdym okresie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ps. Browar, można było kiedyś zamówić âźawizoâ - rozmowę z przywołaniem na pocztę.
W latach 60. w szkole na przerwach grywałem w cymbergaja.
W latach 70. byłem strasznym dziwkarzem. Aż cud, że żadnej "francy" nie złapałem.
W latach 80. jeździłem najpierw syrenką, a potem maluchem. Ta pierwsza była wręcz niesamowita: model 105 L (dźwignia zmiany biegów już w podłodze, nie przy kierownicy - jak w poprzednich modelach). Raz mi się te biegi "rozsypały" w okolicach Wałbrzycha (w 1982 r., wóz był jeszcze na gwarancji).
W latach 70. byłem strasznym dziwkarzem. Aż cud, że żadnej "francy" nie złapałem.
No Gosia powinna Cię nieźle w łeb trzasnąć za taką reklamę âŚ. ale może nawet i nie, bo różny jednak jest âźtenâ wiek gdy się do wspomnień wraca â tylko po cholerę tak o tym publicznie gadać ?
W innym wątku o pigalaku wspomniał ;)
No Gosia powinna Cię nieźle w łeb trzasnąć za taką reklamę âŚ. ale może nawet i nie, bo różny jednak jest âźtenâ wiek gdy się do wspomnień wraca â tylko po cholerę tak o tym publicznie gadać ? Gosię poznałem w 1984 r., a więc już po owych "burzliwych" latach 70.
Ślub wzięliśmy w 1985 r.
Córka urodziła się w 1987 r.
A teraz po owej publicznej samokrytyce - publiczna "autopochwała": jestem już prawie 24 lata po ślubie, a żony dotychczas nie zdradziłem. Mimo że stosowne okazje się zdarzały, a jeszcze i teraz czasami spotykam się z niewieścią zachętą. I to na warunkach niekomercyjnych. To ostatnie zdanie musiałem dodać, gdyż Recon znów wyskoczyłby z "Pigalakiem".
Jeszcze mi się coś istotnego przypomniało w związku z moją syreną, którą jeździłem w latach 1981-85.
Otóż po dziś dzień należy do niej rekord mojego dziennego przebiegu: 612 km, z Warszawy do Wisełki na wyspie Wolin w roku 1983.
Tak się złożyło, że już później dłuższych dystansów nie miałem okazji jednego dnia pokonywać. Jest to wyłącznie zaletą centralnego położenia Warszawy. Gdziebym się nie wybrał, to wychodzi co najwyżej 500 km.
A teraz po owej publicznej samokrytyce - publiczna "autopochwała": jestem już prawie 24 lata po ślubie, a żony dotychczas nie zdradziłem. a tu mnie aż palce korcą, żeby się kogoś zapytać jak to u niego wygląda, ale ok nie będę taka złośliwa od samego rana :lol:
No to pięknie!w przyszłym roku się szykuje cudowna rocznica-gratuluję!
Iras napisał przy okazji wizyty na Ukrainie:
Po wioskach liczydła są używane do dziś choć powoli wypierają je kalkulatory. Często jest tak że jest to i to. Starsze panie korzystają z liczydeł a te młodsze już kalkulatora. Niesamowite jest zobaczyć z jaką szybkością te panie posługują się tym urządzeniem. Gdy rozpoczynałem w 1975 r. swą "urzędniczą karierę", to na dnie szafy pancernej znalazłem liczydła schowane pod starymi dokumentami. Z tym, że moi bezpośredni poprzednicy już ich nie używali, trzymali je tam chyba tylko z nostalgii. W biurowym zastosowaniu były wówczas maszyny elektryczne (NRD-owskie lub szwedzkie) oraz mechaniczne szwedzkie "kręciołki" (na korbkę).
Pierwszy kalkulator pojawił się w moim wydziale chyba w 1976 r. i miała go oczywiście tylko pani naczelnik. Ale już w końcu lat 70. posiadał go na stanie każdy z pracowników.
Mnie przydzielono początkowo elektrycznego szwedzkiego "Facita" (?). Pamiętam, że raz pieczołowicie wprowadziłem do jego pamięci 49 danych liczbowych w tys. zł (sprawozdawczość inwestycyjna z 49 jednostek wojewódzkich), a następnie wcisnąłem "start". Zapowiadał się hałas maszyny przez kilka minut, więc mój vis a vis (siedzieliśmy razem w pokoju) wykorzystał je, aby gdzieś wyjść. Za chwilę i mnie koledzy wywołali z pokoju, więc zostawiłem to liczące monstrum na biurku i również wyszedłem.
A w tym czasie ów potworek hałasował i wolno przesuwał się po całym biurku. Przelazł na biurko kolegi, zwalił mu pełną filiżankę kawy, a następnie sam też spadł na podlogę.
A ów mój "vis a vis" to był b. fajny chłop, ale z ówczesną techniką strasznie na bakier. Raz pokłócił się z sekretarką automatyczną w nowej centrali telefonicznej ("już trzeci raz pani powtarzam potrzebny numer wewnętrzny, a pani mi w kółko to samo").
Ja w szkole miałam liczydło--takie małe drewniane z plastikowymi kuleczkami, nawet nas uczyli jak tym liczyć, ale niczego nie pamiętam;-((
tylko zazdrościłam paniom w sklepie, że ich liczydłą takie fajne duże były
Orsini a czyj to tekst?... bo dobry jest na nostlalgie....
żal mi się robi świata jak odwiedzam w pogodny dzień moje stare osiedle.. a tam pełny plac zabaw... pustki... na łakach nikogo... nikt łuków z leszczyny nie robi...
...komputery...mać!
A ja Wam mówie dawniej mniej krzaków w Bieszczadach było. Teraz to wszystko zarasta jakimś badziewiem. Pól już prawie nie ma, mozaikowe łąki zmieniły się w zmiętolone rębakiem wielkoobszarowe trawniki, pastwisk grodzonych żerdziami już prawie nie ma. Jesiennych dymów z kartoflisk to w Beskidzie Niskim albo na pogórzach trza szukać. Nikt nie biega już po łąkach i lasach z łukami... Za to wszędzie pełno plastików, worków i sreberek. Udział wtórnych paralityków i debili wzrósł... Teraz to każdy prawie ma alergię, ADHD, nagniotki na mózgu i cholera go wie jaką jeszcze inną kiłę. Powiem Wam jedno - lubię sobie połazić po tych dawnych miejscach i powspominać przeprawy przez bagna, burze, które się w lesie przeżyło... Tylko, że te miejsca znikają, a w ich miejsce powstają osiedla domków w kolorach wszelkich odmian sraczki. Taka jest cena postępu i dobrobytu.
Orsini a czyj to tekst?... bo dobry jest na nostlalgie.. Krąży już od jakiegoś czasu w necie jak wiele podobnych. U mnie był jakieś 2 lata temu i pojawia się średnio co pół roku
Długi
Taaak było...8-)
Jak na to patrzę z perspektywy rodzica to myślę, że albo bardzo odważni byli nasi rodzice, albo po prostu nie mieli innego wyjścia...
A dziś ? Nie dajmy się, wciągajmy młodych w proste klimaty. Tu na forum to akurat sporo dusz, co tak myślą ale jak się pogada z rodzicami w przedszkolu... brrr zgroza. ja to się zastanawiam jacy odważni byli moi rodzice, że jechali w tamtych czasach z nami dwiema małymi dziewczynkami pociągiem z przesiadkami, czasami na stojąco i na jednej nodze (bo o kuszetki trudno było a pamiętam też jak ojciec prawie starcił dwa palce u ręki w bitwie na bocznicy kolejowej o miejsca w przedziale...), bez walizek na kółkach tylko z takimi zwykłymi, czasami ponad 30 godzin w jedną stronę...
i wszyscy to przeżyli i byli zadowoleni:-P
a dzisiaj przejażdżka z dzieckiem tramwjem albo autobusem miejskim to dla niektórych rodziców co najmniej jak wyprawa na biegun;) albo co najmniej ...obciach..
mi się z tamtymi czasami oprócz wielu innych spraw kojarzy jedno - co było i chyba już nie wróci....LISTY!! czy kogoś dzisiaj stać na napisanie ręcznie dwunastu stron drobnym maczkiem? i te koperty...ręcznie klejone z papieru kredowego i malowane tuszem na różne kolory (niestety sama takich nigdy nie potrafiłam zrobić). I nie można było ich skasować jednym naciśnięciem klawisza...a nawet jak się list w złości porwało to zawsze coś zostawało....
W czasach PRL żołnierze jednej z jednostek wojskowych zobaczyli któregoś dnia w koszarach afisz z ogłoszeniem, że dnia "tego to a tego" odbędzie się projekcja filmu:
- szwedzkiego,
- pornograficznego,
- pod tytułem "Baba na żołnierzu".
Zapisali się absolutnie wszyscy. A z tzw. izby chorych to nawet nie tylko symulanci, ale chorzy naprawdę. Także ci obłożnie chorzy.
Gdy już sala klubowa była w 110 % zapełniona (te dodatkowe 10 % to pracownicy cywilni wojska), oficer polityczno - wychowawczy zamknął ją od wewnątrz na klucz, a następnie przeprosił zebranych za tzw. błędy drukarskie w ogłoszeniu. Film był bowiem:
- nie szwedzki, ale radziecki,
- nie pornograficzny, lecz panoramiczny,
- nie pod tytułem "Baba na żołnierzu", lecz "Ballada o żołnierzu".
:grin:
I jeszcze taki dowcip (z serii korespondencji do p. Rumiana):
- Szanowny Panie Rumian, czy mogłabym zajść w ciążę - siusiając pod wiatr ?
- Mogłaby Pani. Pod warunkiem, że byłby to wiatr od koszar.
:grin:
ot i wspomnień czar....i smutne stwierdzenie faktu " Panie Hawranek, to se ne vrati "
- toczenie fajerki, podprowadznej z pieca kuchennego, na drucie po okolicnych uliczkach osiedla.
- gra " Wyścig Pokoju" rysowało się trasę wyścigu na ziemi a zawodnikami były kapsleod butelek/ hit / lub porcelanowe zamknięcia na tzw sprężynę.
- obozy wędrowne/ rajdy - jedna konserwa " Śledź po gdańsku w pomidorach " na trzech i losowanie na zapałki kto chebem wytrze pozostałości sosu w puszce.
- wyjazdy na wieś do Babci
- smak cieepłego jeszcze chleba wyjętego z pieca i maślanka prosto z "masielnicy"
-zapach płonących szyszek pod blachą kuchni zmieszany z apachem smażonych jaj
na boczku popijanych kawą zbożową " Turek " .
....to może narazie tyle bo się rozmarzyłem....
- sprzęt ze składnicy harcerskiej
- autobusy "ogórki"
- "Kobra" w kryminalne czwartki
- Laskowik i "Gallux szoł"
- tanie wedzone dorsze
-papierosy "Sport"(kupowane dla Dziadka,reszta na dropsy)
ja niestety zalapalam sie jedynie na osiemdziesiate.. zal mi jak cholera ze sie rodzice wczesniej o mnie nie postarali ;)
slabo mi sie robi jak przeczytalam kiedys ostatnio na mleku dla dzieci (powyzej 1 roku) instrukcje uzywania: ze kazde naczynie nalezy wyparzyc a nawet wygotowac przez 5 min, ze jesli opakowanie mleka warunkujacego sterylnosc jest uszkodzone to nie mozna podawac mleka dziecku, ze jesli troche mleka zostanie to absolutnie nie mozna go odgrzewac po paru godzinach bo mogly sie tam dostac bakterie itp. A co najgorsze kupa rodzicow sie do tego stosuje!!
a jedna babka ktora kupuje u nas w aptece prawie dostala torsji z przerazenia bo umyla 5 miesiecznemu dziecku glowke szamponem, a na butelce pisalo ze od 6 miesiaca!
a ja chyba bardzo naiwna jestem- bo wciaz wszedzie probuje odnalezc ten swiat sprzed lat.. ale wiary dodaje to ze czasem sie udaje!! moze dlatego na moich zdjeciach tyle autobusow ogorkow, konnych zaprzegow i liczydel w sklepach.. bo kazde , choc podobne do poprzedniego , niezmiernie cieszy, ze jest, ze jeszcze przetrwalo na przekor dzisiejszemu swiatu..
slabo mi sie robi jak przeczytalam kiedys ostatnio na mleku dla dzieci (powyzej 1 roku) instrukcje uzywania: ze kazde naczynie nalezy wyparzyc a nawet wygotowac przez 5 min, ze jesli opakowanie mleka warunkujacego sterylnosc jest uszkodzone to nie mozna podawac mleka dziecku, ze jesli troche mleka zostanie to absolutnie nie mozna go odgrzewac po paru godzinach bo mogly sie tam dostac bakterie itp. A co najgorsze kupa rodzicow sie do tego stosuje!! I to akurat dobrze. Kiedyś jedzenie dla dziecka się gotowało, wrzące wlewało do butelki i studziło pod kranem. I tak wychowałem się ja i moich 2 dorosłych już synów. Teraz do proszku dolewa się letniej wody i gotowe. Jeżeli chcesz swoje niemowlę karmić nie zachowując zasad higieny... lepiej zrezygnuj z macierzyństwa;)
Pozdrawiam
Długi
I to akurat dobrze. Kiedyś jedzenie dla dziecka się gotowało, wrzące wlewało do butelki i studziło pod kranem. I tak wychowałem się ja i moich 2 dorosłych już synów. Teraz do proszku dolewa się letniej wody i gotowe. Jeżeli chcesz swoje niemowlę karmić nie zachowując zasad higieny... lepiej zrezygnuj z macierzyństwa;)
Pozdrawiam
Długi w takim przypadku to cud ze zyje...;) jakos moi rodzice nie wyparzali naczyn dla mnie do 5 roku zycia (jak radza niektore gazety) a jak mialam rok czy dwa latka to nieraz pilam w kubeczku umytym w strumieniu..moze wzgledem noworodka powinno sie sterylnie postepowac, ale odnosnie polrocznego czy rocznego dzieciaka to juz troche chyba smieszne.. kiedys trzeba dziecko z aseptycznej loży wypuscic na okrutny swiat.. ;)
długi buba ma rację, te sterylne warunki teraz powodują nic innego jak ogólny spadek odporności u dzieci, a więc nic dobrego
Do trzeciego roku życia formuje się grasica.Jak dziecię w tym czasie nie ma kontaktu z "zarazkami" poprzez wkładanie do buzi wszystkiego co się da (pająki,patyki,pety,liście itp) to rośnie gotowy,elegancki alergik.
Piliście kiedyś mleko prosto od krowy? Może kosztowaliście prawdziwego kwaśnego mleka prosto ze sklepu (piwnicy) z prawdziwymi młodziutkmi ziemniakami z koperkiem? Pamiętacie zapach pieczonego chleba, takiego wystanego w kolejkach? Albo losowanie talonów na buty? Czy kiedykolwiek robiliście pierogi z jagodami rwanymi prosto z krzaka w misce i usiłowaliście ugotować je na ognisku? Albo konserwa mielonka taka przepyszna w prostokątnej puszce z bochnem chleba na namiot? Byłam wliceum w dobrej sytuacji. Moja koleżanka była Macedonką i jej mama robiła przepyszne ciasto na ostro z serem, którym można było żywić się przez kilka dni.
mleko od krowy piłam raz-NIGDY więcej!!!
obrzydlistwo!!!
ciepłe blueeeeeeeeeee
ale za to prosto z lodówki ze szklanej butelki z kapslem z aluminium-PYCHA!!!wszyscy z jednej doprowadzając mamę do nerwów z tego powodu;-))))
ja niestety zalapalam sie jedynie na osiemdziesiate.. zal mi jak cholera ze sie rodzice wczesniej o mnie nie postarali ;)
...
a ja chyba bardzo naiwna jestem- bo wciaz wszedzie probuje odnalezc ten swiat sprzed lat.. Spokojnie,ten świat jeszcze istnieje i całkiem nieźle się trzyma...sa takie rejony,trzeba je tylko znaleźć ;) Widziałem ostatnio żyletki w sklepie na półce,he he
Piliście kiedyś mleko prosto od krowy? . taak :) najlepiej smakuje takie z wydojonej na pastwisku krowy! (ukradkiem bez zgody wlasciciela ;)) takie mleko smakuje trawa, ziolami i krowa :)
Pamiętacie zapach pieczonego chleba, takiego wystanego w kolejkach? Albo losowanie talonów na buty? . ale pamietam ze za czasow kartek mielismy zawsze duzo miesa bo moj tata handlowal kartkami z sasiadami- dawal kartki na papierosy wzamian za te na mieso, :) tak pod koniec miesiaca jak juz tamtych przycisnelo ;)
albo jak sprzedawali dwie rolki papieru toaletowego na dziecko, wiec bacia kupila na mnie dwie i juz mamy wychodzic az tu podchodzi jakis pan i pyta babcie czy on moze pozyczyc dziecko. (teraz by powiedzieli ze pedofil ;) ) wiec babcia mi chwile tlumaczyla ze "teraz ten pan cie wezmie na rece, ale nie wyrywaj sie i nie krzycz, zaraz cie odda tylko kupi papier! :D
albo jak mnie babcia chciala udusic bo wystala w kolejce dwa węgorze, a ja bardzo chcialam poniesc jednego, wiec babcia mi dala , wychodzimy ze sklepu a węgorz mi sie wysmyknal i upadl prostu pod nadjezdzajace auto.. niewiele z niego zostalo.. pani ze sklepu sie zlitowala widzac wielkie nieszczescie i dala nam wegorza gratis.. wiec wracalysmy szczesliwe do domu gonione przez przeklenstwa tych co stali w kolejce ;)
ale za to prosto z lodówki ze szklanej butelki z kapslem z aluminium-PYCHA!!! z kapslem w kratke?? takie co mleczarz przynosil na klatke schodowa i tak fajnie brzękał butelkami?
Czy kiedykolwiek robiliście pierogi z jagodami rwanymi prosto z krzaka w misce i usiłowaliście ugotować je na ognisku? taaaak :) na wierzchu byly spalone a w srodku surowe... ;)
ale jak sie popilo kropką to przestalo miec jakiekolwiek znaczenie ;)
Żyletki teraz to nic nadzwyczajnego,powiedzcie gdzie kupić mydło do golenia takie w sztyfcie a nie w piance (wujek szuka bezzskutecznie!).A kto chodził w pończochach "na guzik albo bilon"???ha,ha!-ręka do góry jesli ktos to jeszcze pamięta (chłopcy tez to nosili,bo nie było rajtuz)
Z propagandy partyjnej tamtych czasów (lata 50. i 60.):
- Nie oszuka chłopa
Radio Wolna Europa !
- Rolniku ! Każda ponadplanowa fura gnoju to nowy cios w imperializm !
- Towarzysze ! Przed wojną nie mieliśmy nic ! A dziś mamy - dwa razy tyle !
- Towarzysze ! Przed wojną staliśmy nad przepaścią. A po wojnie - uczyniliśmy wielki krok naprzód !
A społeczeństwo z właściwym sobie humorem odreagowywało:
- Każdy rolnik postępowy
sam zapładnia swoje krowy !
- Zamiast nocą iść na ksiuty,
zbieraj złom dla Nowej Huty !
- Zamiast w kącie trzepać prącie,
łącz się w Narodowym Froncie !
A to współczesne
Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,
Też jesteś z tej generacji? Takie łańcuszki kiedyś chodziły po mailach. Okraszone fotografiami : /
W latach 70. importowalismy wiele zachodnich urządzeń za Gierkowe kredyty.
M.in. do jednego z PGR-ów trafiła nowiutka amerykańska elektryczna dojarka. Zatrudniony tam pracownik, gdy został w oborze sam, obejrzał ją, zachwycił się jej delikatnym umocowaniem i postanowił ją wypróbować ... na sobie samym. Tzn. popełnić grzech nieczystości opisany już w Starym Testamencie, biorący zresztą swoją formalną nazwę od imienia biblijnego bohatera.
I takoż uczynił.
Po pewnym czasie, zaalarmowani jego wrzaskiem, nadlecieli koledzy i ujrzeli go szamoczącego się z owym zachodnim urządzeniem. Biedak, nie znając języka angielskiego, nie przeczytał w instrukcji obsługi, iż urządzenie wyłącza się tylko samoczynnie, po wydojeniu porcji 5 litrów.
:lol:
A teraz historia autentyczna.
Także w latach 70. w okolicach Ostrołęki wdrażano jakąś włoską licencję, też w dziedzinie rolnictwa. Przez kilka miesięcy zamieszkiwał więc tam również włoski personel techniczny, do którego należeli m.in. młodzi inżynierowie. Młodość, uroda i temperament południowców - wiadomo, jak to wszystko działało na miejscową płeć piękną, uczennice i absolwentki różnych szkół przyzakładowych i zasadniczych, jakich w PRL było bez liku.
Niektóre z tych dziewczyn okazały się jednak cwanymi realistkami życiowymi i zaczęły wymagać od przystojnych cudzoziemców ... twardej waluty.
Cóż, biznes to biznes. Włosi zaczęli im więc płacić swoją ówczesną walutą, czyli lirami. Panienki, widząc zera na nominałach banknotów, były usatysfakcjonowane. Czar zdecydowanie prysnął, gdy w wojewódzkim Pewexie dowiedziały się, że za cały utarg to mogą sobie kupić 2 paczki papierosów lub flaszkę polskiej wyborowej.
- Każdy rolnik postępowy
sam zapładnia swoje krowy !
- Zamiast nocą iść na ksiuty,
zbieraj złom dla Nowej Huty !
- Zamiast w kącie trzepać prącie,
łącz się w Narodowym Froncie ! to mi sie wybitnie kojarzy z zardzewiala tabliczka z nieczynnego PGRu : "rolniku daj krowie- krowa da tobie" :D ech..ze nie dalo jej rady zabrac na pamiatke(mocno przykrecona na zardzewiale sruby :( ..rok pozniej budynki juz nieistnialy a tabliczka sie pewnie zmarnowala :(
[QUOTE=Stały Bywalec;75400]....
- Każdy rolnik postępowy
sam zapładnia swoje krowy !
....QUOTE]
A jeżeli rolnik sam nie chciał tego czynić, to fundował swoim krówkom inseminatora.
Przyjezdżał taki do gospodarstwa, robił co do niego należało, odpalał swojego " Malucha" i w drogę.
Jedzie sobie i wdzi w wstecznym lusterku biegnacą za nim krowę.
Więc przyspieszył trochę, to krowa też przyspieszyła.
To on jeszcze bardziej wcisnął pedał gazu , to krowa też przyspieszyła.
Gdy silnik w "Maluchu " chciał już wyskoczyć z komory silnikowej, a krowa nie ustępowała, zaniechał dalszego wyścigu.
Wysiada z autka i patrzy na krowę.
A ta, gdy do niego podbiegła, złapawszy oddech mówi
- A buzi to nie dasz?
PRL to plusy i minusy.
Minusów było znacznie, znacznie więcej.
Do najważniejszych zaliczyć by należało księżycową gospodarkę i ceny brane z sufitu.
Bo na dobrą sprawę nie było wiadomo, co ile naprawdę kosztowało. Kopalnie, huty, elektrownie "obrosły" bowiem bazą socjalną (zakładowe budynki mieszkalne, przychodnie zdrowia, żłobki, przedszkola, etc.), co stale wymagało dofinansowania (lub wręcz sfinansowania) i w ten sposób znacznie powiększało koszty produkcji. A przecież węgiel, stal, energia elektryczna to nie były wyroby finalne, lecz słuzyły produkcji w innych gałęziach gospodarki.
Handel i usługi (państwowe i spółdzielcze) były fatalne. Poza największymi miastami, gdzie jeszcze jakaś szczątkowa kultura obsługi jednak obowiązywała, było wręcz niedobrze pod tym względem. Panie ekspedientki, panowie kelnerzy (ani, co gorsza, ich szefowie) nie byli materialnie motywowani w zależności od obrotu, więc klientom ... robili łaskę, że im coś sprzedali czy obsłużyli.
Na tle tego wszystkiego sektor tzw. prywatny przeżywał złote lata, które już mu nigdy nie powrócą. Rzemieślnicy i tzw. badylarze oraz handlarze nie mieli najmniejszego problemu ze zbytem, sami dyktowali ceny, a odbiorcy potulnie czekali w kolejkach. Najmniejszy prowincjonalny prywatny sklepik stanowił żyłę złota, a jego właściciel zarabiał więcej od ministra. Zresztą funkcjonowało wówczas powiedzenie, że bardziej opłacalny jest najgorszy prywatny handel niż najlepsza państwowa posada.
Jedynymi osobami, które mogły się legalnie "dorobić" w PRL, to byli właśnie owi "prywaciarze" oraz ... "powracający z zagranicy". Ci ostatni pracowali na Zachodzie na czarno (najczęściej), żarli tam kocie i psie puszki, a już po roku - dwóch powracali do "znienawidzonego" PRL-u i kupowali sobie na wolnym rynku mieszkania lub domy. Mój kolega kupił sobie pod koniec lat 70. na Żoliborzu ładne mieszkanko 2pk, 55 m kw., za 3 tys. USD (dziś jest ono warte ponad 500 tys. zł). Owe 3 tys. USD zarobił przez rok w Szwecji, będąc w tym czasie w Polsce na urlopie dziekańskim.
Krążyły plotki o wysokich zarobkach i wspaniałym zaopatrzeniu żołnierzy zawodowych, funkcjonariuszy mundurowych i etatowych pracowników partyjnych. W 95 % wszystko to była lipa i bujda na resorach, wymyślana chyba tylko po to, aby dzielić społeczeństwo na "my" i "oni".
Owi rzekomo "uprzywilejowani" mieli pod pewnym względem w PRL nawet gorzej niż "zwykli śmiertelnicy". Nie mogli bowiem jeździć prywatnie na Zachód. Bez zgody szefów nie mogli dostać paszportów i już. A szefowie takich zgód nie wydawali, gdyż sami nie mieli szans na uzyskanie zgody od z kolei swoich przełożonych.:-x
Gierek już na początku lat 70. praktycznie otworzył granicę, co funkcjonowało (z przerwą na stan wojenny) aż do schyłku PRL. Owszem, były pewne korowody z otrzymaniem paszportu, czekało się na niego po kilka m-cy, czasem ktoś go w ogóle nie dostał, ale w zasadzie wystarczało (lipne) zaproszenie lub 100 USD, aby wyjechać do RFN, Skandynawii lub nawet USA - oczywiście turystycznie.:smile:
Plusów też można by jednak trochę wyliczyć.
Bezrobocia praktycznie nie było, praca czekała na każdego (chociaż nie na miarę oczekiwań płacowych i posiadanych kwalifikacji). W pracy atmosfera była koleżeńska, często wręcz bardzo dobra.
Bezdomność - w ogóle nie istniała. Ulice miast były bezpieczne, nawet w nocy.
Szkolnictwo wszystkich szczebli stało na wyższym niż dziś poziomie.
Reasumując jednak - dobrze, że te czasy już się skończyły. Gdyby PRL nadal istniała, mielibyśmy dziś pewnie tylko ze 4 programy TV, komórki i komputery kupowalibyśmy na przedpłaty, zapisy i asygnaty, na założenie Internetu musielibyśmy posiadać zgodę miejscowego komendanta MO. A na Naszym Forum zalogowałby się jakiś przedstawiciel Wielkiego Brata, który szybko zwerbowałby Admina do wspólpracy w charakterze TW lub OZ. :lol:
PRL to plusy i minusy.
Minusów było znacznie, znacznie więcej.
Do najważniejszych zaliczyć by należało księżycową gospodarkę i ceny brane z sufitu.
Reasumując jednak - dobrze, że te czasy już się skończyły. : ale dziecinne wspomnienia sa wolne od polityki, ekonomii i marketingu :)
ale dziecinne wspomnienia sa wolne od polityki, ekonomii i marketingu :) Dla kogo dziecinne, dla tego dziecinne !:-)
Buba, jakiego znów "marketingu" ? O marketingu w czasach PRL to nie tylko dzieci nie słyszały, ale także dorośli, zarówno ci partyjni, jak i bezpartyjni.
No, chyba że za marketing uznałoby się szeptanie "change money" w hotelach, gdzie zatrzymywali się tzw. dewizowi cudzoziemcy.:-D
Drogi SB,
Co do uprzywilejowania pewnych grup, to chyba nie tylko mit, czy pogłoska mająca na celu skłócenie społeczeństwa.
Może nie byo bezpośredniej premii za fakt bycia członkiem PZPR, czy noszenia określonego munduru, ale będąc na jakimś szczeblu hierarchii partyjnej miało się łatwiejszy dostęp do pewnych rzeczy, np. talon na poloneza.
Co szkolnictwa, to choć "spadek" jest faktem, na mój gust rodzący się po Czernobylu, to już nie ten intelekt;), ale jednak
wyższy poziom szkolnictwa nie wynika z faktu, że było to w PRL-u, ale że było to 30-40 lat temu.
Postęp technologiczny,idące za nim zmiany w zwyczajach, sposobach działania, pracy, czy nauki, również w rozrywce, absolutnie ograniczają myślenie do minimum, a idące za tymi zmianami programy nauczania i metodyka starają się tym zmianom sprostać. I koło się zamyka - nasz gatunek kretynieje Stały Bywalcu i tyle. I nie ma to znaczenia w jakim ustroju dane społeczeństwo żyło, czy żyje.
Wielu młodych ludzi nie zdaje sobie sprawy, z tego na ten przykład, jakie znaczenie dla suchej choćby wiedzy teoretycznej, miał fakt, że ściągawki trzeba było przepisać,a nie skserować, czy wydrukować.
Gdy nie było Internetu, a nawet bryków - moją jedyna lekturą nie przeczytaną na czas byli "Chłopi" - wypożyczyliśmy video (LO rok 87 chyba).
Gdy nie było 100 kanałów TV, komputerów, trza było ruszyc głową, by wymyślić dobrą zabawę, a w tej dobrej zabawie mieć wyobraźnię.
Nie wystarczyło napierd***joystickiem, czy pilotem;)
W wolnych chwilach człek sięgał też po książkę.
I tak na koniec.
To porównanie poziomu szkolnictwa jest miarą iluzoryczne.
Tak naprawdę, to poziom inteligencji Polaków wielce się nie zmienił, w naturalny sposób spada, ale nie jest to jakiś bardzo szybki proces.
Zmieniła się na pewno struktura - zbyt dużo ludzi zostało pchniętych ku średnim szkołom ogólnokształcącym, a wiedząc doskonale zresztą, że sobie nie są w stanie poradzić, utworzono jakieś tam licea profilowane. Nie pomogło.
Chyba uznano, że wykształcenie zawodowe, czy średnie techniczne uwłacza ludzkiej godności?;)
W końcu, w dobie obrony konstytucyjnych praw jednostki doprowadzono pewne standardy, czy kryteria do, wg mnie absurdu, chroniąc młodego człowieka przed "uszczerbkiem na godności", a jednocześnie chowając go pod kloszem, czyniąc zupełnie nieraz nieprzygotowanym do życia. Życia, które jest pełne stresu. (patrz statystyki dot. samobójstw)
Kiedyś sprawa była prosta.
Jesteś pilny i inteligentny - idziesz do LO, potem na studia.
Masz robotę do wykonania, więc ja zrób, jeśli zrobisz kiepsko, dostajesz mierną ocenę - oops, sorry wyraz "mierna" uwłacza godności, zmieniono na dopuszczającą.
Jeśli nie, to zawodówka, a spróbuj jeszcze i to olać, to OHP i do łopaty. Nikt nikogo na siłę nie próbował magistrem zrobić.
Pozdrawiam:)
A pamiętacie pierwszy komputer Wasz?;-))))
u mnie w domu to było Atari;-))))ciekawe ile to swoją drogą miało pamięci?
i gry co się z radio nagrywało na kasety :mrgreen:
Tak Orsini, wspominaliśmy to kiedyś w shoutboxie chyba....ale to już schyłek PRL-u;)
Sam wchodzę właśnie w wiek inżyniera Karwowskiego, więc nie miałem okazji zbyt dobrze PRL poznać, ale Ty gówniaro widać załapałaś się na końcówkę ino.
PS. Grałem na commodorze:)
PS. Grałem na commodorze:) o burżuj jaki:mrgreen::mrgreen:
Sam wchodzę właśnie w wiek inżyniera Karwowskiego, :) już 50 lat?ależ ten czas zap**** :mrgreen::twisted:
Orsini, nie postarzaj tak VM2301 ani inż. Karwowskiego. Serial był pt. "Czterdziestolatek", a nie "Pięćdziesięciolatek". :-D
Drogi VM2301 !
Zgadzam się z Tobą w 99 %.
Gwoli więc nie tyle polemiki, ile uzupełnienia Twojej wypowiedzi:
1) postępujące "ogłupienie" społeczeństwa ma rzeczywiście wymiar czasowy i ponadustrojowy; maturzyści przedwojenni posiadali większą wiedzę ogólną, niż ci z czasów PRL, a z kolei maturzyści z czasów zaborów - jeszcze większą niż ci pierwsi,
2) poziom wykształcenia i kultury ogólnej nie idzie w parze z postępem w dziedzinie cywilizacji - przeciętny Amerykanin nie jest przecież najmądrzejszy na świecie, a jednak to USA zdecydowanie przodują w rozwoju techniki,
3) faktem jest, że różni "partyjni" i "mundurowi" mieli w PRL nieco łatwiejszy dostęp do np. asygnat na samochody i mieszkań, ale nie stanowili oni bynajmniej jedynej grupy społecznej tak uprzywilejowanej, poniewaz dużo zakładów pracy przyciągało tym do siebie pracowników,
4) w rozwinięciu pktu poprzedniego napiszę, że na mieszkania czekali krócej również górnicy, hutnicy, budowlańcy i w ogóle pracownicy co ważniejszych socjalistycznych przedsiębiorstw (ze swojego podwórka wymienię ad hoc np. ZM Ursus i Polcolor w Piasecznie), a asygnaty (wcześniej: talony) na samochody rozdawano przodującym robotnikom za wykonanie, a jeszcze lepiej przekroczenie planu
SB,
W pierwszych słowach mego postu pragnę Cie gorąco pozdrowić i podziękować za obrone mojej metryki;)
..tośmy chyba consensus osiągnęli;)
Suma sumarum, chyba zawsze przeszłość wspomina się z rozrzewnieniem
@Orsini
Po pierwsze to *(&^&%E^%^$#@#$@$^&!!!!! nauczyć się liczyć albo obejrzyj klasykę polskiego serialu.
Po drugie nie taki burżuj, bo był z drugiej ręki...i nie stanowił fizycznie mojej własności;)
@Orsini
Po pierwsze to *(&^&%E^%^$#@#$@$^&!!!!! :mrgreen::mrgreen::mrgreen:
A pamiętacie pierwszy komputer Wasz?;-))))
:
nietrudno... 2003 rok, ten co mam i teraz ;)
..pierwszy komputer ATARI 800XL ... czas wgrywania gry.. kilka godzin... brak internetu... młodość z tekstu przeżywałem w czasach przełomu PRL na kapitalizmmm... więc nie wypowiadam się o plusach i minusach czerwonej epoki... a ino o samym sensie ów słów... o tak.. żyło się inaczej... Nutrie na działce... Wynoszenie całych autobusów z Autosanu w częściach... Teleranki w kinie... Wczasy w ośrodkach.... mniodzio..
Jako, że też jestem w wieku inzyniera Karwowskiego, załapałem się na schyłek PRl-u. Ale co przerzyłem to moje. Pierwsze trzy lata podstawówki zaiwaniałem dwa kilometry lasem sam. Matula mnie zaprowadziła tylko przez pierwszy tydzień. W dupę dostałem też nieraz i nigdy nie miałem o to pretensji, a nie jak teraz że, dziecka udeżyć nie można. Jako dwunastolatek pierwszy raz samodzielnie za woźnicę robiłem wioząc zboże na targ do pobliskiego miasteczka.
Aha, byłbym zapomniał, moja ciotka prowadziła skup jaj gospodyń. Na jej domu dość duża tablica informowała "ROLNIKU NIE MYJ JAJ, PRZED SKUPEM". Zawsze zastanowiałiśmy się dlaczego ten chłopina tych jaj ma nie myć, skoro to baby do skupu jajka przynosiły.
A pamiętacie pierwszy komputer Wasz?;-))))
u mnie w domu to było Atari;-))))ciekawe ile to swoją drogą miało pamięci?
i gry co się z radio nagrywało na kasety :mrgreen: Pierwszy komputer, który widziałem to Odra 1304, oczywiście nie był mój.
Jeżeli ktoś z Was go widział, to wie dlaczego.
pozdrawiam
Pierwszy komputer, który widziałem to Odra 1304,...
Jeżeli ktoś z Was go widział, to wie dlaczego.... Jak mieścił się (mieściła ) w pomieszczeniu 20 m kwadratowych , to sobie nie mogłeś pozwolić ;)
A RIAD (ruski kampiuter) to Wy znali ?
Nigdy nie zapomnę ćwiczeń z informatyki na studiach , "napisać program do rozwiazania jakiegoś tam równania matematycznego ", a nastepnie wydziurkować to na "karcie perferowanej "(chyba tak to sie nazywało) ...
Takie to były wtedy nośniki :wink:pamięci.Równanie to można było na kartce normalnie rozwiązać w 5 minut , a program pisało się przez całe ćwiczenia z 3 godz.
No kto to jeszcze pamieta ???? haaaha
Zdziwisz się joorg ale ja pamietam. Widziałem komputer zajmujący kilka pomieszczeń.
pozdrawiam
Na polibudzie to się nazywało ETO (Elektroniczne Techniki Obliczeniowe),pisało się w fortranie,drukowało te karty(ileś tam razy,zawsze były jakieś błędy) a potem Odra wypluwała wynik....uff..
(...) No kto to jeszcze pamięta ???? haaaha A właśnie że ja pamiętam, chociaż jak przez mgłę.
Tworzyłem coś w ALGOLU: begin, integer, itd. Działo się to w 1-szej połowie lat 70.
A komputer, czy raczej jego poszczególne elementy, widziałem w SOETO (Stołeczny Ośrodek Elektronicznej Techniki Obliczeniowej). Zajmował, zdaje się, dwa piętra w budynku.
"Computer" (wymawiało się: kompiuter :-)) był także w PKiN, w tamt. pomieszczeniach Wydziału Matematyki UW.
Zdziwisz się joorg ale ja pamietam.... Wiem ,że pamiętacie..Młodzieńcy:lol: ....tak jak i ja pamiętam, choć już przez"mgłę":smile:.
Mam pewne wątpliwości;) co do Bertranda, po tym jak napisał :
To nie był mój pierwszy raz. ;) przynajmniej z góry na dół.....
Na polibudzie to się nazywało ETO (Elektroniczne Techniki Obliczeniowe),... Dokładnie, czasem ZETO (zakład elktronicznej techniki obliczeniowej) ..skąd my to znamy ??
ps. koniec już ,bo się "rozklejam"
To na dobitkę,znalazłem właśnie sprawny napęd B i do niego paczkę dyskietek 5,25",he he
Mieliśmy kiedyś zajęcia z komputerów w sali gdzie stał pierwszy na uczelni mikrokomputer ( w porównaniu do Odry to rzeczywiście był mikro)
a pod nim stała emaliowana miednica z wodą.
A studenty jak to studenty ...ciekawe po co ta miednica pod komputrem.
Asytstent rzeczowo wyjaśnił że jest to przyrząd do stabilizacji wilgotności pomieszczenia , bo tylko wówczas komputer działa stabilnie.
Fajna była ta klima.
W kwestii "nadrzędnej roli partii", poprawności politycznej - to taki nowocześniejszy twór, chyba nic się nie zmieniło.
"niech nikt mi nie mówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe"
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomos...em_szkoly.html
Popie*****cy
Riad i Odra... były jeszcze, ale już nie pracowały. Ja załapalem się na Merę. "Liczyło" się na niej (w fortranie) zdecydowanie szybciej niż na ówczesnych PC-tach, typu np. robotron :)
...w szafie mam taśmę perforowaną heh... i robiłem z niej łanuchy na choinkę
o to pamiętam, nie pamiętam do czego ta taśma w dziurki służyła?
A może teraz o motoryzacji pogadamy ?
Wybrańcy otrzymywali talony na samochody, później zwane asygnatami.
Za "krótki" wówczas byłem, aby coś takiego dostać. Przypominam sobie tylko, że raz, w połowie lat 80., doszedłem do finału na asygnatę na trabanta. Do dyrektora departamentu wpłynęło kilkanaście podań, odrzucał je po kolei drogą eliminacji (stosując własne kryteria), aż na "placu boju" pozostał niejaki Lucek i ja. W finale lepszy był Lucek.:-(
Ostatecznie w PRL jeździłem najpierw syreną 105L, a potem maluchem. Syrena była kupiona na przedpłatę (2 lata oczekiwania), a malucha (już 3-letniego) nabyłem w 1985 r. na giełdzie samochodowej na Okęciu.
Kawał o maluchu
Przyjeżdża do lasu parka maluchem. Pani wyskoczyła już z samochodu, rozłożyła kocyk i woła zniecierpliwiona:
- Kochanie, pospiesz się ! Ja czekam ! Jestem już gotowa !
Wtedy słyszy odpowiedź pana, jeszcze z samochodu:
- Ja też już jestem gotowy ! I, cholera, przez to właśnie wyjść stąd nie mogę !
S.B poruszył świetny temat :twisted:
Motoryzacja ....
Dzisiaj mamy co w samochodzie ?
...klimatyzacja, wspomaganie ukł kierowniczego, wspomaganie ukł wysprzęglenia, wspomaganie ukł hamulcowego, oczywiście mało co nie ma ABSu, trafiają się odtwarzacze DVD i zmieniarki na XX płyt a "empe czy" to już standart, nawigacja, oczywiscie 20 poduszek powietrznych plus kurtyny, inteligentne fotele, oczywiście silniki ktore ze śmiesznych 2 litrów generują ponad 120KM mocy, systemy kontroli trakcji, EBD, ASR, i jeszcze jakies inne kgb, usb, zomo sb itp itd
a jak się coś zpsuje to do modlitwy ....
a kiedyś ?
wspomaganie ukł kierowniczego - oczywiście w bicepsie, "wspoma" hebli w kopytku, za ABS EBD ASry i inne "kuńputery" robiła głowa i zdrowy rozsądek pojazd naprawdę mógł być wymagający od kierowcy a pamiętacie radia samochodowe ?? ......Safari :lol:
Samochód czy inny pojazd to było coś niemalże z duszą i często żyjące własnym życiem. Ojciec miał "malczana" - pod blokiem istny rarytas :mrgreen: Szyby dymione na brąz, z przodu przesłonka przeciwsłoneczna, z tyłu szyby uchylne, radia i systemu dolby 0.03 nie dawali nawet w topowej wersji silnikowej tj 750ccm- odrzut z eksportu... bodajże do Brazylii. Kupiony za dolary w Pewexie oczywiście w systemie "kartkowym"....Jedynie kolor ludziom się nie podobał "granat zomo":-P
Sam teraz lubuje się w starej motoryzacji - ta nowa jakoś do mnie nie trafia- fajny jest "wybajerzony" samochód ale jest bezpłciowy jak 10 jemu podobnych na tej samej ulicy. Natomiast za starym pojazdem w tym natłoku plastiku zawsze się ktoś obejrzy, pojadę staruszkiem Iżem/jawą/junakiem sobie gdzieś- zawsze ktoś podejdzie, pogada, czasem sobie zrobi fotkę, czasem chce usiąść bo "on kiedyś jak był ...... to miał .....i z żona Europe zjeździli". Ludzie pamiętają stare pojazdy i śmiem twierdzić że po tych starych jeszcze pamięć pozostanie na długo po tym jak będą już tylko w rękach pasjonatów i muzeum...
....a tych nowych za 20 lat mało kto będzie pamiętać tyle ich jest
O wojskowym słów kilka:
Mój "ociec" był wojskowym- 24 lata. Ogólnie i prywatnie "spoko chłop" ....ale armia trwałe ślady zostawiła w mentalności:wink:
Jak tatuś z mamusią zdecydowali się mnie ochrzcić robili to we wielkiej tajemnicy- a jak się wydało to ojcu wstrzymali żołd na pól roku....
Później"ociec" chciał iśc na studia, ale takie normalne cywilne nie żadne wojskowe. W odpowiedzi usłyszał że trzeba wybierać pomiędzy nauką a pracą bo nikt tolerować takiego "zachowania" nie zamierza...
a legitke ojca z "państwowego związku przyjaciół rowerów" sam osobiście wymalowałem farbkami plakatowymi marki "Bambino"- jakoś nawet z tego co pamiętam zły nie był...
A tak całkiem do tematu- nie zmieniły się czasy. Bo te zawsze są takie same i zawsze są dobre dla tych, którzy chcą żyć w dobrych czasach
Diametralnie to zmienili się ludzie :-( Tak jak zauważył Recon, ludzie dzisiaj maja ogromne parcie na: szkło/sukces/kasę/........* (*dopisać wedle uznania) i w tym całym parciu i pogoni gubi sie sporo takich błahych z pozoru a w gruncie rzeczy ważnych spraw jak np; człowieczeństwo, współczucie, empatia, bezinteresowność, chęć pomocy drugiemu człowiekowi, i wiele m podobnych prostych i wręcz banalnych cech które leżą gdzieś u podstawa naszej cywilizacji...
Ludzi przestały cieszyć proste rzeczy, ludzie nie doceniają tego co mają na co dzień- uważają że to im się po prostu od życia należy
przykład z życia wzięty: ....chcesz jechać w Bieszczady? A po co - co tam jest? <zaczynam wywód "co tam jest"> eeeeee wiesz co .... może innym razem bo w piątek jest fajna impreza w xxxxx <załamka z mojej strony>
Pytam: Widziałeś/łaś noc tak czarna że nie widać końca własnej ręki i na niebie widać tyle gwiazd że dziwisz się że tyle ich jest ?... trzy tygodnie temu jak nie było prądu - Ty wiesz jak ciemno było ??
po wyjeździe pokazuje zdjęcia..... Ładnie ale jechać tylko po to żeby sobie połazić po jakichś górkach i zrobić zdjęcia- nie rozumiem Cie Paweł....
i często mówią to ludzie po 20 roku życia - co mnie osobiście załamuje i żenuje :sad:
a osobiście będąc w Bieszczadzie nie omieszkam nigdy pstryknąć sobie fotki przy jakimś starym samochodziku -albo od czasu do czasu wyprosić możliwość przejechania się "bieszczadzkim monstrem"- co cenie sobie bardziej niż możliwość jazdy mercedesem ;) -oczywiście współczesnym :-P
jak będe miał trochę czasu to podejdę do człowieka, który na początku lat 50tych z kolegami (w sumie na trzy motocykle) wybrali się w Bieszczady- bardzo "mięsista" opowieść- postaram się spisać a przynajmniej nagrać tą historię
.... i nie potrzebowali żadnych GPSów a mapę to mieli jakaś "sztabówkę" jeszcze z lat 30-tych ub wieku
a i jeszcze bym zapomniał - kawał o maluchu:
Jak tłumaczy się FIAT 126p ?
Fatalna Imitacja Auta Turystycznego jedno osobowego, dwu drzwiowego, sześciokrotnie, przepłaconego
pisz więcej, w sensie więcej postów;-))
to co napisałeś w 10ciu ;):lol:
czas leci
o to pamiętam, nie pamiętam do czego ta taśma w dziurki służyła? ówczesny odpowiednik taśmy magnetycznej/dysku z zapisanymi danymi/programem .... układ dziurka/brak dziurki oznaczał cyfry i litery.
no i nie tylko łańcuchy można było zrobić:
umiałeś je???
o jaaaaaaaaa
zawsze chciałam umieć, a nikt nie potrafił, więc mnie nie nauczono
Już, już ten ciekawy temat miał zejść z 1-szej strony, więc aby to nie nastąpiło, coś napiszę. :-)
Kawał o ofiarach motoryzacji z lat 60.
Spotykają się u Św. Piotra: Amerykanin, Niemiec i Polak. Każdy z nich podaje bezpośrednią przyczynę, dzięki której znalazł się właśnie tu i teraz.
Amerykanin:
- Pędziłem jaguarem 150 mil/godz., nagle zajechał mi drogę wielki wóz ciężarowy i ... oto tu jestem.
Niemiec:
- Jechałem mercedesem 200 km/godz., na zakręcie coś było rozlane na asfalcie, wpadłem w poślizg, wypadłem z szosy i ... oto tu jestem.
Polak:
- Kupiłem syrenkę na raty, spłacałem ją, umarłem z głodu i ... oto tu jestem.
Gwoli wyjaśnienia dla najmłodszych: w latach 60. gospodarka PRL była "siermiężna", ale jeszcze nie rozregulowana, jak później za Gierka i Jaruzelskiego. W zasadzie można było kupić wszystko, nawet dobra tzw. luksusowe, oczywiście po niebotycznych cenach, niedostępnych dla tzw. przeciętnego Kowalskiego. Podaż wówczas jednak równoważyła popyt - oczywiście popyt tzw. efektywny, czyli poparty siłą nabywczą. Nie było jeszcze talonów, asygnat, przedpłat, itp., natomiast wiele dóbr można było kupić na raty: telewizory, pralki (nieautomatyczne :lol:) i nawet samochody. Oczywiście raty były odpowiednio wysokie i niektórzy amatorzy motoryzacji, którzy nabyli samochód na raty, rzeczywiście głodem przymierali. Stąd ów dowcip, wówczas krążący po Polsce.
Kilka dni temu był Dzień Teściowej (ciekawe kiedy bedzie Tescia?)
Zagadka:
Ileż zębów powinna owa Teściowa posiadać i dlaczego?
Dwa!
Jeden,by nim zięciowi otwierać piwo (puszkowe odpada),drugi...żeby ją bolał !
czyli wychodzi, że jeśli zięć jest fanem puszkowego, to wystarczy jeden?
...a mnie przypomniały sie praktyki robotnicze przed I rokiem studiów.
Po zdaniu egzaminów (no i dostaniu się na uczelnię) trzeba było "odpracować" ok. miesięczną praktykę robotniczą, zazwyczaj związaną z przyszłym zawodem.
Miała ona na celu zapoznanie przyszłej inteligiencji z realiami pracy robotnika.
Cel szczytny oczywiście, jednak w rzeczywistości często robio się wyłącznie "prace porządkowe" :)
Wtak a żebyś wiedział że teraz też by się coś takiego młodym ludziom przydało - teraz to wszyscy mają aspiracje być po liceum albo po studiach (nie ważne jakich) przynajmniej kierownikami a docelowo prezesami
....teraz wszystkich "młodych i ambitnych" ręce od pracy bolą :-(
(...) trzeba było "odpracować" ok. miesięczną praktykę robotniczą, zazwyczaj związaną z przyszłym zawodem. I dlatego ja, filolog in spe, stałem przez miesiąc przy taśmie produkując ocet :lol: ;)
[quote=Pawelk;75808]....ale armia trwałe ślady zostawiła w mentalności:wink:
Jak tatuś z mamusią zdecydowali się mnie ochrzcić robili to we wielkiej tajemnicy- a jak się wydało to ojcu wstrzymali żołd na pól roku....
Później"ociec" chciał iśc na studia, ale takie normalne cywilne nie żadne wojskowe. W odpowiedzi usłyszał że trzeba wybierać pomiędzy nauką a pracą bo nikt tolerować takiego "zachowania" nie zamierza...
a legitke ojca z "państwowego związku przyjaciół rowerów" sam osobiście wymalowałem farbkami plakatowymi marki "Bambino"- jakoś nawet z tego co pamiętam zły nie był...
A tak całkiem do tematu- nie zmieniły się czasy.
Czasy się nie zmieniły. Czasy obróciły się tylko. Dzisiaj, kiedy oficer Wojska Polskiego który nie chce ochrzcić dziecka, nie uważa za stosowne wysyłać je na lekcje religii katolickiej w szkole, jest tak samo "podejrzany" ideologicznie.
Cała armia kapelanów czuwa nad właściwym profilem ideologicznym swoich podwładnych.
Ot, chichot historii:mrgreen::twisted:
A tak na marginesie - w czarnych czasach głębokiej komuny, w roku 1960 - moja mama przez cały rok - zanim nastał czas komunii - była nawiedzana i i molestowana przez siostry zakonne.
Rodzice ciężko pracowali, nie mieli czasu na zajmowanie się dziećmi w sensie ścisłym. Mieszkaliśmy wtedy a krakowskim Kazimierzu. Naprzeciw była świetlica Caritasu. Tak więc zapisali tam mojego brata i mnie.
Każdego dnia siostry prowadzące tę świetlicę, uczyły nas, w jaki sposób przekonać ojca i matkę, aby mnie ochrzcić. Rodzice byli agnostykami.
Ja nic z tego nie rozumiałam, mgliście pamiętam, ale bardzo dobrze przypomina mi się chwila, kiedy na podwórku przy ulicy Krakowskiej, pod nadzorem zakonnicy prosiłam mojego tatę, by kupił mi katechizm;
potem podobno wszystkie siostry ze Skałki wyruszyły na modlitwę o nawrócenie moich Rodziców.
Do komunii w końcu przystąpiłam. Dostałam medalik, a u Sióstr na Skałecznej, piliśmy gorące kakao.
I byliśmy jakoś uświęceni tą komunią, tym miejscem świętym.
Dzisiaj przemierzam często te szlaki. Pokraczny ołtarz na Skałce....
Gdzie te czasy...
...a mnie przypomniały sie praktyki robotnicze przed I rokiem studiów.....Miała ona na celu zapoznanie przyszłej inteligiencji z realiami pracy robotnika. Nas zapoznawano w ramach praktyki z uczelnią. Budynek był świezo po remoncie i ktos musiał go posprzatać :mrgreen:
Doroto i Pawelku, pozwólcie, że jako obserwator owych prześladowań religijnych i antyreligijnych też coś wtrącę.
Do końca ery Gomułki (XII. 1970) członkowie PZPR faktycznie miewali poważne kłopoty "partyjno - służbowe"a w przypadku wzięcia ślubu kościelnego czy chrztu lub 1-szej komunii dziecka. Aż do wywalenia z partii i pracy włącznie (choć z tej drugiej nie zawsze - zależało, jaka to była praca).
Później owe ideologiczne rygory znacznie, znacznie poluzowano. Nawet w wojsku i tzw. słuzbach mundurowych (MO, SB, Państwowa Straż Pożarna, Służba Więzienna).
Osobiście znany mi jest przypadek z lat 70., gdy wydało się, że pewien starszy stopniem milicjant (wówczas chyba major) wziął potajemnie z żoną ślub kościelny - już po ok. dwudziestoletnim pożyciu małżeńskim na podstawie tylko ślubu cywilnego. W jego jednostce rozpętała się mała "burza ideologiczna", przy czym - co znamienne - bez inspiracji tzw. odgórnej. "Góra" milczała, czekała i pozostawiła tę sprawę do załatwienia tzw. "dołom partyjnym" (za Bieruta czy Gomułki byłoby to niemozliwe, wówczas zawsze "góra" inspirowała "oddolną" inicjatywę).
A owe "doły" partyjne, jak to w życiu bywa, składały się i z ludzi normalnych, i z tych "nawiedzonych" ideologicznie.
Ci drudzy doprowadzili do rozpatrywania sprawy na zebraniu partyjnym. Zaproponowali uchwałę ws. wyklucznia owego "niepewnego ideologicznie" towarzysza z partii i rozpatrzenia przez kierownictwo służbowe celowości jego dalszego pozostawania w "zaszczytnej służbie MO".
Wówczas wstał i zabrał głos pewien dość ważny towarzysz, członek egzekutywy, a służbowo zastępca naczelnika wydziału (w listopadzie 2001 r. byłem na jego pogrzebie, oczywiście kościelnym).
Do wnioskodawcy uchwały powiedział mniej więcej tak:
- Towarzyszu X, towarzysz Y po prostu został zmuszony okolicznościami do wzięcia ślubu kościelnego. Jego bardzo religijni teściowie zagrozili bowiem, że wydziedziczą córkę, jeśli ta nie weźmie w końcu ślubu kościelnego. A są dość bogaci, mają kilkudziesięciohektarowe gospodarstwo rolne !
Towarzysz X zaczął wtedy gwałtownie replikować i powoływać się na pryncypia marksistowsko - leninowskie.
Wówczas także obrońca towarzysza Y stracił cierpliwość. Podniósł głos i rzekł tak:
- Towarzyszu X, a co wy mi tu, za przeproszeniem, pieprzycie o marksizmie - leninizmie. Wy znacie go tylko z teorii, a ja - z praktyki. W latach 1940 - 47 ścinałem drzewa na Syberii !!! (Była to prawda, warta odrębnej opowieści, przyp. moja, St. Byw.). Poza tym powiem wam, że wy - jesteście rozwodnikiem, żony nie macie. I gdyby teraz, w tej chwili, taka słynna włoska gwiazda filmowa Gina Lolobrigida, czy jak jej tam, cycata, piękna, zgrabna i bogata, powiedziała, że za was wyjdzie, ale tylko pod warunkiem wzięcia z nią ślubu kościelnego, to zapewniam was i wszystkich tu obecnych, że byście się tylko piętami w d... kopali i zap.... do kościoła, żeby się tylko nie rozmyśliła !
Sala gruchnęła śmiechem (poza nielicznymi "nawiedzonymi"), uchwały "potępiającej" nie podjęto, a cała sprawa się "rozmyła". Towarzysz Y miał się dobrze, nie represjonowano go ani partyjnie, ani służbowo, a w latach 80. nawet znacznie awansowal.
a przynależność do Polskiego Związku Piłki Ręcznej ? :D (PZPR)
chcąc awansować, myślę, że w dowolnym zakładzie pracy, przynależność do partii była właściwie przymusowa.
Niektórzy znajdowali na to takie antidotum: wstępowali w szeregi SD (Stronnictwa Demokratycznego). Niby sojusznicza to partyjka była, ale to jednak nie PZPR :)
Członkowie SD sami swoją partię nazywali Stronnictwem Drżących :)
Do końca ery Gomułki (XII. 1970) członkowie PZPR faktycznie miewali poważne kłopoty "partyjno - służbowe"a w przypadku wzięcia ślubu kościelnego czy chrztu lub 1-szej komunii dziecka. Aż do wywalenia z partii i pracy włącznie (choć z tej drugiej nie zawsze - zależało, jaka to była praca).
Później owe ideologiczne rygory znacznie, znacznie poluzowano. Nooo, chyba jednak trochę dłużej to trwało... Mój osobisty kuzyn w wielkiej tajemnicy przystąpił do I komunii w mojej parafii, odległej od jego macierzystego kościoła o jakieś 300 km, właśnie ze wzgledu na przynależność i stanowisko swojego taty. Roku pańskiego 1976 się to działo.
(...) Mój osobisty kuzyn w wielkiej tajemnicy przystąpił do I komunii w mojej parafii, odległej od jego macierzystego kościoła o jakieś 300 km, właśnie ze wzgledu na przynależność i stanowisko swojego taty. Roku pańskiego 1976 się to działo. Być może.
Ale gdyby się to wydało, a tata przyjął jakąś "prawdopodobną" wersję tłumaczenia, że np. był to spisek teściowej, to pewnie uszło by mu na sucho. :-)
Zmieniając zaś temat, ale pozostając w konwencji głównego nurtu tematycznego niniejszego wątku, opowiem wam 2 kawały z czasów PRL.
I. Idzie babcia z kilkuletnim, ale takim już co nieco kojarzącym wnuczkiem na spacer. Przechodzą koło budowy, a na niej akurat pracują studenci na praktyce robotniczej. Babcia nie ma o tym oczywiście zielonego pojęcia, dla niej to tylko robotnicy budowlani. Upomina więc wnuczka:
- Pamiętaj mój kochany wnusiu, że jak się nie będziesz uczył, to jak dorośniesz, będziesz musiał tak ciężko pracować, jak ci panowie ! :lol:
II. Przychodzi facet do sklepu mięsnego, a tam - jak zwykle - nie ma prawie nic. Ale ów klient ma kartkę na mięso, więc stanowczo domaga się obsłużenia. Słyszy od ekspedientki:
- Mamy tylko III gatunek. I nie ma ani wołowiny, ani wieprzowiny.
- To co jest ? - pyta klient.
- Psina.
- Psina ?
- Tak, mielona.
- Trudno, poproszę całe 2,5 kg. Dziś jest ostatni dzień miesiąca i muszę tę kartkę koniecznie zrealizować.
- Proszę bardzo, oto pańska porcja. Płaci pan tyle a tyle.
- Już płacę, oto pieniążki. Ale, ale ... A cóż to za liczne drzazgi sterczą z tego mięsa ???!!!
- A co pan sobie wyobraża ? Uprzedzałam, że to tylko III gatunek. Psina mielona z budą. :lol:
Mój kolega,mając na myśli dobry gatunek mięsa,zapytał w sklepie z nadzieją (na realizację kartki)
-macie wreszcie jakieś LUDZKIE mięso?
(Pewnie było to po seryjnym zakupie III gatunku!)
I. Idzie babcia z kilkuletnim, ale takim już co nieco kojarzącym wnuczkiem na spacer. Przechodzą koło budowy, a na niej akurat pracują studenci na praktyce robotniczej. Babcia nie ma o tym oczywiście zielonego pojęcia, dla niej to tylko robotnicy budowlani. Upomina więc wnuczka:
- Pamiętaj mój kochany wnusiu, że jak się nie będziesz uczył, to jak dorośniesz, będziesz musiał tak ciężko pracować, jak ci panowie ! :lol: Dobra, dobra. Nie przesadzajmy z tą pracą. W końcu wszyscy znamy ten dowcip:
- panie Majsteeer! Łopata mi się złamałaaa! Co robić?!?
- Oprzyj się o betoniarkę.
;-)
Pewien facet ma sen. Wyda się on Wam dziwny i nielogiczny, ale czy sny zawsze bywają logiczne ?
Śni mu się, że akurat przyprawia rogi koledze, czyli robi z jego żoną to, czego absolutnie czynić nie powinien.
Nagle i nieoczekiwanie do mieszkania wpada ów zdradzany mąż. Kochanek ledwo zdążył czmychnąć na balkon.
Mąż, widząc roznegliżowaną żonę i stan pościeli na łóżku, w mig zorientował się, co się tu dzieje. Porwał z kuchni wielki nóż kuchenny i przebił nim niewierną małżonkę.
Dalej rozgląda się za gachem i wreszcie dostrzegł go na balkonie.
Ten zaś, niewiele myśląc, wyskoczył i wisi na zewnątrz, trzymając się tylko obydwoma dłońmi balustrady balkonu. A pod nim, bagatela, 10 pięter !!!
Zdradzony mąż, nadal działając w głębokim afekcie, nachyla się nad uwieszonym i najwyraźniej przymierza się do powolnego obcinania mu dłoni, jeszcze kurczowo, ale z ostatnim wysiłkiem trzymających się balustrady balkonu.
Wówczas ów nieszczęśnik, będący w niewątpliwej a śmiertelnej opresji, zaczął się żarliwie modlić i prosić Boga o ratunek. Tak żarliwie, że Pan Bóg niezwłocznie przysłał mu anioła na pomoc.
Anioł podfrunął do nieszczęśnika i rzecze:
- Wypierałeś się Pana, nie wierzyłeś w Jego istnienie, do kościoła nie chodziłeś, ale On - w swej łaskawości - postanowił cię uratować, abyś mógł jeszcze za życia odpokutować za swoje grzechy. I w tym celu Pan przysłał mnie, tobie teraz na pomoc !
- Tylko szybko, błagam cię, pospiesz się. Ratuj mnie, bo ten furiat zaraz mi obie ręce utnie !!! - zaczął prosić facet.
- Oczywiście, już pomagam. Ale i ty musisz ze mną współdziałać. Masz się teraz mocno, mocno naprężyć i puścić solidnego bąka !
Facet spełnił to bardzo dziwne żądanie. Przyszło mu to łatwo, jako że był cały w strachu. Można powiedzieć, że nie tylko spełnił to żądanie, ale wręcz znacznie przekroczył zakres otrzymanego polecenia ...
I wtedy usłyszał obok siebie gniewny głos I sekretarza POP:
- Towarzyszu, nie dość, że śpicie na zebraniu partyjnym, to jeszcze zachowujecie się tak skandalicznie !!! :grin:
I jeszcze jeden dowcip z epoki PRL. Tym razem króciutki.
Rozmawiają dwie przyjaciółki.
- Wiesz, mój mąż ma fioletowego malucha !
- Ooo ???!!! Kupił na przedpłatę czy dostał talon ?
- Nieee. Przyciął sobie drzwiami.
:-D
Z perspektywy 20 lat naprzód wspominam z nostalgią Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie (50-100km na wschód od Lublina), gdzie jeździłem zawsze na letni wypoczynek, a niektórzy mieli (mają) swoje domki letniskowe, gęsto pokrywające tereny wokół kolejnych jezior.
Dzisiaj na pewno nie odważyłbym się pływać codziennie przez środek jeziora Zagłębocze na drugą stronę (800m) po to tylko, aby zjeść rybkę oraz wypić co nieco i, po stosownym odleżeniu na pomoście, wrócić tą samą drogą wpław do siebie.
Na początku lat 90-tych jedyna, miejscowa smażalnia rybek opierała swój jadłospis na tym, co dało się aktualnie danego dnia(nocy) złowić â najlepiej wspominam węgorze łowione sznurami z hakami i wyciągane Żukiem na brzeg. Rybka była palce lizać a z tyłu budy serwowano ciepłą wódeczkę laną po sztachetkę â oj jakie były wtedy kolejki po ten towar deficytowy.
Normalnie po chleb jeździliśmy wtedy 12km do wioski, gdzie dostarczano go w parzyste dni tygodnia â bochenki po 3kg sztuka. Alkohol kupowało się wtedy oczywiście najtańszy â smak âźkoktajlu nadwiślańskiegoâ o niepowtarzalnym, bardzo przypadkowym bukiecie komponowany był na zasadzie âźco się nawinieâ do kadzi.
Innym rarytasem był spirytus âźRoyalâ w 1l plastikowych butelkach, który kupowało się od naszych braci ze wschodu na bazarku w Łęcznej (po drodze z Lublina na wszystkie jeziorne kierunki). Spirytus ten rozrabiało się na miejscu i na chwilę przed spożyciem z wodą z jeziora jakie było akurat pod ręką w proporcji pół na pół. Powstawała dzięki temu Zagłęboczanka, Piasecznianka, Łukczanka itd.
Nad Zagłęboczem około godziny 21 zawsze zapalały się ogniska i nad wodą niosły się dźwięki gitar. Spokojna, leniwe posiady kończyły się przed północą i zaczynało się wspólne śpiewanie przez jezioro do około 1-2 w nocy. Tak nauczyłem się na pamięć m.in. całej płyty KSU â "pod prąd" i tak odkryłem "swoją" muzykę. Wtedy nie zastanawiałem się nawet, co to za nazwa zespołu i z czym ją kojarzyć.
Pomimo domów i namiotów spaliśmy zwykle pod gołym niebem. Jakoś nie było kleszczy i pijawek, komary tak nie cięły, trujących grzybów w lesie nie było i nawet żmije omijały okoliczne tereny szerokim łukiem.
Po dwóch, trzech tygodniach takich wakacji, spłukani do zera, wracaliśmy do domu pieszo, a było to 50km. Na propozycję zabrania się okazją (wtedy co dziesiąty kierowca chciał bezinteresownie pomagać) dziękowaliśmy i honornie podążali dalej w stronę coraz bliższej cywilizacji.
Niektóre przyjaźnie z tamtych czasów przetrwały próbę czasu, a spotkania odnawiają wryte w pamięć obrazy jezior, nad którymi stało ledwie kilka namiotów, pasła się krowa, a w drodze na zakupy obchodziło się sąsiadów z pytaniem co komu trzeba kupić. I jak wtedy smakował ten OSTATNI papieros.
Specjalnie dla (nie)palaczy fotka ku pokrzepieniu serc trwających w nikotynowej czystości âpaczka Klubowych z datą produkcji 89 IX 06 - towar pełnoletni i takież wspomnienia.
JarekBartek
W zasadzie nigdy nie paliłem, ale zapamiętałem taką przyśpiewkę:
Złoty pięćdziesiąt, złoty pięćdziesiąt
Na Sporty,
Gdybym miał więcej, kupiłbym sobie
Giewonty.
Ale Giewonty
Kosztują cztery sześćdziesiąt,
A ja mam tylko
Jedyne złoty pięćdziesiąt.
:grin:
Śpiewało się to na melodię "Złoty pierścionek, złoty pierścionek - na szczęście ..."
Sporty za 1,50...?
To już zaczynała się galopująca inflacja PRL-u, bo "dziesiątka" Sportów kosztowała 50 groszy a i tak nie były to papierosy najtańsze. Za 45 groszy można było kupić "dziesiątkę" Mew.
Sporty za 1,50...?
To już zaczynała się galopująca inflacja PRL-u, bo "dziesiątka" Sportów kosztowała 50 groszy a i tak nie były to papierosy najtańsze. Za 45 groszy można było kupić "dziesiątkę" Mew. Jeszcze nie.
To były dopiero lata 60., połowa tej dekady. Pamiętam te ceny, gdyż jeździłem wówczas na rowerze do sklepu po papierosy dla babci. Kopciła jak parowóz. :-o
Inflację rozkręcił dopiero tow. Gierek, a taką "galopującą" - tow. Jaruzelski.
Użyłem cudzysłowu, gdyż naprawdę galopującą inflację mieliśmy w Polsce tylko na początku lat 20.
A w niektórych kioskach można było kupować "Sporty" na sztuki !:-x
I były 2 fabryki tytoniowe, które produkowały "Sporty": w Krakowie i Radomiu. Wytrawni palacze woleli podobno te radomskie. I bynajmniej nie przemawia w tej chwili przeze mnie patriotyzm lokalny (do matury mieszkałem w Radomiu).
A w niektórych kioskach można było kupować "Sporty" na sztuki !:-x
)[/I]. w sklepie kolo mojego liceum tez mozna bylo kupowac papierosy na sztuki, tylko nie bylo to sporty tylko chyba LM, wychodzilo dwa razy drozej niz normalnie ale ludzie chetnie kupowali. W tym sklepie to nawet wodke na kieliszki spod lady sprzedawali! Specyficzna to byla dzielnica..;)
Łał, jakbym czytał swoje wspomnienia;)
Łał, jakbym czytał swoje wspomnienia;) To Ty też z grodu nad Mleczną ? Musimy koniecznie pogadać z sobą na najbliższym KIMB-ie. Czyli juz za niecałe 2 m-ce !
Wracając zaś do głównego nurtu tematycznego: a pamiętacie uliczne saturatory z wodą sodową, z sokiem i bez soku ? Czyli tzw. gruźliczankę ? :lol:
Stały w dni upalne na miejskich głównych ulicach. Nawet kolejki spragnionych się do nich ustawiały.
W Radomiu lokalizowano je głównie na ul. Żeromskiego. Szklaneczka 200 ml wody "czystej" kosztowała tam 30 gr, a "z sokiem" 90 gr (ceny z końca lat 60.).
A małe pękate buteleczki (poj. 0,33 l) piwa "Jubileuszowego" pamiętacie ? Cena 3,60 zł. Nie było specjalnie dobre, ale za to można je było często dostać.
Ostatnio wodę z saturatora piłem w Łodzi (targowisko na Bałutach) w roku 2002. Cena 1 zł. Może jeszcze tam stoi ten zabytek techniki ?
I były 2 fabryki tytoniowe, które produkowały "Sporty": w Krakowie i Radomiu. Wytrawni palacze woleli podobno te radomskie. Podobna sytuacja była z radzieckimi biełomorami - koneserzy woleli te z Mińska od moskiewskich. Krążył nawet taki dowcip a propos:
Moskwiczanie chcieli zrozumieć, dlaczego klienci wolą "biełomory" z Mińska i przyjechali na wizytację. Główny technolog fabryki w Mińsku oprowadza ich po zakładzie i opowiada o kolejnych etapach procesu produkcyjnego. Podchodzą do olbrzymiego silosu, a inżynier mówi:
- Tu trzymamy siano, które dodajemy do papierosów.
Moskwiczanie kiwają głową ze zrozumieniem:
- No tak, oczywiście, my też tak robimy.
Podchodzą do drugiego ogromnego silosu:
- A tu mamy nawóz, którego używamy do produkcji.
- No tak, tak... My też go używamy.
Podchodzą do stojącego w kącie hali malutkiego woreczka:
- No a teraz, na ostatnim etapie, dodajemy do tej mieszanki odrobinkę tytoniu.
Szef delegacji z Moskwy zwraca się tryumfalnie do kolegów:
- Mówiłem wam, że oni do tej trawy i tego gówna czegoś dosypują!
A małe pękate buteleczki (poj. 0,33 l) piwa "Jubileuszowego" pamiętacie ? Cena 3,60 zł. Nie było specjalnie dobre, ale za to można je było często dostać. a to w mieście .
bo ja pamietam czasy gdy w sklepiku wiejskim, jednym jedynym, społem, jaki był piwa nie było ... bo mozna je było kupić tylko w gospodzie na przeciwko ... również tak na litry ... bo sama byłam jako taki 5-6 letni maluch wysyłana z banką (taką na mleko) po nie ... ten zapach kamiennej posadzki i piwa ... wtedy pachniało ...
no tak, kiedyś poprosiłem o mleko i dostałem z... bańki ;)
dzisiaj nie musisz prosić o mleko,a też możesz to [tak] dostać.a wiecie,ze krk popierał maluchy? nie można w nich zgrzeszyć,ale kto zripostował,że można, trzeba tylko wyjąć reflektory. jeszcze jedno. maluchy miały być wprowadzone jako karetki - nie można w maluchu nóg wyciągnąć. co znaczy fiat 126p? fantastyczna imitacja autobusu turystycznego jednoosobowego,dwudrzwiowego,sześciokrotnie przepłaconego
"żyto" w pewexie za niecałego $ za flaszkę...
no tak, kiedyś poprosiłem o mleko i dostałem z... bańki ;) Ja też kiedyś w Stroniach Śląskich (idąc do Kletna na hałdy) poprosiłem o mleko z bańki w sklepie, ale usłyszałem że jak nie mam swojego naczynia to nie dostanę...
"żyto" w pewexie za niecałego $ za flaszkę... Ta flaszka nie jest z PEWEXu, zresztą wtedy te sklepy nazywały się chyba PEKAO, ale jest to jak najbardziej oryginał. Data na stemplu 1967.
Z prawdziwym korkiem i lakiem!
Sporty za 1,50...?
To już zaczynała się galopująca inflacja PRL-u, bo "dziesiątka" Sportów kosztowała 50 groszy a i tak nie były to papierosy najtańsze. Za 45 groszy można było kupić "dziesiątkę" Mew. W późnych latach sześćdziesiątych sporty, dziesiątka, oczywiście radomskich, tych najlepszych, kosztowała 1.50; dobrze to pamiętam, bo mniej więcej w tym czasie nastąpiła moja papierosowa inicjacja. Modny był wtedy taki wierszyk śpiewany na melodię "złoty pierścionek, złoty pierścionek na szczęście..":
...złoty pięćdziesiąt, złoty pięćdziesiąt na "sporty"
gdybym miał więcej, kupiłbym sobie "giewonty".
Ale "giewonty" kosztują cztery pięćdziesiąt,
a ja w kieszeni mam tylko złoty pięćdziesiąt..."
Był taki okrągły kiosk na krakowskim Kazimierzu - róg ulicy Krakowskiej i Węgłowej - okrągły, malutki, gdzie w ciągłej sprzedaży były radomskie sporty. Inne "lepsze" papierosy sprzedawano na sztuki. W jakich cenach - nie pamiętam. Kupowaliśmy tylko "sporty".
no tak, kiedyś poprosiłem o mleko i dostałem z... bańki ;) W latach sześćdziesiątych biegało się do "mleczarni" z "bańką" na mleko. "Mleczarnia", czyli po nowemu coś w rodzaju sklepu z nabiałem, mieściła się na ulicy Krakowskiej, tuż obok. Boże, jak tam pachniało... Pani w białym kitlu wielką chochlą nalewała mleko... I to mleko można było wypić na gorąco, lub postawić "na kwaśne"; i było po dwóch dniach to kwaśne mleko - czasami nawet można było z niego zebrać śmietanę.
A żółty ser?! Kosztował grosze. Takie gorsze jedzenie. A jaki był dobry...
No to dołożę wędzonego dorsza (wczoraj widziałam aktualna cenę -20zł) ,który kosztował wtedy 12zł /kg , tyle samo 1kg cukru. Jaki "rozrzut"obecnie ?
No to dołożę wędzonego dorsza (wczoraj widziałam aktualna cenę -20zł) ,który kosztował wtedy 12zł /kg , tyle samo 1kg cukru. Jaki "rozrzut"obecnie ? A ja dołożę beczkę z kiszoną kapustą i beczkę ze śledziami. U mnie w spożywczaku zestaw obowiązkowy. Cen nie pamiętam (lata 60-te) ale śledzie tak, były sprzedawane w całości i dopiero w domu poddawane obróbce.
pozdrawiam
Gdzieś wyżej wspominam o Michniowcu.Mój Tato prowadził w nim sklep "wielobranżowy".Ogromna beka z naftą stała w sieni.Miała szklany pojemnik z podziałką.Wlewało sie ją do butelki klienta - 4zł/litr !Były też zapasowe "szkły do łamp"i latarek!
Na początku lat 60. moja babcia wybrała się ze mną na targ radomski. Z chłopskiego wozu (do którego zaprzężony był prawdziwy, niemechaniczny koń) zakupiła dużą osełkę masła. Nawet dobrego - babcia dostała mały kawałeczek na spróbowanie.
A potem w domu - wielka afera. Podczas smarowania bułek okazało się, że w osełce masła ukryta jest spora marchewka, taka na mniej więcej 2/3 objętości zakupionej osełki. :oops:
Wspomnieliśmy już w tym wątku o tzw. studenckich praktykach robotniczych. Miałem takie dwie i z obu wyniosłem raczej przykre wspomnienia.
Przypuszczam, że gdyby polityczny pomysłodawca owych praktyk (tow. Gomułka) przewidział podobne ujemne aspekty, to być może zrezygnowałby z owego poronionego pomysłu.
1. Wrzesień 1970 r. Stały Bywalec - jako student tzw. roku zerowego - odbywa praktykę na budowie w Pułtusku, w b. Ciechanowskim Przedsiębiorstwie Budowlanym.
Pierwszego dnia kierownik budowy i jego majstrowie odbyli z nami krótką naradę - odprawę, taką męską rozmowę. Zaproponowali nam dobrowolny podział na dwie grupy:
- tych, którzy chcą praktykę robotniczą, jako zło konieczne, tylko zaliczyć; ci będą sprzątać budynki już ukończone, będące tuż przed odbiorem; praca będzie lekka, ale i zarobek też niewielki;
- tych, którzy nie boją się pracy fizycznej i chcą naprawdę zarobić; ci będą pracować na budowach "w toku" tak jak prawdziwi robotnicy budowlani i mniej więcej tyle co oni zarobią.
W rezultacie zarobki obu ww. naszych grup okazały się per capita prawie identyczne. Mimo że jedni rzeczywiście harowali, zostawali po godzinach, a drudzy opieprzali się - popijali sobie J-23 i "z nudów" wywozili po kilka taczek gruzu dziennie. Na moje "szczęście" byłem w tej drugiej grupie.
Wszyscy bowiem otrzymaliśmy (po potrąceniu kosztów zakwaterowania w barakowozach i wyżywienia w stołówce internatu jakiegoś technikum) po ok. 100 - 200 zł na rękę. Za cały miesiąc pracy.
2. Wrzesień 1971 r. Stały Bywalec zaliczył I rok studiów i odbywa drugą (już ostatnią) praktykę robotniczą - tym razem w Zakładach Radiowych im. M. Kasprzaka na warszawskiej Woli.
Jakaż to znowu ona robotnicza, ta praktyka ? Siedzimy sobie przy małych "biurko - stoliczkach" (każdy przy swoim) i sprawdzamy jakość wyprodukowanych elementów (podzespołów). Każdy z nas otrzymuje do pudła po kilkaset takich małych podzespołów i ma wszystkie po kolei sprawdzić (przy pomocy specjalnego urządzenia pomiarowego), czy trzymają one zaprojektowane parametry techniczne.
Staram się bardzo, z wrodzoną sobie dokładnością i perfekcją. :-D Pod koniec dnia roboczego zanoszę panu majstrowi dwa pudła: dobrych i złych elementów. Mniej więcej 1/3 to buble (podzespoły nie trzymajace parametrów).
Szef najpierw nie wierzy i krzyczy na mnie, że tych złych, to zdecydowanie jest za dużo. To mu spokojne odpowiadam, żeby wyrywkowo sam po mnie sprawdził. Ale on nie sprawdza, tylko dalej się na mnie drze, że przez takich jak ja, to fabryka może nie wykonać planu ! Po czym wkłada łapę do pudełka ze żłymi elementami, wyciąga stamtąd prawie wszystkie (tak na chybił - trafił) i dokłada je do pudełka z tymi dobrymi podzespołami. I wynosi je do dalszego montażu.
:twisted:
Marty-roll-logos :-P
A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie. Jak tam o nas dbali, jak bardzo starali się o to, abyśmy wynieśli z tego miasta jak najlepsze wspomnienia... Wozili na wycieczki, super karmili. Nawet najokrutniejsze nasze bohomazy wystawiali w Rynku. Tolerowali dzikie zachowania (dzikie,jak na tamte czasy - patrząc z dzisiejszej perspektywy - bardzo niewinne).
Było super.
[quote=dorota z krakowa;77740]A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie.
Małe sprostowanie - to był 1978 rok.
[QUOTE=dorota z krakowa;77743]
A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie.
Małe sprostowanie - to był 1978 rok. W latach 70. miałem sympatię - studentkę warszawskiej ASP. Wiem, że na obozy plenerowe jeździli do miejscowości Skoki pod Poznaniem (o ile mnie pamięć nie myli, bo od tamtego czasu to już mnóstwo wody w Wiśle upłynęło).:smile:
Moje dzieciństwo to głównie lata osiemdziesiąte.Muszę przyznać ,że jednego tym i wcześniejszym czasom nie można zarzucić-było o wiele bezpieczniej niż teraz.Jako małe pachole byłam strasznym włóczęgą(i tak pozostało);) już jako czterolatka robiłam sobie wyprawy po okolicy(Sosnowiec)od szóstego roku życia mieszkałam w Starachowicach i okoliczne lasy całkowicie mnie pochłonęły.Teraz nie do pomyślenia jest żeby kilkuletnie dziecko oddalało się od domu na wiele kilometrów gdziś po lasach ,starych kopalniach itp i wracało całe i zdrowe.
Pamiętam też mleko w szklanych butelkach,które musialąm dźwigać ze sklepu co rano,nieśmiertelny żółty ser i polowanie na papier toaletowy.
I wielkie budowy wokół gdzie kradliśmy steropian aby popływać po pobliskich mokradłach... i zabawa z adrenaliną-wchodziliśmy do nowowybudowanego wieżowca na ostatnie piętro ,stawaliśmy na balkonie jeszcze bez barierek i napawaliśmy się przestrzenią...
zresztą zabawy na budowie były naprawdę super
2. Wrzesień 1971 r. Stały Bywalec zaliczył I rok studiów i odbywa drugą (już ostatnią) praktykę robotniczą - tym razem w Zakładach Radiowych im. M. Kasprzaka na warszawskiej Woli.
Jakaż to znowu ona robotnicza, ta praktyka ? Siedzimy sobie przy małych "biurko - stoliczkach" (każdy przy swoim) i sprawdzamy jakość wyprodukowanych elementów (podzespołów). Każdy z nas otrzymuje do pudła po kilkaset takich małych podzespołów i ma wszystkie po kolei sprawdzić (przy pomocy specjalnego urządzenia pomiarowego), czy trzymają one zaprojektowane parametry techniczne.
Staram się bardzo, z wrodzoną sobie dokładnością i perfekcją. :-D Pod koniec dnia roboczego zanoszę panu majstrowi dwa pudła: dobrych i złych elementów. Mniej więcej 1/3 to buble (podzespoły nie trzymajace parametrów).
Szef najpierw nie wierzy i krzyczy na mnie, że tych złych, to zdecydowanie jest za dużo. To mu spokojne odpowiadam, żeby wyrywkowo sam po mnie sprawdził. Ale on nie sprawdza, tylko dalej się na mnie drze, że przez takich jak ja, to fabryka może nie wykonać planu ! Po czym wkłada łapę do pudełka ze żłymi elementami, wyciąga stamtąd prawie wszystkie (tak na chybił - trafił) i dokłada je do pudełka z tymi dobrymi podzespołami. I wynosi je do dalszego montażu.
:twisted: Ja mialem podobna sytuacje podczas praktyki robotniczej w Zakladach Lozysk Tocznych w Poznaniu. Jako osoba krotkowzroczna zostalem przydzielony do dzialu kontroli jakosci. Moje stanowisko pracy wygladalo tak: tasma z lewej strony, ktora przesuwalo sie skrzynki z lozyskami, maszyna kontrolujaca z jednym wlotem i dwoma wylotami - na lozyska dobre i te wybrakowane. Z prawej strony staly skrzynki z lozyskami dobrymi, na podlodze - z wybrakowanymi.
Do pracy sie przykladalem, chocby dla zabicia czasu, wrzucajac kulki i wypatrujac, ktorym wylotem wypadna. Moj kolega z kolei bez zenady przesuwal wozek z lozyskami na prawa strone maszyny. Majster przyszedl, popatrzyl na mnie zlym wzrokiem i pochwalil kolege, ze tak dobrze i szybko pracuje. Potem rzucil do mnie, ze maszyna czesto sie myli, a widzac moje zdziwione spojrzenie, powiedzial cicho: "to i tak do ruskich czolgow idzie..."
Krytykujemy ten PRL, krytykujemy ...
I skądinąd słusznie, oceniając tamtą epokę tak "in general".:-)
Ale dziś mnie jedna aktualna rzecz wkurzyła, z teraźniejszości.
Chcąc kupić 10 znaczków pocztowych (takich typowych, na zwykłe listy, po 1,45 zł), musiałem:
- udać się w tym celu specjalnie na pocztę, a tam
- odstać swoje w kolejce.
W czasach PRL znaczki pocztowe były w każdym kiosku Ruchu, a i kolejki na pocztach były mniejsze.
Obecnie kolejek już prawie (na szczęście) nie ma.
Ale pozostały 2 instytucje, w których kolejki dziś są dłuższe niż w okresie PRL:
1) właśnie placówki pocztowe, i
2) oddziały banku PKO BP.
Tak jest w większych miastach, być może w mniejszych się tego nie odczuwa.
Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
Jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
(...)
Pytanie za 100 punktów brzmi:
Jak udało się nam przeżyć???
A przede wszystkim:
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???
Też jesteś z tej generacji? Aktualnie w soboty i niedziele w TV "Kino Polska" są wyświetlane 2 kultowe seriale PRL: "Daleko od szosy" oraz "Dom". Po raz pierwszy oglądałem je jeszcze na biało-czarnym ekranie telewizorka neptun, jaki rodzice kupili mi w prezencie z tytułu obrony przeze mnie pracy magisterskiej (1976). Kosztował chyba wtedy dwie przeciętne pensje.
:-D
Owe filmy znakomicie oddają realia zycia codziennego w PRL. Potwierdzam to z autopsji. Problemy, z jakimi borykali się ich bohaterowie, obserwowałem wokół siebie, a zresztą niektóre z nich były także i moimi problemami.
Ja mialem podobna sytuacje podczas praktyki robotniczej w Zakladach Lozysk Tocznych w Poznaniu. Ja także odbywałem praktyki robotnicze w Poznaniu i też przy taśmie, ale w szacownej firmie "Pegaz", produkującej ocet i musztardę. Chyba połowa mojego rocznika z UAM została tam skierowana, choć - jak pewnie pamiętacie - ocet i musztarda były wtedy jedynymi towarami, które występowały w sklepach w nadmiarze :-D Najbardziej absurdalne było jednak to, że intencją tych praktyk miało być nauczenie przyszłych "entelegentów" szacunku do ciężkiej pracy klasy robotniczej, natomiast ja i moi towarzysze niedoli dowiedzieliśmy się tam wyłącznie jak kombinować, obijać się, przeklinać i bić.
Jako osoba krotkowzroczna zostalem przydzielony do dzialu kontroli jakosci. :lol::lol::lol:
dowiedzieliśmy się tam wyłącznie jak kombinować, obijać się, przeklinać i bić. ...to zupełnie jak ja w harcerstwie ;-) ..sorry w wojsku... zaraz.. ja nie byłem w wojsku...
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
Jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
Samochody nie miały
pasów bezpieczeństwa,
ani zagłówków,
no i żadnych airbagów!!!
Na tylnym siedzeniu było wesoło,
a nie niebezpiecznie
Łóżeczka i zabawki były kolorowe
i z pewnością polakierowane
lakierami ołowiowymi
lub innym śmiertelnie groźnym g***
Niebezpieczne były puszki,
drzwi samochodów.
Butelki od lekarstw i środków czyszczących
nie były zabezpieczone.
Można było jeździć na rowerze bez kasku.
A ci, którzy mieszkali
w pobliżu szosy na wzgórzu
ustanawiali na rowerach rekordy prędkości,
stwierdzając w połowie drogi,
że rower z hamulcem
był dla starych chyba za drogi...
.... Ale po nabraniu pewnej wprawy
i kilku wypadkach...
panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!
Szkoła trwała do południa,
a obiad jadło się w domu.
Niektórzy nie byli dobrzy w budzie
i czasami musieli powtarzać rok.
Nikogo nie wysyłano do psychologa.
Nikt nie był hiperaktywny
ani dysklektykiem.
Po prostu powtarzał rok
i to była jego szansa.
Wodę piło się z węża ogrodowego
lub innych źródeł,
a nie za sterylnych butelek PET
Wcinaliśmy słodycze i pączki,
piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem
i nie mieliśmy problemów z nadwagą,
bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni
Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli
i nikt z tego powodu nie umarł.
Nie mieliśmy Playstations,
Nintendo 64, X-Boxes,
gier wideo, 99 kanałów w TV,
DVD i wideo, Dolby Surround,
komórek, komputerów ani chatroomów w Internecie...
... lecz przyjaciół !
Mogliśmy wpadać do kolegów
pieszo lub na rowerze,
zapukać i zabrać ich na podwórko
lub bawić się u nich,
nie zastanawiając się, czy to wypada.
Można się było bawić do upojenia,
pod warunkiem powrotu do domu przed nocą.
Nie było komórek...
I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!!
Nieprawdopodobne!!!
Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!!
Całkiem bez opieki!
Jak to było możliwe?
Graliśmy w piłę na jedną bramę,
a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny,
to się wypłakał i już.
Nie był to koniec świata ani trauma.
Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie,
złamane kości, czasem wybite zęby,
ale nigdy, NIGDY,
nie podawano nikogo z tego powodu do sądu!
NIKT nie był winien, tylko MY SAMI!
Nie baliśmy się
deszczu, śniegu ani mrozu.
Nikt nie miał alergii
na kurz, trawę ani na krowie mleko.
Mieliśmy wolność i wolny czas,
klęski, sukcesy i zadania.
I uczyliśmy się dawać sobie radę!
Pytanie za 100 punktów brzmi:
Jak udało się nam przeżyć???
A przede wszystkim:
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???
Też jesteś z tej generacji?
He he,i jeszcze nie mieliśmy telefonów,jak się chciało odwiedzić kumpla/kumpelę w Olsztynie,Poznaniu czy Szczecinie, to się wsiadało do pociągu i jazda...
A wcześniej łaziło się po zamarzniętej rzece,właziło się na drzewa i się czasem spadało.
Fajne czasy to były :-)
Fajny tekst...a jakże prawdziwy.
Mówi się, że postęp życie ułatwia, gówno prawda. O ile mniej problemów, zmartwień człek miał.
Teraz niektórzy deprechy doświadczają, gdy im się pilot do tv HD popsuje, bo wtedy nie wiedzą co ze sobą zrobić.
Te farby z ołowiem, to lizać można było nawet, bo z drugiej strony tężyznę, odporność zapewniał czas spędzany na zewnątrz, aktywnie.
A teraz? Jak kto konta na Naszej Klasie nie ma, to dziwny.
@Browar
Z nostalgią wspominam różne zabawy, ale niektóre muszę przyznać wspomnienia powoduja nawet dziś dreszczyk emocji....policzymy sobie obrażenia, blizny i złamania?;)
Oj fajne czasy były...
a najcieplejsza woda w jeziorze jest podczas burzy-kogo obchodziło to, że pioruny walą wkoło?a polowanie na kapsle po pepsi coli?nie wiem czy pamiętacie, ale tylko po pepsi były kolorowe-w barwach pepsi właśnie, reszta kapsli była złota lub srebrna, więc się w sklepie polowało na te po pepsi, no i oczywiście, żeby były odpowiednio butelki otwierane, bo inaczej kapsle pokancerowane były.
Albo te latające kapsle po wódce/occie z saletry z cukrem?;-)))
i kuuuuupa innych
to były czasy
Taaak było...8-)
Jak na to patrzę z perspektywy rodzica to myślę, że albo bardzo odważni byli nasi rodzice, albo po prostu nie mieli innego wyjścia...
A dziś ? Nie dajmy się, wciągajmy młodych w proste klimaty. Tu na forum to akurat sporo dusz, co tak myślą ale jak się pogada z rodzicami w przedszkolu... brrr zgroza.
Pozdrawiam
Jank
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???
To były właśnie czasy, kiedy człowiek rozwijał swoją osobowość. Uczył się dawać sobie radę w trudnych i różnych przypadkach, był kreatywny. Uodparniał się na wiele dolegliwości i chorób, które teraz rozkładają nas totalnie. Ja osobiście chętnie zamieniłbym udogodnienia i wygody jakie przyniosła teraźniejszość na kilka chwil spędzonych âźza starych, dobrych czasówâ.
Polej dokładnie;-)
My na osiedlu np. wykarczowaliśmy kawałek lasu i zrobiliśmy taki mały stadion i organizowaliśmy sobie różne zawody sportowe-sami! Były 2 bandy na osiedlu i obie miały obozy w lesie-szałasy i domki na drzewach.
Każdy łaził po drzewach, płotach i innych.
jeden sąsiad miał dżipa i robił w zimie kuligi za nim dla całego osiedla.
Wspomnienia...
Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
...
Orsini! Ty się chyba załapałaś najwyżej na końcówkę tych ostatnich? :-)
Powiem tak: przed pierwszymi wyborami zdaje się w '89 (wybacz nie mam pamięci do dat) biegałam i rozklejałam plakaty Solidarności :smile:
Dla mnie to i tak są sprawy mniej ekstremalne. U mnie było mocniej, ale na warszawskiej Pradze nie dało się inaczej. âźPytanie za 100 punktów brzmi: Jak udało się nam przeżyć??? A przede wszystkim: Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???â OdpowiemâŚ. mi i jeszcze kilku ludkom się udało, ale gdy odwiedzam stare śmieci, to widzę jak sporej grupie niestety nie! Trawią ich stare ludzkie âźsłabościâ i wykształcone na Pradze âźumiejętnościâ . Dla kilku, w różnym wieku i okolicznościach, już ten świat przestał istnieć i powiem⌠dla nich tak lepiej.
Świat jest nadal ten sam, tylko⌠trochę technika poszła do przodu, żarcie ludziom rozpycha d..y, jest większa presja na kasę, bo człowiek widzi co za nią może kupić, wyścig szczurów napędza wyniki, rodzice mają brak czasu na wychowanie dzieci i później mają problemy⌠można wymieniać.
Świat jest nadal ten sam, tylko teraz człowiek⌠pracuje więcej, wie więcej, wie szybciej i jest zmanipulowany przez media, bo czyta i ogląda głupoty.
Zagrożenia były kiedyś i są teraz, czasami te same, czasami podobne a czasami nowe. Teraz przynajmniej mamy o nich wiedzę, która kiedyś była albo blokowana albo niewyjaśniona.
Tekst wywołuje nostalgię i dobrze! Tamte czasy miały inne uwarunkowania, inne prawo, inną wolność i inną âźnibyâ młodzież.
Od pokoleń starzyki nawalają na młodzież i od lat z rozrzewnieniem wspominają swoje czasy⌠dobre czasy! Warto z nimi o tym pogadać i każdemu się łezka zakręci, i każdy z nich może w podobnym tonie napisać nostalgiczny tekst. Obecne dzieciaki też tak powspominają za lat kilka⌠może(!) bez ran na kolanach, może bez Playstations, ale też pełen niebezpieczeństw. Oby miały zawsze nostalgię za czasem przeszłym, bo to by znaczyło ich fajne dzieciństwo.
Jednak wolę dzisiejsze czasy niż te kiedyś. Mój syn zazdrości mi okresu Deep Purple, Led Zeppelin, Breakout, autobusów âźogórkówâ, walki z ZOMO⌠ja jednak chyba mu więcej zazdroszczę. :)
âźJak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!ââŚ
âŚWicher wieje,
wicher słabe drzewa łamie, hej,
wicher wieje,
wicher silne drzewa głaszcze, hej.
Najważniejsze to być silnym,
wicher silne drzewa głaszcze, hejâŚ
⌠to aktualne będzie w każdym okresie.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Ps. Browar, można było kiedyś zamówić âźawizoâ - rozmowę z przywołaniem na pocztę.
W latach 60. w szkole na przerwach grywałem w cymbergaja.
W latach 70. byłem strasznym dziwkarzem. Aż cud, że żadnej "francy" nie złapałem.
W latach 80. jeździłem najpierw syrenką, a potem maluchem. Ta pierwsza była wręcz niesamowita: model 105 L (dźwignia zmiany biegów już w podłodze, nie przy kierownicy - jak w poprzednich modelach). Raz mi się te biegi "rozsypały" w okolicach Wałbrzycha (w 1982 r., wóz był jeszcze na gwarancji).
W latach 70. byłem strasznym dziwkarzem. Aż cud, że żadnej "francy" nie złapałem.
No Gosia powinna Cię nieźle w łeb trzasnąć za taką reklamę âŚ. ale może nawet i nie, bo różny jednak jest âźtenâ wiek gdy się do wspomnień wraca â tylko po cholerę tak o tym publicznie gadać ?
W innym wątku o pigalaku wspomniał ;)
No Gosia powinna Cię nieźle w łeb trzasnąć za taką reklamę âŚ. ale może nawet i nie, bo różny jednak jest âźtenâ wiek gdy się do wspomnień wraca â tylko po cholerę tak o tym publicznie gadać ? Gosię poznałem w 1984 r., a więc już po owych "burzliwych" latach 70.
Ślub wzięliśmy w 1985 r.
Córka urodziła się w 1987 r.
A teraz po owej publicznej samokrytyce - publiczna "autopochwała": jestem już prawie 24 lata po ślubie, a żony dotychczas nie zdradziłem. Mimo że stosowne okazje się zdarzały, a jeszcze i teraz czasami spotykam się z niewieścią zachętą. I to na warunkach niekomercyjnych. To ostatnie zdanie musiałem dodać, gdyż Recon znów wyskoczyłby z "Pigalakiem".
Jeszcze mi się coś istotnego przypomniało w związku z moją syreną, którą jeździłem w latach 1981-85.
Otóż po dziś dzień należy do niej rekord mojego dziennego przebiegu: 612 km, z Warszawy do Wisełki na wyspie Wolin w roku 1983.
Tak się złożyło, że już później dłuższych dystansów nie miałem okazji jednego dnia pokonywać. Jest to wyłącznie zaletą centralnego położenia Warszawy. Gdziebym się nie wybrał, to wychodzi co najwyżej 500 km.
A teraz po owej publicznej samokrytyce - publiczna "autopochwała": jestem już prawie 24 lata po ślubie, a żony dotychczas nie zdradziłem. a tu mnie aż palce korcą, żeby się kogoś zapytać jak to u niego wygląda, ale ok nie będę taka złośliwa od samego rana :lol:
No to pięknie!w przyszłym roku się szykuje cudowna rocznica-gratuluję!
Iras napisał przy okazji wizyty na Ukrainie:
Po wioskach liczydła są używane do dziś choć powoli wypierają je kalkulatory. Często jest tak że jest to i to. Starsze panie korzystają z liczydeł a te młodsze już kalkulatora. Niesamowite jest zobaczyć z jaką szybkością te panie posługują się tym urządzeniem. Gdy rozpoczynałem w 1975 r. swą "urzędniczą karierę", to na dnie szafy pancernej znalazłem liczydła schowane pod starymi dokumentami. Z tym, że moi bezpośredni poprzednicy już ich nie używali, trzymali je tam chyba tylko z nostalgii. W biurowym zastosowaniu były wówczas maszyny elektryczne (NRD-owskie lub szwedzkie) oraz mechaniczne szwedzkie "kręciołki" (na korbkę).
Pierwszy kalkulator pojawił się w moim wydziale chyba w 1976 r. i miała go oczywiście tylko pani naczelnik. Ale już w końcu lat 70. posiadał go na stanie każdy z pracowników.
Mnie przydzielono początkowo elektrycznego szwedzkiego "Facita" (?). Pamiętam, że raz pieczołowicie wprowadziłem do jego pamięci 49 danych liczbowych w tys. zł (sprawozdawczość inwestycyjna z 49 jednostek wojewódzkich), a następnie wcisnąłem "start". Zapowiadał się hałas maszyny przez kilka minut, więc mój vis a vis (siedzieliśmy razem w pokoju) wykorzystał je, aby gdzieś wyjść. Za chwilę i mnie koledzy wywołali z pokoju, więc zostawiłem to liczące monstrum na biurku i również wyszedłem.
A w tym czasie ów potworek hałasował i wolno przesuwał się po całym biurku. Przelazł na biurko kolegi, zwalił mu pełną filiżankę kawy, a następnie sam też spadł na podlogę.
A ów mój "vis a vis" to był b. fajny chłop, ale z ówczesną techniką strasznie na bakier. Raz pokłócił się z sekretarką automatyczną w nowej centrali telefonicznej ("już trzeci raz pani powtarzam potrzebny numer wewnętrzny, a pani mi w kółko to samo").
Ja w szkole miałam liczydło--takie małe drewniane z plastikowymi kuleczkami, nawet nas uczyli jak tym liczyć, ale niczego nie pamiętam;-((
tylko zazdrościłam paniom w sklepie, że ich liczydłą takie fajne duże były
Orsini a czyj to tekst?... bo dobry jest na nostlalgie....
żal mi się robi świata jak odwiedzam w pogodny dzień moje stare osiedle.. a tam pełny plac zabaw... pustki... na łakach nikogo... nikt łuków z leszczyny nie robi...
...komputery...mać!
A ja Wam mówie dawniej mniej krzaków w Bieszczadach było. Teraz to wszystko zarasta jakimś badziewiem. Pól już prawie nie ma, mozaikowe łąki zmieniły się w zmiętolone rębakiem wielkoobszarowe trawniki, pastwisk grodzonych żerdziami już prawie nie ma. Jesiennych dymów z kartoflisk to w Beskidzie Niskim albo na pogórzach trza szukać. Nikt nie biega już po łąkach i lasach z łukami... Za to wszędzie pełno plastików, worków i sreberek. Udział wtórnych paralityków i debili wzrósł... Teraz to każdy prawie ma alergię, ADHD, nagniotki na mózgu i cholera go wie jaką jeszcze inną kiłę. Powiem Wam jedno - lubię sobie połazić po tych dawnych miejscach i powspominać przeprawy przez bagna, burze, które się w lesie przeżyło... Tylko, że te miejsca znikają, a w ich miejsce powstają osiedla domków w kolorach wszelkich odmian sraczki. Taka jest cena postępu i dobrobytu.
Orsini a czyj to tekst?... bo dobry jest na nostlalgie.. Krąży już od jakiegoś czasu w necie jak wiele podobnych. U mnie był jakieś 2 lata temu i pojawia się średnio co pół roku
Długi
Taaak było...8-)
Jak na to patrzę z perspektywy rodzica to myślę, że albo bardzo odważni byli nasi rodzice, albo po prostu nie mieli innego wyjścia...
A dziś ? Nie dajmy się, wciągajmy młodych w proste klimaty. Tu na forum to akurat sporo dusz, co tak myślą ale jak się pogada z rodzicami w przedszkolu... brrr zgroza. ja to się zastanawiam jacy odważni byli moi rodzice, że jechali w tamtych czasach z nami dwiema małymi dziewczynkami pociągiem z przesiadkami, czasami na stojąco i na jednej nodze (bo o kuszetki trudno było a pamiętam też jak ojciec prawie starcił dwa palce u ręki w bitwie na bocznicy kolejowej o miejsca w przedziale...), bez walizek na kółkach tylko z takimi zwykłymi, czasami ponad 30 godzin w jedną stronę...
i wszyscy to przeżyli i byli zadowoleni:-P
a dzisiaj przejażdżka z dzieckiem tramwjem albo autobusem miejskim to dla niektórych rodziców co najmniej jak wyprawa na biegun;) albo co najmniej ...obciach..
mi się z tamtymi czasami oprócz wielu innych spraw kojarzy jedno - co było i chyba już nie wróci....LISTY!! czy kogoś dzisiaj stać na napisanie ręcznie dwunastu stron drobnym maczkiem? i te koperty...ręcznie klejone z papieru kredowego i malowane tuszem na różne kolory (niestety sama takich nigdy nie potrafiłam zrobić). I nie można było ich skasować jednym naciśnięciem klawisza...a nawet jak się list w złości porwało to zawsze coś zostawało....
W czasach PRL żołnierze jednej z jednostek wojskowych zobaczyli któregoś dnia w koszarach afisz z ogłoszeniem, że dnia "tego to a tego" odbędzie się projekcja filmu:
- szwedzkiego,
- pornograficznego,
- pod tytułem "Baba na żołnierzu".
Zapisali się absolutnie wszyscy. A z tzw. izby chorych to nawet nie tylko symulanci, ale chorzy naprawdę. Także ci obłożnie chorzy.
Gdy już sala klubowa była w 110 % zapełniona (te dodatkowe 10 % to pracownicy cywilni wojska), oficer polityczno - wychowawczy zamknął ją od wewnątrz na klucz, a następnie przeprosił zebranych za tzw. błędy drukarskie w ogłoszeniu. Film był bowiem:
- nie szwedzki, ale radziecki,
- nie pornograficzny, lecz panoramiczny,
- nie pod tytułem "Baba na żołnierzu", lecz "Ballada o żołnierzu".
:grin:
I jeszcze taki dowcip (z serii korespondencji do p. Rumiana):
- Szanowny Panie Rumian, czy mogłabym zajść w ciążę - siusiając pod wiatr ?
- Mogłaby Pani. Pod warunkiem, że byłby to wiatr od koszar.
:grin:
ot i wspomnień czar....i smutne stwierdzenie faktu " Panie Hawranek, to se ne vrati "
- toczenie fajerki, podprowadznej z pieca kuchennego, na drucie po okolicnych uliczkach osiedla.
- gra " Wyścig Pokoju" rysowało się trasę wyścigu na ziemi a zawodnikami były kapsleod butelek/ hit / lub porcelanowe zamknięcia na tzw sprężynę.
- obozy wędrowne/ rajdy - jedna konserwa " Śledź po gdańsku w pomidorach " na trzech i losowanie na zapałki kto chebem wytrze pozostałości sosu w puszce.
- wyjazdy na wieś do Babci
- smak cieepłego jeszcze chleba wyjętego z pieca i maślanka prosto z "masielnicy"
-zapach płonących szyszek pod blachą kuchni zmieszany z apachem smażonych jaj
na boczku popijanych kawą zbożową " Turek " .
....to może narazie tyle bo się rozmarzyłem....
- sprzęt ze składnicy harcerskiej
- autobusy "ogórki"
- "Kobra" w kryminalne czwartki
- Laskowik i "Gallux szoł"
- tanie wedzone dorsze
-papierosy "Sport"(kupowane dla Dziadka,reszta na dropsy)
ja niestety zalapalam sie jedynie na osiemdziesiate.. zal mi jak cholera ze sie rodzice wczesniej o mnie nie postarali ;)
slabo mi sie robi jak przeczytalam kiedys ostatnio na mleku dla dzieci (powyzej 1 roku) instrukcje uzywania: ze kazde naczynie nalezy wyparzyc a nawet wygotowac przez 5 min, ze jesli opakowanie mleka warunkujacego sterylnosc jest uszkodzone to nie mozna podawac mleka dziecku, ze jesli troche mleka zostanie to absolutnie nie mozna go odgrzewac po paru godzinach bo mogly sie tam dostac bakterie itp. A co najgorsze kupa rodzicow sie do tego stosuje!!
a jedna babka ktora kupuje u nas w aptece prawie dostala torsji z przerazenia bo umyla 5 miesiecznemu dziecku glowke szamponem, a na butelce pisalo ze od 6 miesiaca!
a ja chyba bardzo naiwna jestem- bo wciaz wszedzie probuje odnalezc ten swiat sprzed lat.. ale wiary dodaje to ze czasem sie udaje!! moze dlatego na moich zdjeciach tyle autobusow ogorkow, konnych zaprzegow i liczydel w sklepach.. bo kazde , choc podobne do poprzedniego , niezmiernie cieszy, ze jest, ze jeszcze przetrwalo na przekor dzisiejszemu swiatu..
slabo mi sie robi jak przeczytalam kiedys ostatnio na mleku dla dzieci (powyzej 1 roku) instrukcje uzywania: ze kazde naczynie nalezy wyparzyc a nawet wygotowac przez 5 min, ze jesli opakowanie mleka warunkujacego sterylnosc jest uszkodzone to nie mozna podawac mleka dziecku, ze jesli troche mleka zostanie to absolutnie nie mozna go odgrzewac po paru godzinach bo mogly sie tam dostac bakterie itp. A co najgorsze kupa rodzicow sie do tego stosuje!! I to akurat dobrze. Kiedyś jedzenie dla dziecka się gotowało, wrzące wlewało do butelki i studziło pod kranem. I tak wychowałem się ja i moich 2 dorosłych już synów. Teraz do proszku dolewa się letniej wody i gotowe. Jeżeli chcesz swoje niemowlę karmić nie zachowując zasad higieny... lepiej zrezygnuj z macierzyństwa;)
Pozdrawiam
Długi
I to akurat dobrze. Kiedyś jedzenie dla dziecka się gotowało, wrzące wlewało do butelki i studziło pod kranem. I tak wychowałem się ja i moich 2 dorosłych już synów. Teraz do proszku dolewa się letniej wody i gotowe. Jeżeli chcesz swoje niemowlę karmić nie zachowując zasad higieny... lepiej zrezygnuj z macierzyństwa;)
Pozdrawiam
Długi w takim przypadku to cud ze zyje...;) jakos moi rodzice nie wyparzali naczyn dla mnie do 5 roku zycia (jak radza niektore gazety) a jak mialam rok czy dwa latka to nieraz pilam w kubeczku umytym w strumieniu..moze wzgledem noworodka powinno sie sterylnie postepowac, ale odnosnie polrocznego czy rocznego dzieciaka to juz troche chyba smieszne.. kiedys trzeba dziecko z aseptycznej loży wypuscic na okrutny swiat.. ;)
długi buba ma rację, te sterylne warunki teraz powodują nic innego jak ogólny spadek odporności u dzieci, a więc nic dobrego
Do trzeciego roku życia formuje się grasica.Jak dziecię w tym czasie nie ma kontaktu z "zarazkami" poprzez wkładanie do buzi wszystkiego co się da (pająki,patyki,pety,liście itp) to rośnie gotowy,elegancki alergik.
Piliście kiedyś mleko prosto od krowy? Może kosztowaliście prawdziwego kwaśnego mleka prosto ze sklepu (piwnicy) z prawdziwymi młodziutkmi ziemniakami z koperkiem? Pamiętacie zapach pieczonego chleba, takiego wystanego w kolejkach? Albo losowanie talonów na buty? Czy kiedykolwiek robiliście pierogi z jagodami rwanymi prosto z krzaka w misce i usiłowaliście ugotować je na ognisku? Albo konserwa mielonka taka przepyszna w prostokątnej puszce z bochnem chleba na namiot? Byłam wliceum w dobrej sytuacji. Moja koleżanka była Macedonką i jej mama robiła przepyszne ciasto na ostro z serem, którym można było żywić się przez kilka dni.
mleko od krowy piłam raz-NIGDY więcej!!!
obrzydlistwo!!!
ciepłe blueeeeeeeeeee
ale za to prosto z lodówki ze szklanej butelki z kapslem z aluminium-PYCHA!!!wszyscy z jednej doprowadzając mamę do nerwów z tego powodu;-))))
ja niestety zalapalam sie jedynie na osiemdziesiate.. zal mi jak cholera ze sie rodzice wczesniej o mnie nie postarali ;)
...
a ja chyba bardzo naiwna jestem- bo wciaz wszedzie probuje odnalezc ten swiat sprzed lat.. Spokojnie,ten świat jeszcze istnieje i całkiem nieźle się trzyma...sa takie rejony,trzeba je tylko znaleźć ;) Widziałem ostatnio żyletki w sklepie na półce,he he
Piliście kiedyś mleko prosto od krowy? . taak :) najlepiej smakuje takie z wydojonej na pastwisku krowy! (ukradkiem bez zgody wlasciciela ;)) takie mleko smakuje trawa, ziolami i krowa :)
Pamiętacie zapach pieczonego chleba, takiego wystanego w kolejkach? Albo losowanie talonów na buty? . ale pamietam ze za czasow kartek mielismy zawsze duzo miesa bo moj tata handlowal kartkami z sasiadami- dawal kartki na papierosy wzamian za te na mieso, :) tak pod koniec miesiaca jak juz tamtych przycisnelo ;)
albo jak sprzedawali dwie rolki papieru toaletowego na dziecko, wiec bacia kupila na mnie dwie i juz mamy wychodzic az tu podchodzi jakis pan i pyta babcie czy on moze pozyczyc dziecko. (teraz by powiedzieli ze pedofil ;) ) wiec babcia mi chwile tlumaczyla ze "teraz ten pan cie wezmie na rece, ale nie wyrywaj sie i nie krzycz, zaraz cie odda tylko kupi papier! :D
albo jak mnie babcia chciala udusic bo wystala w kolejce dwa węgorze, a ja bardzo chcialam poniesc jednego, wiec babcia mi dala , wychodzimy ze sklepu a węgorz mi sie wysmyknal i upadl prostu pod nadjezdzajace auto.. niewiele z niego zostalo.. pani ze sklepu sie zlitowala widzac wielkie nieszczescie i dala nam wegorza gratis.. wiec wracalysmy szczesliwe do domu gonione przez przeklenstwa tych co stali w kolejce ;)
ale za to prosto z lodówki ze szklanej butelki z kapslem z aluminium-PYCHA!!! z kapslem w kratke?? takie co mleczarz przynosil na klatke schodowa i tak fajnie brzękał butelkami?
Czy kiedykolwiek robiliście pierogi z jagodami rwanymi prosto z krzaka w misce i usiłowaliście ugotować je na ognisku? taaaak :) na wierzchu byly spalone a w srodku surowe... ;)
ale jak sie popilo kropką to przestalo miec jakiekolwiek znaczenie ;)
Żyletki teraz to nic nadzwyczajnego,powiedzcie gdzie kupić mydło do golenia takie w sztyfcie a nie w piance (wujek szuka bezzskutecznie!).A kto chodził w pończochach "na guzik albo bilon"???ha,ha!-ręka do góry jesli ktos to jeszcze pamięta (chłopcy tez to nosili,bo nie było rajtuz)
Z propagandy partyjnej tamtych czasów (lata 50. i 60.):
- Nie oszuka chłopa
Radio Wolna Europa !
- Rolniku ! Każda ponadplanowa fura gnoju to nowy cios w imperializm !
- Towarzysze ! Przed wojną nie mieliśmy nic ! A dziś mamy - dwa razy tyle !
- Towarzysze ! Przed wojną staliśmy nad przepaścią. A po wojnie - uczyniliśmy wielki krok naprzód !
A społeczeństwo z właściwym sobie humorem odreagowywało:
- Każdy rolnik postępowy
sam zapładnia swoje krowy !
- Zamiast nocą iść na ksiuty,
zbieraj złom dla Nowej Huty !
- Zamiast w kącie trzepać prącie,
łącz się w Narodowym Froncie !
A to współczesne
Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,
Też jesteś z tej generacji? Takie łańcuszki kiedyś chodziły po mailach. Okraszone fotografiami : /
W latach 70. importowalismy wiele zachodnich urządzeń za Gierkowe kredyty.
M.in. do jednego z PGR-ów trafiła nowiutka amerykańska elektryczna dojarka. Zatrudniony tam pracownik, gdy został w oborze sam, obejrzał ją, zachwycił się jej delikatnym umocowaniem i postanowił ją wypróbować ... na sobie samym. Tzn. popełnić grzech nieczystości opisany już w Starym Testamencie, biorący zresztą swoją formalną nazwę od imienia biblijnego bohatera.
I takoż uczynił.
Po pewnym czasie, zaalarmowani jego wrzaskiem, nadlecieli koledzy i ujrzeli go szamoczącego się z owym zachodnim urządzeniem. Biedak, nie znając języka angielskiego, nie przeczytał w instrukcji obsługi, iż urządzenie wyłącza się tylko samoczynnie, po wydojeniu porcji 5 litrów.
:lol:
A teraz historia autentyczna.
Także w latach 70. w okolicach Ostrołęki wdrażano jakąś włoską licencję, też w dziedzinie rolnictwa. Przez kilka miesięcy zamieszkiwał więc tam również włoski personel techniczny, do którego należeli m.in. młodzi inżynierowie. Młodość, uroda i temperament południowców - wiadomo, jak to wszystko działało na miejscową płeć piękną, uczennice i absolwentki różnych szkół przyzakładowych i zasadniczych, jakich w PRL było bez liku.
Niektóre z tych dziewczyn okazały się jednak cwanymi realistkami życiowymi i zaczęły wymagać od przystojnych cudzoziemców ... twardej waluty.
Cóż, biznes to biznes. Włosi zaczęli im więc płacić swoją ówczesną walutą, czyli lirami. Panienki, widząc zera na nominałach banknotów, były usatysfakcjonowane. Czar zdecydowanie prysnął, gdy w wojewódzkim Pewexie dowiedziały się, że za cały utarg to mogą sobie kupić 2 paczki papierosów lub flaszkę polskiej wyborowej.
- Każdy rolnik postępowy
sam zapładnia swoje krowy !
- Zamiast nocą iść na ksiuty,
zbieraj złom dla Nowej Huty !
- Zamiast w kącie trzepać prącie,
łącz się w Narodowym Froncie ! to mi sie wybitnie kojarzy z zardzewiala tabliczka z nieczynnego PGRu : "rolniku daj krowie- krowa da tobie" :D ech..ze nie dalo jej rady zabrac na pamiatke(mocno przykrecona na zardzewiale sruby :( ..rok pozniej budynki juz nieistnialy a tabliczka sie pewnie zmarnowala :(
[QUOTE=Stały Bywalec;75400]....
- Każdy rolnik postępowy
sam zapładnia swoje krowy !
....QUOTE]
A jeżeli rolnik sam nie chciał tego czynić, to fundował swoim krówkom inseminatora.
Przyjezdżał taki do gospodarstwa, robił co do niego należało, odpalał swojego " Malucha" i w drogę.
Jedzie sobie i wdzi w wstecznym lusterku biegnacą za nim krowę.
Więc przyspieszył trochę, to krowa też przyspieszyła.
To on jeszcze bardziej wcisnął pedał gazu , to krowa też przyspieszyła.
Gdy silnik w "Maluchu " chciał już wyskoczyć z komory silnikowej, a krowa nie ustępowała, zaniechał dalszego wyścigu.
Wysiada z autka i patrzy na krowę.
A ta, gdy do niego podbiegła, złapawszy oddech mówi
- A buzi to nie dasz?
PRL to plusy i minusy.
Minusów było znacznie, znacznie więcej.
Do najważniejszych zaliczyć by należało księżycową gospodarkę i ceny brane z sufitu.
Bo na dobrą sprawę nie było wiadomo, co ile naprawdę kosztowało. Kopalnie, huty, elektrownie "obrosły" bowiem bazą socjalną (zakładowe budynki mieszkalne, przychodnie zdrowia, żłobki, przedszkola, etc.), co stale wymagało dofinansowania (lub wręcz sfinansowania) i w ten sposób znacznie powiększało koszty produkcji. A przecież węgiel, stal, energia elektryczna to nie były wyroby finalne, lecz słuzyły produkcji w innych gałęziach gospodarki.
Handel i usługi (państwowe i spółdzielcze) były fatalne. Poza największymi miastami, gdzie jeszcze jakaś szczątkowa kultura obsługi jednak obowiązywała, było wręcz niedobrze pod tym względem. Panie ekspedientki, panowie kelnerzy (ani, co gorsza, ich szefowie) nie byli materialnie motywowani w zależności od obrotu, więc klientom ... robili łaskę, że im coś sprzedali czy obsłużyli.
Na tle tego wszystkiego sektor tzw. prywatny przeżywał złote lata, które już mu nigdy nie powrócą. Rzemieślnicy i tzw. badylarze oraz handlarze nie mieli najmniejszego problemu ze zbytem, sami dyktowali ceny, a odbiorcy potulnie czekali w kolejkach. Najmniejszy prowincjonalny prywatny sklepik stanowił żyłę złota, a jego właściciel zarabiał więcej od ministra. Zresztą funkcjonowało wówczas powiedzenie, że bardziej opłacalny jest najgorszy prywatny handel niż najlepsza państwowa posada.
Jedynymi osobami, które mogły się legalnie "dorobić" w PRL, to byli właśnie owi "prywaciarze" oraz ... "powracający z zagranicy". Ci ostatni pracowali na Zachodzie na czarno (najczęściej), żarli tam kocie i psie puszki, a już po roku - dwóch powracali do "znienawidzonego" PRL-u i kupowali sobie na wolnym rynku mieszkania lub domy. Mój kolega kupił sobie pod koniec lat 70. na Żoliborzu ładne mieszkanko 2pk, 55 m kw., za 3 tys. USD (dziś jest ono warte ponad 500 tys. zł). Owe 3 tys. USD zarobił przez rok w Szwecji, będąc w tym czasie w Polsce na urlopie dziekańskim.
Krążyły plotki o wysokich zarobkach i wspaniałym zaopatrzeniu żołnierzy zawodowych, funkcjonariuszy mundurowych i etatowych pracowników partyjnych. W 95 % wszystko to była lipa i bujda na resorach, wymyślana chyba tylko po to, aby dzielić społeczeństwo na "my" i "oni".
Owi rzekomo "uprzywilejowani" mieli pod pewnym względem w PRL nawet gorzej niż "zwykli śmiertelnicy". Nie mogli bowiem jeździć prywatnie na Zachód. Bez zgody szefów nie mogli dostać paszportów i już. A szefowie takich zgód nie wydawali, gdyż sami nie mieli szans na uzyskanie zgody od z kolei swoich przełożonych.:-x
Gierek już na początku lat 70. praktycznie otworzył granicę, co funkcjonowało (z przerwą na stan wojenny) aż do schyłku PRL. Owszem, były pewne korowody z otrzymaniem paszportu, czekało się na niego po kilka m-cy, czasem ktoś go w ogóle nie dostał, ale w zasadzie wystarczało (lipne) zaproszenie lub 100 USD, aby wyjechać do RFN, Skandynawii lub nawet USA - oczywiście turystycznie.:smile:
Plusów też można by jednak trochę wyliczyć.
Bezrobocia praktycznie nie było, praca czekała na każdego (chociaż nie na miarę oczekiwań płacowych i posiadanych kwalifikacji). W pracy atmosfera była koleżeńska, często wręcz bardzo dobra.
Bezdomność - w ogóle nie istniała. Ulice miast były bezpieczne, nawet w nocy.
Szkolnictwo wszystkich szczebli stało na wyższym niż dziś poziomie.
Reasumując jednak - dobrze, że te czasy już się skończyły. Gdyby PRL nadal istniała, mielibyśmy dziś pewnie tylko ze 4 programy TV, komórki i komputery kupowalibyśmy na przedpłaty, zapisy i asygnaty, na założenie Internetu musielibyśmy posiadać zgodę miejscowego komendanta MO. A na Naszym Forum zalogowałby się jakiś przedstawiciel Wielkiego Brata, który szybko zwerbowałby Admina do wspólpracy w charakterze TW lub OZ. :lol:
PRL to plusy i minusy.
Minusów było znacznie, znacznie więcej.
Do najważniejszych zaliczyć by należało księżycową gospodarkę i ceny brane z sufitu.
Reasumując jednak - dobrze, że te czasy już się skończyły. : ale dziecinne wspomnienia sa wolne od polityki, ekonomii i marketingu :)
ale dziecinne wspomnienia sa wolne od polityki, ekonomii i marketingu :) Dla kogo dziecinne, dla tego dziecinne !:-)
Buba, jakiego znów "marketingu" ? O marketingu w czasach PRL to nie tylko dzieci nie słyszały, ale także dorośli, zarówno ci partyjni, jak i bezpartyjni.
No, chyba że za marketing uznałoby się szeptanie "change money" w hotelach, gdzie zatrzymywali się tzw. dewizowi cudzoziemcy.:-D
Drogi SB,
Co do uprzywilejowania pewnych grup, to chyba nie tylko mit, czy pogłoska mająca na celu skłócenie społeczeństwa.
Może nie byo bezpośredniej premii za fakt bycia członkiem PZPR, czy noszenia określonego munduru, ale będąc na jakimś szczeblu hierarchii partyjnej miało się łatwiejszy dostęp do pewnych rzeczy, np. talon na poloneza.
Co szkolnictwa, to choć "spadek" jest faktem, na mój gust rodzący się po Czernobylu, to już nie ten intelekt;), ale jednak
wyższy poziom szkolnictwa nie wynika z faktu, że było to w PRL-u, ale że było to 30-40 lat temu.
Postęp technologiczny,idące za nim zmiany w zwyczajach, sposobach działania, pracy, czy nauki, również w rozrywce, absolutnie ograniczają myślenie do minimum, a idące za tymi zmianami programy nauczania i metodyka starają się tym zmianom sprostać. I koło się zamyka - nasz gatunek kretynieje Stały Bywalcu i tyle. I nie ma to znaczenia w jakim ustroju dane społeczeństwo żyło, czy żyje.
Wielu młodych ludzi nie zdaje sobie sprawy, z tego na ten przykład, jakie znaczenie dla suchej choćby wiedzy teoretycznej, miał fakt, że ściągawki trzeba było przepisać,a nie skserować, czy wydrukować.
Gdy nie było Internetu, a nawet bryków - moją jedyna lekturą nie przeczytaną na czas byli "Chłopi" - wypożyczyliśmy video (LO rok 87 chyba).
Gdy nie było 100 kanałów TV, komputerów, trza było ruszyc głową, by wymyślić dobrą zabawę, a w tej dobrej zabawie mieć wyobraźnię.
Nie wystarczyło napierd***joystickiem, czy pilotem;)
W wolnych chwilach człek sięgał też po książkę.
I tak na koniec.
To porównanie poziomu szkolnictwa jest miarą iluzoryczne.
Tak naprawdę, to poziom inteligencji Polaków wielce się nie zmienił, w naturalny sposób spada, ale nie jest to jakiś bardzo szybki proces.
Zmieniła się na pewno struktura - zbyt dużo ludzi zostało pchniętych ku średnim szkołom ogólnokształcącym, a wiedząc doskonale zresztą, że sobie nie są w stanie poradzić, utworzono jakieś tam licea profilowane. Nie pomogło.
Chyba uznano, że wykształcenie zawodowe, czy średnie techniczne uwłacza ludzkiej godności?;)
W końcu, w dobie obrony konstytucyjnych praw jednostki doprowadzono pewne standardy, czy kryteria do, wg mnie absurdu, chroniąc młodego człowieka przed "uszczerbkiem na godności", a jednocześnie chowając go pod kloszem, czyniąc zupełnie nieraz nieprzygotowanym do życia. Życia, które jest pełne stresu. (patrz statystyki dot. samobójstw)
Kiedyś sprawa była prosta.
Jesteś pilny i inteligentny - idziesz do LO, potem na studia.
Masz robotę do wykonania, więc ja zrób, jeśli zrobisz kiepsko, dostajesz mierną ocenę - oops, sorry wyraz "mierna" uwłacza godności, zmieniono na dopuszczającą.
Jeśli nie, to zawodówka, a spróbuj jeszcze i to olać, to OHP i do łopaty. Nikt nikogo na siłę nie próbował magistrem zrobić.
Pozdrawiam:)
A pamiętacie pierwszy komputer Wasz?;-))))
u mnie w domu to było Atari;-))))ciekawe ile to swoją drogą miało pamięci?
i gry co się z radio nagrywało na kasety :mrgreen:
Tak Orsini, wspominaliśmy to kiedyś w shoutboxie chyba....ale to już schyłek PRL-u;)
Sam wchodzę właśnie w wiek inżyniera Karwowskiego, więc nie miałem okazji zbyt dobrze PRL poznać, ale Ty gówniaro widać załapałaś się na końcówkę ino.
PS. Grałem na commodorze:)
PS. Grałem na commodorze:) o burżuj jaki:mrgreen::mrgreen:
Sam wchodzę właśnie w wiek inżyniera Karwowskiego, :) już 50 lat?ależ ten czas zap**** :mrgreen::twisted:
Orsini, nie postarzaj tak VM2301 ani inż. Karwowskiego. Serial był pt. "Czterdziestolatek", a nie "Pięćdziesięciolatek". :-D
Drogi VM2301 !
Zgadzam się z Tobą w 99 %.
Gwoli więc nie tyle polemiki, ile uzupełnienia Twojej wypowiedzi:
1) postępujące "ogłupienie" społeczeństwa ma rzeczywiście wymiar czasowy i ponadustrojowy; maturzyści przedwojenni posiadali większą wiedzę ogólną, niż ci z czasów PRL, a z kolei maturzyści z czasów zaborów - jeszcze większą niż ci pierwsi,
2) poziom wykształcenia i kultury ogólnej nie idzie w parze z postępem w dziedzinie cywilizacji - przeciętny Amerykanin nie jest przecież najmądrzejszy na świecie, a jednak to USA zdecydowanie przodują w rozwoju techniki,
3) faktem jest, że różni "partyjni" i "mundurowi" mieli w PRL nieco łatwiejszy dostęp do np. asygnat na samochody i mieszkań, ale nie stanowili oni bynajmniej jedynej grupy społecznej tak uprzywilejowanej, poniewaz dużo zakładów pracy przyciągało tym do siebie pracowników,
4) w rozwinięciu pktu poprzedniego napiszę, że na mieszkania czekali krócej również górnicy, hutnicy, budowlańcy i w ogóle pracownicy co ważniejszych socjalistycznych przedsiębiorstw (ze swojego podwórka wymienię ad hoc np. ZM Ursus i Polcolor w Piasecznie), a asygnaty (wcześniej: talony) na samochody rozdawano przodującym robotnikom za wykonanie, a jeszcze lepiej przekroczenie planu
SB,
W pierwszych słowach mego postu pragnę Cie gorąco pozdrowić i podziękować za obrone mojej metryki;)
..tośmy chyba consensus osiągnęli;)
Suma sumarum, chyba zawsze przeszłość wspomina się z rozrzewnieniem
@Orsini
Po pierwsze to *(&^&%E^%^$#@#$@$^&!!!!! nauczyć się liczyć albo obejrzyj klasykę polskiego serialu.
Po drugie nie taki burżuj, bo był z drugiej ręki...i nie stanowił fizycznie mojej własności;)
@Orsini
Po pierwsze to *(&^&%E^%^$#@#$@$^&!!!!! :mrgreen::mrgreen::mrgreen:
A pamiętacie pierwszy komputer Wasz?;-))))
:
nietrudno... 2003 rok, ten co mam i teraz ;)
..pierwszy komputer ATARI 800XL ... czas wgrywania gry.. kilka godzin... brak internetu... młodość z tekstu przeżywałem w czasach przełomu PRL na kapitalizmmm... więc nie wypowiadam się o plusach i minusach czerwonej epoki... a ino o samym sensie ów słów... o tak.. żyło się inaczej... Nutrie na działce... Wynoszenie całych autobusów z Autosanu w częściach... Teleranki w kinie... Wczasy w ośrodkach.... mniodzio..
Jako, że też jestem w wieku inzyniera Karwowskiego, załapałem się na schyłek PRl-u. Ale co przerzyłem to moje. Pierwsze trzy lata podstawówki zaiwaniałem dwa kilometry lasem sam. Matula mnie zaprowadziła tylko przez pierwszy tydzień. W dupę dostałem też nieraz i nigdy nie miałem o to pretensji, a nie jak teraz że, dziecka udeżyć nie można. Jako dwunastolatek pierwszy raz samodzielnie za woźnicę robiłem wioząc zboże na targ do pobliskiego miasteczka.
Aha, byłbym zapomniał, moja ciotka prowadziła skup jaj gospodyń. Na jej domu dość duża tablica informowała "ROLNIKU NIE MYJ JAJ, PRZED SKUPEM". Zawsze zastanowiałiśmy się dlaczego ten chłopina tych jaj ma nie myć, skoro to baby do skupu jajka przynosiły.
A pamiętacie pierwszy komputer Wasz?;-))))
u mnie w domu to było Atari;-))))ciekawe ile to swoją drogą miało pamięci?
i gry co się z radio nagrywało na kasety :mrgreen: Pierwszy komputer, który widziałem to Odra 1304, oczywiście nie był mój.
Jeżeli ktoś z Was go widział, to wie dlaczego.
pozdrawiam
Pierwszy komputer, który widziałem to Odra 1304,...
Jeżeli ktoś z Was go widział, to wie dlaczego.... Jak mieścił się (mieściła ) w pomieszczeniu 20 m kwadratowych , to sobie nie mogłeś pozwolić ;)
A RIAD (ruski kampiuter) to Wy znali ?
Nigdy nie zapomnę ćwiczeń z informatyki na studiach , "napisać program do rozwiazania jakiegoś tam równania matematycznego ", a nastepnie wydziurkować to na "karcie perferowanej "(chyba tak to sie nazywało) ...
Takie to były wtedy nośniki :wink:pamięci.Równanie to można było na kartce normalnie rozwiązać w 5 minut , a program pisało się przez całe ćwiczenia z 3 godz.
No kto to jeszcze pamieta ???? haaaha
Zdziwisz się joorg ale ja pamietam. Widziałem komputer zajmujący kilka pomieszczeń.
pozdrawiam
Na polibudzie to się nazywało ETO (Elektroniczne Techniki Obliczeniowe),pisało się w fortranie,drukowało te karty(ileś tam razy,zawsze były jakieś błędy) a potem Odra wypluwała wynik....uff..
(...) No kto to jeszcze pamięta ???? haaaha A właśnie że ja pamiętam, chociaż jak przez mgłę.
Tworzyłem coś w ALGOLU: begin, integer, itd. Działo się to w 1-szej połowie lat 70.
A komputer, czy raczej jego poszczególne elementy, widziałem w SOETO (Stołeczny Ośrodek Elektronicznej Techniki Obliczeniowej). Zajmował, zdaje się, dwa piętra w budynku.
"Computer" (wymawiało się: kompiuter :-)) był także w PKiN, w tamt. pomieszczeniach Wydziału Matematyki UW.
Zdziwisz się joorg ale ja pamietam.... Wiem ,że pamiętacie..Młodzieńcy:lol: ....tak jak i ja pamiętam, choć już przez"mgłę":smile:.
Mam pewne wątpliwości;) co do Bertranda, po tym jak napisał :
To nie był mój pierwszy raz. ;) przynajmniej z góry na dół.....
Na polibudzie to się nazywało ETO (Elektroniczne Techniki Obliczeniowe),... Dokładnie, czasem ZETO (zakład elktronicznej techniki obliczeniowej) ..skąd my to znamy ??
ps. koniec już ,bo się "rozklejam"
To na dobitkę,znalazłem właśnie sprawny napęd B i do niego paczkę dyskietek 5,25",he he
Mieliśmy kiedyś zajęcia z komputerów w sali gdzie stał pierwszy na uczelni mikrokomputer ( w porównaniu do Odry to rzeczywiście był mikro)
a pod nim stała emaliowana miednica z wodą.
A studenty jak to studenty ...ciekawe po co ta miednica pod komputrem.
Asytstent rzeczowo wyjaśnił że jest to przyrząd do stabilizacji wilgotności pomieszczenia , bo tylko wówczas komputer działa stabilnie.
Fajna była ta klima.
W kwestii "nadrzędnej roli partii", poprawności politycznej - to taki nowocześniejszy twór, chyba nic się nie zmieniło.
"niech nikt mi nie mówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe"
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomos...em_szkoly.html
Popie*****cy
Riad i Odra... były jeszcze, ale już nie pracowały. Ja załapalem się na Merę. "Liczyło" się na niej (w fortranie) zdecydowanie szybciej niż na ówczesnych PC-tach, typu np. robotron :)
...w szafie mam taśmę perforowaną heh... i robiłem z niej łanuchy na choinkę
o to pamiętam, nie pamiętam do czego ta taśma w dziurki służyła?
A może teraz o motoryzacji pogadamy ?
Wybrańcy otrzymywali talony na samochody, później zwane asygnatami.
Za "krótki" wówczas byłem, aby coś takiego dostać. Przypominam sobie tylko, że raz, w połowie lat 80., doszedłem do finału na asygnatę na trabanta. Do dyrektora departamentu wpłynęło kilkanaście podań, odrzucał je po kolei drogą eliminacji (stosując własne kryteria), aż na "placu boju" pozostał niejaki Lucek i ja. W finale lepszy był Lucek.:-(
Ostatecznie w PRL jeździłem najpierw syreną 105L, a potem maluchem. Syrena była kupiona na przedpłatę (2 lata oczekiwania), a malucha (już 3-letniego) nabyłem w 1985 r. na giełdzie samochodowej na Okęciu.
Kawał o maluchu
Przyjeżdża do lasu parka maluchem. Pani wyskoczyła już z samochodu, rozłożyła kocyk i woła zniecierpliwiona:
- Kochanie, pospiesz się ! Ja czekam ! Jestem już gotowa !
Wtedy słyszy odpowiedź pana, jeszcze z samochodu:
- Ja też już jestem gotowy ! I, cholera, przez to właśnie wyjść stąd nie mogę !
S.B poruszył świetny temat :twisted:
Motoryzacja ....
Dzisiaj mamy co w samochodzie ?
...klimatyzacja, wspomaganie ukł kierowniczego, wspomaganie ukł wysprzęglenia, wspomaganie ukł hamulcowego, oczywiście mało co nie ma ABSu, trafiają się odtwarzacze DVD i zmieniarki na XX płyt a "empe czy" to już standart, nawigacja, oczywiscie 20 poduszek powietrznych plus kurtyny, inteligentne fotele, oczywiście silniki ktore ze śmiesznych 2 litrów generują ponad 120KM mocy, systemy kontroli trakcji, EBD, ASR, i jeszcze jakies inne kgb, usb, zomo sb itp itd
a jak się coś zpsuje to do modlitwy ....
a kiedyś ?
wspomaganie ukł kierowniczego - oczywiście w bicepsie, "wspoma" hebli w kopytku, za ABS EBD ASry i inne "kuńputery" robiła głowa i zdrowy rozsądek pojazd naprawdę mógł być wymagający od kierowcy a pamiętacie radia samochodowe ?? ......Safari :lol:
Samochód czy inny pojazd to było coś niemalże z duszą i często żyjące własnym życiem. Ojciec miał "malczana" - pod blokiem istny rarytas :mrgreen: Szyby dymione na brąz, z przodu przesłonka przeciwsłoneczna, z tyłu szyby uchylne, radia i systemu dolby 0.03 nie dawali nawet w topowej wersji silnikowej tj 750ccm- odrzut z eksportu... bodajże do Brazylii. Kupiony za dolary w Pewexie oczywiście w systemie "kartkowym"....Jedynie kolor ludziom się nie podobał "granat zomo":-P
Sam teraz lubuje się w starej motoryzacji - ta nowa jakoś do mnie nie trafia- fajny jest "wybajerzony" samochód ale jest bezpłciowy jak 10 jemu podobnych na tej samej ulicy. Natomiast za starym pojazdem w tym natłoku plastiku zawsze się ktoś obejrzy, pojadę staruszkiem Iżem/jawą/junakiem sobie gdzieś- zawsze ktoś podejdzie, pogada, czasem sobie zrobi fotkę, czasem chce usiąść bo "on kiedyś jak był ...... to miał .....i z żona Europe zjeździli". Ludzie pamiętają stare pojazdy i śmiem twierdzić że po tych starych jeszcze pamięć pozostanie na długo po tym jak będą już tylko w rękach pasjonatów i muzeum...
....a tych nowych za 20 lat mało kto będzie pamiętać tyle ich jest
O wojskowym słów kilka:
Mój "ociec" był wojskowym- 24 lata. Ogólnie i prywatnie "spoko chłop" ....ale armia trwałe ślady zostawiła w mentalności:wink:
Jak tatuś z mamusią zdecydowali się mnie ochrzcić robili to we wielkiej tajemnicy- a jak się wydało to ojcu wstrzymali żołd na pól roku....
Później"ociec" chciał iśc na studia, ale takie normalne cywilne nie żadne wojskowe. W odpowiedzi usłyszał że trzeba wybierać pomiędzy nauką a pracą bo nikt tolerować takiego "zachowania" nie zamierza...
a legitke ojca z "państwowego związku przyjaciół rowerów" sam osobiście wymalowałem farbkami plakatowymi marki "Bambino"- jakoś nawet z tego co pamiętam zły nie był...
A tak całkiem do tematu- nie zmieniły się czasy. Bo te zawsze są takie same i zawsze są dobre dla tych, którzy chcą żyć w dobrych czasach
Diametralnie to zmienili się ludzie :-( Tak jak zauważył Recon, ludzie dzisiaj maja ogromne parcie na: szkło/sukces/kasę/........* (*dopisać wedle uznania) i w tym całym parciu i pogoni gubi sie sporo takich błahych z pozoru a w gruncie rzeczy ważnych spraw jak np; człowieczeństwo, współczucie, empatia, bezinteresowność, chęć pomocy drugiemu człowiekowi, i wiele m podobnych prostych i wręcz banalnych cech które leżą gdzieś u podstawa naszej cywilizacji...
Ludzi przestały cieszyć proste rzeczy, ludzie nie doceniają tego co mają na co dzień- uważają że to im się po prostu od życia należy
przykład z życia wzięty: ....chcesz jechać w Bieszczady? A po co - co tam jest? <zaczynam wywód "co tam jest"> eeeeee wiesz co .... może innym razem bo w piątek jest fajna impreza w xxxxx <załamka z mojej strony>
Pytam: Widziałeś/łaś noc tak czarna że nie widać końca własnej ręki i na niebie widać tyle gwiazd że dziwisz się że tyle ich jest ?... trzy tygodnie temu jak nie było prądu - Ty wiesz jak ciemno było ??
po wyjeździe pokazuje zdjęcia..... Ładnie ale jechać tylko po to żeby sobie połazić po jakichś górkach i zrobić zdjęcia- nie rozumiem Cie Paweł....
i często mówią to ludzie po 20 roku życia - co mnie osobiście załamuje i żenuje :sad:
a osobiście będąc w Bieszczadzie nie omieszkam nigdy pstryknąć sobie fotki przy jakimś starym samochodziku -albo od czasu do czasu wyprosić możliwość przejechania się "bieszczadzkim monstrem"- co cenie sobie bardziej niż możliwość jazdy mercedesem ;) -oczywiście współczesnym :-P
jak będe miał trochę czasu to podejdę do człowieka, który na początku lat 50tych z kolegami (w sumie na trzy motocykle) wybrali się w Bieszczady- bardzo "mięsista" opowieść- postaram się spisać a przynajmniej nagrać tą historię
.... i nie potrzebowali żadnych GPSów a mapę to mieli jakaś "sztabówkę" jeszcze z lat 30-tych ub wieku
a i jeszcze bym zapomniał - kawał o maluchu:
Jak tłumaczy się FIAT 126p ?
Fatalna Imitacja Auta Turystycznego jedno osobowego, dwu drzwiowego, sześciokrotnie, przepłaconego
pisz więcej, w sensie więcej postów;-))
to co napisałeś w 10ciu ;):lol:
czas leci
o to pamiętam, nie pamiętam do czego ta taśma w dziurki służyła? ówczesny odpowiednik taśmy magnetycznej/dysku z zapisanymi danymi/programem .... układ dziurka/brak dziurki oznaczał cyfry i litery.
no i nie tylko łańcuchy można było zrobić:
umiałeś je???
o jaaaaaaaaa
zawsze chciałam umieć, a nikt nie potrafił, więc mnie nie nauczono
Już, już ten ciekawy temat miał zejść z 1-szej strony, więc aby to nie nastąpiło, coś napiszę. :-)
Kawał o ofiarach motoryzacji z lat 60.
Spotykają się u Św. Piotra: Amerykanin, Niemiec i Polak. Każdy z nich podaje bezpośrednią przyczynę, dzięki której znalazł się właśnie tu i teraz.
Amerykanin:
- Pędziłem jaguarem 150 mil/godz., nagle zajechał mi drogę wielki wóz ciężarowy i ... oto tu jestem.
Niemiec:
- Jechałem mercedesem 200 km/godz., na zakręcie coś było rozlane na asfalcie, wpadłem w poślizg, wypadłem z szosy i ... oto tu jestem.
Polak:
- Kupiłem syrenkę na raty, spłacałem ją, umarłem z głodu i ... oto tu jestem.
Gwoli wyjaśnienia dla najmłodszych: w latach 60. gospodarka PRL była "siermiężna", ale jeszcze nie rozregulowana, jak później za Gierka i Jaruzelskiego. W zasadzie można było kupić wszystko, nawet dobra tzw. luksusowe, oczywiście po niebotycznych cenach, niedostępnych dla tzw. przeciętnego Kowalskiego. Podaż wówczas jednak równoważyła popyt - oczywiście popyt tzw. efektywny, czyli poparty siłą nabywczą. Nie było jeszcze talonów, asygnat, przedpłat, itp., natomiast wiele dóbr można było kupić na raty: telewizory, pralki (nieautomatyczne :lol:) i nawet samochody. Oczywiście raty były odpowiednio wysokie i niektórzy amatorzy motoryzacji, którzy nabyli samochód na raty, rzeczywiście głodem przymierali. Stąd ów dowcip, wówczas krążący po Polsce.
Kilka dni temu był Dzień Teściowej (ciekawe kiedy bedzie Tescia?)
Zagadka:
Ileż zębów powinna owa Teściowa posiadać i dlaczego?
Dwa!
Jeden,by nim zięciowi otwierać piwo (puszkowe odpada),drugi...żeby ją bolał !
czyli wychodzi, że jeśli zięć jest fanem puszkowego, to wystarczy jeden?
...a mnie przypomniały sie praktyki robotnicze przed I rokiem studiów.
Po zdaniu egzaminów (no i dostaniu się na uczelnię) trzeba było "odpracować" ok. miesięczną praktykę robotniczą, zazwyczaj związaną z przyszłym zawodem.
Miała ona na celu zapoznanie przyszłej inteligiencji z realiami pracy robotnika.
Cel szczytny oczywiście, jednak w rzeczywistości często robio się wyłącznie "prace porządkowe" :)
Wtak a żebyś wiedział że teraz też by się coś takiego młodym ludziom przydało - teraz to wszyscy mają aspiracje być po liceum albo po studiach (nie ważne jakich) przynajmniej kierownikami a docelowo prezesami
....teraz wszystkich "młodych i ambitnych" ręce od pracy bolą :-(
(...) trzeba było "odpracować" ok. miesięczną praktykę robotniczą, zazwyczaj związaną z przyszłym zawodem. I dlatego ja, filolog in spe, stałem przez miesiąc przy taśmie produkując ocet :lol: ;)
[quote=Pawelk;75808]....ale armia trwałe ślady zostawiła w mentalności:wink:
Jak tatuś z mamusią zdecydowali się mnie ochrzcić robili to we wielkiej tajemnicy- a jak się wydało to ojcu wstrzymali żołd na pól roku....
Później"ociec" chciał iśc na studia, ale takie normalne cywilne nie żadne wojskowe. W odpowiedzi usłyszał że trzeba wybierać pomiędzy nauką a pracą bo nikt tolerować takiego "zachowania" nie zamierza...
a legitke ojca z "państwowego związku przyjaciół rowerów" sam osobiście wymalowałem farbkami plakatowymi marki "Bambino"- jakoś nawet z tego co pamiętam zły nie był...
A tak całkiem do tematu- nie zmieniły się czasy.
Czasy się nie zmieniły. Czasy obróciły się tylko. Dzisiaj, kiedy oficer Wojska Polskiego który nie chce ochrzcić dziecka, nie uważa za stosowne wysyłać je na lekcje religii katolickiej w szkole, jest tak samo "podejrzany" ideologicznie.
Cała armia kapelanów czuwa nad właściwym profilem ideologicznym swoich podwładnych.
Ot, chichot historii:mrgreen::twisted:
A tak na marginesie - w czarnych czasach głębokiej komuny, w roku 1960 - moja mama przez cały rok - zanim nastał czas komunii - była nawiedzana i i molestowana przez siostry zakonne.
Rodzice ciężko pracowali, nie mieli czasu na zajmowanie się dziećmi w sensie ścisłym. Mieszkaliśmy wtedy a krakowskim Kazimierzu. Naprzeciw była świetlica Caritasu. Tak więc zapisali tam mojego brata i mnie.
Każdego dnia siostry prowadzące tę świetlicę, uczyły nas, w jaki sposób przekonać ojca i matkę, aby mnie ochrzcić. Rodzice byli agnostykami.
Ja nic z tego nie rozumiałam, mgliście pamiętam, ale bardzo dobrze przypomina mi się chwila, kiedy na podwórku przy ulicy Krakowskiej, pod nadzorem zakonnicy prosiłam mojego tatę, by kupił mi katechizm;
potem podobno wszystkie siostry ze Skałki wyruszyły na modlitwę o nawrócenie moich Rodziców.
Do komunii w końcu przystąpiłam. Dostałam medalik, a u Sióstr na Skałecznej, piliśmy gorące kakao.
I byliśmy jakoś uświęceni tą komunią, tym miejscem świętym.
Dzisiaj przemierzam często te szlaki. Pokraczny ołtarz na Skałce....
Gdzie te czasy...
...a mnie przypomniały sie praktyki robotnicze przed I rokiem studiów.....Miała ona na celu zapoznanie przyszłej inteligiencji z realiami pracy robotnika. Nas zapoznawano w ramach praktyki z uczelnią. Budynek był świezo po remoncie i ktos musiał go posprzatać :mrgreen:
Doroto i Pawelku, pozwólcie, że jako obserwator owych prześladowań religijnych i antyreligijnych też coś wtrącę.
Do końca ery Gomułki (XII. 1970) członkowie PZPR faktycznie miewali poważne kłopoty "partyjno - służbowe"a w przypadku wzięcia ślubu kościelnego czy chrztu lub 1-szej komunii dziecka. Aż do wywalenia z partii i pracy włącznie (choć z tej drugiej nie zawsze - zależało, jaka to była praca).
Później owe ideologiczne rygory znacznie, znacznie poluzowano. Nawet w wojsku i tzw. słuzbach mundurowych (MO, SB, Państwowa Straż Pożarna, Służba Więzienna).
Osobiście znany mi jest przypadek z lat 70., gdy wydało się, że pewien starszy stopniem milicjant (wówczas chyba major) wziął potajemnie z żoną ślub kościelny - już po ok. dwudziestoletnim pożyciu małżeńskim na podstawie tylko ślubu cywilnego. W jego jednostce rozpętała się mała "burza ideologiczna", przy czym - co znamienne - bez inspiracji tzw. odgórnej. "Góra" milczała, czekała i pozostawiła tę sprawę do załatwienia tzw. "dołom partyjnym" (za Bieruta czy Gomułki byłoby to niemozliwe, wówczas zawsze "góra" inspirowała "oddolną" inicjatywę).
A owe "doły" partyjne, jak to w życiu bywa, składały się i z ludzi normalnych, i z tych "nawiedzonych" ideologicznie.
Ci drudzy doprowadzili do rozpatrywania sprawy na zebraniu partyjnym. Zaproponowali uchwałę ws. wyklucznia owego "niepewnego ideologicznie" towarzysza z partii i rozpatrzenia przez kierownictwo służbowe celowości jego dalszego pozostawania w "zaszczytnej służbie MO".
Wówczas wstał i zabrał głos pewien dość ważny towarzysz, członek egzekutywy, a służbowo zastępca naczelnika wydziału (w listopadzie 2001 r. byłem na jego pogrzebie, oczywiście kościelnym).
Do wnioskodawcy uchwały powiedział mniej więcej tak:
- Towarzyszu X, towarzysz Y po prostu został zmuszony okolicznościami do wzięcia ślubu kościelnego. Jego bardzo religijni teściowie zagrozili bowiem, że wydziedziczą córkę, jeśli ta nie weźmie w końcu ślubu kościelnego. A są dość bogaci, mają kilkudziesięciohektarowe gospodarstwo rolne !
Towarzysz X zaczął wtedy gwałtownie replikować i powoływać się na pryncypia marksistowsko - leninowskie.
Wówczas także obrońca towarzysza Y stracił cierpliwość. Podniósł głos i rzekł tak:
- Towarzyszu X, a co wy mi tu, za przeproszeniem, pieprzycie o marksizmie - leninizmie. Wy znacie go tylko z teorii, a ja - z praktyki. W latach 1940 - 47 ścinałem drzewa na Syberii !!! (Była to prawda, warta odrębnej opowieści, przyp. moja, St. Byw.). Poza tym powiem wam, że wy - jesteście rozwodnikiem, żony nie macie. I gdyby teraz, w tej chwili, taka słynna włoska gwiazda filmowa Gina Lolobrigida, czy jak jej tam, cycata, piękna, zgrabna i bogata, powiedziała, że za was wyjdzie, ale tylko pod warunkiem wzięcia z nią ślubu kościelnego, to zapewniam was i wszystkich tu obecnych, że byście się tylko piętami w d... kopali i zap.... do kościoła, żeby się tylko nie rozmyśliła !
Sala gruchnęła śmiechem (poza nielicznymi "nawiedzonymi"), uchwały "potępiającej" nie podjęto, a cała sprawa się "rozmyła". Towarzysz Y miał się dobrze, nie represjonowano go ani partyjnie, ani służbowo, a w latach 80. nawet znacznie awansowal.
a przynależność do Polskiego Związku Piłki Ręcznej ? :D (PZPR)
chcąc awansować, myślę, że w dowolnym zakładzie pracy, przynależność do partii była właściwie przymusowa.
Niektórzy znajdowali na to takie antidotum: wstępowali w szeregi SD (Stronnictwa Demokratycznego). Niby sojusznicza to partyjka była, ale to jednak nie PZPR :)
Członkowie SD sami swoją partię nazywali Stronnictwem Drżących :)
Do końca ery Gomułki (XII. 1970) członkowie PZPR faktycznie miewali poważne kłopoty "partyjno - służbowe"a w przypadku wzięcia ślubu kościelnego czy chrztu lub 1-szej komunii dziecka. Aż do wywalenia z partii i pracy włącznie (choć z tej drugiej nie zawsze - zależało, jaka to była praca).
Później owe ideologiczne rygory znacznie, znacznie poluzowano. Nooo, chyba jednak trochę dłużej to trwało... Mój osobisty kuzyn w wielkiej tajemnicy przystąpił do I komunii w mojej parafii, odległej od jego macierzystego kościoła o jakieś 300 km, właśnie ze wzgledu na przynależność i stanowisko swojego taty. Roku pańskiego 1976 się to działo.
(...) Mój osobisty kuzyn w wielkiej tajemnicy przystąpił do I komunii w mojej parafii, odległej od jego macierzystego kościoła o jakieś 300 km, właśnie ze wzgledu na przynależność i stanowisko swojego taty. Roku pańskiego 1976 się to działo. Być może.
Ale gdyby się to wydało, a tata przyjął jakąś "prawdopodobną" wersję tłumaczenia, że np. był to spisek teściowej, to pewnie uszło by mu na sucho. :-)
Zmieniając zaś temat, ale pozostając w konwencji głównego nurtu tematycznego niniejszego wątku, opowiem wam 2 kawały z czasów PRL.
I. Idzie babcia z kilkuletnim, ale takim już co nieco kojarzącym wnuczkiem na spacer. Przechodzą koło budowy, a na niej akurat pracują studenci na praktyce robotniczej. Babcia nie ma o tym oczywiście zielonego pojęcia, dla niej to tylko robotnicy budowlani. Upomina więc wnuczka:
- Pamiętaj mój kochany wnusiu, że jak się nie będziesz uczył, to jak dorośniesz, będziesz musiał tak ciężko pracować, jak ci panowie ! :lol:
II. Przychodzi facet do sklepu mięsnego, a tam - jak zwykle - nie ma prawie nic. Ale ów klient ma kartkę na mięso, więc stanowczo domaga się obsłużenia. Słyszy od ekspedientki:
- Mamy tylko III gatunek. I nie ma ani wołowiny, ani wieprzowiny.
- To co jest ? - pyta klient.
- Psina.
- Psina ?
- Tak, mielona.
- Trudno, poproszę całe 2,5 kg. Dziś jest ostatni dzień miesiąca i muszę tę kartkę koniecznie zrealizować.
- Proszę bardzo, oto pańska porcja. Płaci pan tyle a tyle.
- Już płacę, oto pieniążki. Ale, ale ... A cóż to za liczne drzazgi sterczą z tego mięsa ???!!!
- A co pan sobie wyobraża ? Uprzedzałam, że to tylko III gatunek. Psina mielona z budą. :lol:
Mój kolega,mając na myśli dobry gatunek mięsa,zapytał w sklepie z nadzieją (na realizację kartki)
-macie wreszcie jakieś LUDZKIE mięso?
(Pewnie było to po seryjnym zakupie III gatunku!)
I. Idzie babcia z kilkuletnim, ale takim już co nieco kojarzącym wnuczkiem na spacer. Przechodzą koło budowy, a na niej akurat pracują studenci na praktyce robotniczej. Babcia nie ma o tym oczywiście zielonego pojęcia, dla niej to tylko robotnicy budowlani. Upomina więc wnuczka:
- Pamiętaj mój kochany wnusiu, że jak się nie będziesz uczył, to jak dorośniesz, będziesz musiał tak ciężko pracować, jak ci panowie ! :lol: Dobra, dobra. Nie przesadzajmy z tą pracą. W końcu wszyscy znamy ten dowcip:
- panie Majsteeer! Łopata mi się złamałaaa! Co robić?!?
- Oprzyj się o betoniarkę.
;-)
Pewien facet ma sen. Wyda się on Wam dziwny i nielogiczny, ale czy sny zawsze bywają logiczne ?
Śni mu się, że akurat przyprawia rogi koledze, czyli robi z jego żoną to, czego absolutnie czynić nie powinien.
Nagle i nieoczekiwanie do mieszkania wpada ów zdradzany mąż. Kochanek ledwo zdążył czmychnąć na balkon.
Mąż, widząc roznegliżowaną żonę i stan pościeli na łóżku, w mig zorientował się, co się tu dzieje. Porwał z kuchni wielki nóż kuchenny i przebił nim niewierną małżonkę.
Dalej rozgląda się za gachem i wreszcie dostrzegł go na balkonie.
Ten zaś, niewiele myśląc, wyskoczył i wisi na zewnątrz, trzymając się tylko obydwoma dłońmi balustrady balkonu. A pod nim, bagatela, 10 pięter !!!
Zdradzony mąż, nadal działając w głębokim afekcie, nachyla się nad uwieszonym i najwyraźniej przymierza się do powolnego obcinania mu dłoni, jeszcze kurczowo, ale z ostatnim wysiłkiem trzymających się balustrady balkonu.
Wówczas ów nieszczęśnik, będący w niewątpliwej a śmiertelnej opresji, zaczął się żarliwie modlić i prosić Boga o ratunek. Tak żarliwie, że Pan Bóg niezwłocznie przysłał mu anioła na pomoc.
Anioł podfrunął do nieszczęśnika i rzecze:
- Wypierałeś się Pana, nie wierzyłeś w Jego istnienie, do kościoła nie chodziłeś, ale On - w swej łaskawości - postanowił cię uratować, abyś mógł jeszcze za życia odpokutować za swoje grzechy. I w tym celu Pan przysłał mnie, tobie teraz na pomoc !
- Tylko szybko, błagam cię, pospiesz się. Ratuj mnie, bo ten furiat zaraz mi obie ręce utnie !!! - zaczął prosić facet.
- Oczywiście, już pomagam. Ale i ty musisz ze mną współdziałać. Masz się teraz mocno, mocno naprężyć i puścić solidnego bąka !
Facet spełnił to bardzo dziwne żądanie. Przyszło mu to łatwo, jako że był cały w strachu. Można powiedzieć, że nie tylko spełnił to żądanie, ale wręcz znacznie przekroczył zakres otrzymanego polecenia ...
I wtedy usłyszał obok siebie gniewny głos I sekretarza POP:
- Towarzyszu, nie dość, że śpicie na zebraniu partyjnym, to jeszcze zachowujecie się tak skandalicznie !!! :grin:
I jeszcze jeden dowcip z epoki PRL. Tym razem króciutki.
Rozmawiają dwie przyjaciółki.
- Wiesz, mój mąż ma fioletowego malucha !
- Ooo ???!!! Kupił na przedpłatę czy dostał talon ?
- Nieee. Przyciął sobie drzwiami.
:-D
Z perspektywy 20 lat naprzód wspominam z nostalgią Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie (50-100km na wschód od Lublina), gdzie jeździłem zawsze na letni wypoczynek, a niektórzy mieli (mają) swoje domki letniskowe, gęsto pokrywające tereny wokół kolejnych jezior.
Dzisiaj na pewno nie odważyłbym się pływać codziennie przez środek jeziora Zagłębocze na drugą stronę (800m) po to tylko, aby zjeść rybkę oraz wypić co nieco i, po stosownym odleżeniu na pomoście, wrócić tą samą drogą wpław do siebie.
Na początku lat 90-tych jedyna, miejscowa smażalnia rybek opierała swój jadłospis na tym, co dało się aktualnie danego dnia(nocy) złowić â najlepiej wspominam węgorze łowione sznurami z hakami i wyciągane Żukiem na brzeg. Rybka była palce lizać a z tyłu budy serwowano ciepłą wódeczkę laną po sztachetkę â oj jakie były wtedy kolejki po ten towar deficytowy.
Normalnie po chleb jeździliśmy wtedy 12km do wioski, gdzie dostarczano go w parzyste dni tygodnia â bochenki po 3kg sztuka. Alkohol kupowało się wtedy oczywiście najtańszy â smak âźkoktajlu nadwiślańskiegoâ o niepowtarzalnym, bardzo przypadkowym bukiecie komponowany był na zasadzie âźco się nawinieâ do kadzi.
Innym rarytasem był spirytus âźRoyalâ w 1l plastikowych butelkach, który kupowało się od naszych braci ze wschodu na bazarku w Łęcznej (po drodze z Lublina na wszystkie jeziorne kierunki). Spirytus ten rozrabiało się na miejscu i na chwilę przed spożyciem z wodą z jeziora jakie było akurat pod ręką w proporcji pół na pół. Powstawała dzięki temu Zagłęboczanka, Piasecznianka, Łukczanka itd.
Nad Zagłęboczem około godziny 21 zawsze zapalały się ogniska i nad wodą niosły się dźwięki gitar. Spokojna, leniwe posiady kończyły się przed północą i zaczynało się wspólne śpiewanie przez jezioro do około 1-2 w nocy. Tak nauczyłem się na pamięć m.in. całej płyty KSU â "pod prąd" i tak odkryłem "swoją" muzykę. Wtedy nie zastanawiałem się nawet, co to za nazwa zespołu i z czym ją kojarzyć.
Pomimo domów i namiotów spaliśmy zwykle pod gołym niebem. Jakoś nie było kleszczy i pijawek, komary tak nie cięły, trujących grzybów w lesie nie było i nawet żmije omijały okoliczne tereny szerokim łukiem.
Po dwóch, trzech tygodniach takich wakacji, spłukani do zera, wracaliśmy do domu pieszo, a było to 50km. Na propozycję zabrania się okazją (wtedy co dziesiąty kierowca chciał bezinteresownie pomagać) dziękowaliśmy i honornie podążali dalej w stronę coraz bliższej cywilizacji.
Niektóre przyjaźnie z tamtych czasów przetrwały próbę czasu, a spotkania odnawiają wryte w pamięć obrazy jezior, nad którymi stało ledwie kilka namiotów, pasła się krowa, a w drodze na zakupy obchodziło się sąsiadów z pytaniem co komu trzeba kupić. I jak wtedy smakował ten OSTATNI papieros.
Specjalnie dla (nie)palaczy fotka ku pokrzepieniu serc trwających w nikotynowej czystości âpaczka Klubowych z datą produkcji 89 IX 06 - towar pełnoletni i takież wspomnienia.
JarekBartek
W zasadzie nigdy nie paliłem, ale zapamiętałem taką przyśpiewkę:
Złoty pięćdziesiąt, złoty pięćdziesiąt
Na Sporty,
Gdybym miał więcej, kupiłbym sobie
Giewonty.
Ale Giewonty
Kosztują cztery sześćdziesiąt,
A ja mam tylko
Jedyne złoty pięćdziesiąt.
:grin:
Śpiewało się to na melodię "Złoty pierścionek, złoty pierścionek - na szczęście ..."
Sporty za 1,50...?
To już zaczynała się galopująca inflacja PRL-u, bo "dziesiątka" Sportów kosztowała 50 groszy a i tak nie były to papierosy najtańsze. Za 45 groszy można było kupić "dziesiątkę" Mew.
Sporty za 1,50...?
To już zaczynała się galopująca inflacja PRL-u, bo "dziesiątka" Sportów kosztowała 50 groszy a i tak nie były to papierosy najtańsze. Za 45 groszy można było kupić "dziesiątkę" Mew. Jeszcze nie.
To były dopiero lata 60., połowa tej dekady. Pamiętam te ceny, gdyż jeździłem wówczas na rowerze do sklepu po papierosy dla babci. Kopciła jak parowóz. :-o
Inflację rozkręcił dopiero tow. Gierek, a taką "galopującą" - tow. Jaruzelski.
Użyłem cudzysłowu, gdyż naprawdę galopującą inflację mieliśmy w Polsce tylko na początku lat 20.
A w niektórych kioskach można było kupować "Sporty" na sztuki !:-x
I były 2 fabryki tytoniowe, które produkowały "Sporty": w Krakowie i Radomiu. Wytrawni palacze woleli podobno te radomskie. I bynajmniej nie przemawia w tej chwili przeze mnie patriotyzm lokalny (do matury mieszkałem w Radomiu).
A w niektórych kioskach można było kupować "Sporty" na sztuki !:-x
)[/I]. w sklepie kolo mojego liceum tez mozna bylo kupowac papierosy na sztuki, tylko nie bylo to sporty tylko chyba LM, wychodzilo dwa razy drozej niz normalnie ale ludzie chetnie kupowali. W tym sklepie to nawet wodke na kieliszki spod lady sprzedawali! Specyficzna to byla dzielnica..;)
Łał, jakbym czytał swoje wspomnienia;)
Łał, jakbym czytał swoje wspomnienia;) To Ty też z grodu nad Mleczną ? Musimy koniecznie pogadać z sobą na najbliższym KIMB-ie. Czyli juz za niecałe 2 m-ce !
Wracając zaś do głównego nurtu tematycznego: a pamiętacie uliczne saturatory z wodą sodową, z sokiem i bez soku ? Czyli tzw. gruźliczankę ? :lol:
Stały w dni upalne na miejskich głównych ulicach. Nawet kolejki spragnionych się do nich ustawiały.
W Radomiu lokalizowano je głównie na ul. Żeromskiego. Szklaneczka 200 ml wody "czystej" kosztowała tam 30 gr, a "z sokiem" 90 gr (ceny z końca lat 60.).
A małe pękate buteleczki (poj. 0,33 l) piwa "Jubileuszowego" pamiętacie ? Cena 3,60 zł. Nie było specjalnie dobre, ale za to można je było często dostać.
Ostatnio wodę z saturatora piłem w Łodzi (targowisko na Bałutach) w roku 2002. Cena 1 zł. Może jeszcze tam stoi ten zabytek techniki ?
I były 2 fabryki tytoniowe, które produkowały "Sporty": w Krakowie i Radomiu. Wytrawni palacze woleli podobno te radomskie. Podobna sytuacja była z radzieckimi biełomorami - koneserzy woleli te z Mińska od moskiewskich. Krążył nawet taki dowcip a propos:
Moskwiczanie chcieli zrozumieć, dlaczego klienci wolą "biełomory" z Mińska i przyjechali na wizytację. Główny technolog fabryki w Mińsku oprowadza ich po zakładzie i opowiada o kolejnych etapach procesu produkcyjnego. Podchodzą do olbrzymiego silosu, a inżynier mówi:
- Tu trzymamy siano, które dodajemy do papierosów.
Moskwiczanie kiwają głową ze zrozumieniem:
- No tak, oczywiście, my też tak robimy.
Podchodzą do drugiego ogromnego silosu:
- A tu mamy nawóz, którego używamy do produkcji.
- No tak, tak... My też go używamy.
Podchodzą do stojącego w kącie hali malutkiego woreczka:
- No a teraz, na ostatnim etapie, dodajemy do tej mieszanki odrobinkę tytoniu.
Szef delegacji z Moskwy zwraca się tryumfalnie do kolegów:
- Mówiłem wam, że oni do tej trawy i tego gówna czegoś dosypują!
A małe pękate buteleczki (poj. 0,33 l) piwa "Jubileuszowego" pamiętacie ? Cena 3,60 zł. Nie było specjalnie dobre, ale za to można je było często dostać. a to w mieście .
bo ja pamietam czasy gdy w sklepiku wiejskim, jednym jedynym, społem, jaki był piwa nie było ... bo mozna je było kupić tylko w gospodzie na przeciwko ... również tak na litry ... bo sama byłam jako taki 5-6 letni maluch wysyłana z banką (taką na mleko) po nie ... ten zapach kamiennej posadzki i piwa ... wtedy pachniało ...
no tak, kiedyś poprosiłem o mleko i dostałem z... bańki ;)
dzisiaj nie musisz prosić o mleko,a też możesz to [tak] dostać.a wiecie,ze krk popierał maluchy? nie można w nich zgrzeszyć,ale kto zripostował,że można, trzeba tylko wyjąć reflektory. jeszcze jedno. maluchy miały być wprowadzone jako karetki - nie można w maluchu nóg wyciągnąć. co znaczy fiat 126p? fantastyczna imitacja autobusu turystycznego jednoosobowego,dwudrzwiowego,sześciokrotnie przepłaconego
"żyto" w pewexie za niecałego $ za flaszkę...
no tak, kiedyś poprosiłem o mleko i dostałem z... bańki ;) Ja też kiedyś w Stroniach Śląskich (idąc do Kletna na hałdy) poprosiłem o mleko z bańki w sklepie, ale usłyszałem że jak nie mam swojego naczynia to nie dostanę...
"żyto" w pewexie za niecałego $ za flaszkę... Ta flaszka nie jest z PEWEXu, zresztą wtedy te sklepy nazywały się chyba PEKAO, ale jest to jak najbardziej oryginał. Data na stemplu 1967.
Z prawdziwym korkiem i lakiem!
Sporty za 1,50...?
To już zaczynała się galopująca inflacja PRL-u, bo "dziesiątka" Sportów kosztowała 50 groszy a i tak nie były to papierosy najtańsze. Za 45 groszy można było kupić "dziesiątkę" Mew. W późnych latach sześćdziesiątych sporty, dziesiątka, oczywiście radomskich, tych najlepszych, kosztowała 1.50; dobrze to pamiętam, bo mniej więcej w tym czasie nastąpiła moja papierosowa inicjacja. Modny był wtedy taki wierszyk śpiewany na melodię "złoty pierścionek, złoty pierścionek na szczęście..":
...złoty pięćdziesiąt, złoty pięćdziesiąt na "sporty"
gdybym miał więcej, kupiłbym sobie "giewonty".
Ale "giewonty" kosztują cztery pięćdziesiąt,
a ja w kieszeni mam tylko złoty pięćdziesiąt..."
Był taki okrągły kiosk na krakowskim Kazimierzu - róg ulicy Krakowskiej i Węgłowej - okrągły, malutki, gdzie w ciągłej sprzedaży były radomskie sporty. Inne "lepsze" papierosy sprzedawano na sztuki. W jakich cenach - nie pamiętam. Kupowaliśmy tylko "sporty".
no tak, kiedyś poprosiłem o mleko i dostałem z... bańki ;) W latach sześćdziesiątych biegało się do "mleczarni" z "bańką" na mleko. "Mleczarnia", czyli po nowemu coś w rodzaju sklepu z nabiałem, mieściła się na ulicy Krakowskiej, tuż obok. Boże, jak tam pachniało... Pani w białym kitlu wielką chochlą nalewała mleko... I to mleko można było wypić na gorąco, lub postawić "na kwaśne"; i było po dwóch dniach to kwaśne mleko - czasami nawet można było z niego zebrać śmietanę.
A żółty ser?! Kosztował grosze. Takie gorsze jedzenie. A jaki był dobry...
No to dołożę wędzonego dorsza (wczoraj widziałam aktualna cenę -20zł) ,który kosztował wtedy 12zł /kg , tyle samo 1kg cukru. Jaki "rozrzut"obecnie ?
No to dołożę wędzonego dorsza (wczoraj widziałam aktualna cenę -20zł) ,który kosztował wtedy 12zł /kg , tyle samo 1kg cukru. Jaki "rozrzut"obecnie ? A ja dołożę beczkę z kiszoną kapustą i beczkę ze śledziami. U mnie w spożywczaku zestaw obowiązkowy. Cen nie pamiętam (lata 60-te) ale śledzie tak, były sprzedawane w całości i dopiero w domu poddawane obróbce.
pozdrawiam
Gdzieś wyżej wspominam o Michniowcu.Mój Tato prowadził w nim sklep "wielobranżowy".Ogromna beka z naftą stała w sieni.Miała szklany pojemnik z podziałką.Wlewało sie ją do butelki klienta - 4zł/litr !Były też zapasowe "szkły do łamp"i latarek!
Na początku lat 60. moja babcia wybrała się ze mną na targ radomski. Z chłopskiego wozu (do którego zaprzężony był prawdziwy, niemechaniczny koń) zakupiła dużą osełkę masła. Nawet dobrego - babcia dostała mały kawałeczek na spróbowanie.
A potem w domu - wielka afera. Podczas smarowania bułek okazało się, że w osełce masła ukryta jest spora marchewka, taka na mniej więcej 2/3 objętości zakupionej osełki. :oops:
Wspomnieliśmy już w tym wątku o tzw. studenckich praktykach robotniczych. Miałem takie dwie i z obu wyniosłem raczej przykre wspomnienia.
Przypuszczam, że gdyby polityczny pomysłodawca owych praktyk (tow. Gomułka) przewidział podobne ujemne aspekty, to być może zrezygnowałby z owego poronionego pomysłu.
1. Wrzesień 1970 r. Stały Bywalec - jako student tzw. roku zerowego - odbywa praktykę na budowie w Pułtusku, w b. Ciechanowskim Przedsiębiorstwie Budowlanym.
Pierwszego dnia kierownik budowy i jego majstrowie odbyli z nami krótką naradę - odprawę, taką męską rozmowę. Zaproponowali nam dobrowolny podział na dwie grupy:
- tych, którzy chcą praktykę robotniczą, jako zło konieczne, tylko zaliczyć; ci będą sprzątać budynki już ukończone, będące tuż przed odbiorem; praca będzie lekka, ale i zarobek też niewielki;
- tych, którzy nie boją się pracy fizycznej i chcą naprawdę zarobić; ci będą pracować na budowach "w toku" tak jak prawdziwi robotnicy budowlani i mniej więcej tyle co oni zarobią.
W rezultacie zarobki obu ww. naszych grup okazały się per capita prawie identyczne. Mimo że jedni rzeczywiście harowali, zostawali po godzinach, a drudzy opieprzali się - popijali sobie J-23 i "z nudów" wywozili po kilka taczek gruzu dziennie. Na moje "szczęście" byłem w tej drugiej grupie.
Wszyscy bowiem otrzymaliśmy (po potrąceniu kosztów zakwaterowania w barakowozach i wyżywienia w stołówce internatu jakiegoś technikum) po ok. 100 - 200 zł na rękę. Za cały miesiąc pracy.
2. Wrzesień 1971 r. Stały Bywalec zaliczył I rok studiów i odbywa drugą (już ostatnią) praktykę robotniczą - tym razem w Zakładach Radiowych im. M. Kasprzaka na warszawskiej Woli.
Jakaż to znowu ona robotnicza, ta praktyka ? Siedzimy sobie przy małych "biurko - stoliczkach" (każdy przy swoim) i sprawdzamy jakość wyprodukowanych elementów (podzespołów). Każdy z nas otrzymuje do pudła po kilkaset takich małych podzespołów i ma wszystkie po kolei sprawdzić (przy pomocy specjalnego urządzenia pomiarowego), czy trzymają one zaprojektowane parametry techniczne.
Staram się bardzo, z wrodzoną sobie dokładnością i perfekcją. :-D Pod koniec dnia roboczego zanoszę panu majstrowi dwa pudła: dobrych i złych elementów. Mniej więcej 1/3 to buble (podzespoły nie trzymajace parametrów).
Szef najpierw nie wierzy i krzyczy na mnie, że tych złych, to zdecydowanie jest za dużo. To mu spokojne odpowiadam, żeby wyrywkowo sam po mnie sprawdził. Ale on nie sprawdza, tylko dalej się na mnie drze, że przez takich jak ja, to fabryka może nie wykonać planu ! Po czym wkłada łapę do pudełka ze żłymi elementami, wyciąga stamtąd prawie wszystkie (tak na chybił - trafił) i dokłada je do pudełka z tymi dobrymi podzespołami. I wynosi je do dalszego montażu.
:twisted:
Marty-roll-logos :-P
A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie. Jak tam o nas dbali, jak bardzo starali się o to, abyśmy wynieśli z tego miasta jak najlepsze wspomnienia... Wozili na wycieczki, super karmili. Nawet najokrutniejsze nasze bohomazy wystawiali w Rynku. Tolerowali dzikie zachowania (dzikie,jak na tamte czasy - patrząc z dzisiejszej perspektywy - bardzo niewinne).
Było super.
[quote=dorota z krakowa;77740]A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie.
Małe sprostowanie - to był 1978 rok.
[QUOTE=dorota z krakowa;77743]
A ja w roku 1988 byłam na obowiązkowym plenerze w Nysie.
Małe sprostowanie - to był 1978 rok. W latach 70. miałem sympatię - studentkę warszawskiej ASP. Wiem, że na obozy plenerowe jeździli do miejscowości Skoki pod Poznaniem (o ile mnie pamięć nie myli, bo od tamtego czasu to już mnóstwo wody w Wiśle upłynęło).:smile:
Moje dzieciństwo to głównie lata osiemdziesiąte.Muszę przyznać ,że jednego tym i wcześniejszym czasom nie można zarzucić-było o wiele bezpieczniej niż teraz.Jako małe pachole byłam strasznym włóczęgą(i tak pozostało);) już jako czterolatka robiłam sobie wyprawy po okolicy(Sosnowiec)od szóstego roku życia mieszkałam w Starachowicach i okoliczne lasy całkowicie mnie pochłonęły.Teraz nie do pomyślenia jest żeby kilkuletnie dziecko oddalało się od domu na wiele kilometrów gdziś po lasach ,starych kopalniach itp i wracało całe i zdrowe.
Pamiętam też mleko w szklanych butelkach,które musialąm dźwigać ze sklepu co rano,nieśmiertelny żółty ser i polowanie na papier toaletowy.
I wielkie budowy wokół gdzie kradliśmy steropian aby popływać po pobliskich mokradłach... i zabawa z adrenaliną-wchodziliśmy do nowowybudowanego wieżowca na ostatnie piętro ,stawaliśmy na balkonie jeszcze bez barierek i napawaliśmy się przestrzenią...
zresztą zabawy na budowie były naprawdę super
2. Wrzesień 1971 r. Stały Bywalec zaliczył I rok studiów i odbywa drugą (już ostatnią) praktykę robotniczą - tym razem w Zakładach Radiowych im. M. Kasprzaka na warszawskiej Woli.
Jakaż to znowu ona robotnicza, ta praktyka ? Siedzimy sobie przy małych "biurko - stoliczkach" (każdy przy swoim) i sprawdzamy jakość wyprodukowanych elementów (podzespołów). Każdy z nas otrzymuje do pudła po kilkaset takich małych podzespołów i ma wszystkie po kolei sprawdzić (przy pomocy specjalnego urządzenia pomiarowego), czy trzymają one zaprojektowane parametry techniczne.
Staram się bardzo, z wrodzoną sobie dokładnością i perfekcją. :-D Pod koniec dnia roboczego zanoszę panu majstrowi dwa pudła: dobrych i złych elementów. Mniej więcej 1/3 to buble (podzespoły nie trzymajace parametrów).
Szef najpierw nie wierzy i krzyczy na mnie, że tych złych, to zdecydowanie jest za dużo. To mu spokojne odpowiadam, żeby wyrywkowo sam po mnie sprawdził. Ale on nie sprawdza, tylko dalej się na mnie drze, że przez takich jak ja, to fabryka może nie wykonać planu ! Po czym wkłada łapę do pudełka ze żłymi elementami, wyciąga stamtąd prawie wszystkie (tak na chybił - trafił) i dokłada je do pudełka z tymi dobrymi podzespołami. I wynosi je do dalszego montażu.
:twisted: Ja mialem podobna sytuacje podczas praktyki robotniczej w Zakladach Lozysk Tocznych w Poznaniu. Jako osoba krotkowzroczna zostalem przydzielony do dzialu kontroli jakosci. Moje stanowisko pracy wygladalo tak: tasma z lewej strony, ktora przesuwalo sie skrzynki z lozyskami, maszyna kontrolujaca z jednym wlotem i dwoma wylotami - na lozyska dobre i te wybrakowane. Z prawej strony staly skrzynki z lozyskami dobrymi, na podlodze - z wybrakowanymi.
Do pracy sie przykladalem, chocby dla zabicia czasu, wrzucajac kulki i wypatrujac, ktorym wylotem wypadna. Moj kolega z kolei bez zenady przesuwal wozek z lozyskami na prawa strone maszyny. Majster przyszedl, popatrzyl na mnie zlym wzrokiem i pochwalil kolege, ze tak dobrze i szybko pracuje. Potem rzucil do mnie, ze maszyna czesto sie myli, a widzac moje zdziwione spojrzenie, powiedzial cicho: "to i tak do ruskich czolgow idzie..."
Krytykujemy ten PRL, krytykujemy ...
I skądinąd słusznie, oceniając tamtą epokę tak "in general".:-)
Ale dziś mnie jedna aktualna rzecz wkurzyła, z teraźniejszości.
Chcąc kupić 10 znaczków pocztowych (takich typowych, na zwykłe listy, po 1,45 zł), musiałem:
- udać się w tym celu specjalnie na pocztę, a tam
- odstać swoje w kolejce.
W czasach PRL znaczki pocztowe były w każdym kiosku Ruchu, a i kolejki na pocztach były mniejsze.
Obecnie kolejek już prawie (na szczęście) nie ma.
Ale pozostały 2 instytucje, w których kolejki dziś są dłuższe niż w okresie PRL:
1) właśnie placówki pocztowe, i
2) oddziały banku PKO BP.
Tak jest w większych miastach, być może w mniejszych się tego nie odczuwa.
Dorastaliście w latach sześćdziesiątych,
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
Jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!
(...)
Pytanie za 100 punktów brzmi:
Jak udało się nam przeżyć???
A przede wszystkim:
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???
Też jesteś z tej generacji? Aktualnie w soboty i niedziele w TV "Kino Polska" są wyświetlane 2 kultowe seriale PRL: "Daleko od szosy" oraz "Dom". Po raz pierwszy oglądałem je jeszcze na biało-czarnym ekranie telewizorka neptun, jaki rodzice kupili mi w prezencie z tytułu obrony przeze mnie pracy magisterskiej (1976). Kosztował chyba wtedy dwie przeciętne pensje.
:-D
Owe filmy znakomicie oddają realia zycia codziennego w PRL. Potwierdzam to z autopsji. Problemy, z jakimi borykali się ich bohaterowie, obserwowałem wokół siebie, a zresztą niektóre z nich były także i moimi problemami.
Ja mialem podobna sytuacje podczas praktyki robotniczej w Zakladach Lozysk Tocznych w Poznaniu. Ja także odbywałem praktyki robotnicze w Poznaniu i też przy taśmie, ale w szacownej firmie "Pegaz", produkującej ocet i musztardę. Chyba połowa mojego rocznika z UAM została tam skierowana, choć - jak pewnie pamiętacie - ocet i musztarda były wtedy jedynymi towarami, które występowały w sklepach w nadmiarze :-D Najbardziej absurdalne było jednak to, że intencją tych praktyk miało być nauczenie przyszłych "entelegentów" szacunku do ciężkiej pracy klasy robotniczej, natomiast ja i moi towarzysze niedoli dowiedzieliśmy się tam wyłącznie jak kombinować, obijać się, przeklinać i bić.
Jako osoba krotkowzroczna zostalem przydzielony do dzialu kontroli jakosci. :lol::lol::lol:
dowiedzieliśmy się tam wyłącznie jak kombinować, obijać się, przeklinać i bić. ...to zupełnie jak ja w harcerstwie ;-) ..sorry w wojsku... zaraz.. ja nie byłem w wojsku...