bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...
ŁEMKO BURY
Pułkownik, Lowka Bogdanowycz trzymał mowę. Pozostali, mocz±c usta w gor±cym piwie, gapili się na starego wiarusa i dmuchali w manierki. Mróz mieszał się z par± i usypiał siwym szronem na w±sach.
- To będzie, jak ja mówił! Wilki wyjd± z tamtej strony – wskazał lufami dubeltówki na las. – Pilnujta się striłcy! Jak dobiegn± do połowy polany, macie zabijać i uważajcie, bo wilk, to zawsze wilk. Może atakować!
- Bogdanowycz! – Łemko Bury uniósł się w siodle. – Ja podjadę do nagonki, pozwolicie?
- Goń! Niech id± w las! Koniecznie! Swołocz naganiać na polanę...! My im powiemy... Zdrastwujtie.
W kotle ustawionym na kamiennym paleńsku gotował się bigos, a miejscowe kobiety królowały przy stołach. Kiełbasy, niczym warkocze ukraińskiej narzeczonej wiły się pomiędzy bochenkami chleba. Bury położył lufę sztucera na zadzie kobyły i pogalopował przez sypki ¶nieg.
- A teraz, pozwólcie towarzysze, pokażę wam swoje medaliery. - Bogdanowycz ¶wisn±ł pod nosem. – Oto moje wojsko – rzekł miękko.
Z domu wybiegły dwa wielkie owczarki i usłużnie przysiadły przy nodze Lowki.
- Ten mniejszy, Zula, suka moja jedyna – podrapał psa po karku. – Dwa razy życie moje ratowała. Raz na Odrze, zębami mnie zdzierżyła i do niemieckiego brzegu spłynęła. Drugi raz w Berlinie, przed min± pozór dała – rozłożył długie ręce na boki. - Ot, taka suka maja!
My¶liwi zasłuchali się w Bogdanowycza i z podziwem ogl±dali psy. Każdy wilczur miał szerok± obrożę z mocowanymi do czarnej skóry medalami.
- Dżygit, – pułkownik poklepał wielkiego owczarka po głowie – to bestia. Na własne oczy, towarzysze, widziałem jak wyrwał jednemu zdrajcy gardło. Szkolony był na wrogie tanki i miał i¶ć z granatami, ale ja go zabrałem do siebie. Usynowiłem, bracia, jak swego. Cztery ordery dostał za męstwo!
- Swój pies! – zawołał który¶
- Swój pies – powtórzyli inni i skłonili głowy przed Lowk±. – U nas takich nie masz.
- Oj... Nie masz.
Mlaskali w podziwie i pstrykali palcami. Mróz szczypał policzki i kleił oczy, a piwo grzało pod kożuchami. Kobiety w ¶miesznie dużych walonkach, tańczyły nad bigosem.
Od strony lasu przygalopował Łemko Bury. Wyhamował przed Bogdanowyczem, aż koń przysiadł na zadzie.
- Melduję! Nagonka poszła!
- To teraz, moi my¶liwce, – rzekł pułkownik – stroić giwery i na stanowiska!
Jak na zło¶ć sypnęło ¶niegiem. Spadł drobny, a zimny i bił po twarzach do bólu. Wiatr zamiatał płatki i gęstymi chmurami wirował nad polan±.
- Towarzysze! – zawołał pogodnie Bogdanowycz. – Pamiętajcie. Za każdego wilka całe sto złociszów! Płac± bez wyj±tku, za każd± sztukę.
My¶liwi zatarli ręce, pochuchali w rękawice i rozeszli się w stronę polany na ustalone stanowiska. Każdy wzi±ł w kieszeń flaszkę wódki i gar¶ć nabojów. Pożegnani krzyżem na drogę, pogłaskani kobiec± ręk± wyszli na przeciw wilkom. Od strony lasu słychać było wystrzały jak werbelki i pohukiwania ludzi. To szła nagonka. Łemko Bury objechał na swojej kobyle linię i stwierdził bezpieczeństwo. Teraz on był łowczym i jemu podlegało wszystko. Mianował go wczoraj, przy wódce sam Lowka Bogdanowycz, bohater wojenny i wielka figura w aparacie władzy. Burego otaczał wielki mir. Do dzisiaj był nikim. Jako szeregowy przeszedł swój bojowy szlak i nikt nie powierzał mu takiego zaufania. Szedł zawsze gdzie mu kazano. Roztr±cał na boki wrogów i strzelał w przód. Zawsze zwrócony twarz± do wroga, modlił się o szczę¶cie. ‼Niemiec moich pleców nie widziałâ€ť, tak streszczał swoje wojowanie i to było wszystko, co pamiętał. Jedno, co dała mu wojna, to wielkie zamiłowanie do wódki. Id±c na swoje stanowisko, zwin±ł ze stołu dwie solidne butle majonego spirytusu.
Linia stanowisk ułożona w długi półksiężyc, wsparła sie plecami o ¶wierkowy młodniak. Przed my¶liwymi bieliła się ł±ka, płaska jak patelnia. Łemko Bury usadowił sie w wygodnym gnieĽdzie i poci±gn±ł z butli. Alkohol wlewał się ogniem, pal±cym piersi. Dawał ciepło. Nad ł±k± wirowała zawieja, ograniczaj±c widoczno¶ć do kilkunastu metrów. Bury precyzyjnie szykował sztucer do pracy, poci±gaj±c, co chwilę z butli. Po tym, jak jego dwaj bracia poszli na wschodni± stronę gór, wiedzeni słowem magnetycznym i wielkim, pozostał sam. Poszli za hyrem ognistym i ciężkim, które przyszło wraz z końcem wojny. Kto¶ przyjechał na koniu i rzucił w spokojnych Łemków, jedno tylko słowo – Bandera. Powyci±gali spod strzechy karabiny i wyprawieni na drogę, kawałkiem słoniny, odeszli. Ci, co pozostali, wybrali nienawi¶ć innych, poniżenie w oczach przybywaj±cych osadników i podejrzliwo¶ć nowej władzy.
Bury ułożył się wygodnie na wi±zce słomy i popijaj±c wódkę oczekiwał. Zamieć ograniczała widzenie do połowy polany, a wypity alkohol wchodził w krew i m±cił wzrok.
- Bury! – Bogdanowycz sprawdzał stan. – Jeste¶?
- Jestem, Bogdanowycz.
- Kulawy!
- Jestem
- Bo¶ko!
- Jezdem
- Fiodor!
- Tak toczno
- Pula!
- Jest
- To trzymajcie się, gnaty jedne! Wołki idut! Pasmatrim, kto gieroj!
Nagonka zaciskała pier¶cień wokół polany, a palba karabinowa mieszała sie z okrzykami naganiaczy. Jazgot wystrzałów dochodził z każdej strony. Bury był pijany. Walczył z opadaj±c± na sztucer głow± i ogarniaj±cym go snem. Wiedział, że nie może zawie¶ć pułkownika. Gdy ujrzał wybiegaj±ce na ¶rodek dwie postacie wilków, pomy¶lał, że to podwójne, pijackie zwidy. Oddał strzał. Wilk wyskoczył w górę, wyrwany uderzeniem pocisku. ‼Dobrze widzę”, pomy¶lał, ‼został jeden”. Po przeładowaniu zamka, oddał następny strzał i na polanie pozostała tylko biel ¶niegu. Ostatkiem sił wypił kilka łyków wódki i upadł nieprzytomny w słomę.
*
Lowka Bogdanowycz, ubrany w żółte bryczesy, tańczył wokół Burego. Podskakiwał na bosych nogach i co raz uderzał go w twarz. Bury siedział przywi±zany do małego zydla, na ¶rodku izby, doprowadzony do trzeĽwo¶ci, natarty ¶niegiem i polany lodowat± wod±. Kobiety zasłoniły sob± kocioł z bigosem i popłakiwały, chowaj±c twarze w kolorowe zapaski.
- Faszysta! – wrzeszczał Buremu w Twarz. – Faszysta i swołocz!
- Darujcie – seplenił z wypływaj±c± ustami krwi± – Bogdanowycz, darujcie.
- Widzicie go? Chachoł jeden! Izwinitie gadasz? Izwinitie? Bandyto i morderco! Skurwisynu, job twaju mać!
- Darujcie, nic nie wiem... Opił żem się jak ¶winia. Wszystkom zabył.
- Ale¶ wódki nie zabył! – Bogdanowycz uderzył Burego w brzuch. – Suko!
My¶liwi siedzieli przy długim stole i w milczeniu przygl±dali się scenie. Pułkownik parował w¶ciekło¶ci±, a koszula Burego czerwieniła się krwi±.
- Opiłem się, pułkownik Bogdanowycz – zapłakał. – Opiłem jak ¶winia... ¦pik mnie wzi±ł i odebrał życie... Darujcie, towarzyszu.
Mówił bardzo cicho. Bogdanowycz przykładał ucho blisko jego ust i co słowo, uderzał głow± w ¶rodek nosa.
- Masz! Faszysto... Suko!
Bury wiedział, że zrobił co¶ bardzo złego, ale co? My¶lał i nic nie przychodziło mu do głowy. Wraz z utrat± przytomno¶ci całkowicie zatracił pamięć. Nawet nie my¶lał, by zapytać. Bardziej niż bicia bał się prawdy. Po którym¶ kopnięciu stracił przytomno¶ć.
- Teraz, my¶liwce moje, – Bogdanowycz dosiadł się do stołu – musimy co¶ postanowić. RadĽcie!
- Jak tu radzić? Towarzyszu, on nasz, Łemko, tutejszy – łagodził stary Pulek.
- Izwinitie! – Przyłożył rękę do serca Fiodor.
- Pomiłujcie! – Skłonił sie Bo¶ko, stary kłusownik.
- A może on faszysta i szpion od Bandery? – Zw±tpił Kulawy.
Pułkownik podszedł do kotła i zagarn±ł łyżk± bigosu. Przez chwilę chodził, mlaskaj±c gołymi stopami o klepisko.
- Wy tu czego¶ nie zrozumieli – zacz±ł łagodnie. – To morderca i bandyta! Swołocz!!! – krzykn±ł i kopn±ł w zakrwawion± twarz Burego. – Ja tu co¶ wymy¶lę, robaczki moje! Nie takich ja sprawiał, nie takich jak ten.
- Może wódki dać? – zapytał Kulawy. – Napijmy, może co¶ wejdzie w łeb?
- Dawaj! Bigosu też podajcie.
Jedli i przepijali. Każdy my¶lał o Burym i snuł swoje domysły, co do jego losu. Znali Bogdanowycza i wiedzieli, że jemu nie wolno sprzeciwiać się, bo to jak skazuj±cy wyrok. Pułkownik był wielk± ‼figur±â€ť i trzymał władzę w całej okolicy. Gdy już pojedli i wypili kilka butelek wódki, Bogdanowycz powstał i rozkazał ocucić Burego. Kulawy wylał na nieprzytomnego wiadro wody. Bury wracał do ¶wiadomo¶ci.
- Widzisz ty mnie?! – zapytał pułkownik, pochylaj±c sie nad Burym. – Widzisz? Dywersancie!
- Widzę, towarzyszu.
- Bracia my¶liwce! My zrobimy, jak powiem, – usiadł i przepił – jak wszystko, co tutaj powiem. Buremu zmienić gacie i koszulę. D±ć mu na nogi sapożki, ale nie takie na ¶nieg, na drogę. Dać mu takie cerkiewne, cieniutkie i płytkie. Mogłem swołocz wykończyć, ale... – Na to ‼ale”, wszyscy przyklasnęli, bo już wiedzieli, że to jedno słowo, ma większ± warto¶ć niż życie.
- Mogłem go wykończyć, – ci±gn±ł mowę Bogdanowycz – ale mam lepszy pomysł – u¶miechn±ł się i zatarł dłonie. – Podkurować mi go do rana, tak żeby stał na własnych nogach. A potem będzie zabawa. Rzekłem!
*
Obudzili go wczesnym ¶witem. Kazali ubrać się w bardzo cienki garnitur i buty dali, jak z papieru.
‼Bogdanowycz kazali” mówili na usprawiedliwienie i wciskali do kieszeni kawałki kiełbasy. Bury był obity z każdej strony, do tego stopnia, że w bólu nie rozumiał, co się dzieje.
- IdĽ na Caryńsk± – szepn±ł mu do ucha Fiodor – tam bracia twoi ze striłcami siedz±. IdĽ!
Przed domem my¶liwi stali w szyku. Każdy z nich trzymał strzelbę, wspart± na ramieniu. Gdy wyszedł z piwnicy, zdjęli czapki na powitanie. Bury modlił się o szybk± ¶mierć.
- Bury! – odezwał się pułkownik. – Dywersancie jeden! Swołocz jeste¶ faszystowska i zdrajca!
- Bogdanowycz! – odparł Bury. – Ty mnie faszyst± nie nazywaj! Ja krew swoj± przelewałem! Zabij, jak żem winien, ale nie obrażaj!
- Widzicie? Jaki gieroj!
- Gieroj! – potwierdził Bury. – Katujesz mnie! Krew mi upuszczasz niewinnie! Ludzie patrz± i widz±.
- Gdzie te ludzie? Te tutaj, to ludzie? Ty bladĽ jeste¶, jak oni wszyscy!
- Ty¶ bladĽ, Bogdanowycz. Je¶ć ci tutaj daj±!
- Patrzcie! Jaki się znalazł!
- Kończ, Bogdanowycz!
- Kończę! Faszystowski ryju! – Odbezpieczył pistolet i przystawił Buremu do głowy. – Dam ci szansę! Poznaj krasnoarmiejskie serce... Oby¶ sam zdechł! Pójdziesz sobie, rybeńko w las. Tak. Pójdziesz w las. Dam ci dwie godzinki, job twaju mać, dwie godzinki. Po czasie pójdziemy za tob±. Jak do nocy zdybiemy, to masz w czapę! Rozumiesz? W czapę! Będzie polowanie! Ot!
- Ruska ¶winia! – Buremu było już wszystko jedno. – Enkawudzista jeste¶! Podły człowiek.
Bogdanowycz zbladł jak ¶nieg. My¶liwi uciekli do domu i przygl±dali się zza firanek. Odważne kobiety stały obok, owinięte kolorowymi chustami.
- IdĽ już! Bo ubiję!
Łemko Bury odwrócił się na pięcie i poszedł, w cienkich bucikach, w marynarce narzuconej na gołe ciało.
- Polaczki do mnie! – Bogdanowycz krzykn±ł w stronę domu. – Kto¶ musi pochować moje medaliery! - Przez chwilę my¶lał, bij±c się szpicrut± po bucie. - A oskórować przed zakopaniem! Zapłac± jak za wilki, po całe sto złociszów!
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Pułkownik, Lowka Bogdanowycz trzymał mowę. Pozostali, mocz±c usta w gor±cym piwie, gapili się na starego wiarusa i dmuchali w manierki. Mróz mieszał się z par± i usypiał siwym szronem na w±sach.
- To będzie, jak ja mówił! Wilki wyjd± z tamtej strony – wskazał lufami dubeltówki na las. – Pilnujta się striłcy! Jak dobiegn± do połowy polany, macie zabijać i uważajcie, bo wilk, to zawsze wilk. Może atakować!
- Bogdanowycz! – Łemko Bury uniósł się w siodle. – Ja podjadę do nagonki, pozwolicie?
- Goń! Niech id± w las! Koniecznie! Swołocz naganiać na polanę...! My im powiemy... Zdrastwujtie.
W kotle ustawionym na kamiennym paleńsku gotował się bigos, a miejscowe kobiety królowały przy stołach. Kiełbasy, niczym warkocze ukraińskiej narzeczonej wiły się pomiędzy bochenkami chleba. Bury położył lufę sztucera na zadzie kobyły i pogalopował przez sypki ¶nieg.
- A teraz, pozwólcie towarzysze, pokażę wam swoje medaliery. - Bogdanowycz ¶wisn±ł pod nosem. – Oto moje wojsko – rzekł miękko.
Z domu wybiegły dwa wielkie owczarki i usłużnie przysiadły przy nodze Lowki.
- Ten mniejszy, Zula, suka moja jedyna – podrapał psa po karku. – Dwa razy życie moje ratowała. Raz na Odrze, zębami mnie zdzierżyła i do niemieckiego brzegu spłynęła. Drugi raz w Berlinie, przed min± pozór dała – rozłożył długie ręce na boki. - Ot, taka suka maja!
My¶liwi zasłuchali się w Bogdanowycza i z podziwem ogl±dali psy. Każdy wilczur miał szerok± obrożę z mocowanymi do czarnej skóry medalami.
- Dżygit, – pułkownik poklepał wielkiego owczarka po głowie – to bestia. Na własne oczy, towarzysze, widziałem jak wyrwał jednemu zdrajcy gardło. Szkolony był na wrogie tanki i miał i¶ć z granatami, ale ja go zabrałem do siebie. Usynowiłem, bracia, jak swego. Cztery ordery dostał za męstwo!
- Swój pies! – zawołał który¶
- Swój pies – powtórzyli inni i skłonili głowy przed Lowk±. – U nas takich nie masz.
- Oj... Nie masz.
Mlaskali w podziwie i pstrykali palcami. Mróz szczypał policzki i kleił oczy, a piwo grzało pod kożuchami. Kobiety w ¶miesznie dużych walonkach, tańczyły nad bigosem.
Od strony lasu przygalopował Łemko Bury. Wyhamował przed Bogdanowyczem, aż koń przysiadł na zadzie.
- Melduję! Nagonka poszła!
- To teraz, moi my¶liwce, – rzekł pułkownik – stroić giwery i na stanowiska!
Jak na zło¶ć sypnęło ¶niegiem. Spadł drobny, a zimny i bił po twarzach do bólu. Wiatr zamiatał płatki i gęstymi chmurami wirował nad polan±.
- Towarzysze! – zawołał pogodnie Bogdanowycz. – Pamiętajcie. Za każdego wilka całe sto złociszów! Płac± bez wyj±tku, za każd± sztukę.
My¶liwi zatarli ręce, pochuchali w rękawice i rozeszli się w stronę polany na ustalone stanowiska. Każdy wzi±ł w kieszeń flaszkę wódki i gar¶ć nabojów. Pożegnani krzyżem na drogę, pogłaskani kobiec± ręk± wyszli na przeciw wilkom. Od strony lasu słychać było wystrzały jak werbelki i pohukiwania ludzi. To szła nagonka. Łemko Bury objechał na swojej kobyle linię i stwierdził bezpieczeństwo. Teraz on był łowczym i jemu podlegało wszystko. Mianował go wczoraj, przy wódce sam Lowka Bogdanowycz, bohater wojenny i wielka figura w aparacie władzy. Burego otaczał wielki mir. Do dzisiaj był nikim. Jako szeregowy przeszedł swój bojowy szlak i nikt nie powierzał mu takiego zaufania. Szedł zawsze gdzie mu kazano. Roztr±cał na boki wrogów i strzelał w przód. Zawsze zwrócony twarz± do wroga, modlił się o szczę¶cie. ‼Niemiec moich pleców nie widziałâ€ť, tak streszczał swoje wojowanie i to było wszystko, co pamiętał. Jedno, co dała mu wojna, to wielkie zamiłowanie do wódki. Id±c na swoje stanowisko, zwin±ł ze stołu dwie solidne butle majonego spirytusu.
Linia stanowisk ułożona w długi półksiężyc, wsparła sie plecami o ¶wierkowy młodniak. Przed my¶liwymi bieliła się ł±ka, płaska jak patelnia. Łemko Bury usadowił sie w wygodnym gnieĽdzie i poci±gn±ł z butli. Alkohol wlewał się ogniem, pal±cym piersi. Dawał ciepło. Nad ł±k± wirowała zawieja, ograniczaj±c widoczno¶ć do kilkunastu metrów. Bury precyzyjnie szykował sztucer do pracy, poci±gaj±c, co chwilę z butli. Po tym, jak jego dwaj bracia poszli na wschodni± stronę gór, wiedzeni słowem magnetycznym i wielkim, pozostał sam. Poszli za hyrem ognistym i ciężkim, które przyszło wraz z końcem wojny. Kto¶ przyjechał na koniu i rzucił w spokojnych Łemków, jedno tylko słowo – Bandera. Powyci±gali spod strzechy karabiny i wyprawieni na drogę, kawałkiem słoniny, odeszli. Ci, co pozostali, wybrali nienawi¶ć innych, poniżenie w oczach przybywaj±cych osadników i podejrzliwo¶ć nowej władzy.
Bury ułożył się wygodnie na wi±zce słomy i popijaj±c wódkę oczekiwał. Zamieć ograniczała widzenie do połowy polany, a wypity alkohol wchodził w krew i m±cił wzrok.
- Bury! – Bogdanowycz sprawdzał stan. – Jeste¶?
- Jestem, Bogdanowycz.
- Kulawy!
- Jestem
- Bo¶ko!
- Jezdem
- Fiodor!
- Tak toczno
- Pula!
- Jest
- To trzymajcie się, gnaty jedne! Wołki idut! Pasmatrim, kto gieroj!
Nagonka zaciskała pier¶cień wokół polany, a palba karabinowa mieszała sie z okrzykami naganiaczy. Jazgot wystrzałów dochodził z każdej strony. Bury był pijany. Walczył z opadaj±c± na sztucer głow± i ogarniaj±cym go snem. Wiedział, że nie może zawie¶ć pułkownika. Gdy ujrzał wybiegaj±ce na ¶rodek dwie postacie wilków, pomy¶lał, że to podwójne, pijackie zwidy. Oddał strzał. Wilk wyskoczył w górę, wyrwany uderzeniem pocisku. ‼Dobrze widzę”, pomy¶lał, ‼został jeden”. Po przeładowaniu zamka, oddał następny strzał i na polanie pozostała tylko biel ¶niegu. Ostatkiem sił wypił kilka łyków wódki i upadł nieprzytomny w słomę.
*
Lowka Bogdanowycz, ubrany w żółte bryczesy, tańczył wokół Burego. Podskakiwał na bosych nogach i co raz uderzał go w twarz. Bury siedział przywi±zany do małego zydla, na ¶rodku izby, doprowadzony do trzeĽwo¶ci, natarty ¶niegiem i polany lodowat± wod±. Kobiety zasłoniły sob± kocioł z bigosem i popłakiwały, chowaj±c twarze w kolorowe zapaski.
- Faszysta! – wrzeszczał Buremu w Twarz. – Faszysta i swołocz!
- Darujcie – seplenił z wypływaj±c± ustami krwi± – Bogdanowycz, darujcie.
- Widzicie go? Chachoł jeden! Izwinitie gadasz? Izwinitie? Bandyto i morderco! Skurwisynu, job twaju mać!
- Darujcie, nic nie wiem... Opił żem się jak ¶winia. Wszystkom zabył.
- Ale¶ wódki nie zabył! – Bogdanowycz uderzył Burego w brzuch. – Suko!
My¶liwi siedzieli przy długim stole i w milczeniu przygl±dali się scenie. Pułkownik parował w¶ciekło¶ci±, a koszula Burego czerwieniła się krwi±.
- Opiłem się, pułkownik Bogdanowycz – zapłakał. – Opiłem jak ¶winia... ¦pik mnie wzi±ł i odebrał życie... Darujcie, towarzyszu.
Mówił bardzo cicho. Bogdanowycz przykładał ucho blisko jego ust i co słowo, uderzał głow± w ¶rodek nosa.
- Masz! Faszysto... Suko!
Bury wiedział, że zrobił co¶ bardzo złego, ale co? My¶lał i nic nie przychodziło mu do głowy. Wraz z utrat± przytomno¶ci całkowicie zatracił pamięć. Nawet nie my¶lał, by zapytać. Bardziej niż bicia bał się prawdy. Po którym¶ kopnięciu stracił przytomno¶ć.
- Teraz, my¶liwce moje, – Bogdanowycz dosiadł się do stołu – musimy co¶ postanowić. RadĽcie!
- Jak tu radzić? Towarzyszu, on nasz, Łemko, tutejszy – łagodził stary Pulek.
- Izwinitie! – Przyłożył rękę do serca Fiodor.
- Pomiłujcie! – Skłonił sie Bo¶ko, stary kłusownik.
- A może on faszysta i szpion od Bandery? – Zw±tpił Kulawy.
Pułkownik podszedł do kotła i zagarn±ł łyżk± bigosu. Przez chwilę chodził, mlaskaj±c gołymi stopami o klepisko.
- Wy tu czego¶ nie zrozumieli – zacz±ł łagodnie. – To morderca i bandyta! Swołocz!!! – krzykn±ł i kopn±ł w zakrwawion± twarz Burego. – Ja tu co¶ wymy¶lę, robaczki moje! Nie takich ja sprawiał, nie takich jak ten.
- Może wódki dać? – zapytał Kulawy. – Napijmy, może co¶ wejdzie w łeb?
- Dawaj! Bigosu też podajcie.
Jedli i przepijali. Każdy my¶lał o Burym i snuł swoje domysły, co do jego losu. Znali Bogdanowycza i wiedzieli, że jemu nie wolno sprzeciwiać się, bo to jak skazuj±cy wyrok. Pułkownik był wielk± ‼figur±â€ť i trzymał władzę w całej okolicy. Gdy już pojedli i wypili kilka butelek wódki, Bogdanowycz powstał i rozkazał ocucić Burego. Kulawy wylał na nieprzytomnego wiadro wody. Bury wracał do ¶wiadomo¶ci.
- Widzisz ty mnie?! – zapytał pułkownik, pochylaj±c sie nad Burym. – Widzisz? Dywersancie!
- Widzę, towarzyszu.
- Bracia my¶liwce! My zrobimy, jak powiem, – usiadł i przepił – jak wszystko, co tutaj powiem. Buremu zmienić gacie i koszulę. D±ć mu na nogi sapożki, ale nie takie na ¶nieg, na drogę. Dać mu takie cerkiewne, cieniutkie i płytkie. Mogłem swołocz wykończyć, ale... – Na to ‼ale”, wszyscy przyklasnęli, bo już wiedzieli, że to jedno słowo, ma większ± warto¶ć niż życie.
- Mogłem go wykończyć, – ci±gn±ł mowę Bogdanowycz – ale mam lepszy pomysł – u¶miechn±ł się i zatarł dłonie. – Podkurować mi go do rana, tak żeby stał na własnych nogach. A potem będzie zabawa. Rzekłem!
*
Obudzili go wczesnym ¶witem. Kazali ubrać się w bardzo cienki garnitur i buty dali, jak z papieru.
‼Bogdanowycz kazali” mówili na usprawiedliwienie i wciskali do kieszeni kawałki kiełbasy. Bury był obity z każdej strony, do tego stopnia, że w bólu nie rozumiał, co się dzieje.
- IdĽ na Caryńsk± – szepn±ł mu do ucha Fiodor – tam bracia twoi ze striłcami siedz±. IdĽ!
Przed domem my¶liwi stali w szyku. Każdy z nich trzymał strzelbę, wspart± na ramieniu. Gdy wyszedł z piwnicy, zdjęli czapki na powitanie. Bury modlił się o szybk± ¶mierć.
- Bury! – odezwał się pułkownik. – Dywersancie jeden! Swołocz jeste¶ faszystowska i zdrajca!
- Bogdanowycz! – odparł Bury. – Ty mnie faszyst± nie nazywaj! Ja krew swoj± przelewałem! Zabij, jak żem winien, ale nie obrażaj!
- Widzicie? Jaki gieroj!
- Gieroj! – potwierdził Bury. – Katujesz mnie! Krew mi upuszczasz niewinnie! Ludzie patrz± i widz±.
- Gdzie te ludzie? Te tutaj, to ludzie? Ty bladĽ jeste¶, jak oni wszyscy!
- Ty¶ bladĽ, Bogdanowycz. Je¶ć ci tutaj daj±!
- Patrzcie! Jaki się znalazł!
- Kończ, Bogdanowycz!
- Kończę! Faszystowski ryju! – Odbezpieczył pistolet i przystawił Buremu do głowy. – Dam ci szansę! Poznaj krasnoarmiejskie serce... Oby¶ sam zdechł! Pójdziesz sobie, rybeńko w las. Tak. Pójdziesz w las. Dam ci dwie godzinki, job twaju mać, dwie godzinki. Po czasie pójdziemy za tob±. Jak do nocy zdybiemy, to masz w czapę! Rozumiesz? W czapę! Będzie polowanie! Ot!
- Ruska ¶winia! – Buremu było już wszystko jedno. – Enkawudzista jeste¶! Podły człowiek.
Bogdanowycz zbladł jak ¶nieg. My¶liwi uciekli do domu i przygl±dali się zza firanek. Odważne kobiety stały obok, owinięte kolorowymi chustami.
- IdĽ już! Bo ubiję!
Łemko Bury odwrócił się na pięcie i poszedł, w cienkich bucikach, w marynarce narzuconej na gołe ciało.
- Polaczki do mnie! – Bogdanowycz krzykn±ł w stronę domu. – Kto¶ musi pochować moje medaliery! - Przez chwilę my¶lał, bij±c się szpicrut± po bucie. - A oskórować przed zakopaniem! Zapłac± jak za wilki, po całe sto złociszów!