ďťż

jak siedząc na miejscu ....

bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...

Pretekstem do przyjazdu ....
źle;
Głównym celem wiosennego przyjazdu...
lepiej;
Wyjechaliśmy z Sopotu pełni obaw - będzie lało jak z cebra, czy tylko lało z przewagą opadów o charakterze ciągłym..
Na miejscu okazało się, że zasadnicza część cebra wylała się wcześniej. Przez pole płynął strumień, Osława grzmiała toczonymi głazami, a Olchowaty porwał mostek do kibelka. W porę jednak się zreflektował, że to jedyna droga do przebytku i zbudował nowy, nieco większy. Ale przejść strach.


Następnego dnia woda zaczęła pomału opadać. Zapowiadała się piękna pogoda; pora zrealizować zasadniczy cel naszej wyprawy: spotkać przyjaciół na KIMB'ie. Pliszka ukryta pod dachem wiaty przyglądała się, co też te turysty tak stroją się jak ... jak na powitanie Bieszczadów. Jest ślicznie, choć widać tu i tam co może wzburzona woda. Jedzie my, pełni radosnych oczekiwań. Z szosy pod Łupkowem widoki z gatunku: po horyzont i ech, jeszcze dalej.
Z szosy pod Łupkowem widoki z gatunku: po horyzont i ech, jeszcze dalej.[/QUOTE]

Wtym samym dniu gdy byliście już w Wetlinie niebo straszyło ulewą:

Załącznik 34575Załącznik 34576Załącznik 34577 ...schronienie znalazłem w Zagrodzie.
Radością wielką była spotkać Was. Tym większą, że część uczestników pamiętam jeszcze z KIMB'u w Pantałyku, chyba ostatnim z udziałem Admina.
Wracając wieczorem na miejsce stałej dyslokacji (jak mawiał znajomy pułkownik) spodziewałem się mgły, zwykłej w rejonie Woli Michowej. A tu nic, i niebo z gwiazdami tak nisko, że ręką brać. Wystarczy tylko na palcach stanąć i już, już... prawie w ręku.
Ranek wstał. O n tak zawsze robi. Wstaje i już. My nie chcieliśmy być gorsi i też wstaliśmy. Po śniadaniu i innych zwykłych czynnościach obozowych: posprzątać, pozamiatać, oko przemyć, potem drugie przemyć. W końcu obudzić się całkiem i zobaczyć ŚWIAT. I on jest.
Cały.
I niby ten sam co w zeszłym roku, a taki inny.


Pytanie do botaników: Co to jest to na czwartym zdjęciu?
Spotkań nigdy dosyć. Przyjechała na pole rodzinka. Z dziećmi. Wysiedli, obeszli pole dookoła i gdy wydawało nam się, że już już zagoszczą na dłużej...
zapakowali się z powrotem do auta i odjeżdżają. Pytam, dlaczego? Jest tak pięknie. Widzieliśmy żmiję podła odpowiedź, która miała tłumaczyć wszystko.
Cóż, łono przyrody bywa ... groźne?
Potem przyszedł młody turysta. Pytam dokąd droga prowadzi? Zdjął plecak i opowiedział, że dzisiaj ma zamiar nocować za Łupkowem. Pora wydaje mi się jeszcze niezbyt późna, to mówię: może kawy, herbaty? Joanna dodaje: coś słodkiego? I pokazuje na pudełko z ciastkami. Na licu młodzieńca przez moment widać było walkę toczoną wewnątrz. Zło jak zwykle odniosło zwycięstwo i po chwili opowiadaliśmy sobie różne takie historie, bieszczadzkie też. Gdy w końcu ruszył w dalszą drogę, nie byłem pewien, czy dotrze przed zmrokiem do Łupkowa.
Cały nasz dość stacjonarny pobyt upływał pod znakiem spotkań.
Nie dość było pogaduszek na KIMB'ie.
Odwiedzili nas Bertrandowie. Znaczy Renatka z Bertrandem, a i Barnaba też się objawił.
Było: a pamiętasz, a byliśmy tu, a potem będziemy tam, a tam i tu to było, będzie...
Czyli jak zwykle nie mogliśmy przestać.
.... dziewięćsił bezłodygowy... chyba tak to się pisze...
Po południu, spacerkiem, poszliśmy popatrzeć na przyrodę. W każdej kałuży coś żyło. Na szczęście zaskroniec polował na kijanki i nami się nie interesował. Jak ja zainteresowałem się nim, uznał to za ingerencję w prywatność i schował się. Nici z pamiątkowej fotki. Traszki okazały się bardziej uprzejme i pozowały cierpliwie. Nawet pliszka górska nie speszona pozowała na barierce mostu. Po powrocie zauważyłem, że koło naszej przyczepy pewien potwór urządził zasadzkę. Wykopał jamę, skrył się w niej i czatował na przypadkowych przechodzących...turystów?
Kolejny dzień i kolejne odwiedziny.
Rozpoczął Marcowy. Wyjechał rano z Łupkowa do Warszawy. A że po drodze (prawie po drodze, ale nie bądźmy drobiazgowi) do Warszawy leży Duszatyn, to postanowił, że wpadnie.
I wpadł. Kawa, herbata, coś słodkiego ... i zeszło do południa.
Tak miło rozpoczęty dzień musiał mieć swój znakomity CIĄG DALSZY.
Ciąg dalszy nastąpił w niedalekim Smolniku, gdzie zaprosili nas Stały Bywalec i Ojciec Prowadzący. Ugościli nas godnie. Przede wszystkim wysłuchali naszych opowieści. Co było bardzo miłe. Gdy znużenie opowieściami dało znać o sobie, a nie sposób mi przerwać gdy już zacznę, zaproponowali obiad. Nie mogłem odmówić. Domowy obiad przygotowany SPECJALNIE na tę okazję przez gospodynię agroturystyki. Bywalcze, wspiąłeś się na wyżyny gościnności organizując to wspaniałe spotkanie. Serdecznie dziękujemy.
Syci wrażeń, ruszyliśmy w drogę powrotną. PO DRODZE jest Radosne Szwejkowo. Grzechem byłoby nie odwiedzić Krysi. A że Kompania Smolnikowa zapragnęła sprawdzić okolice Łupkowa, pojechaliśmy we czwórkę. Kawa, herbata, coś słodkiego .... to się nigdy nie skończy. I bardzo dobrze. Czy zauważyliście, że ludzie którzy lobią z nami coś zjeść, coś wypić, to baaaardzo mili ludzie?
Mamy tylko kilka dni, wszystkich przyjaciół nie jesteśmy w stanie odwiedzić.
Musimy zrezygnować z ... oraz z ... itd,
Ale do Krywego tym razem musimy. Dlaczego musimy? Bo taki mus i tyle.
Po drodze (złe zawsze jest po drodze) jest Lesko i Domek.
Słodki Domek.
Coś na miejscu i coś na wynos, bo Tosia TEŻ lubi coś słodkiego do herbaty.
Ugoszczeni pierogami, opowieściami, i całą serdecznością z żalem się rozstajemy, tym razem chyba aż do września.
Tosia podwozi nas na "parking", jeszcze ostatnie cmok cmok i wsiadamy do auta. Zaraz, a dokumenty? w kamizelce.
A kamizelka?
Na krześle.
Na krześle na werandzie.
Na dole.
Drobiazg, pół godziny i witam się z Tosią ;)
Zabieram kamizelkę z dokumentami i szczęście sprzyja: znajomi Tosi podwożą mnie na górę.
Jeszcze z daleka rzut oka na cerkiewkę. Uzupełniono i przemurowano część ścian. Wygląda wspaniale
Ostatni dzień pobytu zaczął się jak zwykle śniadaniem. Nie zaczynam dnia bez kawy i śniadania.
Śniadanie, by nabrać sił na przebudzenie, kawa by się przebudzić i mózg złapał kontakt z rzeczywistością.
Kończyłem kawę, gdy dopadła mnie mrożąca krew w żyłach rzeczywistość. Przy krzesełku w trawie COŚ się kłębiło.
Jakaś gadzina wywijała młynki wokół własnej osi. Złapałem za aparat. Nim ustawiłem ostrość zobaczyłem, że jeden gad zmaga się z drugim.
Jednego szybko rozpoznałem - padalec. Drugi, większy podobny do padalca, ale w takiej kolorystyce... nigdy nie widziałem.
Dopiero po powrocie do domu sprawdziłem (wujek Google) i dowiedziałem się, że ten większy to padalec odmiana lazurowa, a ja akt uniesienia wziąłem za walkę na śmierć i życie. I tak moja ignorancja i nadmierna chęć uwiecznienia przerwała uniesienie i nie będzie małych padalczyków ;(

Kolejny dzień i kolejne odwiedziny. I ja też planowałem odwiedziny u Was. Ale nastraszyłeś mnie, że Osława głęboka na pół chłopa głazy wielkie toczy i przez brody nawet ciężarówki nie jeżdżą. No to mój biedny rower pewnie by tego nie przeżył. A może i ja z nim ;-)
Długi, miło się czyta! Zdjęcia podobają mi się, zwłaszcza to ostatnie! Ciekawa odmiana padalca.
Wojtku, zawsze będziesz u nas miłym gościem.
Ale Osława jeszcze w poniedziałek się gniewała, a samochody zaczęły jeździć dopiero we wtorek (ciężarowe i terenówki leśnictwa).
Można było torami kolejki (w niedzielę obeschły z kałuż), ale rowerem... chyba też byłoby niełatwo.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytających
Skoro "miło się czyta" to pozwolę sobie podłączyć się pod temat. Wszak miejsce i sposób bytowania identyczny... :razz:

Dzień 1
Przyjazd o w pół do szóstej rano po 9,5h jazdy. Mokro. Czekamy aż słońce wzejdzie i osuszy trawę. Komputer pokładowy w aucie zameldował 3st.C. Na polu 3 namioty i 4 szałasy.

http://i57.tinypic.com/2iqocih.jpg

Pseudoharcerze, survivale albo inna hołota naniszczyła drzew i krzewów w promieniu 300m od pola by zbudować improwizowane chatynki.
Kawa z ruskiej zarzygałki i mogę funkcjonować. Namiot postawiony, dym jest - jestem u siebie...

http://i57.tinypic.com/f9hxlj.jpg

Krótki spacer "wokół obejścia" zaowocował spotkaniem z małym zaskronkiem - dobra okazja by zademonstrować córci cuchnący z przerażenia okaz miejscowej fauny.

http://i60.tinypic.com/2lc0kqp.jpg

Po południu szybka kontrola czy Bożenka nadal umie robić pierogi z sarniną - nic a nic nie wyszła z wprawy.
Wieczorem niesamowity pokaz w stylu "światło i dźwięk" w wykonaniu Baletu Świetlików i chóru Osława & Olchowaty.

http://i61.tinypic.com/2hz6a89.jpg

Dzień 2
Jesteśmy sami na polu. Zawór bezpieczeństwa w zarzygałce pokazał środkowy palec robiąc przy tym głośne FUK! - od tej pory do odwołania woda tylko wędzona. Pogoda nie rozpieszcza, co i rusz coś bździ z nieba. W przerwach między opadami ruszyłem kawałek w kierunku Jeziorek w nadziei na spotkanie z salamandrą. Swojego ulubionego bieszczadzkiego zwierzątka nie znalazłem (bo też nie zapuszczałem się zbyt daleko w obawie przed ulewą) ale za to spotkałem kilka jaszczurek, zaskrońce grubości kciuka i obżartego do granic wytrzymałości padalca.

http://i60.tinypic.com/1z3cihh.jpg
http://i60.tinypic.com/21dpufm.jpg
http://i59.tinypic.com/dvqyb7.jpg

Popołudniem dotarły na pole 2 "garby" z zamiarem noclegu. Ojciec z synem. Najwyraźniej tatko zapragnął pokazać potomkowi życie na szlaku. Młody jakoś niespecjalnie był zachwycony tą męską wyprawą ale dzielnie dawał radę.
Bardzo późnym popołudniem, zmierzchem właściwie, przyszły kolejne 2 "garby" z zapytaniem o jakieś źródło papu i potencjalny nocleg bo mieli dojść do Komańczy do peteteku ale się przeliczyli z nogami. Jak się z rozmowy okazało, była ich w sumie piątka i bez namiotów. Wysłałem ich do baru na regenerację sił i po jakieś info czy by leśniczy kawałka stodoły nie udostępnił ale najwyraźniej Bożenka już skończyła działalność na dziś bo wrócili patrząc łakomie w kierunku samochodu. Cóż było robić - wywiozłem całą piątkę pod Komańczańskie schronisko. Na zakończenie dnia zafundowałem sobie kiełbaskę z leszczynowego badyla - mniam.

Dzień 3
Jak powiadała pani profesor od biochemii - nie ma takiego dobrego uczynku który prędzej czy później nie zostanie przykładnie ukarany. W ramach podziękowania od losu za wczorajszą akcję z "garbami" pękła mi "ósemka". Całe szczęście w Komańczy jest kowal eeee.... znaczy dentysta. Mam dzwonić jutro w celu umówienia się na tortury. Kolejna kontrola pierogów nie wykazała odchyleń od normy. Reszta dnia upłynęła na podziwianiu powoli rozpogadzającego się nieba, podsłuchiwaniu rozmów kamieni toczonych przez Osławę i bezmyślnym gapieniu się w ogień który pracowicie chrupał polana.

Dzień....kolejny
Cudowna właściwość stacjonarnego pobytu w Bieszczadzie. Pocięty wskazówkami zegarka czas cywilizowanego człowieka stopniowo zlewa się w porę jasną i porę ciemną. Pogoda ciągle w kratkę - raz słoneczko a za chwilę mżaweczka. Pani dentystka bardzo sprawnie uszczupliła moją mądrość o zgnity element. Odpowiednia dawka lodów i nawet opuchlizna nie weszła. Oczekiwanie na ustąpienie znieczulenia upłynęło pod znakiem prac hydrotechnicznych w ramach których wspólnie z córcią i małżonką skorygowaliśmy nieco ujście Olchowatego.

http://i61.tinypic.com/35c3ix4.jpg

Na pole zawitało małżeństwo z córeczką - Młoda wniebowzięta, ma towarzystwo. Pod wieczór mała plamista osłoda od losu. W trakcie wypadu po drewno trafiłem na niewielką salamandrę.

http://i58.tinypic.com/359x26b.jpg

D.K. (Dzień Kolejny)
Wypad mobilem na Przysłup do Domu Pstrąga. Przepadam za rybami a pstrąg jest jedną z moich ulubionych i z przyjemnością stwierdzam że nadal potrafią tam przyrządzić go jak należy.

http://i59.tinypic.com/34r6dyp.jpg

W drodze powrotnej obowiązkowa wizyta na stacji kolejki - odżyły wspomnienia kiedy to po prowiant to albo z buta do Komańczy albo ciuchcią do Rzepedzi...

http://i62.tinypic.com/ojfdqq.jpg

Po powrocie z wyżerki Osława osiągnęła wreszcie temperaturę nie powodującą szczękościsku, zatrzymania oddechu i piloerekcji wszędzie gdzie się da. Gdyby tylko te krwiożercze latające bestie raczyły szukać żeru gdzie indziej....

D.K.
kolejny kulinarny wypad, tym razem Zagroda Chryszczata i jej naleśnik z jagodami. Tak, naleśnik jest jeden w porcji ale gabaryt jak dwa albo i trzy "zwykłe" a i jagód nie żałują.

http://i60.tinypic.com/2a68qat.jpg

Duchota niemiłosierna, po okolicy szwenda się burza ale nie zaszczyciła nas swoją obecnością. Łazi gdzieś za grzbietem pomrukując pod nosem. Prawdopodobnie z okazji zbliżającego się weekendu pole zaczęło się zaludniać. Przybyła para to wielbiciele OFF'a i innych środków na komary. Zaraz po postawieniu namiotu zdetonowali ekwiwalent małej hurtowni chemicznej tak że nawet ja, będący ciężko upośledzony na węchu, byłem w stanie z zamkniętymi oczami określić ich pozycję z drugiego końca pola.

D.K.
Termometr w aucie zameldował równe 30st.C więc małżonka zarządziła pranie. Szybki podział ról - żona miesi, ja wyżymam, rozwieszam i zapewniam gorącą wodę do mieszenia a dziecko radośnie się chlapie. "Twoja stara pierze w rzece" przestało być wrzutą....:razz:
Na pole melduje się coraz więcej osób - jakaś zgraja wielbicieli pojazdów terenowych zawitała wraz z rodzinami. Na moment bo dziś w Smolniku koncert w Zagrodzie Chryszczata więc "za chwilę osiemnasta" odpalili machiny i pomknęli szosą ku Komańczy - zapewne w obawie przed łapanką między brodami w stronę Mikowa. Po ich wyjeździe przydreptał samotny "garb" - rozbił się cichutko w kąciku i stopił z otoczeniem. Już po zmroku zajechała jakaś para i przy świetle czołówek rozpoczęła walkę z niesfornym igloo serwując przy tym konkretną dyskotekę...

D.K.
Jest bosko. Słońce kontynuuje przypiekanie z taką siłą że nawet gzy przystopowały z gryzieniem. Zrobiłem 2 loty - nad Osławą i nad drogą na Jeziorka. Dodatkowo nakręciłem trochę ujęć naziemnych - będzie z czego składać...
Obowiązkowe pławienie w rzece i kolejna wizyta na pierogach bo oczywiście gotować się nie chce. Do wczorajszych speców od niechcianej dyskoteki dołączyły 2 rodziny z przychówkiem. Całe szczęście rodziciele bardzo sprawnie opanowali potomstwo i obyło się bez harmidru z reguły towarzyszącemu takim najazdom. Młoda z właściwym sobie dystansem potraktowała przybyszów i dopiero wieczorem dołączyła do wspólnych harców. Niestety poza turystami obeznanymi z leśnym savoir vivre zjawiło się takżę weekendowe bydło które obrobiło krzaki dookoła szaletów, pstrząc je przy tym trójwarstwowymi listkami (bo do czego te dziwne małe domki to nie miało pojęcia) i pozostawiając resztki niedojedzonego grill'a na brzegu rzeki. Cóż - uroki weekendu.

D.K.
W nocy spać się nie dało. Duszno, wiatr wył po szczytach ale nie chciał zawitać w dolinę a burza miast przyjść, przylać jak należy i oczyścić atmosferę, szlajała się znowu po okolicy dając jeno trzeciorzędny pokaz iluminacji. Z nastaniem poranka pole ponownie zaczęło pustoszeć - pozostała ledwie jedna rodzina. Większość dnia upłynęła na słodkim nieróbstwie a potrzeby żywieniowe ponownie zaspokoiła Zagroda Chryszczata, tym razem wyśmienitym schabowym.

http://i62.tinypic.com/33nj2na.jpg

Do albumu dołączyło kilka fotek i timelapse słońca pełznącego przez dolinę Osławy. Po zapadnięciu zmroku cyknąłem jeszcze Wielki Wóz wjeżdżający na Chryszczatą i Drogę Mleczną z Łabędziem.

http://i62.tinypic.com/34ss2sp.jpg
http://i57.tinypic.com/2j32o1w.jpg

Delikatny dymek unoszący się z ust zwiastował nocny armageddon.

D.K.
Zgodnie z przewidywaniami noc dała do wiwatu pod względem temperatury. Podobnie jak w dniu przyjazdu musiało być dobrze poniżej dychy. Jak po takich nocach bywa, dzień wstał upalny, bez jednej chmureczki na niebie.

http://i60.tinypic.com/168fuo0.jpg

Czas odwiedzić Jeziorka. Aparat ze statywem na ramię i w drogę. Plecak z kopterem zostawiłem wychodząc z, jak się później okazało, błędnego założenia że i tak nie będzie skąd wystartować. Najwyraźniej tylko homo Sapiens(?) jest na tyle durny żeby w taki skwar włóczyć się po górach bo wszelka żywioła (poza kilkoma motylkami) pochowała się jak najgłębiej mogła przed lejącą się z nieba spiekotą.

http://i57.tinypic.com/333viv5.jpg

Nawet zaskrońce które z reguły przepadają za rozgrzanymi słońcem kłodami i kępami trawy stwierdziły że na pieczyste to się nie piszą.
Jeziorka niestety zdeptane do imentu. Jednak te 2-3 wozy konne dziennie z turystami chętnymi zobaczyć ów malowniczy zakątek odcisnęły widoczne piętno na bezpośregniej okolicy szmaragdowych oczu Duszatyna a relatywnie sucha aura nie ułatwia regeneracji. Drzewo z korzeniami od Wes'a Craven'a dorobiło się potomstwa a salamandry z okolicznych zbutwiałych pni zostały wyparte przez plastikowe butelki i folie po chipsach. Obfotografowałem co się dało a przy okazji znalazłem nie jedno a nawet kilka miejsc z których można by poderwać kopter więc jak niepyszny wróciłem na pole po plecak z latadłem i z powrotem na górę.

http://i61.tinypic.com/nrywj.jpg
http://i58.tinypic.com/166nnmt.jpg
http://i62.tinypic.com/2nqv9ef.jpg
http://i58.tinypic.com/33xu2wi.jpg
http://i61.tinypic.com/xe4v1h.jpg
http://i58.tinypic.com/2nw3nmx.jpg
http://i62.tinypic.com/25tgt1u.jpg
http://i62.tinypic.com/j9lb2q.jpg
http://i60.tinypic.com/15rih75.jpg

Oblatałem oba Jeziorka i koryto Olchowatego z duszą na ramieniu bo kopter co i rusz gubiąc sygnał GPS próbował żyć własnym życiem a to, biorąc pod uwagę ograniczoną przestrzeń w jakiej się poruszał, mogło szybko się zakończyć głośnym CHLUP, potokiem mięsa z ust pilota i koncem marzeń o fajnych ujęciach. W drodze powrotnej minąłem pseudoharcerzy którzy na nieszczęście zatrzymali się na noc w Duszatynie. Pseudo - bo męska część wyglądała w większości jak waginosceptyczni członkowie podrzędnego boysbandu, na żeńską spuszczę zasłonę milczenia, zastępowi odróżniali sie od reszty spodniami moro, słownictwo całej czeredy obfitowało w wyrazy z grupy K,Ch,D,P używane bez żadnej krępacji a z charcerskich "rytuałów" które pamiętam z czasów gdy ojciec prowadzili "zielonych" w Bieszczad nie zostało nic. Nia nieszczęście - bo z braku zasięgu a co za tym idzie dostępu do FB, jedyną rozrywkę stanowiła para UKFek z koszmarnie głośnym ROGERem, służących albo do przepuszczania steku wulgaryzmów z jednego końca pola na drugi albo do powtarzania w kółko eksperymentu co się stanie gdy zbliży się jedną do drugiej i włączy się nadawanie w jednej z nich.

D.K.
Ostatni przystanek na mapie kulinarnych wojaży który chciałem odwiedzić - Chata Wędrowca i ich Naleśnik Gigant (r) a na rozpęd przed naleśnikiem trochę baraniny w dwóch wariantach.Żona inny, ja inny. Uwaga na sos marokański - może zrobić dziurę w niewprawnym podniebieniu i wyjść przez potylicę. Córcia która z trudem przełknęła kilka kęsów kurczaka z pieczonymi ziemniakami, na widok naleśnika natychmiast odzyskała apetyt i nieustannie dopominała sie kolejnej porcji jagód, śmietany z miodem i racucha. Lot na Smerfa sobie odpuściłem - obżarty do nieprzytomności pilot i 31 kresek w cieniu to zdecydowanie nielotne połączenie. Może jutro....

D.K.
Tak to jest jak się odkłada na jutro rzeczy których się chciało bardzo spróbować - "jutro" okazało się niełaskawe pod względem latania bo choć słoneczko dopisuje to porywisty wiatr skutecznie zniechęca do startu piankolotem. Dodatkowo temperatura wzrosła do 33st.C i przebywanie na otwartej przestrzeni (a taka jest wskazana do postawienia bazy) grozi udarem sznurka trzymającego uszy a mała burza magnetyczna delikatnie mieszała pokładowemu GPSowi w łebku skutecznie utrudniając złapanie FIX'a. Zatem zostawiłem piankolota w spokoju i dokręciłem kopterem tylko przełom Osławy pod Duszatynem latając bez navi.
Jak nie latamy - to się pławimy. Przy tej temperaturze powietrza Osława jest cieplejsza od brodzików dla dzieci w Aquaparku więc udaliśmy się rodzinnie na Głębinkę. Mimo niskiego ogólnego stanu wody dało się tam zrobić kilka ruchów "żabką"

Dzień Ostatni
Czas się zwijać. Pogoda z rana troszkę postraszyła ale koniec końców elegancko wysuszyła namiot więc pakowanie przebiegło sprawnie i bez problemów. Na tyle sprawnie że już w połowie dnia (zamiast na wieczór) mobil był załadowany. Nie chcąc siedzieć bez sensu wyruszyliśmy wcześniej niż planowaliśmy co koniec końców wyszło nam na dobre bo pozwoliło dotrzeć do domu kawałek po północy a co za tym idzie porządnie odespać bez zbytniego zarywania kolejnego dnia.

Teraz siedzę i kombinuję jak tam możliwie szybko wrócić.... :-o
A podłączaj się, wszak wszystko w rodzinie... ;)
Jak byś poczytał temat "załączniki" i wkleił zdjęcia tak, aby były widoczne z tekstem.., Klikanie w trakcie czytania w linki jest dosyć up.. niewygodne.
Gratuluję debiutu na forum.
Czytał, czytał tylko zdjęć zmniejszać nie chciał a te wstawione z zewnątrz w dużych ilościach mogą spowolnić wczytywanie strony.
No, ale skoro taka wola... :mrgreen:

http://i58.tinypic.com/357f22g.jpg

Pozostałość po turyście który nie przejrzał wątków "Pierwszy raz w Bieszczady" znaleziona na moście kolejowym w Duszatynie :mrgreen:.
.... oj, to chyba dawno poległ ;) ... chyba jeszcze przed powstaniem forum
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • brytfanna.keep.pl