bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...
14.11.09
Gdy trzy tygodnie temu wêdrowa³em zamglonymi szczytami gór Z³otych my¶la³em, ¿e w³a¶nie ¿egnam siê z wyprawami w s³oneczny czas, a witam chmurny i mglisty listopad; czy móg³bym wtedy przypuszczaæ, ¿e najpiêkniejszy dzieñ, bo niespodziewany o tak pó¼nej porze roku - jak pó¼na mi³o¶æ - dzieñ wype³niony s³oñcem i czystym b³êkitem od pierwszej do ostatniej swojej chwili, ¿e taki dzieñ jest jeszcze przede mn±? Chyba nie. A przecie¿ tak by³o, bo jedyne chmury jakie widzia³em okrywa³y wczesnym rankiem szczyty Karkonoszy, ale nawet one by³y piêkne: by³y ostro rysowanym na tle b³êkitu majestatycznym wa³em przykrywaj±cym szczyty gór, mlecznym do³em, gór± opalizuj±cym per³owo. Jednak wysysane przez s³oñce chmury szybko nik³y, i nawet ¦nie¿ka, ta chmurzasta marudnica, nie potrafi³a zbyt d³ugo zatrzymaæ ich dla siebie.
Wyjecha³em g³êbok± noc±, bo o czwartej, chc±c byæ na miejscu z pocz±tkiem dnia, tak przecie¿ krótkiego teraz. Samochód zostawi³em na parkingu na prze³êczy Karpnickiej, kwadrans drogi pieszej od schroniska Szwajcarka, i ju¿ o siódmej zarzuci³em plecak. Przed ósm± by³em na lewym cycku Bardotki – na Krzy¿nej Górze, a cieñ jej ca³ego i jak¿e okaza³ego biustu ogl±da³em w dolinie:)
S³oñce niewiele wychyli³o siê zza ¶ciany Karkonoszy, tyle tylko, by z³otem oprószyæ niebiesk± dolinê i nadaæ wyrazistych, radosnych kolorów zboczom Gór Kaczawskich po drugiej stronie doliny. Patrzy³em urzeczony: w czystym powietrzu widzia³em budynki na Szrenicy i stacjê TV na szczycie ¦nie¿nych Kot³ów, a Jeleniej Górze budynki mog³em policzyæ; przejrzysto¶æ powietrza pozwala³a na swobodny lot wzroku daleko, po krañce odleg³ego horyzontu, a zdawa³o siê, jakby wszêdzie by³o blisko, na wyci±gniêcie rêki. Bogactwo i wyrazisto¶æ barw oraz ich przemiany fascynowa³y; sta³em na tym szczycie ch³ostanym silnym i zimnym wiatrem, i zwyczajnie szkoda mi by³o tak po prostu odwróciæ siê i zej¶æ.
Na szczytowej skale Sokolika widzia³em ludzi – nie tylko ja wybra³em siê o tak wczesnej porze. Poszed³em na bli¼niacz± górê ³adnym i wygodnym szlakiem: szutrow± dró¿k± id±c± na szczyt zakolami w¶ród ¶wierków. Taka w³a¶nie droga: u¶miechniêta i zapraszaj±ca, ocieniona drzewami, prowadz±ca gdzie¶ tam, za horyzont, do celu odleg³ego, tak± w³a¶nie drogê kocham i takiej jestem niesyty.
Barierki chroni±ce platformê widokow± na szczycie faktycznie s± nieco zbyt niskie, ale postawienie tam ³awek by³o ¶wietnym pomys³em. Siedzia³em i gapi³em siê, bezskutecznie próbuj±c ustaliæ w któr± stronê widok jest piêkniejszy, a zgoni³ mnie ze szczytu czas, ¶wiadomo¶æ krótko¶ci dnia listopadowego.
Zielonym szlakiem poszed³em ku zamkowi Bolczów. Trasa piêkna, bo i s³oñce towarzyszy³o mi, maluj±c dla mnie (oczywi¶cie, ¿e dla mnie!) szare pnie drzew kolorami bursztynów, i niebieskie Karkonosze co raz widzia³em miêdzy drzewami; nawet ¦nie¿ka ods³oni³a sw± g³owê chwal±c siê dyskami swoich budowli na szczycie i smugami ¶niegu na zboczach. Zamek i jego otoczenie warte jest zobaczenia: ponad korony bukowego boru wystaj± g³azy i resztki murów, prastare i tajemnicze niczym siedziba czarnoksiê¿nika z powie¶ci fantasy. Gdy patrzy siê na pomys³owe tam wcielanie ska³ w budowlê, zadziwia kolejna ich przemiana: kiedy¶ by³y grup± kamieni stoj±cych tam od tysi±cleci, pó¼niej przyszed³ cz³owiek i po³±czy³ je murami czyni±c z nich fragmenty swojej budowli, a oto teraz, po up³ywie wieków, dzie³o cz³owieka rozpada siê ods³aniaj±c te same ska³y – niewzruszone w swoim obojêtnym na ludzkie szaleñstwa trwaniu id±cym przez wieki wieków.
Warto tam pój¶æ i dla dalekich widoków: ze szczytu zamkowych murów widaæ, jak z niemal ca³ej mojej trasy, bli¼niacze i swojskie, bliskie i zielone szczyty Krzy¿nej i Sokolika, a ponad wierzcho³kami drzew widaæ odleg³±, bia³o-niebiesk± ¦nie¿kê.
Z zamku poszed³em czarnym szlakiem ku G³aziskom Janowickim, a dalej zielonym szlakiem via Skalny Most i Staro¶ciñskie Ska³y do parkingu na prze³êczy, gdzie dotar³em o szesnastej, po dziewiêciu godzinach na szlaku. Po drodze wlaz³em na ka¿d± chyba ska³ê, na któr± potrafi³em siê wdrapaæ.
Na szlaku zobaczy³em dwóch ch³opaków nios±cych na plecach co¶, co wielko¶ci± przypomina³o mi star± komodê mojej babki. Pó¼niej, pod jedn± ze ska³ek, zobaczy³em, ¿e nie oni jedni nie¶li tak wielki dobytek, i ¿e nie by³a to ¿adna komoda, a materac – konieczne, jak siê zdaje, wyposa¿enie mi³o¶ników wdrapywania siê na ska³y. Chodzi tutaj o ciapy: otó¿ oni nosz± ze sob± takie specjalne, ³adne i chyba drogie ciapy, a gdy je za³o¿± u podnó¿a ska³y, to chyba nie chc± ich zabrudziæ, no i dlatego nosz± te komody… to znaczy te materace. A jednego z nich widzia³em, jak szczoteczk± do zêbów i bia³ym proszkiem (do zêbów?, do prania?) szorowa³ ska³ê przed wej¶ciem na ni±; wiele jest tam ska³ miejscami wyszorowanych do bia³o¶ci. Takie z tych ch³opaków czy¶cioszki s±â€¦ Co ciekawe: ma³o widzia³em samego wdrapywania siê na ska³y, za to wiele przygotowañ: chodzenia wokó³, zadzierania g³owy, uk³adania zwojów lin, zawieszania na sobie licznych pasów z klamerkami, gmerania po plecakach, a najwiêcej by³o pogaduszek w jakim¶ dziwnym jêzyku. Podobnym do polskiego, ale tylko podobnym, bo ni w z±b nie mog³em zrozumieæ o czym mówi±, mimo i¿ wiele s³ów jakby polskich by³o.
Na jedn± z wiêkszych ska³, na Skalny Most, oczywi¶cie wdrapa³em siê. Co prawda bez lin, ale te¿ nie frontowymi, a kuchennymi drzwiami: od ty³u, gdzie wysoko¶æ ska³y zmniejsza³a siê z jakich¶ 30 do 7 metrów, z licznymi nierówno¶ciami umo¿liwiaj±cymi wej¶cie. Szczyt jest pe³en rozpadlin, st±pa³em po spêkanych ska³ach, ale do samego mostu doszed³em i na dowód zrobi³em jego zdjêcia z góry, jednak nogi mia³em tak miêkkie i dziwnie dr¿±ce, ¿e przesta³em siê dziwiæ tamtym m³odym, obwieszonym linami, karabiñczykami, bloczkami, windami, etc.
Zdjêæ zrobi³em tyle, ile tylko zmie¶ci³a karta pamiêci; w czarne, niekoñcz±ce siê wieczory grudniowe bêd± mi przypomina³y cud przeniesienia kwietniowego czasu w ¶rodek jesieni i jeden piêkny dzieñ mojego ¿ycia.
21.11.09
Na ostatni, po¿egnalny, wyjazd w góry ponownie wybra³em Rudawy Janowickie, tym razem po³udniow± ich czê¶æ. Startuj±c z Prze³êczy Pod ¦rednic± chcia³em doj¶æ do G³azisk Janowickich, do których doszed³em tydzieñ temu id±c z przeciwnej strony, i w ten sposób zamkn±æ swoj± pêtlê wokó³ Rudaw. Przeszed³em tê trasê, a nogi gnane moj± nienasycon± têsknot± drogi chcia³y i¶æ dalej, ale zawróci³ mnie rozs±dek i krótki dzieñ: ba³em siê i¶æ w ciemno¶ciach.
Chcia³em zach³ysn±æ siê jesieni±, przesi±kn±æ ni±, zasmakowaæ do koñca, do dna, poczuæ j± na sobie i w sobie, by w ten sposób pogodziæ siê z ni± i nie buntowaæ siê ju¿ wiêcej przeciwko listopadowym s³otom. Lepszej pogody nie mog³em sobie wyobraziæ dla moich celów, bo dzieñ ten by³ jesieni± ca³±: ranek by³ s³onecznym wrze¶niem, gdy stoj±c na szczycie Skalnika patrzy³em w dolinê przede mn±; po³udnie deszczowym pa¼dziernikiem, gdy id±c w±sk± ¶cie¿k± w gêstym m³odniaku str±ca³em na siebie niezliczone krople wisz±ce w igliwiu ¶wierkowych ga³êzi zagradzaj±cych mi drogê; schy³ek dnia natomiast, w¶ród ¶wierków pokrytych grub± szadzi±, u stóp maj±c krzaki jagód przysypane ¶niegiem, by³ ju¿ zapowiedzi± zimy.
Wyjecha³em o czwartej, w jasn±, ksiê¿ycow± noc, a mia³em za sob± ju¿ po³owê drogi, gdy po lewej zobaczy³em Eos niemrawo ubieraj±c± swoj± szatê; zrazu by³a barwy brudnego granatu z niewyra¼nymi pasemkami szafranu, ale pó¼niej coraz wiêcej mia³a jasnych b³êkitów, seledynów i ¶wiec±cego z³ota. Wcze¶niej, w nocy jeszcze, mia³em rzadkiego towarzysza samochodowych podró¿y: z prawej wielki ksiê¿yc w pe³ni, a po lewej, na szosie, cieñ mojego samochodu, najprawdziwszy ksiê¿ycowy cieñ. Im barwniejsze suknie mia³a na sobie Eos, tym bardziej nik³ ten cieñ, a¿ w koñcu zgubi³ mi siê gdzie¶ miêdzy Legnic± a Jaworem. Nic to, zosta³ we mnie. Jest i bêdzie.
Parking by³ w miejscu zaznaczonym na mapie, wiêc moja znajoma pani z GPS zaprowadzi³a mnie do niego bez problemów; problem mia³em z samochodem, bo ten znowu ba³ siê (a mo¿e nie on, tylko ja siê ba³em? To mo¿liwe.) zostaæ tam na ca³y dzieñ.
Wygodn±, chocia¿ do¶æ strom± asfaltow± dró¿k± le¶ników doszed³em do drewnianego sza³asu, usiad³em na drewnianej ³awie z rêcznie ciosanych bali, popatrzy³em na ¶lady ogniska, na dach z desek, na milcz±ce, nieruchome ¶wierki, które w tamtej chwili wydawa³y siê mi wieczne, i przez chwilê mia³em za towarzyszy wojów naszego Boles³awa pod±¿aj±cych têdy na po³udnie, na Wêgry, by broniæ tam interesów swojej siostry. Pó³ godziny i tysi±c lat pó¼niej by³ pierwszy szczyt: Skalnik – i pierwsze moje oczarowanie.
Najpierw by³ Wysoki Kamieñ w Izerskich, pó¼niej Wielka Sowa, Kalenica, Trójmorski Wierch, oczywi¶cie ¦nie¿ka, a ostatnio Krzy¿na i Sokolik; w tej elitarnej grupie mieszczê i Skalnik, na którym sta³em niby na granicy ba¶niowego ¶wiata otwieraj±cego siê przede mn±. Kotlinê wype³nia³a niska, ¶wiec±ca mg³a, z której wystawa³y odrealnione, bo pozbawione ³±czno¶ci z ziemi±, szczyty wzniesieñ i wysokie budynki Jeleniej Góry; zamykaj±ce kotlinê szczyty Gór Kaczawskich sta³y w ciep³ym s³oñcu, a na lewo ciemna zieleñ lasów na szczytach przedgórza trafiona niskim jeszcze s³oñcem ja¶nia³a blaskiem starego z³ota; za mn± niebie¶ci³a siê wielka, surowa ¶ciana Karkonoszy, a na ich szczycie sta³a ¦nie¿ka w zimowej ju¿ szacie, ca³a ¶niegiem okryta.
Gdy w koñcu czas pospo³u z zimnem zgoni³y mnie ze szczytu, siad³em na ³awce obok krzy¿a (kolejna ukrzy¿owana góra!) by przypomnieæ sobie dalsz± drogê, i wtedy zwróci³em uwagê na dwa szczyty omijane przez drogi: Bielec i Dzicz± Górê. Zielony szlak bieg³ blisko, jakie¶ 300 metrów od szczytów tych gór, ale zapewne niemal wszyscy omijali je w drodze na Skalnik – znany, bo zaliczany do korony i chwal±cy siê piêknymi widokami. Kto i po co mia³by tam i¶æ szukaj±c drogi w¶ród ¶wierków? Pomy¶la³em, ¿e z tymi nieznanymi górami bez oblicza jest jak z dniami mojego ¿ycia – niewyró¿niaj±cymi siê, zwyk³ymi dniami powszednimi, które przychodz±, ca³uj± mnie i odchodz± w przesz³o¶æ smutne, bo natychmiast zapominane. Pomy¶la³em, ¿e je¶li odnajdê te dwa szczyty i wejdê na nie, to nie tylko ofiarujê im to, czego tym górom brakuje, ale i sobie dam pamiêæ chwil im po¶wiêconych.
Moja mapa ró¿ni siê w szczegó³ach od przedstawianego terenu, wiêc pewno¶ci nie mam czy odszukane szczyty faktycznie by³y Bielcem i Dzicz± Gór±, ale akurat ten fakt mniej jest wa¿ny, bo w tej prawdziwej realno¶ci, mojej w³asnej, by³em na obu tych górach, ³±cz±c z nimi cz±stkê mojego czasu.
Po drodze by³a g³êboka Prze³êcz Rudawska, a za ni± Bielec, wspaniale prezentuj±cy swoje gêste, szadzi± pokryte lasy, które ogl±dane z przeciwleg³ego zbocza wydawa³y siê pi±æ pionow± ¶cian± na niebosiê¿n± wysoko¶æ. Szlak prowadz±cy zboczem Skalnika w dó³ ku prze³êczy czyni³ wielkie wra¿enie swoj± dziko¶ci±, spl±taniem kamiennego rumowiska z korzeniami drzew, martwymi, rozsypuj±cymi siê w próchno szcz±tkami, skacz±cym po kamieniach lub rozlewaj±cym siê miêdzy drzewami strumieniem, a wszystko w pó³mroku gêstego boru, w chmurny dzieñ listopadowy, surowe, pierwotne.
Pozna³em ró¿ne ¶cie¿ki: pn±ce siê po g³azach i ledwie widoczne; trawiaste, zasypane rudym igliwiem modrzewiowym; w±skie, gin±ce w¶ród drzew dró¿ki, i szerokie dukty le¶ne nikn±ce na zakrêcie i ponownie odnajduj±ce siê za nim; drogi zamglone, czasami b³otniste, a przecie¿ tak poci±gaj±ce swoj± dziko¶ci±, cisz±, samotno¶ci±.
W poprzek tych dró¿ek czasami wisia³y nitki z nawleczonymi nañ p³atkami ¶niegu - nachyla³em siê przechodz±c, a nie chc±c ich zerwaæ - ale te¿ bywa³o, ¿e gdy podnosi³em g³owê, nowe p³atki cichutko i powoli opada³y na mnie, czu³em wtedy ich ch³odny dotyk na twarzy.
Odpowiada³a mi pustka szlaku: pierwszego cz³owieka spotka³em na szczycie Skalnika, by³ to my¶liwy z wielk± armat± na plecach i bezwstydem na twarzy, gdy mówi³ o polowaniu na grub± zwierzynê, na sarny i jelenie, a dopiero w piêæ godzin pó¼niej min±³ mnie zasapany rowerzysta, tak wiêc tylko Jesieñ mi towarzyszy³a na swoich, bo jesiennych, mokrych i zamglonych, drogach Rudaw.
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Gdy trzy tygodnie temu wêdrowa³em zamglonymi szczytami gór Z³otych my¶la³em, ¿e w³a¶nie ¿egnam siê z wyprawami w s³oneczny czas, a witam chmurny i mglisty listopad; czy móg³bym wtedy przypuszczaæ, ¿e najpiêkniejszy dzieñ, bo niespodziewany o tak pó¼nej porze roku - jak pó¼na mi³o¶æ - dzieñ wype³niony s³oñcem i czystym b³êkitem od pierwszej do ostatniej swojej chwili, ¿e taki dzieñ jest jeszcze przede mn±? Chyba nie. A przecie¿ tak by³o, bo jedyne chmury jakie widzia³em okrywa³y wczesnym rankiem szczyty Karkonoszy, ale nawet one by³y piêkne: by³y ostro rysowanym na tle b³êkitu majestatycznym wa³em przykrywaj±cym szczyty gór, mlecznym do³em, gór± opalizuj±cym per³owo. Jednak wysysane przez s³oñce chmury szybko nik³y, i nawet ¦nie¿ka, ta chmurzasta marudnica, nie potrafi³a zbyt d³ugo zatrzymaæ ich dla siebie.
Wyjecha³em g³êbok± noc±, bo o czwartej, chc±c byæ na miejscu z pocz±tkiem dnia, tak przecie¿ krótkiego teraz. Samochód zostawi³em na parkingu na prze³êczy Karpnickiej, kwadrans drogi pieszej od schroniska Szwajcarka, i ju¿ o siódmej zarzuci³em plecak. Przed ósm± by³em na lewym cycku Bardotki – na Krzy¿nej Górze, a cieñ jej ca³ego i jak¿e okaza³ego biustu ogl±da³em w dolinie:)
S³oñce niewiele wychyli³o siê zza ¶ciany Karkonoszy, tyle tylko, by z³otem oprószyæ niebiesk± dolinê i nadaæ wyrazistych, radosnych kolorów zboczom Gór Kaczawskich po drugiej stronie doliny. Patrzy³em urzeczony: w czystym powietrzu widzia³em budynki na Szrenicy i stacjê TV na szczycie ¦nie¿nych Kot³ów, a Jeleniej Górze budynki mog³em policzyæ; przejrzysto¶æ powietrza pozwala³a na swobodny lot wzroku daleko, po krañce odleg³ego horyzontu, a zdawa³o siê, jakby wszêdzie by³o blisko, na wyci±gniêcie rêki. Bogactwo i wyrazisto¶æ barw oraz ich przemiany fascynowa³y; sta³em na tym szczycie ch³ostanym silnym i zimnym wiatrem, i zwyczajnie szkoda mi by³o tak po prostu odwróciæ siê i zej¶æ.
Na szczytowej skale Sokolika widzia³em ludzi – nie tylko ja wybra³em siê o tak wczesnej porze. Poszed³em na bli¼niacz± górê ³adnym i wygodnym szlakiem: szutrow± dró¿k± id±c± na szczyt zakolami w¶ród ¶wierków. Taka w³a¶nie droga: u¶miechniêta i zapraszaj±ca, ocieniona drzewami, prowadz±ca gdzie¶ tam, za horyzont, do celu odleg³ego, tak± w³a¶nie drogê kocham i takiej jestem niesyty.
Barierki chroni±ce platformê widokow± na szczycie faktycznie s± nieco zbyt niskie, ale postawienie tam ³awek by³o ¶wietnym pomys³em. Siedzia³em i gapi³em siê, bezskutecznie próbuj±c ustaliæ w któr± stronê widok jest piêkniejszy, a zgoni³ mnie ze szczytu czas, ¶wiadomo¶æ krótko¶ci dnia listopadowego.
Zielonym szlakiem poszed³em ku zamkowi Bolczów. Trasa piêkna, bo i s³oñce towarzyszy³o mi, maluj±c dla mnie (oczywi¶cie, ¿e dla mnie!) szare pnie drzew kolorami bursztynów, i niebieskie Karkonosze co raz widzia³em miêdzy drzewami; nawet ¦nie¿ka ods³oni³a sw± g³owê chwal±c siê dyskami swoich budowli na szczycie i smugami ¶niegu na zboczach. Zamek i jego otoczenie warte jest zobaczenia: ponad korony bukowego boru wystaj± g³azy i resztki murów, prastare i tajemnicze niczym siedziba czarnoksiê¿nika z powie¶ci fantasy. Gdy patrzy siê na pomys³owe tam wcielanie ska³ w budowlê, zadziwia kolejna ich przemiana: kiedy¶ by³y grup± kamieni stoj±cych tam od tysi±cleci, pó¼niej przyszed³ cz³owiek i po³±czy³ je murami czyni±c z nich fragmenty swojej budowli, a oto teraz, po up³ywie wieków, dzie³o cz³owieka rozpada siê ods³aniaj±c te same ska³y – niewzruszone w swoim obojêtnym na ludzkie szaleñstwa trwaniu id±cym przez wieki wieków.
Warto tam pój¶æ i dla dalekich widoków: ze szczytu zamkowych murów widaæ, jak z niemal ca³ej mojej trasy, bli¼niacze i swojskie, bliskie i zielone szczyty Krzy¿nej i Sokolika, a ponad wierzcho³kami drzew widaæ odleg³±, bia³o-niebiesk± ¦nie¿kê.
Z zamku poszed³em czarnym szlakiem ku G³aziskom Janowickim, a dalej zielonym szlakiem via Skalny Most i Staro¶ciñskie Ska³y do parkingu na prze³êczy, gdzie dotar³em o szesnastej, po dziewiêciu godzinach na szlaku. Po drodze wlaz³em na ka¿d± chyba ska³ê, na któr± potrafi³em siê wdrapaæ.
Na szlaku zobaczy³em dwóch ch³opaków nios±cych na plecach co¶, co wielko¶ci± przypomina³o mi star± komodê mojej babki. Pó¼niej, pod jedn± ze ska³ek, zobaczy³em, ¿e nie oni jedni nie¶li tak wielki dobytek, i ¿e nie by³a to ¿adna komoda, a materac – konieczne, jak siê zdaje, wyposa¿enie mi³o¶ników wdrapywania siê na ska³y. Chodzi tutaj o ciapy: otó¿ oni nosz± ze sob± takie specjalne, ³adne i chyba drogie ciapy, a gdy je za³o¿± u podnó¿a ska³y, to chyba nie chc± ich zabrudziæ, no i dlatego nosz± te komody… to znaczy te materace. A jednego z nich widzia³em, jak szczoteczk± do zêbów i bia³ym proszkiem (do zêbów?, do prania?) szorowa³ ska³ê przed wej¶ciem na ni±; wiele jest tam ska³ miejscami wyszorowanych do bia³o¶ci. Takie z tych ch³opaków czy¶cioszki s±â€¦ Co ciekawe: ma³o widzia³em samego wdrapywania siê na ska³y, za to wiele przygotowañ: chodzenia wokó³, zadzierania g³owy, uk³adania zwojów lin, zawieszania na sobie licznych pasów z klamerkami, gmerania po plecakach, a najwiêcej by³o pogaduszek w jakim¶ dziwnym jêzyku. Podobnym do polskiego, ale tylko podobnym, bo ni w z±b nie mog³em zrozumieæ o czym mówi±, mimo i¿ wiele s³ów jakby polskich by³o.
Na jedn± z wiêkszych ska³, na Skalny Most, oczywi¶cie wdrapa³em siê. Co prawda bez lin, ale te¿ nie frontowymi, a kuchennymi drzwiami: od ty³u, gdzie wysoko¶æ ska³y zmniejsza³a siê z jakich¶ 30 do 7 metrów, z licznymi nierówno¶ciami umo¿liwiaj±cymi wej¶cie. Szczyt jest pe³en rozpadlin, st±pa³em po spêkanych ska³ach, ale do samego mostu doszed³em i na dowód zrobi³em jego zdjêcia z góry, jednak nogi mia³em tak miêkkie i dziwnie dr¿±ce, ¿e przesta³em siê dziwiæ tamtym m³odym, obwieszonym linami, karabiñczykami, bloczkami, windami, etc.
Zdjêæ zrobi³em tyle, ile tylko zmie¶ci³a karta pamiêci; w czarne, niekoñcz±ce siê wieczory grudniowe bêd± mi przypomina³y cud przeniesienia kwietniowego czasu w ¶rodek jesieni i jeden piêkny dzieñ mojego ¿ycia.
21.11.09
Na ostatni, po¿egnalny, wyjazd w góry ponownie wybra³em Rudawy Janowickie, tym razem po³udniow± ich czê¶æ. Startuj±c z Prze³êczy Pod ¦rednic± chcia³em doj¶æ do G³azisk Janowickich, do których doszed³em tydzieñ temu id±c z przeciwnej strony, i w ten sposób zamkn±æ swoj± pêtlê wokó³ Rudaw. Przeszed³em tê trasê, a nogi gnane moj± nienasycon± têsknot± drogi chcia³y i¶æ dalej, ale zawróci³ mnie rozs±dek i krótki dzieñ: ba³em siê i¶æ w ciemno¶ciach.
Chcia³em zach³ysn±æ siê jesieni±, przesi±kn±æ ni±, zasmakowaæ do koñca, do dna, poczuæ j± na sobie i w sobie, by w ten sposób pogodziæ siê z ni± i nie buntowaæ siê ju¿ wiêcej przeciwko listopadowym s³otom. Lepszej pogody nie mog³em sobie wyobraziæ dla moich celów, bo dzieñ ten by³ jesieni± ca³±: ranek by³ s³onecznym wrze¶niem, gdy stoj±c na szczycie Skalnika patrzy³em w dolinê przede mn±; po³udnie deszczowym pa¼dziernikiem, gdy id±c w±sk± ¶cie¿k± w gêstym m³odniaku str±ca³em na siebie niezliczone krople wisz±ce w igliwiu ¶wierkowych ga³êzi zagradzaj±cych mi drogê; schy³ek dnia natomiast, w¶ród ¶wierków pokrytych grub± szadzi±, u stóp maj±c krzaki jagód przysypane ¶niegiem, by³ ju¿ zapowiedzi± zimy.
Wyjecha³em o czwartej, w jasn±, ksiê¿ycow± noc, a mia³em za sob± ju¿ po³owê drogi, gdy po lewej zobaczy³em Eos niemrawo ubieraj±c± swoj± szatê; zrazu by³a barwy brudnego granatu z niewyra¼nymi pasemkami szafranu, ale pó¼niej coraz wiêcej mia³a jasnych b³êkitów, seledynów i ¶wiec±cego z³ota. Wcze¶niej, w nocy jeszcze, mia³em rzadkiego towarzysza samochodowych podró¿y: z prawej wielki ksiê¿yc w pe³ni, a po lewej, na szosie, cieñ mojego samochodu, najprawdziwszy ksiê¿ycowy cieñ. Im barwniejsze suknie mia³a na sobie Eos, tym bardziej nik³ ten cieñ, a¿ w koñcu zgubi³ mi siê gdzie¶ miêdzy Legnic± a Jaworem. Nic to, zosta³ we mnie. Jest i bêdzie.
Parking by³ w miejscu zaznaczonym na mapie, wiêc moja znajoma pani z GPS zaprowadzi³a mnie do niego bez problemów; problem mia³em z samochodem, bo ten znowu ba³ siê (a mo¿e nie on, tylko ja siê ba³em? To mo¿liwe.) zostaæ tam na ca³y dzieñ.
Wygodn±, chocia¿ do¶æ strom± asfaltow± dró¿k± le¶ników doszed³em do drewnianego sza³asu, usiad³em na drewnianej ³awie z rêcznie ciosanych bali, popatrzy³em na ¶lady ogniska, na dach z desek, na milcz±ce, nieruchome ¶wierki, które w tamtej chwili wydawa³y siê mi wieczne, i przez chwilê mia³em za towarzyszy wojów naszego Boles³awa pod±¿aj±cych têdy na po³udnie, na Wêgry, by broniæ tam interesów swojej siostry. Pó³ godziny i tysi±c lat pó¼niej by³ pierwszy szczyt: Skalnik – i pierwsze moje oczarowanie.
Najpierw by³ Wysoki Kamieñ w Izerskich, pó¼niej Wielka Sowa, Kalenica, Trójmorski Wierch, oczywi¶cie ¦nie¿ka, a ostatnio Krzy¿na i Sokolik; w tej elitarnej grupie mieszczê i Skalnik, na którym sta³em niby na granicy ba¶niowego ¶wiata otwieraj±cego siê przede mn±. Kotlinê wype³nia³a niska, ¶wiec±ca mg³a, z której wystawa³y odrealnione, bo pozbawione ³±czno¶ci z ziemi±, szczyty wzniesieñ i wysokie budynki Jeleniej Góry; zamykaj±ce kotlinê szczyty Gór Kaczawskich sta³y w ciep³ym s³oñcu, a na lewo ciemna zieleñ lasów na szczytach przedgórza trafiona niskim jeszcze s³oñcem ja¶nia³a blaskiem starego z³ota; za mn± niebie¶ci³a siê wielka, surowa ¶ciana Karkonoszy, a na ich szczycie sta³a ¦nie¿ka w zimowej ju¿ szacie, ca³a ¶niegiem okryta.
Gdy w koñcu czas pospo³u z zimnem zgoni³y mnie ze szczytu, siad³em na ³awce obok krzy¿a (kolejna ukrzy¿owana góra!) by przypomnieæ sobie dalsz± drogê, i wtedy zwróci³em uwagê na dwa szczyty omijane przez drogi: Bielec i Dzicz± Górê. Zielony szlak bieg³ blisko, jakie¶ 300 metrów od szczytów tych gór, ale zapewne niemal wszyscy omijali je w drodze na Skalnik – znany, bo zaliczany do korony i chwal±cy siê piêknymi widokami. Kto i po co mia³by tam i¶æ szukaj±c drogi w¶ród ¶wierków? Pomy¶la³em, ¿e z tymi nieznanymi górami bez oblicza jest jak z dniami mojego ¿ycia – niewyró¿niaj±cymi siê, zwyk³ymi dniami powszednimi, które przychodz±, ca³uj± mnie i odchodz± w przesz³o¶æ smutne, bo natychmiast zapominane. Pomy¶la³em, ¿e je¶li odnajdê te dwa szczyty i wejdê na nie, to nie tylko ofiarujê im to, czego tym górom brakuje, ale i sobie dam pamiêæ chwil im po¶wiêconych.
Moja mapa ró¿ni siê w szczegó³ach od przedstawianego terenu, wiêc pewno¶ci nie mam czy odszukane szczyty faktycznie by³y Bielcem i Dzicz± Gór±, ale akurat ten fakt mniej jest wa¿ny, bo w tej prawdziwej realno¶ci, mojej w³asnej, by³em na obu tych górach, ³±cz±c z nimi cz±stkê mojego czasu.
Po drodze by³a g³êboka Prze³êcz Rudawska, a za ni± Bielec, wspaniale prezentuj±cy swoje gêste, szadzi± pokryte lasy, które ogl±dane z przeciwleg³ego zbocza wydawa³y siê pi±æ pionow± ¶cian± na niebosiê¿n± wysoko¶æ. Szlak prowadz±cy zboczem Skalnika w dó³ ku prze³êczy czyni³ wielkie wra¿enie swoj± dziko¶ci±, spl±taniem kamiennego rumowiska z korzeniami drzew, martwymi, rozsypuj±cymi siê w próchno szcz±tkami, skacz±cym po kamieniach lub rozlewaj±cym siê miêdzy drzewami strumieniem, a wszystko w pó³mroku gêstego boru, w chmurny dzieñ listopadowy, surowe, pierwotne.
Pozna³em ró¿ne ¶cie¿ki: pn±ce siê po g³azach i ledwie widoczne; trawiaste, zasypane rudym igliwiem modrzewiowym; w±skie, gin±ce w¶ród drzew dró¿ki, i szerokie dukty le¶ne nikn±ce na zakrêcie i ponownie odnajduj±ce siê za nim; drogi zamglone, czasami b³otniste, a przecie¿ tak poci±gaj±ce swoj± dziko¶ci±, cisz±, samotno¶ci±.
W poprzek tych dró¿ek czasami wisia³y nitki z nawleczonymi nañ p³atkami ¶niegu - nachyla³em siê przechodz±c, a nie chc±c ich zerwaæ - ale te¿ bywa³o, ¿e gdy podnosi³em g³owê, nowe p³atki cichutko i powoli opada³y na mnie, czu³em wtedy ich ch³odny dotyk na twarzy.
Odpowiada³a mi pustka szlaku: pierwszego cz³owieka spotka³em na szczycie Skalnika, by³ to my¶liwy z wielk± armat± na plecach i bezwstydem na twarzy, gdy mówi³ o polowaniu na grub± zwierzynê, na sarny i jelenie, a dopiero w piêæ godzin pó¼niej min±³ mnie zasapany rowerzysta, tak wiêc tylko Jesieñ mi towarzyszy³a na swoich, bo jesiennych, mokrych i zamglonych, drogach Rudaw.