bigos - mĂłj pamiÄtnik, wspomnienia, uczucia, przeĹźycia ...
Założenie było takie, że korzystamy z lokalnego transportu (dojazd, powrót z gór), co pewien czas schodzimy do cywilizacji - Rafajłowa, Osmołoda i Mysliwka (dawna Ludwikówka).
Przejazd w tamtą stronę: nocny autobus do Lwowa, przesiadka do Iwano-Frankowska, marszrutką do Tatarowa. Powrót z Mysliwki bezpośrednim autobusem do Lwowa.
Wędrowanie górami trwało 8 dni:lNocleg w Tatarowie, podjazd stopem na szlak, wejście na Chomiak, Syniak, Mały Gorgan, zejście do doliny Zubrynki.llChaszczowanie lasem w kierunku na Stoły, wędrowanie doliną Doużyńca, dojście do Rafajłowej.llTaupiszyrka, Taupisz, wędrówka granicznym, nocleg na przełęczy Pereniz.llPołonina Ruszczyna, obie Sywule, zejście na przełęcz Borewka.llWejście na Ihrowiec, Wysoką i spadek do Osmołody.llDojazd gruzawikiem do Mszany, wspięcie się na Mołodą, spanie na Sołotwince.llWdrapanie się na Jajko Ilemskie, zejście na połoninę Mszana.llGórowanie, dołowanie przez Gorgan Ilemski, oba Pustoszaki i doczłapanie się do Mysliwki.l
Pięknie, ładna trasa :) Czekamy na zdjęcia!
Chętnie podzielę się wrażeniami i dołączę fotki. Przejrzałam różne relacje, te najświeższe i te odleglejsze: http://forum.bieszczady.info.pl/show...tkni%C4%99cie;
http://forum.bieszczady.info.pl/show...z-jesieni-2008
Teraz lepiej je czuję, rozumiem i znalazłam bardzo podobne refleksje.
. zamiast posumowania
Jak odpowiedzieć na postawione na początku pytanie - rozważanie ?
Czy Orłowicz miał rację pisząc że " Gorgany są o całe niebo ładniejsze od Bieszczadów " ?
Otóż osobiście nie mogę się z tym zgodzić.
W Gorganach wszystko jest dwa razy większe niż w Bieszczadach.
Większe są odległości, wieksze są lasy, większa niepewność pogody, większe bezludzie, większa samotność.
Dla mnie jednak bardziej pociągające są wędrówki połoninami smaganymi wiatrami niż skakanie po kamieniach lub przedzieranie się poprzez poskręcane kosówki.
Dla osób chcących się sprawdzić w surowych , twardych warunkach Gorgany będą atrakcyjnycm miejscem. Jak nie mamy potrzeby sprawdzać siebie to nie będzie nas tam tak bardzo ciągnęło.
Bieszczady potrafią być malownicze , miękkie , pełne nostalgi i wręcz nostalgicznych przeżyć.
Gorgany są twarde, szorstkie , dzikie i wyczerpujące.
Ot kilka osobistych refleksji.
Jeśli macie inne (lub po powrocie będziecie mieć) to zapraszam do podzielenia sie nimi.
Koniec Nie rozsądzę kwestii urody Bieszczadów i Gorganów, tak bardzo się różnią, że trudno je umieścić w tej samej konkurencji, szczęśliwie mogę korzystać z obu:-) Bez wątpienia w Gorganach wszystko jest większe, bardziej dzikie, prawie bezludne. Silniej można odczuwać samotność â dla mnie w pozytywnym znaczeniu. Gorgany uczą pokory i cierpliwości. Tamtejsza odległość ma inny wymiar - jak ostatnie ofermy przekraczaliśmy grubo godziny podane na szlaku, a trasy ciągnęły się jak z gumy. Na nic zdawały się pocieszenia âźjeszcze tylko ten grzbiecikâ âźza dwie godziny będzie metaâ;-). Stało się oczywiste, że do noclegu dotrzemy u kresu sił. Nie mieliśmy doświadczenia, kondycji, elastyczności i czasu, żeby improwizować. Należało bezwzględnie dotrzeć do celu czyli tam, gdzie było miejsce na namiot oraz woda. Chcieliśmy skorzystać ze sprawdzonych miejsc, a to oznaczało determinację w wędrowaniu. Trudno było sobie pozwolić na dłuższą kontemplację widoków czy leniuchowanie (hi hi wiem, komu ta wyprawa wyda się nieznośną;-) Ze względu na bardzo powolne tempo naszej wędrówki (takie jak wysokich górach, gdy brakuje tlenu;-)) serwowaliśmy sobie jedynie regeneracyjne odpoczynki. I jeszcze trafiały się niespodzianki, pogodowe i terenowe.
Gorgany to również ocean chybotliwych, seledynowych głazów...Najlepiej rozsmakować się w skakaniu po tych maszkaronach â a mi to nijak nie szło;-) Bardziej odpowiadał mi labirynt zielonych, leśnych serpentyn wijących się wśród korzeni napowietrznych, poziomujących pni, omszonych skamielin i końskich bagien...Atakujących drapaków oraz ślepaków nie dzierżyłam i toczyłam walkę na krew i życie.
I jakby przekomarzając się, góry kusiły jagodami sięgającymi po pachy i malinami tak słodkimi, że ciężko było maszerować;-)
A grzyby! Niech dalej rosną w spokoju, osiągając wielkość sporej patelni:)
Nie wspominając o innych florystycznych wykrzyknikach;-)
[ Trudno było sobie pozwolić na dłuższą kontemplację widoków czy leniuchowanie (hi hi wiem, komu ta wyprawa wyda się nieznośną;-) ] Jako milosnik gorskiego lenistwa poczulam sie jak wywolana do tablicy ;)
[
góry kusiły jagodami sięgającymi po pachy i malinami tak słodkimi, że ciężko było maszerować;-) ] To niesamowici kusiciele!!! Przez nich kiedys szlag trafil nasz plan dojscia na Popadie, doszlismy na Parenki, obzarlismy sie jak bączki i wrocilismy na Płysce.. :-D
Jako milosnik gorskiego lenistwa poczulam sie jak wywolana do tablicy ;) Tak, pomyślałam o Tobie, w końcu na forum znamy się jak "łyse konie":mrgreen:
Trochę tłumaczę się wymogami sytuacji, że tak trzeba było a nie inaczej wędrować.
Ale to też kwestia wyboru i upodobań. Lubię odszyfrowywać nazwy, namacalnie poznawać co znaczy np. Sywula, Osmołoda, Jajko Ilemskie;-)
W ten sposób wytyczam pewien plan, a potem go realizuję. A to czasem wymaga poświęceń;-)
Ja bardzo lubię Gorgany.
Dlatego że są inne niż wszystkie góry i jedyne na świecie.
To faktycznie są takie góry, gdzie się można sprawdzić.
Ale tak w ogóle - to lubię każde góry, dlatego że każde są inne.
O ja !!! Maciejko ! ależ wyciągnęłaś wykopaliska !
a my tu przygryzamy klawiatury czekając na świeżyznę.
Bez wątpienia w Gorganach wszystko jest większe, bardziej dzikie, prawie bezludne. Bez jaj. Obecnie Gorgany niczym nie różnią się od Bieszczad sprzed kilku lat. Fakt są bardziej strome zejścia i podejścia, ale pod względem ruchu turystycznego i łatwości pokonywania szlaków nie różnią się aż tak od Bieszczad. Podobnie rzecz ma się z bazą wypadową, noclegową czy komunikacją. Różnica jest jednak taka że dla turysty plecakowego Gorgany sa dostępne w zasadzie bez ograniczeń, a Bieszczady ograniczają przepisy o Parkach Narodowych. Tam nikt Cię nie zgani jak sobie rozbijesz namiot i zapalisz mały ogień. W Bieszczadach dostaniesz mandat.
Rozumiem, że porównujecie z naszymi Bieszczadami ?!!! Bo ukraińskie, to wciąż w większości raczej zapomniane góry.
Bubo - trza było drzeć na Popadię - już Orłowicz pisał, iż nie ma takiej drugiej panoramy w Karpatach. Ani śladu cywilizacji w postaci widocznych dróg, wiosek, domów, kolib itd itp
O ja !!! Maciejko ! ależ wyciągnęłaś wykopaliska !
a my tu przygryzamy klawiatury czekając na świeżyznę. Studzę emocje, temperuję wspomnienia, co by oszczędzić starym wyjadaczom Gorganów bólu mięśni twarzy;-)
Wracając do dyscypliny wyprawowej, to nie była ona żelazna;-)
Konsekwentnie szliśmy z punktu a do b, ale poza tym panowały luzy.
Można było rano pospać, wędrować swoim tempem, odpoczywać i jeść o dowolnej porze. A dzień był długi, trwał aż do nocy;-)
Obowiązywała jedna, jedyna zasada. Narzucona pod koniec dnia pierwszego i ugruntowana następnego â trzymamy się szlaku (hi hi już wiem, komu się to nie spodoba;-)
Bez jaj. Obecnie Gorgany niczym nie różnią się od Bieszczad sprzed kilku lat. Fakt są bardziej strome zejścia i podejścia, ale pod względem ruchu turystycznego i łatwości pokonywania szlaków nie różnią się aż tak od Bieszczad. Podobnie rzecz ma się z bazą wypadową, noclegową czy komunikacją. Różnica jest jednak taka że dla turysty plecakowego Gorgany sa dostępne w zasadzie bez ograniczeń, a Bieszczady ograniczają przepisy o Parkach Narodowych. Tam nikt Cię nie zgani jak sobie rozbijesz namiot i zapalisz mały ogień. W Bieszczadach dostaniesz mandat. Jaja były! Dwa razy! Sadzone (ukraińska jajecznica â jak to miejscowym wytłumaczyć?) oraz na twardo:-)
Natomiast jeśli chodzi o zacytowane refleksje,
to zdaje mi się, że nie są to wyłącznie subiektywne odczucia.
Mam swoje spostrzeżenia, ale ja świeżak jestem i mogę się mylić a nawet histeryzować;-)
A jak uzasadnić, że słoń jest duży? ;-)
Porównuję Bieszczady (nasze) i Gorgany, w kontekście odległości do pokonania i czasu przejść. W Bieszczadach wspięcie się szlakami na jakąś górkę, połoninę zajmuje maks. 3h, w Gorganach np. z Osmołody podobne wejścia zajmują min. 4h (większość to 5 â 7,5h). Dodajmy czas na zejście i popatrzmy na różnicę w długości wyprawy.
Zerknijmy na zaplecze turystyczno-noclegowe.
Zaplanujmy opcję wędrowania górami z zejściem co jakiś czas do cywilizacji, bez robienia pętli, ot takie widzimisię.
Tatarów - Rafajłowa 40 km (ewentualnie można krócej na Bukowel),
Rafajłowa - Osmołoda 40 km i nic po drodze,
Osmołoda â Ludwikówka 40 km i nic po drodze.
Ile kilometrów czy godzin trzeba pokonać w Bieszczadach wędrując górami do najbliższej miejscowości?
Pokombinujmy z kwaterami. Ile noclegów pod dachem (i najchętniej z łazienką:) znajdziemy przechodząc Gorgany? Czy w Osmołodzie poza Arniką jeszcze ktoś coś poleci? Znajdą się 2-3, 5-8 innych miejsc? A przy okazji, przy skrzyżowaniu, przystanku stoi taki obiekt.
Załącznik 29987 Załącznik 29986
Niszczeje od wielu lat. Czytałam relację z 2009, że można tam przenocować. Bez prądu, z wodą ze studni i sławojką. Czy jest to dawne schronisko? Coś kiedyś było o tym na forum...
Zdajmy się namiot â ponoć W Gorganach można wszędzie i bezkarnie.
W zasadzie rozbić się można wszędzie;-) Ale spróbujmy pokręcić nosem;-) i znaleźć w miarę płaskie polanki z dostępną wodą...Trochę się zejdzie.
Czy można bezkarnie szwendać się w rezerwacie ...hmm, o tym przy okazji opowiem.
Przejdźmy do ruchu turystycznego (porównuję dzisiejsze, nasze Bieszczady i Gorgany).
W Gorganach poruszając się szlakami, przechodząc przez najbardziej popularne szczyty, masywy zdarzyło mi się przez dwa dni nie spotkać żywej duszy. Przez parę dni, mogę na palcach jednej ręki policzyć napotkanych turystów. Jedyny moment kiedy było wyjątkowy ścisk to przy zejściu do Osmołody, wtedy minęły nas trzy podchodzące grupy.
Jak jest w Bieszczadach? Urlopowicze tłumnie prześcigają się w wejściu na Tarnicę, Wetlińską i Caryńską. Owszem, udaje wędrować takimi ścieżkami bieszczadzkimi, że nawet w czasie wakacji nie spotka się człowieka przez cały dzień, ale nie będzie to możliwe na uczęszczanych szlakach.
Jednak i w ukraińskich Karpatach turystów przybywa.
W Gorganach obecnie trasy stają się oznakowane, a szlaki przystosowane do wędrówki.
To znaczy, że zazwyczaj wiatrowały są usunięte ze ścieżki, kosówka wycięta. Kamyczki ułożone. Zazwyczaj;-)
Ale wystarczy zgubić maziaka na drzewie â wtedy sytuacja wygląda całkiem inaczej;-)
Reasumując: w Gorganach wszystko jest większe, bardziej dzikie, prawie bezludne:))
Załącznik 29988
Trasa była ładna, a kierunek słuszny.
Cały czas miałam wrażenie, że wchodzę i schodzę od właściwej strony;-)
Na przykład znacznie ciekawsze, wygodniejsze, łagodniejsze było podejście od strony Tatarowa na Chomiak i dalej masywem, niż drapanie się serpentynami od strony Osmołody na Wysoką.
W Tatarowie dostaliśmy nocleg zaraz przy przystanku, warunki były pensjonatowe, komfortowe. Małe pokoiki na piętrach, w każdym łazienka. Dostępna lodówka oraz tarasik:) Pani miła i gościnna, prowadziła również sklep przemysłowy w tym samym budynku. Do przystanku, co chwila podjeżdżały marszrutki - bez problemu można dotrzeć na różne szlaki.
Bardziej turystyczne, narciarskie są: wcześniejsza Jaremcza oraz dalszy Bukowel.
Od Tatarowa można podjechać do krzyżówki z drogą na Jasinię (ostry zakręt w lewo tuż przed mostem). Obok Motel oraz sklep â ostatni przed trasą:-). Kawałek dalej, w las wchodzi szlak zielony- jeszcze przedwojenny. Ścieżka elegancko wyłożona kamieniami, prowadzi długimi zakosami.
Załącznik 29990
http://forum.bieszczady.info.pl/atta...chmentid=29990
Można też podchodzić zielonym od Doliny Żeńca, ponoć morderczym, oraz czerwonym wschodniokarpackim , prowadzącym na Płoskę â zdaje się rozsądnym.
Szło się przyjemnie. Było szaro, mgliście i dżdżyście, ale bez silnego namiękania.
Załącznik 29991
I bez widoków:-(A miała być najpiękniejsza panorama w całych Gorganach!
Na znak protestu nie wspięliśmy się na Chomiak. Z bólem odkryliśmy, że wielka butla złotego napoju została w lodówce;-( Na pocieszenie zjedliśmy ciepłe, drugie śniadanie, które okazało się obiadokolacją;-)
Polana Chomiaków jest rozległa, dobra pod namioty (dochodząc mija się źródło), przy lesie majaczyła szopa, przy szlaku powstawała chata.
Załącznik 29992
Kiedyś w tych okolicach stało polskie schronisko. Z mgły wynurzyła się kapliczka â całkiem nowa.
Załącznik 29993 Załącznik 29994
Póki co, nie poczułam Gorganów â tych jasnozielonych patrząc z dołu;-) Ale powolutku zaczęła się kosodrzewina i głazowiska. Serce radośniej mi zabiło...
Załącznik 29995
w Gorganach wszystko jest większe [...]
http://forum.bieszczady.info.pl/atta...chmentid=29988 Czy ja wiem? Cisowianka jest malutka :mrgreen:
Czy ja wiem? Cisowianka jest malutka :mrgreen: Cisowianka malutka ? czy grzybek wielgachny ?
ale nie przeszkadzajmy
Czy ja wiem? Cisowianka jest malutka :mrgreen: Racja, wszystko jest względne;-)
Cisowianka malutka ? czy grzybek wielgachny ?
ale nie przeszkadzajmy Heniu! W antrakcie miłe i pożądane są rozmowy kuluarowe:))
Tymczasem w tle brzmi âźLa donna e mobileâ;-)
Po pierwszej radości na widok prawdziwego gorganu, przyszedł czas na zmierzenie się z rzeczywistością a potem na ciężką walkę o przetrwanie;-) Po kwadransie miałam dość, a po godzinie zdecydowanie czułam, że tego nie lubię (proszę mi o tym przypomnieć, jak znów zachce mi się jechać w Gorgany;-)) Zaprawdę nie był to mój żywioł, nie podobało mi się fikanie po tym przeróżnie ukształtowanym i nieprzewidywalnym grechocie skalnym. Jaskrawy żółtozielony kolor, uznałam za ostrzeżenie âźnie stawaj na mnie, jestem złośliwyâ;-)
Pół biedy, jak było do pokonania kilkanaście metrów, gorzej jak zapowiadał cały grzbiecik.
Różne strategie stosowałam: szybko i zamkniętymi oczyma lub powoli, na czworakach, z kijkami w zębach (wtedy przynajmniej bez niecenzuralnych słów;-). Bywało, że stawałam z silnym postanowieniem, że już ani kroku w przód ni w tył nie zrobię:-))
Jednak Syniak w sumie jakoś bezboleśnie przeszliśmy, natomiast Mały Gorgan â właśnie ten dał mi popalić. Nie dość, że wbrew nazwie wyglądał jak wielka pogruchotana kupa kamieni, to jeszcze wyprowadził nas w maliny;-)
Na szczęście, poza tym co pod nogami, można było zerkać na boki i chwilami spoza mgły wyłaniały się widoki. Odsłaniał się w dolinie Bukowel, wraz ze swoimi, olbrzymimi stacjami narciarskimi (nie twierdzę, że było to śliczne). Pokazywały się na krótko okoliczne górki - to było ładne i malownicze:-)
Jednak kamienie mocno nas wciągały. Intrygowały wielkością, formą, ułożeniem. Oraz te ustawione ręką ludzką, w czasie wojny â były to chyba stanowiska strzelnicze i te obecnie ustawione przez turystów â magiczne stosiki, figury.
Jakoś tak nas to zwiodło, że szlak nam zniknął i utknęliśmy w skamieniałym, zielonym morzu. Opcja zawrócenia została odrzucona, wobec tego zaczęliśmy schodzić w kierunku możliwego noclegu i również słońca, które wyjrzało na koniec dnia.
Ostatnim pocieszeniem były limby, na które od dawna polowałam i które mam nadzieję, naturalnie wyrosły. Osiągnęliśmy piętro lasu i zaczęło się gwałtowne spadanie. Całkiem niekontrolowane. Przy drugim zjeździe z poplątanymi kończynami i wygiętym kiju byłam mocno zła;-). Jednak strzykające, odgięte dziwnie odnóża mnie tak nie zmartwiły, jak nowiutki, skrzywiony kijek! Moje pierwsze w życiu kije!;-)) I jeszcze raz zjechałam, wygrzmociłam głową w pień, aż szyszki pospadały, wtedy ryknęłam niczym jeleń na rykowisku;-) Obiektywnie rzecz biorąc sytuacja niewiele się zmieniła, ale mi pomogło:-) Niczym ofiara wojny (losu;-), zeszłam na tyły frontu, pozwoliłam się asekurować i karaskałam się powolutku aż na sam dół, w maliny, mniam:-) I zaczęło robić się optymistycznie.
Minęliśmy szałas i zagrodę dla bydła. W dolinie pojawiła się droga.
I tą drogą szliśmy, szliśmy...Jak dla mnie, już dawno powinna się skończyć;-)
Nie było ciężko, ale już chciało się usiąść, odpocząć, zjeść i zasnąć...
Dla urozmaicenia, czasem pojawiał się stary żółty szlak, czasem nowy.
Jak uczepiliśmy się tego nowego, to nam zaraz przepadł wraz z drzewami na wyrębie, potem zaś mignął i znów znikł w korycie potoku. Zaczęło się zmierzchać i zdecydowaliśmy się na obóz, w takim wąskim miejscu na górce, w widełkach dwóch potoków. Nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł, bo poprzednicy zostawili ślad po ognisku oraz inne udogodnienia:-)
Ależ ta woda szumiała w nocy...
Mały Gorgan wzbudził najwięcej emocji, potem już żadna górka nie pozostawiła tyle wrażeń. Jednak zawsze z oddali oceniałam kolejne wierzchołki i zastanawiałam się, czy je pokonam. Zerkałam z niepokojem na te jasne placki na szczytach.
Następnego dnia była w planach Doboszanka, wiedzieliśmy, że tam nie będzie szlaków.
Popatrzyłam na nią, na ten długi kamienisty grzbiet i ...wymiękłam.
Załącznik 30091
A rano wstała piękna pogoda i raźno ruszyliśmy potokiem, przeszliśmy mostek, pożegnaliśmy się ze szlakiem, który nagle się odnalazł;-) Załącznik 30093
Minęliśmy polankę z miejscami noclegowymi, która wczoraj miała być celem. Powędrowaliśmy dalej wygodną drogą, wzdłuż wody, która doszła do szlabanów i różnych tabliczek.
Załącznik 30092
Droga jednak się nie przejmowała i szła dalej, to my razem z nią:-)
Napotkaliśmy sporą grupę rosłej młodzieży ukraińskiej, która po âźdobryj dieńâ poradziła nam zmykać, bo tam są Leśniki.
Odwrót jednak nie wchodził w rachubę.
Trudno, poszliśmy dalej piękną drogą, z całym poczuciem niewinności.
Szło się prawie jak w tatrzańskiej dolinie.
Załącznik 30094
Aż doszliśmy do kolejnego mostku, a za nim stała cała miejscowa ekipa oraz leśnicy. Wiadomo było co się święci...
Padło zwyczajowe przywitanie, po czym zapadła głęboka cisza.
Wystąpił człowiek w niebieskim mundurze ze złotymi pagonami.
- pozwolenie na przejście macie?
- nie macie â odpowiedziałam zgodnie.
- to ja poproszę Starszego.
Starszy wyglądał co najmniej, jak generał.
Wyciągnął służbową legitymację i pochwalił się udanym zdjęciem.
Spojrzał srogo, westchnął...
Znów spojrzał, westchnął...
To ja też westchnęłam ze zrozumieniem powagi sytuacji. A cała grupa z pełną napięcia ciekawością czekała co będzie dalej.
Wykorzystałam chwilę na złapanie oddechu i dalej objaśniać, że my nie na tę piekielną (może nie tak dosłownie;-) Doboszankę, ale do zwykłej drogi chcemy dojść, Krzyżówki zwanej Stoły. Absolutnie i bezwzględnie chcemy się stąd wydostać! Żadnych rezerwatów nie chcemy oglądać!
Moja determinacja była na tyle silna, zapewnienia godne wiary, a skrucha wielka, że Generał zażądał długopisu i kartki. Po czym kilkoma kreskami wyrysował naszą dalszą trasę, ostatni raz westchnął i nas zwolnił:-)
I tak los zrządził, że nie poszliśmy na Doboszankę.
Mimo podanych wskazówek szybko pojawiły się wątpliwości, czy to już ten zakręt Zubrynki, czy następny. Zapytaliśmy siedzących po krzakach jagodziarzy, którzy skierowali nas na pobliską ścieżkę;-)
Ścieżka nie dość że była cała pokryta wiatrowałami, to w końcu wspięła się do lasu i znikła.
No i zaczęło się chaszczowanie. Przynajmniej miałam okazję poznać prawdziwy, dziki gorgański las;-)
Dość długo tak się przedzieraliśmy, to spadając do potoku to podchodząc wyżej, trzymając ogólny kierunek. W końcu wypatrzyłam w dole ścieżkę, która okazała się całkiem szeroką, starą drogą. Jednak dość bagnistą i rozdeptaną przez pędzone tędy bydło. Przechodząc parę razy Doużyńca, podnosząc jakość wędrowania, jak po sznurku doprowadziła nas do Bystricy â Rafajłowej. Choć szło się bez wątpliwości i z czasem dość wygodnie, to jednak te kolejne kilometry zaczynały mnie nudzić. Zaczęłam niecierpliwie spoglądać na okoliczne góry. Jestem w Gorganach, a szwendam się po dolinach:???:.
Na szczęście pokazał się przysiółek i pierwsze zabudowania.
W końcu zaczęło się coś dziać:-)Kobiety wracały z pola z kosami, młodzież szalała na motorach, pojawił się pierwszy i najlepszy od trzech dni sklep:)))
Sklep sprawił, że nastał zmrok;-) do centrum Rafajłowej doszliśmy już po ciemku.
Za karę dostaliśmy po łapach, bo polecany przez Wojtka nocleg, okazał się na głucho zamknięty (znaczy, trzeba było się wcześniej umówić), pozostało szukać cokolwiek innego. Poszliśmy więc znów do sklepu;-) - najlepszej informacji turystycznej. Pani sklepowa od razu nas sieroty zgarnęła pod dach. Gmach był wielki, ale jeszcze w budowie. Jednak mogliśmy przespać się na łóżkach:-)
A rano, lubię ten moment, gdy słońce budzi i wstępują w człowieka nowe siły.
Wędrówka przez wieś w pełnym świetle, przejście przez most i znów motory na pylistej drodze.
Upał się rozkręcał, doszliśmy do krzyżówki, a tam sklep;-)
Te ostatnie zakupy sprawiły, że na nasze zgarbione plecy lał się żar z jasnego nieba, a trzeba było się wspinać. Basia zachęcała, że ładne widoki będą po drodze. Owszem, były niczego sobie, ale jakoś tak rozpływały się z gorąca;-) Zaczęliśmy tęsknić do granicy lasu.
Jeszcze jakieś wypasione ławki ze stołami się trafiły, co nas chwilę zatrzymało...I wtedy pojawiły się pierwsze pomruki burzy, która wkrótce nas dopadła. Minęliśmy plantacje egzotów i trzeba było jakoś przeczekać w jagodowych krzakach:-)
Chwilę się zeszło, grzmiało i padało. Jak zwykle, nie chciało mi się wyciągać stroju ochronnego â bo przecież to zaraz przeleci;-) i zmokłam jak należy;-))
Ale wędrówka to zmiany, zaraz powróciło słońce i zaczęło suszyć mokre gatki.
Przy okazji suszenia, ugotowaliśmy szybką zupę.
Szlak był wygodny, przystępny, bezludny i z czasem całkiem widokowy. Ukazał nam się jutrzejszy cel â dwie Sywule. Spory kawałek drogi mogłam oglądać je w pełnej krasie. Podobał mi się ten spacer grzbietem Taupiszyrki. W pewnym momencie dołączyły do nas słupki graniczne, stojące i leżące, które towarzyszyły nam aż do noclegu. Zeszliśmy kamienistą ścieżką z grzbietu, żeby za chwilę znów drapać się na Taupisz. Było lesisto, były polanki, było pięknie.
Mieliśmy dotrzeć do Połoniny Ruszczyna, jednak zmogło nas wcześniej. Postanowiliśmy rozbić się na Przełęczy Pereniz. Jeszcze należało zdobyć wodę. Dzienne kilkulitrowe zapasy zostały zużyte.
Zrzuciliśmy wszystko w krzaki i ruszyliśmy w dół na poszukiwanie źródła. Pomogli nam robotnicy leśni, ale nie tak od razu;-) Zbierali się do drogi wypalając ostatniego papierosa, załadowane drewnem maszyny czekały na zjazd. Dygnęłam grzecznie i spytałam, czy gdzieś tu nie ma wody (z mapy wyglądało, że powinna być). Panowie popatrzyli po sobie, popatrzyli na mnie, zaciągnęli się mocno dymem.
Niczym w kalamburach odegrałam całą scenkę z butelką, piciem i że już padam z nóg.
To już zrobiło nieco większe wrażenie, bo całkiem jasno i wyraźnie skierowali mnie na Ruszczynę;-)
Niech idę kawałek pod górę a za jakieś pół godziny wody będzie pod dostatkiem.
Tym razem do gestów dołączyłam żałosne jęki. Poddali się:-) Dokładnie wytłumaczyli, że zaraz za zakrętem znajdę źródło tryskające ze skały i napiję się do woli. Pięknie podziękowałam a maszyny za chwilę serpentyną zsuwały się w dół. Owa tajemnica âźmiejsca wodyâ za chwilę się wyjaśniła. Idąc do źródła, trzeba było minąć tymczasowy obóz robotników, gdzie mieli pozostawione swoje rzeczy. Chyba nie bardzo chcieli, żeby ktoś się kręcił obok obozu. A woda była przednia!
Można było zjeść gorącą kolację.
Na krawędzi snu usłyszałam silne dudnienie kopyt i rżenie âźKurcze! chyba te galopujące konie zobaczą namiot...?â Była pełnia, miałam nadzieję, że nie stratują nas po drodze. Ścianki materii, co za iluzja bezpieczeństwa. Spałam jak mysz pod miotłą.
[Na krawędzi snu usłyszałam silne dudnienie kopyt i rżenie âźKurcze! chyba te galopujące konie zobaczą namiot...?â Była pełnia, miałam nadzieję, że nie stratują nas po drodze. Ścianki materii, co za iluzja bezpieczeństwa. Spałam jak mysz pod miotłą.[/FONT] Wlasnie w bardzo podobnych okolicznosciach gorskiej fauny postanowilismy zbudowac "zeribę". Pewnie jej ochrona przed galopujacym koniami miala charakter jedynie psychiczny- ale zawsze cos ;)
https://lh3.googleusercontent.com/-q...0/IMG_0604.JPG
Wlasnie w bardzo podobnych okolicznosciach gorskiej fauny postanowilismy zbudowac "zeribę". Pewnie jej ochrona przed galopujacym koniami miala charakter jedynie psychiczny- ale zawsze cos ;) Niezłe zasieki:-) ale trochę czasu i materiału trzeba mieć na taką konstrukcję.
Taupiszyrka to jest zdecydowanie jakaś taka bardzie "beskidzka" niż gorgańska. Szłam tamtędy tylko raz, ale wyjątkowo podobała mi się droga jej grzbietem wprost z Rafajłowej - piękna, widokowa i taka "swojska". A już jesienią to tam musi być przecudnie, bo rosną buki, jarzębiny i brzozy.
Rano przełęcz była skąpana w słońcu, ból w łydce minął. Można było ruszać w drogę na Sywule. W miarę podchodzenia, coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że wczorajsza decyzja o noclegu była jak najbardziej słuszna. Ciężko byłoby pokonać te ostatnie pół godziny pod górę. Minęliśmy strome urwisko-uroczysko Piekło. I za chwilę odsłoniła się rozległa Połonina Ruszczyna (przerosła moje wyobrażenie). Namiotów było sporo, ale wielkość i ukształtowanie terenu pozwalało na dość luźne rozrzucenie obozowisk. Nad źródłem Bystrzycy Sołotwińskiej chwilę zabawiliśmy, gawędząc z turystami przy kolejnym uzupełnianiu wody. Były też konie, złapane kiedyś w galopie przez iaa, teraz spokojnie skubiące trawę. Podeszliśmy do ruin schroniska. Smętny widok â pagórek i porozrzucane, zarastające chaszczami kamienie.
Gdy w końcu trafiliśmy na leśną ścieżkę wspinającą się do góry, rozkręciła się pierwsza tego dnia burza. Trzeba było gdzieś przycupnąć. Z gór zeszli âźjagodziarzeâ, po chwili wszyscy skuleni czekaliśmy na przejście ulewy i grzmotów. Z podziwem patrzyłam na kondycję tych ludzi. W różnym wieku, od dzieci po starsze pokolenie, a wszyscy z pełnymi wiadrami 10-20l w zielonych plecaczkach â takich, jak u nas kiedyś były, ze skórzanymi paskami i metalowymi sprzączkami.
Już niecierpliwie przebierałam nogami, bo przecież te długo wyglądane Sywule czekają.
Burza minęła, powróciliśmy do wędrówki. Już nie czułam niepokoju przed trudem wspinaczki tylko chęć pokonania wysokości i spojrzenia na wszystko z góry;-)
Szybko się szło, mijaliśmy kolejne piętra - przy kosówce zawsze czuję to radosne podniecenie, zaczynam czuć góry i coraz częściej odwracam się, bo widoki zmieniają się jak kalejdoskopie. Pod nogami pojawiały się kępy rudego situ skuciny i niewielkie kamienie. Aż się zdziwiłam, gdy tak bezproblemowo wyrobioną ścieżką dotarłam do betonowego obelisku na Małej Sywuli.
Ledwie zdążyłam podsumować âźnie taki diabeł straszny...â, gdy trzeba było zaliczyć kolejną lekcję pokory;-)
Przy schodzeniu na siodło dopadła nas kolejna burza.
Nie było co się pchać na grań, znów trzeba było przeczekać kaprysy pogody.
W skalnym krajobrazie byliśmy âźpostaciami pierwszoplanowymiâ, trzeba było coś z tym zrobić. Z pomocą przyszły mi kamienne umocnienia z czasów I wojny światowej. Zabunkrowałam się w takim zagłębieniu. Przy odpowiednim skuleniu i zgarbieniu, w zielonej kurtce wyglądałam, jak każdy inny gorganik;-)
Epicentrum strzałów było poza nami, spod kaptura podziwiałam panoramę. Niestety, lejąca się woda nie pozwoliła na wyciągnięcie mapy i identyfikację wierzchołków. Góry były częściowo zanurzone w chmurach, ale było widać, gdzie leje, gdzie niebo rozświetlają błyskawice, a gdzie jeszcze świeci słońce. Po pół godzinie, trzech kwadransach zaczęło się robić zimno. Deszcz zelżał.
Popatrzyliśmy na Dużą Sywulę, ciągle napływały ciemne chmury. Wtedy zapadła decyzja â między burzami musimy przeskoczyć szczyt. Z dołu wyglądałam chyba, jak jaszczurka pomykająca czterema łapami po głazach;-) z wysuniętym językiem... do miotania hm...zaklęć? To czasem działa;-)
A potem wszystko przeszło, jak ręką odjął. Wypogodziło się i nie spadła już jedna kropla wody:-).
Napotkaliśmy kolejne, wojenne okopy â dobrze zachowane, misternie ułożone z kamieni - schody, ściany z widokiem na inne grzbiety.
Schodzenie, coraz to inna okolica, lasy, niewielkie połoniny, okazy botaniczne w tym różne, słodkie owoce:) Ładnie się wędrowało, ale znów jakby ciut przydługo;-) Łopuszna, trawersem Borewka. Mijaliśmy liczne źródełka przed noclegiem na przełęczy.
Znów na końcu trasy zaczęłam utykać. W domu zdiagnozowałam, że było to przesilenie ścięgna Achillesa. I skąd ten Grek nagle w Gorganach?;-)
Dotarliśmy na biwak znów po ciemku. Stroma, nasiąknięta wodą polana, dalej namioty gęsto ustawione przy ścianie lasu - jedyne miejsce do spania. Wcisnęliśmy się gdzieś między nie a krzaki. I od razu myk w śpiwór, ostatnia myśl âźkurcze, niech ta noga pozwoli mi iść w góry!â:-(
Opowiadaj dalej!
O miejscach, które odwiedziłem we wrześniu 2012.
https://picasaweb.google.com/1115214...020374/Gorgany
Jak widać na fotach, pogoda trafiła nam się wyśmienita.
Gorgany z bazą w Osmołodzie. Masowy wyjazd zorganizowany przez PTTK Rzeszów.
A tydzień wcześniej byłem w Czarnohorze
https://picasaweb.google.com/1115214...374/Czarnohora
Na Syniak i Chomiak weszliśmy z Polanicy.
Budynek w Osmołodzie, o którym piszesz - koło przystanku, to siedziba ichszego GOPR-u.
Zapajęczona tabliczka nad wejściem tak mówi.
Ale nie zgadzają mi się drzwi wejściowe! Na moim zdjęciu z września, są z drewnianej mozaiki.
Gabaryty budynku, ilość okien - O.K.
Pytałaś o miejsca noclegowe w Osmołodzie.
Tam, gdzie sklep "Oksanka" - właściciel Tolik wynajmuje cały dom. Miejsc w pokojach około 15.
Ale, jak mogę polecić - to w domu jego teściowej, bliżej tartaku (skrót do domu przez opuszczony barak szkolny), na pietrze, są 3 i 2 osobowe pokoje w lepszym standardzie.
Ze wspólną, obszerną łazienką. I oddzielnie - toaleta. Razem 5 pokoi.
Budynek w Osmołodzie, o którym piszesz - koło przystanku, to siedziba ichszego GOPR-u.
Zapajęczona tabliczka nad wejściem tak mówi. Ja nawet kiedys bylam w srodku w tym budynku, w gabinecie GOPRowca. Przyciagnal mnie tam coby spisac dokumenty i plan naszej trasy.
Opowiadaj dalej!
O miejscach, które odwiedziłem we wrześniu 2012.
https://picasaweb.google.com/1115214...020374/Gorgany
Jak widać na fotach, pogoda trafiła nam się wyśmienita.
Gorgany z bazą w Osmołodzie. Masowy wyjazd zorganizowany przez PTTK Rzeszów.
A tydzień wcześniej byłem w Czarnohorze
https://picasaweb.google.com/1115214...374/Czarnohora
Na Syniak i Chomiak weszliśmy z Polanicy.
Budynek w Osmołodzie, o którym piszesz - koło przystanku, to siedziba ichszego GOPR-u.
Zapajęczona tabliczka nad wejściem tak mówi. Dobra, wychodzi na to, że w Gorganach człowiek ma więcej czasu niż poza nimi;-)
Już się mobilizuję i za chwilę piszę o odcinku, który jest najbardziej znany.
O widzę, że się nawet plecakami ocieraliśmy;-)
Kanu, dzięki za relację z waszej wędrówki oraz kolejne miejscówki noclegowe w Osmołodzie, bo kto wie...;-)
Zatem wracam do tych chwil, póki jeszcze mocno siedzą w pamięci.
Były dwie możliwości dotarcia do Osmołody: zejście do doliny Bystryka i drogą wzdłuż potoku, potem w towarzystwie Łomnicy do Ryzarni oraz wędrówka górami przez Ihrowiec, Wysoką â i na tej bardzo mi zależało...
Szczęśliwie wszystko âźgoiło się jak na psieâ, po nocy noga była zregenerowana (wprawdzie problem powracał pod koniec dnia, ale dało się z tym żyć). Jest taki etap zapoznania się z górami, gdy organizm adaptuje się do wysiłku, zwiększa swoje możliwości, wie z czym trzeba się zmierzyć. Wyraźnie to czułam przy kolejnym dniu.
Od rana słońce grzało i wszystkie namioty wyrzuciły ciuchy na sznurki. My obwiesiliśmy okoliczne krzaki, sęki, gałęzie âuważając na cieknącą z drzew żywicę . Po wczorajszych burzach trzeba było pozbyć się wilgoci. Ranek szybko stawał się pełnym dniem, wkrótce trzeba było sprawnie się pakować.
Mimo wielu namiotów wokół, ruszyliśmy na szlak samotnie, część chyba zatrzymała się na dłużej â może zdobywali okolicę âźna lekkoâ, może łapali oddech. Brak towarzystwa mi nie przeszkadzał. Czułam skrzydła u ramion, siły wróciły, mogłam wędrować zgodnie z planem. A największa była ciekawość, jakie będą te kolejne góry. Prowadziła wygodna ścieżka, piękne widoki, ciekawe rośliny pod nogami i na gorganie. Nic nie zakłócało tej sielanki. Minęliśmy szczyty Ihrowca i Wysokiej. I nagle na szlaku się zaludniło...Z przeciwka wędrowała duża grupa, bardzo rozproszona. Wykończona upałem młodzież pytała nas o wodę. Co parę minut pojawiała kolejna dwójka, trójka, którą trzeba było krzepić na duchu informacją, że jakąś godzinę z hakiem, wody będzie w bród. Trochę mokrego mieli, ale widać było, że już oszczędzają te ostatnie zapasy. Jakiś czas później poznaliśmy przyczyny tej biedy, a w zasadzie ...nieroztropności?
Weszliśmy w strefę lasu i cienia. Wysokość spadała długimi, spokojnymi odcinkami. Boczna ścieżka sprowadziła nas do chatki, na mały odpoczynek. Przywitała nas para sympatycznych Rosjan, którzy szykowali się już do drogi. Uprzedzili, że z wodą jest ciężko - może uda się coś nabrać i chociaż czaj zagotować. Okazało się, że mijająca nas młodzież, zrobiła bagno ze stojącej wody â jedynej do picia i jeszcze rozpuścili w niej mydło. Już nawet sami nie mogli z niej skorzystać. Na szczęście jeszcze nam coś zostało z zapasów. Ale za jakąś chwilę okazało się, że na tę wodę chatkową liczą kolejne grupy idące z Osmołody. Najpierw spotkaliśmy męską grupę z różnych stron Ukrainy. Nawiązała się rozmowa z jednym z uczestników ze Lwowa. Opowiedział jak ojciec wręczył mu w dzieciństwie elementarz Falskiegoâ i tak to się zaczęło...Dziś jest dziennikarzem i polski bardzo się przydaje, ostatnio w Łodzi prowadził wywiad z Andrzejem Sapkowskim. Niepewnie zapytał czy znamy gościa i...rozpędziliśmy się w rozmowie;-) Ale czas było ruszać dalej. Może uszliśmy kwadrans, jak zaczęli się pojawiać ludzie z następnej, sporej grupy i znów w dużych odstępach. Z przodu Ci bardziej zaprawieni, chyba przewodnicy, później dochodziły ledwie dychające ze zmęczenia nastolatki pytające o wodę. Znów trzeba było pocieszać, że domek już blisko.
Dalej już schodziliśmy samotnie, ale coraz bardziej ciągnęło nas do cywilizacji - czyli uciech ciała;-)
Tuż nad Osmołodą, z widokiem na miejscowość, zginął nam szlak wraz z wyrębem. Niby nie problem, a jednak. Właśnie tutaj trzeba było gwałtownie zejść w dół, ale niekoniecznie samobójczo. Wygodny turysta się nie poddaje i szuka szlaku;-) Wkrótce w pogoni za znaczkami zaczęło się nieco pijane schodzenie zakosami. Wprawdzie piękny las, stare jodły, róża alpejska, tawuła średnia â ciekawostki botaniczne, ale to w prawo i w lewo przyprawiało mnie o zawrót głowy;-)
Już, już słuchać szum strumienia, już, już coś jaśnieje na kształt drogi, ale jeszcze trzeba było się trochę pokręcić;-)
I na zwieńczenie górskiego szlaku kolebiąca się wdzięcznie kładka, a potem drogą, drogą ku Osmołodzie:-)
Jeszcze most na Mołodą i widać pierwsze zabudowania, pojazdy różne jadą, ludzie chodzą...
Sklep âźOksankaâ mimo niedzieli otwiera podwoje i raczymy się piwem z kija:-)
Potem do rozstajów i zakrętami do âźArnikiâ
I jakby czas się zatrzymał:
Taka mała tabliczka , a tak wiele zawiera w sobie nadzieji..
Idziemy w kierunku strzałki boczną drogą pełną kałuż większych od drogi. Deszcz nieustannie przybija. Dochodzimy do ostatniego domu , a tu żadnych oznaczeń.
Wchodzimy do niego aby zapytać czy coś wiedzą o noclegach.
Dwoje małych gospodarzy chłopiec i dziewczynka w wieku początku podstawówki tłumaczą że dobrze trafiliśmy.
Noclegi to tutaj.
Pytamy o dorosłych. Mama pojechała do Kałusza a tata po turystów - słyszymy w odpowiedzi.
Co to za kraj gdzie samotne dzieciaki przyjmują obcych ?
Tak więc, minęło lat dziesięć a ta sama panienka nam drzwi otworzyła;-)
Julii i Wiktora jeszcze nie było jeszcze w domu.
Ich córka pięknie sobie radziła i przyjmowała gościnnie. Zaraz dostaliśmy pokój i ech...soliankę:-)
Szybki prysznic i poszliśmy do drugiego, ulubionego sklepu.
Nastąpiło intensywne chłonięcie miejscowego ducha...:-)
Dziwne to co piszesz ? Trochę dużo tego luda jak najdziksze góry w Karpatach.
Ależ klimaciki można smakować niczym kromkę z miodem.
Oj, ale mi się chce pojechać do Osmołody.
Dziwne to co piszesz ? Trochę dużo tego luda jak najdziksze góry w Karpatach.
(...) Wyrzuciłam komentarz ze swojej relacji, ale skoro Heniu masz taką refleksję...
Chyba już niedługo tej dzikości. Mam wrażenie, że gospodarze dość gwałtownie robią biznes na turystyce masowej.
Samodzielnych turystów spotkaliśmy kilku przez te parę dni łażenia (poza namotami na Ruszczynie i połoninie Mszana).
Natomiast jednego dnia na zejściu do Osmołody trzy duże grupy. Męska trzymała się w całości, czuło się kondycję, przygotowanie i organizację. Zaś te dwie młodzieżowe to jakieś nieporozumienie...
Trochę dużo tego luda jak najdziksze góry w Karpatach. Dzikie to one były... 10 lat temu jak nie było szlaków i wyciętej kosówki :)
Niestety...
Dzikie to one były... 10 lat temu jak nie było szlaków i wyciętej kosówki :)
Niestety... Mam świadomość, że udogodnienia z których tak chętnie korzystam z braku wyrobienia w terenie, również zachęcają innych do wejścia na ścieżki.
Ale, ale...te szlaki były już przed wojną, pięknie miejscami "wybrukowane" poprawdzone, w dodatku z możliwością wędrowania od schroniska do schroniska.
Jednak samotnych wędrowców nie ma dużo, plagą stają się duże grupy (przepraszam, nie umiem pozbyć się tego niechętnego spojrzenia, choć równie dobrze mogłabym być uczestnikiem). Ludziska wolą jak ktoś za nich pomyśli, wytyczy trasę, policzy odległość, poprowadzi jak po sznurku, zadba o nocleg z wodą...W ten sposób wpiszą w rejestr kolejną dużą, znaną górkę. Przy tym wyżyją się towarzysko i turystycznie.
(...)
Ale, ale...te szlaki były już przed wojną, pięknie miejscami "wybrukowane" poprawdzone, w dodatku z możliwością wędrowania od schroniska do schroniska.
(...). Gwoli wyjaśnienia, to nie do końca było tak. Trochę tak, a trochę nie tak, w zależności od tego o jakich latach mówimy.
Przeglądam właśnie książkę wydaną równe 100 lat temu (1912) przez Krajowy Związek Zdrojowisk i Uzdrowisk.
Czytamy tam :
Następnym ku wschodowi pasmem górskim są Gorgany, najdziksza, najtrudniej dostępna i najmniej odwiedzana przez turystów część Karpat, chociaż pięknością przewyższająca tak Czarnohorę jak Bieszczady. Wpływa na to brak kolei, brak siedzib ludzkich w głębi gór oraz dziewicze lasy (...) w części górnej panoszy się kosodrzewina tak gęsta i wysoka , że marsz przez nią jest niesłychanie męczący, bo dla przebycia każdego metra borykać się trzeba z zastępującymi ze wszech stron gałęziami. (...) Jedyne turystyczne schronisko w Gorganach znajduje się na polanie Baraniej na 20 min pod szczytem Chomiaka. Na szczy Chomiaka prowadzą znakomite i wygodne ścieżki jakim równych nie ma w Karpatach galicyjskich.
.
Wynika z tego cytatu , że 100 lat temu tylko Chomiak był dostępny, reszta to sama dzicz, ale potem w latach międzywojennych następował rozwój turystyki w Gorganach i z każdym kolejnym rokiem cywilizowały się (zupełnie jak w dzisiejszych latach)
Dzikie to one były... 10 lat temu jak nie było szlaków i wyciętej kosówki :)
Niestety... Przepraszam, nie mam już możliwości edytowania swojej wypowiedzi, a szkoda! więc napiszę inaczej.
Mam świadomość, że udogodnienia z których tak chętnie korzystam z braku wyrobienia w terenie, również zachęcają innych do wejścia na ścieżki.
Ale, ale...te szlaki były już przed wojną, pięknie miejscami "wybrukowane" poprowadzone, w dodatku z możliwością wędrowania od schroniska do schroniska.
Jednak samotnych wędrowców nie ma dużo, natomiast coraz częściej spotyka się duże grupy.
Wydaje mi się oczywiste, że dzięki turystyce zorganizowanej - z pomocą i opieką przewodnika w teren trudniejszy trafia znacznie więcej turystów, niż w przypadku samodzielnego wędrowania. I na szlaku zamiast sześciu osób spotyka się sześćdziesiąt. Przewodnicy ułatwiają więc zdobywanie tej "dziczy".
Natomiast co do sposobu wędrowania, wyboru między wędrowaniem samotnym, w parze, w grupce, czy w dużej grupie zorganizowanej - to już kwestia upodobań, możliwości, innych uwarunkowań...I nic mi do tego!
Gwoli wyjaśnienia, to nie do końca było tak. Trochę tak, a trochę nie tak, w zależności od tego o jakich latach mówimy.
Przeglądam właśnie książkę wydaną równe 100 lat temu (1912) przez Krajowy Związek Zdrojowisk i Uzdrowisk.
Czytamy tam :
Następnym ku wschodowi pasmem górskim są Gorgany, najdziksza, najtrudniej dostępna i najmniej odwiedzana przez turystów część Karpat, chociaż pięknością przewyższająca tak Czarnohorę jak Bieszczady. Wpływa na to brak kolei, brak siedzib ludzkich w głębi gór oraz dziewicze lasy (...) w części górnej panoszy się kosodrzewina tak gęsta i wysoka , że marsz przez nią jest niesłychanie męczący, bo dla przebycia każdego metra borykać się trzeba z zastępującymi ze wszech stron gałęziami. (...) Jedyne turystyczne schronisko w Gorganach znajduje się na polanie Baraniej na 20 min pod szczytem Chomiaka. Na szczy Chomiaka prowadzą znakomite i wygodne ścieżki jakim równych nie ma w Karpatach galicyjskich.
.
Wynika z tego cytatu , że 100 lat temu tylko Chomiak był dostępny, reszta to sama dzicz, ale potem w latach międzywojennych następował rozwój turystyki w Gorganach i z każdym kolejnym rokiem cywilizowały się (zupełnie jak w dzisiejszych latach) Miałam na myśli właśnie okres przed II wojną, lata dwudzieste i trzydzieste.
Posiadam jednak bardzo mizerną wiedzę na ten temat, coś mi się o uszy obiło, że było tych baz noclegowych blisko trzydzieści: schronisk i schronów.
Nie mam dojść do źródeł, a na pewno można to zweryfikować. Dariusz Dyląg w przewodniku "Gorgany" umieścił rozdział "Schroniska, których nie ma" z powołaniem się na wydawnictwo PTT z 1934r, ze stanem schronisk również w Gorganach. Obecnie nie mam dostępu do tej książki.
A bardzo zaciekawiło mnie jaka była pełna lista tych obiektów. Znalazłam zaledwie kilka.
To był właśnie ten intensywny rozwój turystyki.
Jeśli chodzi o szlaki, to poza wspomnianym na szczyt Chomiaka, to niewiele wiem więcej, jak wygladały inne trasy, czy też były przygotowane...?
Czuję, że było ich jednak więcej;-)
Zainteresowała mnie ta książka, może ktoś zna?
Przewodnik po Karpatach Wsch. Cz. 2 Gorgany - reprint Przewodnik po Beskidach Wschodnich - Gąsiorowski Henryk.
"Reprint wydania Książnicy Atlas, Lwów - Warszawa z 1935 r. Mimo, że od wydania przewodnika minęło blisko 70 lat, stanowi on podstawową lekturą dla turystów jadących w Karpaty Wschodnie. Wprawdzie część ogólna ma obecnie wartość wyłącznie historyczną, za to część szczegółowa jest kopalnią wiadomości krajoznawczych, które jednak trzeba dość żmudnie wyłuskiwać ze szczegółowych opisów tras turystycznych. Opisane są kolejno: 1. Doliny Mizuńki i Świcy. Dolina, Wygoda, Mizuńka, Mizuń, Ludwikówka, Świca, Wyszków 2. Doliny Czeczwy i Łomnicy. Rożniatów, Ilemnia, Suchodół, Perehińsko, Broszniów, Podlute, Osmołoda, Jała 3. Dolina Złotej Bystrzycy (Sołotwińskiej). Krechowce, Bohorodczany, Sołotwina, Skit Maniawski, Maniawa, Porohy, Huta 4. Dolina Czarnej Bystrzycy (Nadwórniańskiej). Nadwórna, Pasieczna, Zielona, Zielenica, Rafajłowa. Opisane są także niektóre szlaki turystyczne po stronie czechosłowackiej: okolice Synewiru i przeł. Okole."
I jeszcze coś co dziabka chwaliła się, że ma na półce;-) Lenkiewicz Stefan "Dawnymi szlakami Gorganów". To może by coś wyjaśniło.
A tak poza tym, na naszym forum jest wielu kompetetnych ludzi związanych z turystyką i zapewne jej historią, że w mig rozwieją te wątpliwości:-)
I jeszcze fragmenty z tamtych odległych czasów, które jakoś tak poruszają swoją bliskością a zarazem nierzeczywistością...
âźOd północy biegnie ku Gorganom kilka szlaków - kolejowa linja
podkarpacka wypuszcza ze Stanisławowa odnogę, zdążającą w głąb
gór aż ku ich granicznej krawędzi; są też dobre szosy automobilowe
i drogi kołowe - na szczęście nie wchodzące aż do wnętrza górskiej
krainy. Głębiej nieco, bo od Perehińska daleko ku źródłom Łomnicy dobiega kolejka leśna i druga z Nadwórnej - przez Rafajłową aż do Ozirnego. Inne tam też wydeptano drogi, dostępne dla zwinnego, ostrożnego konika huculskiego lub dla pieszego turysty. Są to ścieżki znakowane, âźobłazy", zacienione okapami skał, duchty, przez drwali wyrąbane, płaje pasterskie, âźtrapasze" owcze i âźpolowaczki" - przesmyki myśliwskie.
Na północy Gorgan znaczne obszary należą do właścicieli prywatnych z grecko-katolicką metropolją na czele i do przedsiębiorców leśnych i oni to przecięli drogi przez knieje a zbocza gór zeszpecili żałosnemi łysinami âźwagaszów" - starych zrębów, gdzie tkwią szare, martwe pnie i butwieje ruda leżanina.â
Huculszczyzna. Gorgany i Czarnohora
Ferdynand Antoni Ossendowski
I jeszcze jedno wspomnienie o tym jak się kiedyś podróżowało i wędrowało w Gorganach...
âźByła druga godzina po południu, gdy opuściłem Osmołodę, a w godzinę później stałem przy wejściowych schodach schroniska na Jali. Skromniutkie było i puste, oparte o czarne ściany świerkowego lasu. Upłynęło piętnaście godzin od chwili, gdy wsiadałem do pociągu w Krakowie. Schronisko było oddalone od Krakowa, licząc w przybliżeniu, ponad pół tysiąca kilometrów drogi, przebytej podkarpacką koleją, wąskotorówką i na piechotę: Było to w krainie sprzed pół wieku, cofniętej jeszcze w głąb czasu o dwa, trzy dziesiątki lat przez odcięcie od świata.
Z lekkim sercem i plecakiem, z którego zostawiłem sporą część w schronisku, ruszyłem o świcie następnego dnia głównym szlakiem karpackim na Wysoką. Głębokie, zielonogranatowe cienie podnosiły się nad stromym parowem, którym płynął potok Jal. Wysoko, bardzo wysoko, tysiąc metrów nade mną, stała narysowana na jasnym niebie Wysoka. Ale jakże do niej daleko. W łanach kosodrzewiny żółciły się wysepki kwiatów, pachniało i szeleściło. Minąłem uroczy domek myśliwski na grzbiecie i już nie była taka smukła i odległa Wysoka. Wyglądała jednak groźnie w skalnych zwaliskach, w pogmatwanych spiętrzeniach gorganu. Lekko mi było. Przewiewał chłodny poranny wiatr, a każdy krok dawał mi klucz do coraz rozleglejszego okręgu świata, który na szczycie Wysokiej jeszcze się poszerzył. Ciągnęła mnie dalekość i kusiła tajemniczość głębi dolinki Kuźmieńca. Pięły się z niej ku mnie limby, kołysane podmuchami. Ach! Nie można być wszędzie równocześnie, a chciałaby się być wszędzie. Zachwyciłem się tym szczytem i nie mogłem się napatrzeć. Czy mogłem wtedy przewidywać, że za trzydzieści parę lat, któregoś majowego dnia, gdy znalazłem się o siódmej rano na Haliczu, zobaczę na dalekim wschodzie błyszczącą śniegami ścianę wyraźnie zaznaczonego szczytu, w którym rozpoznam wzrokiem, a później sprawdzę na mapie ośnieżone o tej porze roku zbocze Wysokiej i Matachowa?
Ani się, spostrzegłem, a byłem już na maleńkiej przełączce przed Ihrowyszczem. Jego grzbiet przypominał ogromne śpiące zwierzę, a był to rozległy płaskowyż zasłany głazami, przeorany rowami strzeleckimi i poplątany zasiekami z czasu wojny, bez wyraźnego szczytowego wzniesienia. A potem zejście na łeb na szyję na przełęcz Borewka. Naprzeciwko mnie prawie pionowy próg Łopusznej. Stały tu przytulone do zbocza dwa schroniska, stare i nowe, które zbudowali dzielni działacze PTT z Kałusza. Gdy pomyślę dziś, że to niewielkie, osiemdziesięciu członków liczące Koło PTT potrafiło w ciągu trzech lat zbudować schroniska na Borewce i równocześnie na Pasiecznym Wierchu i nowe schronisko w dolinie Zubrynki pod Doboszanką - wiem, że było to dziełem paru entuzjastów. Trudno mi dziś przypomnieć sobie, czy było to zasługą profesora Sytnika, inż. Wiktora Rokity lub jeszcze kogoś, ale należy się tym bezimiennym działaczom pamięć, po stokroć pamięć, choćbyśmy zapomnieli ich nazwisk. Niechże nawet będą nieznane, lecz niechaj się o nich, pamięta.
Płaj przewijał się wśród uroczystego lasu. Była tu górna granica jego zasięgu, wyżej kosodrzewina walczyła z gorganem. Ja zaś zmagałem się z myślą, że za chwilę - och, już za tym potoczkiem z uroczą rynienką - zacznę schodzić w las coraz niżej i w coraz bardziej tajemniczą ciszę popołudnia. Jeszcze mi się odsłaniały dalekości najdziwniejszej części Karpat nad wąwozem Darowa, jeszcze dalej snuła się w mgle odległości Koretwyna, Pietros i Popadia, jeszcze wielkim napiętrzonym łukiem podnosiła się Mołoda i strzelista Grofa, ale wkrótce ogarnął mnie głośny, gadatliwy potok Bystryk, spieszący do -Łomnicy, do ludzi.â
Władysław Krygowski âźW litworowych i piarżystych kolebachâ
Kolejki wąskotorowe jeździły w Gorganach do roku 1999 lub 1997 (do odszukania). Zostały zniszczone w czasie wielkiej powodzi (które nota bene często nawiedzają ten rejon).
Jeszcze sporo polskich turystów po roku 1990 nimi jeździło.
Ja niestety pierwszy raz byłam w Gorganach w roku 2003 i widziałam już w Osmołodzie tylko tory zwisające smętnie nad rzeką.
Kiedyś znalazłam na Internecie obszerne opracowanie na temat schronisk w Karpatach Wschodnich. Jak znajdę - podam link.
W 1997 powódź zniszczyła większość torowisk (ten sam czas co wielka woda we Wrocławiu itp). W przewodniku Gudowskiego z 1997 jest masa porad gdzie i jak podjechać waskotorówką :)
Szkoda że już nieaktualnie i nie było mi dane z tego skorzystać.
Kolejki wąskotorowe jeździły w Gorganach do roku 1999 lub 1997 (do odszukania). Zostały zniszczone w czasie wielkiej powodzi (które nota bene często nawiedzają ten rejon).
Jeszcze sporo polskich turystów po roku 1990 nimi jeździło.
Ja niestety pierwszy raz byłam w Gorganach w roku 2003 i widziałam już w Osmołodzie tylko tory zwisające smętnie nad rzeką.
W 1997 powódź zniszczyła większość torowisk (ten sam czas co wielka woda we Wrocławiu itp). W przewodniku Gudowskiego z 1997 jest masa porad gdzie i jak podjechać waskotorówką :)
Szkoda że już nieaktualnie i nie było mi dane z tego skorzystać. Szkoda, to tylko parę lat wstecz a wydaje się tak odległą epoką!
Na szczęście jeszcze mamy marszrutki, automobile oraz inne pojazdy...
I ten odcinek będzie właśnie o lokalnym transporcie:-)
Chłonięcie klimatu trwało też następnego dnia, gdy po sutym śniadaniu mistrzostwa Julii (jaja sadzone z powodzeniem zastępowały jajecznicę) ruszyliśmy do ulubionego sklepu po obiecane, świeżo smażone czebureki.
Ociekające tłuszczem, nadziane co nieco mięsem, ciepłe pyszne placki. Wzięliśmy je na drogę (o, jak bardzo żałowałam, że w chwili zakupu miałam pełny brzuch i nie myślałam perspektywicznie;-) Jeszcze mały popitek, zapasy na czarną godzinę. I w drogę!
Ale! żeby tak bez pożegnania Oksankę opuścić!? Nie godzi się!
Właściwie wszystko szło zgodnie z planem, bo szukaliśmy transportu a gdzie najlepiej pytać jak nie w magazynie. Było to słuszne rozumowanie, bo na miejscu zastaliśmy całą ekipę kierowniczą ciężkiego sprzętu. Kierujący pojazdami raczyli się obiadośniadaniem â ryby, mięsa pieczone, świeży chlebek i złote z pianką;-) Skoro nasz transport się wzmacniał to nie pozostało nam nic innego, jak towarzyszyć w nabieraniu sił. W końcu ugadaliśmy się, że staniemy na rozdrożach, a który pierwszy przyjedzie ten nas weźmie. Nie chcąc psuć tej miejscowej konkurencji ruszyliśmy do krzyżówki, którą osiągnęliśmy wczoraj nadchodząc z przeciwnego kierunku. Ledwie zrzuciliśmy plecaki pod płotem pola namiotowego, gdy usłyszeliśmy a wnet i ujrzeliśmy w tumanach kurzu trzy ścigające się monstra.
Zgodnie z umową zgarnęliśmy się do prowadzącego peleton. Plecaki na pakę, my do szoferki.
To była pierwsza taka moja jazda:-) Kierowca przyznał się, że nie zna drogi, więc musi przepuścić kolegów. Droga była prosta jak strzelił i jedyna, ale co tam dyskutować - grunt, że kilometrów nie trzeba robić na nogach. Dojechaliśmy do Mszany, podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się, po czym każdy ruszył w swoją stronę.
Dziarsko potuptaliśmy w skwierczącym upale. Ale po chwili okazało się, że szczęście nadal nam sprzyja a obrany kierunek pasuje również ciężkiej maszynie mozolnie sunącej po kapryśnej nawierzchni.
I tym razem udało nam się zapakować do kabiny (w moim przypadku było nie lada wyczynem wgramolenie na tę wysokość - przy pierwszej próbie potoczyłam się do rowu z klamką w ręce;-)). Kapitalnie wyglądała zmiana biegów, gdy kierowca ciągnął za wajchę, ja wtedy ciągnęłam w górę swój plecak, a potem wszystko opadało siłą rzeczy;-) Wrażenia niezapomniane, podziwiam spokój tych ludzi. Mimo ślimaczego tempa, na wertepach rzucało niemiłosiernie na wszystkie strony. Jeszcze z przeciwka pojawił się inny sprzęt i trzeba było się pomieścić na wąskiej drodze. A gdzieś tam w głębi parowu szumiała Mołoda. To wszystko było tak emocjonujące, że przegapiliśmy czas zejścia z pokładu. Kierowca wprawdzie obiecywał, że wysadzi nas pod Mołodą i rzeczywiście słowa dotrzymał, góra widniała na horyzoncie tyle, że âźna skuśkęâ nijak nie można się było do niej dobrać;-)
Trzeba było sporo zawrócić i znów z uporem maniaka poszukać szlaku. Chwilę to trwało, znaczek złośliwie się schował, ale przy okazji zaraz na początku trasy zerknęłam na ruiny schroniska. Tylko kawałeczek muru pozostał. Nabraliśmy parę litrów wody ze źródła i pochłonęliśmy czebureki.
Zaczynał się najciekawszy etap wędrowania â poza zasięgiem mapy.
Jeszcze tylko najbliższy cel â majestatyczna Mołoda, mieścił się w lewym, górnym rogu, dalej trzeba było sobie poradzić.
Wyruszyliśmy na północny zachód od Osmołody.
Niestety, nie umiem tak poetycko oddać urody Gorganów jak Władysław Krygowski, łatwiej mi opowiedzieć o tych bardziej przyziemnych doznaniach;-)
Wędrowaliśmy w górę strumienia, potem przez powierzchnie leśnych kikutów, dalej przez jeszcze stojące dziewicze lasy, aż do poziomu kosówkowych schodów. Tam ogarnęło mnie zmęczenie, musiałam na chwilę zalec wciskając się w płożące pędy. Za chwilę znów pięliśmy się ku wierzchołkowi, ogarniając przez plecy rosnące widoki. Upał zelżał, nadchodziła rześkość zachodu.
Formy złagodniały, gruchoty spokorniały, zieloność pociemniała, błękit stał się niebiesko-różowy. Ścieżka wiernie towarzyszyła i nie prowadziła na manowce, wkrótce doczekaliśmy się podpisanej na tabliczce Mołodej. Ktoś z podobnego mi znaku horoskopu zostawił na wieszaku czapkę;-)
Gdzieś tak za szczytem dopadły mnie kulinarne fantazje;-)
Będąc szczęśliwą posiadaczką jaj na twardo i kiełbasy rodem z Osmołody, zaczęłam dumać jak je najlepiej spożytkować w porze kolacji:-) I nagle mnie natchnęło, że ugotuję żurek. Zupę w torebce miałam, jak również ziemniaczki. Czego chcieć więcej?! Nie przyszło mi do głowy, że może zabraknąć najważniejszego składnika...
Zaczęłam w skrytości ducha przygotowywać recepturę i gotować ten maciejkowy żurek (a co mi tam pierogowy czy browarowy;-) a rozchodzący się zapach przyprawiał o zawrót głowy (stąd brak fotek, bo trudno w takich warunkach strzelać z biodra;-). Będzie ze dwie godziny trwało to platoniczne pichcenie, przeminął zachód a potem zmierzch powitał nas w leśnych ostępach. Jeszcze nie ta polana, jeszcze nie ta łąka...i w końcu Sołotwinka z jednym namiotem. Przy ognisku siedziało dwóch młodych Ukraińców. Po krótkim powitaniu przeszliśmy szybko do rzeczy czyli ustalenia miejsca poboru mokrego. Na wstępie dostaliśmy wiadro zimnej wody na głowę;-) czyli, że niżej jest tylko kałuża w dodatku rozdeptana przez zwierzęta. Optymistycznie zabraliśmy się za rozbijanie namiotu a roje meszek usiłowały zjeść nas żywcem (czerwone kropki zdobiły mę facjatę przez jakieś dwa tygodnie, podobnie swędzenie odkrytych w ten czas kończyn;-) Potem raźno ruszyliśmy w dół, w ciemność i las szukać wody. Zaraz wysiadła jedna czołówka, druga ledwie bździła niemrawo próbując oświetlić teren. Coraz niżej zagłębiając się w chaszcze, wślepiając się w czarne i nieprzeniknione usiłowaliśmy dostrzec coś podobnego do rozdeptanej kałuży...Zielsko, gałęzie, jakieś kłody, błocko...ale z niczego nie dało się wycisnąć ni kropli. I nadeszła taka chwila, że trzeba było się poddać, przyjąć do wiadomości, że tego wieczoru już nic z tego nie będzie. Powlekliśmy się ponuro do obozu, żurek rozpłynął się w niebycie a jeszcze tak cholernie chciało się pić. Został nam może kubek wody, wydzieliliśmy sobie po dwa łyki przed spaniem i cześć. Oby do jutra!:-)
Ps. Jedno zwierzę spotkałam:-) Szło jeszcze wolniej niż ja;-)
No tak, taki mały drobiazg - woda
W Gorganach inaczej jest postrzegana.
No tak, taki mały drobiazg - woda
W Gorganach inaczej jest postrzegana. To właśnie sobie cenię w takich wyprawach - odzyskanie radości ze zwykłych rzeczy...
Ze snu o górskim potoku wyrwało mnie uporczywe dzwonienie, które za chwilę powędrowało dalej. Ale już obudziła się ciekawość;-). Wystawiłam głowę z namiotu w poszukiwaniu kudłato-wełnistego stada, ale zdziwiłam się, gdy zobaczyłam konie z dzwoneczkami;-).
To był odpowiedni moment na wstawanie i poszukiwanie wody.
Tę samą ścieżką, co wczoraj zaczęliśmy schodzić w głąb lasu. Stało się jasne, że całe błoto, rozdeptana wokół okolica to końska robota;-). Za dnia mieliśmy szansę wypatrzeć jakieś zagłębienie z wodą, albo źródło. Miejscami trafiał się grząski, błotnisty teren, ale żadnej kałuży do wykorzystania. Trzeba było jeszcze zejść spory kawałek. Bez plecaków, z nowymi siłami nie było to dokuczliwe, liczyło się przede wszystkim napełnienie butelek. Udało się! Usłyszeliśmy słaby szmer wypływającej wody i wkrótce znaleźliśmy całkiem spore źródło. Było krystaliczne, chłodne i cudownie gasiło pragnienie:-). Nieopodal była niewielka polanka kończąca się skarpą i widokiem na góry, były też ślady po obozowiskach. Napełniliśmy bukłaki i pognaliśmy pod górkę do namiotu.
Na naszej polanie zrobił się spory ruch, chłopaki wstali i pichcili śniadanie, towarzyszyły im konie, całe stado garnęło się do ludzi. Coraz bliżej nas skubały trawę i nieśmiało zerkały. Skoro one skubały to i mnie przypomniało się o niedoszłym żurku, natychmiast przystąpiłam do rzeczy. To było najlepsze śniadanie świata!:-).
Spakowaliśmy graty i ruszyliśmy na Jajko, byłam pozytywnie nastawiona do tej góry. Podobała mi się nazwa, podobał jej kształt, podobał słoneczny poranek na wędrowanie:-).
Pożegnaliśmy się z chłopakami, powiedzieli, że zaraz ruszą po naszych śladach.
âźA jużci, pomyślałam, za chwilę śmigniecie obok, aż się zakurzy...â
Ale nic takiego nie nastąpiło, byliśmy tylko my i góry. Po kolejnym postoju stwierdziłam, że najwyraźniej zmienili plany. A my się uparcie trzymaliśmy ścieżki, która wiodła bez przeszkód na szczyt. Jajko okazało się bardzo przyjazne, delikatnie âźgorgańskieâ:-), spokojnie pokonywaliśmy wysokość, podziwialiśmy widoki.
Wszystko tak łatwo, sprawnie poszło, że za chwilę rozpoczęło się schodzenie na nocleg. Trasa tamtego dnia była wyraźnie krótsza, w dobrej formie i za pełnego dnia dotarliśmy do celu, czyli na połoninę Mszana. W rzeczywistości to były raczej takie małe polanki śródleśne, zarośnięte okazałymi malinami. Najwięcej przestrzeni było wzdłuż stromej doliny z potokiem. Na skraju lasu stały ze dwa, trzy namioty. Wierciliśmy się i kręciliśmy, bo albo był albo spadek, albo kłody;-). Wcześniej w lesie widzieliśmy klepiska po obozach, ślady ognisk, pniaki do siedzenia. W końcu wygrała opcja bliżej wody i z widokiem, na trawiastym, opadającym skrawku - takim ledwie pod namiot. Rozstawiliśmy się, zjedliśmy coś szybkiego, ciepłego. Ulokowałam się na pniu kontemplując zielone grzbiety w zachodzącym słońcu, jedynym uprzykrzeniem były kąsające meszki. Niespodziewanie pojawił się jeden ze znajomych chłopaków, teraz oni szukali miejsca pod namiot;-) Nurtowało mnie którędy szli, bo wolniej niż my to się chyba nie da;-) Jednak poznawszy ich upodobania, domyśliłam się, że wędrowali po swojemu. Pochodzili z Wyszkowa, kolejny raz dwutygodniowe wakacje spędzali w paśmie Arszycy, łażąc po lasach i chaszczach. Poznawanie, pokonywanie terenu, dzikie życie w górach stanowiło czystą frajdę. Narobili mi smaka i żałowałam, że rozumiałam zaledwie dziesiątą część tej opowieści. Przy okazji, dowiedzieli się od nas o tym źródle poniżej Sołotwinki, ucieszyli się z tej informacji.
Tego wieczoru dopadł mnie lekko nostalgiczny nastrój, ostatnia noc pod niebem, następnego dnia pożegnanie z Gorganami...
Zazwyczaj ostatni dzień wygląda tak, że ciało jeszcze wędruje natomiast głowa zaczyna myśleć o sprawach cywilizacji, natomiast po powrocie do domu ciało wchodzi w codzienny kierat, zaś głowa wraca w góry...
Gorgany żegnały nas kolejnym, pięknym dniem.
Potok w dolinie (nie wiem czy była to Mszana, czy jej dopływ) był na tyle szeroki i wartki, że można było sprawić sobie lodowatą, budzącą do życia kąpiel. Pomachaliśmy chłopakom i ruszyliśmy na Gorgan Ilemski. Podchodząc mijaliśmy całe połacie martwego lasu, za plecami widniało Jajko. Podobało mi się w tym wędrowaniu przez Gorgany, że miałam w zasięgu wzroku zdobyte wierzchołki, już ich nazwy nie były dla mnie puste â w pamięci miałam ścieżki i wspomnienia z ich pokonywania...A przed sobą kolejne cele.
Północna część Gorganów nie była trudniejsza orientacyjnie. Choć bardziej bezludna i słabiej opracowana, praktycznie bez map. Nie była też bardziej wymagająca terenowo. Zapewne pojawiło przyzwyczajenie to pokonywania pewnych przeszkód, do nagłych skoków wysokości, ale też nie było, na przykład, uporczywego przedzierania się przez kosówkę. W trakcie przejścia Gorganów z południa na północ, nigdy nie przyszło nam walczyć z kosodrzewiną. Wyprawa była dla nas wyzwaniem kondycyjnym, jednak sprzyjało nam szczęście, pogoda też dopisywała. Udało się zrealizować w całości plany i zmieścić w czasie.
Stroma wspinaczka miała swoje plusy, szybko zmieniającą się roślinność i wyłaniające się gwałtownie widoki. Gorgan Ilemski dał się bezboleśnie zdobyć:)
To było ostatnie skakanie po żółtym grechocie skalnym, potem ścieżka wiodła przez piękną, rozległą Polanę Nimecką czy też połoninę i dalej w lasy na oba Pustoszaki. Moje oczy tak przyzwyczaiły się do omszonych głazów, widłakowych darni, łanów kosmatki olbrzymiej, paprociowych zarośli â że nawet teraz je widzę. Przy schodzeniu rosło bogactwo roślin, pojawiły się sędziwe jawory. Nasilało się też zmęczenie...I pewna desperacja â skoro trzeba się żegnać to niech już się stanie, wskoczmy w inny wymiar rzeczywistości.
Na dole okolica wyglądała znajomo: most nad rzeką i ciągnąca się kilometrami wieś. Tym razem była to Ludwikówka (Myśliwka). Z każdym krokiem po wyłupanym asfalcie oddalaliśmy się od gór i myśleliśmy o pogrążeniu się w luksusie...Najpierw załapaliśmy się na sklep, który ukoił nieco nasz smutek...Sam widok schodzących "jagodziarzy" (czy też "borówkarzy";-) z gór dodał nam otuchy. Jagodziarze oddali bańki do skupu, po czym ruszyli do baraczku na piwko. To my za nimi:-)
Siedliśmy zgodnie pod płotem i nic nie mówiąc sączyliśmy zimne, patrząc o zachodzie słońca na to co przed nami, a właściwie za nami...
Potem powlekliśmy się dalej, a towarzyszyły nam miejscowe pieski. Minęliśmy âźzamek obronnyâ - miejsce wypoczynku oficjeli ukraińskich i lądowisko dla śmigłowców. Po czym kawałek dalej wpadliśmy w pułapkę dla turystów. Tak, daliśmy się złapać, bo nasza czujność cywilizacyjna była uśpiona. Trafiliśmy na nocleg w miejsce drogie i dziwaczne. Po nieudanej kolacji postanowiliśmy powrócić do baraczku na piwo. I to co lubię w tych wioskach - jak pojawia się klient to sklep się otwiera;-)
Wzięliśmy złociste na miejscu i zrobiliśmy wywiad względem komunikacji dnia następnego.
Informowała nas zza płotu cała rodzina pani sklepowej w humorach wieczorowo-świątecznych;-) Nie byliśmy pewni naszego porozumienia, ale ustaliliśmy, że rano będzie jechał autobus do Lwowa...
I był! Wszystko się zgadzało. A potem to już nas nieubłaganie wiozło ku granicy, na której poczuliśmy, co znaczy przejście piesze...Już rozumiem te całe torby z prażonym ziarnem słonecznika;-)
A i tak powrót był udany, bo trwał całe trzy dni, przebiegał przez Przemyśl, Pogórze i Bieszczady:-)
Fajnie się z Tobą wędrowało - dzięki! A jeśli chodzi o jagodziarzy to już sama nazwa wskazuje, że zbierają borówki :) To tak jak z wyjściem z domu - jak na spacer, boisko czy plac zabaw z dzieckiem to wiadomo, że się idzie na pole (a nie na czyjś dwór :wink:), a jak na zakupy, do kina to wtedy idzie się na miasto, czyli jagodziarz idzie na borówki :)
Fajnie się z Tobą wędrowało - dzięki! A to miło! Dzięki:-)
A jeśli chodzi o jagodziarzy to już sama nazwa wskazuje, że zbierają borówki :) To tak jak z wyjściem z domu - jak na spacer, boisko czy plac zabaw z dzieckiem to wiadomo, że się idzie na pole (a nie na czyjś dwór :wink:), a jak na zakupy, do kina to wtedy idzie się na miasto, czyli jagodziarz idzie na borówki :) Bazylu, w Gorganach podobnie jak w innych górach, rosły borówki: czarna, brusznica, halna.
Jednak miejscowi nie wyrywali całych krzaków, a zbierali wyłącznie ich owoce czyli jagody:-)
Przy okazji, lasy przez które wędrowaliśmy były przeważnie iglaste, wobec tego namiot rozbijaliśmy na igliwiu â natomiast turyści z południowej Polski przemierzają lasy szpilkowe i stawiają namioty na ...szpilkowiu? brrr...;-)
Ps. Kiedy ruszam w miasto :mrgreen: wychodzę na dwór i niestety, żal serce ściska, ale nie widzę pola:cry:
;)
...Z każdym krokiem po wyłupanym asfalcie oddalaliśmy się od gór i myśleliśmy o pogrążeniu się w luksusie ... Od 2 września podążałem po cichutku kilka kroków za wami i podglądałem oraz podsłuchiwałem, jak wam się wędruje. Miałem ten komfort, że było to w myślach. I w tym momencie nie idę dalej za wami, by się pogrążać:) Robię w tył zwrot i gnam z powrotem, gdzieś w stronę Popadii.
Od 2 września podążałem po cichutku kilka kroków za wami i podglądałem oraz podsłuchiwałem, jak wam się wędruje. Miałem ten komfort, że było to w myślach. I w tym momencie nie idę dalej za wami, by się pogrążać:) Robię w tył zwrot i gnam z powrotem, gdzieś w stronę Popadii. Wojtku, zatem byłeś cierpliwym towarzyszem podróży:-).
I masz rację, coraz mocniej mnie dusi - nie podążaj w tę stronę!
Popadia powiadasz, no jeszcze mnie tam nie było...;-)
Bazylu, w Gorganach podobnie jak w innych górach, rosły borówki: czarna, brusznica, halna.
Jednak miejscowi nie wyrywali całych krzaków, a zbierali wyłącznie ich owoce czyli jagody:-)
Przy okazji, lasy przez które wędrowaliśmy były przeważnie iglaste, wobec tego namiot rozbijaliśmy na igliwiu â natomiast turyści z południowej Polski przemierzają lasy szpilkowe i stawiają namioty na ...szpilkowiu? brrr...;-)
Ps. Kiedy ruszam w miasto :mrgreen: wychodzę na dwór i niestety, żal serce ściska, ale nie widzę pola:cry:
;)
Kaszubi, zamiast do piwnicy schodzą do.. sklepu!
Pięęęękna nasza Polska cała:roll: !!!
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Przejazd w tamtą stronę: nocny autobus do Lwowa, przesiadka do Iwano-Frankowska, marszrutką do Tatarowa. Powrót z Mysliwki bezpośrednim autobusem do Lwowa.
Wędrowanie górami trwało 8 dni:lNocleg w Tatarowie, podjazd stopem na szlak, wejście na Chomiak, Syniak, Mały Gorgan, zejście do doliny Zubrynki.llChaszczowanie lasem w kierunku na Stoły, wędrowanie doliną Doużyńca, dojście do Rafajłowej.llTaupiszyrka, Taupisz, wędrówka granicznym, nocleg na przełęczy Pereniz.llPołonina Ruszczyna, obie Sywule, zejście na przełęcz Borewka.llWejście na Ihrowiec, Wysoką i spadek do Osmołody.llDojazd gruzawikiem do Mszany, wspięcie się na Mołodą, spanie na Sołotwince.llWdrapanie się na Jajko Ilemskie, zejście na połoninę Mszana.llGórowanie, dołowanie przez Gorgan Ilemski, oba Pustoszaki i doczłapanie się do Mysliwki.l
Pięknie, ładna trasa :) Czekamy na zdjęcia!
Chętnie podzielę się wrażeniami i dołączę fotki. Przejrzałam różne relacje, te najświeższe i te odleglejsze: http://forum.bieszczady.info.pl/show...tkni%C4%99cie;
http://forum.bieszczady.info.pl/show...z-jesieni-2008
Teraz lepiej je czuję, rozumiem i znalazłam bardzo podobne refleksje.
. zamiast posumowania
Jak odpowiedzieć na postawione na początku pytanie - rozważanie ?
Czy Orłowicz miał rację pisząc że " Gorgany są o całe niebo ładniejsze od Bieszczadów " ?
Otóż osobiście nie mogę się z tym zgodzić.
W Gorganach wszystko jest dwa razy większe niż w Bieszczadach.
Większe są odległości, wieksze są lasy, większa niepewność pogody, większe bezludzie, większa samotność.
Dla mnie jednak bardziej pociągające są wędrówki połoninami smaganymi wiatrami niż skakanie po kamieniach lub przedzieranie się poprzez poskręcane kosówki.
Dla osób chcących się sprawdzić w surowych , twardych warunkach Gorgany będą atrakcyjnycm miejscem. Jak nie mamy potrzeby sprawdzać siebie to nie będzie nas tam tak bardzo ciągnęło.
Bieszczady potrafią być malownicze , miękkie , pełne nostalgi i wręcz nostalgicznych przeżyć.
Gorgany są twarde, szorstkie , dzikie i wyczerpujące.
Ot kilka osobistych refleksji.
Jeśli macie inne (lub po powrocie będziecie mieć) to zapraszam do podzielenia sie nimi.
Koniec Nie rozsądzę kwestii urody Bieszczadów i Gorganów, tak bardzo się różnią, że trudno je umieścić w tej samej konkurencji, szczęśliwie mogę korzystać z obu:-) Bez wątpienia w Gorganach wszystko jest większe, bardziej dzikie, prawie bezludne. Silniej można odczuwać samotność â dla mnie w pozytywnym znaczeniu. Gorgany uczą pokory i cierpliwości. Tamtejsza odległość ma inny wymiar - jak ostatnie ofermy przekraczaliśmy grubo godziny podane na szlaku, a trasy ciągnęły się jak z gumy. Na nic zdawały się pocieszenia âźjeszcze tylko ten grzbiecikâ âźza dwie godziny będzie metaâ;-). Stało się oczywiste, że do noclegu dotrzemy u kresu sił. Nie mieliśmy doświadczenia, kondycji, elastyczności i czasu, żeby improwizować. Należało bezwzględnie dotrzeć do celu czyli tam, gdzie było miejsce na namiot oraz woda. Chcieliśmy skorzystać ze sprawdzonych miejsc, a to oznaczało determinację w wędrowaniu. Trudno było sobie pozwolić na dłuższą kontemplację widoków czy leniuchowanie (hi hi wiem, komu ta wyprawa wyda się nieznośną;-) Ze względu na bardzo powolne tempo naszej wędrówki (takie jak wysokich górach, gdy brakuje tlenu;-)) serwowaliśmy sobie jedynie regeneracyjne odpoczynki. I jeszcze trafiały się niespodzianki, pogodowe i terenowe.
Gorgany to również ocean chybotliwych, seledynowych głazów...Najlepiej rozsmakować się w skakaniu po tych maszkaronach â a mi to nijak nie szło;-) Bardziej odpowiadał mi labirynt zielonych, leśnych serpentyn wijących się wśród korzeni napowietrznych, poziomujących pni, omszonych skamielin i końskich bagien...Atakujących drapaków oraz ślepaków nie dzierżyłam i toczyłam walkę na krew i życie.
I jakby przekomarzając się, góry kusiły jagodami sięgającymi po pachy i malinami tak słodkimi, że ciężko było maszerować;-)
A grzyby! Niech dalej rosną w spokoju, osiągając wielkość sporej patelni:)
Nie wspominając o innych florystycznych wykrzyknikach;-)
[ Trudno było sobie pozwolić na dłuższą kontemplację widoków czy leniuchowanie (hi hi wiem, komu ta wyprawa wyda się nieznośną;-) ] Jako milosnik gorskiego lenistwa poczulam sie jak wywolana do tablicy ;)
[
góry kusiły jagodami sięgającymi po pachy i malinami tak słodkimi, że ciężko było maszerować;-) ] To niesamowici kusiciele!!! Przez nich kiedys szlag trafil nasz plan dojscia na Popadie, doszlismy na Parenki, obzarlismy sie jak bączki i wrocilismy na Płysce.. :-D
Jako milosnik gorskiego lenistwa poczulam sie jak wywolana do tablicy ;) Tak, pomyślałam o Tobie, w końcu na forum znamy się jak "łyse konie":mrgreen:
Trochę tłumaczę się wymogami sytuacji, że tak trzeba było a nie inaczej wędrować.
Ale to też kwestia wyboru i upodobań. Lubię odszyfrowywać nazwy, namacalnie poznawać co znaczy np. Sywula, Osmołoda, Jajko Ilemskie;-)
W ten sposób wytyczam pewien plan, a potem go realizuję. A to czasem wymaga poświęceń;-)
Ja bardzo lubię Gorgany.
Dlatego że są inne niż wszystkie góry i jedyne na świecie.
To faktycznie są takie góry, gdzie się można sprawdzić.
Ale tak w ogóle - to lubię każde góry, dlatego że każde są inne.
O ja !!! Maciejko ! ależ wyciągnęłaś wykopaliska !
a my tu przygryzamy klawiatury czekając na świeżyznę.
Bez wątpienia w Gorganach wszystko jest większe, bardziej dzikie, prawie bezludne. Bez jaj. Obecnie Gorgany niczym nie różnią się od Bieszczad sprzed kilku lat. Fakt są bardziej strome zejścia i podejścia, ale pod względem ruchu turystycznego i łatwości pokonywania szlaków nie różnią się aż tak od Bieszczad. Podobnie rzecz ma się z bazą wypadową, noclegową czy komunikacją. Różnica jest jednak taka że dla turysty plecakowego Gorgany sa dostępne w zasadzie bez ograniczeń, a Bieszczady ograniczają przepisy o Parkach Narodowych. Tam nikt Cię nie zgani jak sobie rozbijesz namiot i zapalisz mały ogień. W Bieszczadach dostaniesz mandat.
Rozumiem, że porównujecie z naszymi Bieszczadami ?!!! Bo ukraińskie, to wciąż w większości raczej zapomniane góry.
Bubo - trza było drzeć na Popadię - już Orłowicz pisał, iż nie ma takiej drugiej panoramy w Karpatach. Ani śladu cywilizacji w postaci widocznych dróg, wiosek, domów, kolib itd itp
O ja !!! Maciejko ! ależ wyciągnęłaś wykopaliska !
a my tu przygryzamy klawiatury czekając na świeżyznę. Studzę emocje, temperuję wspomnienia, co by oszczędzić starym wyjadaczom Gorganów bólu mięśni twarzy;-)
Wracając do dyscypliny wyprawowej, to nie była ona żelazna;-)
Konsekwentnie szliśmy z punktu a do b, ale poza tym panowały luzy.
Można było rano pospać, wędrować swoim tempem, odpoczywać i jeść o dowolnej porze. A dzień był długi, trwał aż do nocy;-)
Obowiązywała jedna, jedyna zasada. Narzucona pod koniec dnia pierwszego i ugruntowana następnego â trzymamy się szlaku (hi hi już wiem, komu się to nie spodoba;-)
Bez jaj. Obecnie Gorgany niczym nie różnią się od Bieszczad sprzed kilku lat. Fakt są bardziej strome zejścia i podejścia, ale pod względem ruchu turystycznego i łatwości pokonywania szlaków nie różnią się aż tak od Bieszczad. Podobnie rzecz ma się z bazą wypadową, noclegową czy komunikacją. Różnica jest jednak taka że dla turysty plecakowego Gorgany sa dostępne w zasadzie bez ograniczeń, a Bieszczady ograniczają przepisy o Parkach Narodowych. Tam nikt Cię nie zgani jak sobie rozbijesz namiot i zapalisz mały ogień. W Bieszczadach dostaniesz mandat. Jaja były! Dwa razy! Sadzone (ukraińska jajecznica â jak to miejscowym wytłumaczyć?) oraz na twardo:-)
Natomiast jeśli chodzi o zacytowane refleksje,
to zdaje mi się, że nie są to wyłącznie subiektywne odczucia.
Mam swoje spostrzeżenia, ale ja świeżak jestem i mogę się mylić a nawet histeryzować;-)
A jak uzasadnić, że słoń jest duży? ;-)
Porównuję Bieszczady (nasze) i Gorgany, w kontekście odległości do pokonania i czasu przejść. W Bieszczadach wspięcie się szlakami na jakąś górkę, połoninę zajmuje maks. 3h, w Gorganach np. z Osmołody podobne wejścia zajmują min. 4h (większość to 5 â 7,5h). Dodajmy czas na zejście i popatrzmy na różnicę w długości wyprawy.
Zerknijmy na zaplecze turystyczno-noclegowe.
Zaplanujmy opcję wędrowania górami z zejściem co jakiś czas do cywilizacji, bez robienia pętli, ot takie widzimisię.
Tatarów - Rafajłowa 40 km (ewentualnie można krócej na Bukowel),
Rafajłowa - Osmołoda 40 km i nic po drodze,
Osmołoda â Ludwikówka 40 km i nic po drodze.
Ile kilometrów czy godzin trzeba pokonać w Bieszczadach wędrując górami do najbliższej miejscowości?
Pokombinujmy z kwaterami. Ile noclegów pod dachem (i najchętniej z łazienką:) znajdziemy przechodząc Gorgany? Czy w Osmołodzie poza Arniką jeszcze ktoś coś poleci? Znajdą się 2-3, 5-8 innych miejsc? A przy okazji, przy skrzyżowaniu, przystanku stoi taki obiekt.
Załącznik 29987 Załącznik 29986
Niszczeje od wielu lat. Czytałam relację z 2009, że można tam przenocować. Bez prądu, z wodą ze studni i sławojką. Czy jest to dawne schronisko? Coś kiedyś było o tym na forum...
Zdajmy się namiot â ponoć W Gorganach można wszędzie i bezkarnie.
W zasadzie rozbić się można wszędzie;-) Ale spróbujmy pokręcić nosem;-) i znaleźć w miarę płaskie polanki z dostępną wodą...Trochę się zejdzie.
Czy można bezkarnie szwendać się w rezerwacie ...hmm, o tym przy okazji opowiem.
Przejdźmy do ruchu turystycznego (porównuję dzisiejsze, nasze Bieszczady i Gorgany).
W Gorganach poruszając się szlakami, przechodząc przez najbardziej popularne szczyty, masywy zdarzyło mi się przez dwa dni nie spotkać żywej duszy. Przez parę dni, mogę na palcach jednej ręki policzyć napotkanych turystów. Jedyny moment kiedy było wyjątkowy ścisk to przy zejściu do Osmołody, wtedy minęły nas trzy podchodzące grupy.
Jak jest w Bieszczadach? Urlopowicze tłumnie prześcigają się w wejściu na Tarnicę, Wetlińską i Caryńską. Owszem, udaje wędrować takimi ścieżkami bieszczadzkimi, że nawet w czasie wakacji nie spotka się człowieka przez cały dzień, ale nie będzie to możliwe na uczęszczanych szlakach.
Jednak i w ukraińskich Karpatach turystów przybywa.
W Gorganach obecnie trasy stają się oznakowane, a szlaki przystosowane do wędrówki.
To znaczy, że zazwyczaj wiatrowały są usunięte ze ścieżki, kosówka wycięta. Kamyczki ułożone. Zazwyczaj;-)
Ale wystarczy zgubić maziaka na drzewie â wtedy sytuacja wygląda całkiem inaczej;-)
Reasumując: w Gorganach wszystko jest większe, bardziej dzikie, prawie bezludne:))
Załącznik 29988
Trasa była ładna, a kierunek słuszny.
Cały czas miałam wrażenie, że wchodzę i schodzę od właściwej strony;-)
Na przykład znacznie ciekawsze, wygodniejsze, łagodniejsze było podejście od strony Tatarowa na Chomiak i dalej masywem, niż drapanie się serpentynami od strony Osmołody na Wysoką.
W Tatarowie dostaliśmy nocleg zaraz przy przystanku, warunki były pensjonatowe, komfortowe. Małe pokoiki na piętrach, w każdym łazienka. Dostępna lodówka oraz tarasik:) Pani miła i gościnna, prowadziła również sklep przemysłowy w tym samym budynku. Do przystanku, co chwila podjeżdżały marszrutki - bez problemu można dotrzeć na różne szlaki.
Bardziej turystyczne, narciarskie są: wcześniejsza Jaremcza oraz dalszy Bukowel.
Od Tatarowa można podjechać do krzyżówki z drogą na Jasinię (ostry zakręt w lewo tuż przed mostem). Obok Motel oraz sklep â ostatni przed trasą:-). Kawałek dalej, w las wchodzi szlak zielony- jeszcze przedwojenny. Ścieżka elegancko wyłożona kamieniami, prowadzi długimi zakosami.
Załącznik 29990
http://forum.bieszczady.info.pl/atta...chmentid=29990
Można też podchodzić zielonym od Doliny Żeńca, ponoć morderczym, oraz czerwonym wschodniokarpackim , prowadzącym na Płoskę â zdaje się rozsądnym.
Szło się przyjemnie. Było szaro, mgliście i dżdżyście, ale bez silnego namiękania.
Załącznik 29991
I bez widoków:-(A miała być najpiękniejsza panorama w całych Gorganach!
Na znak protestu nie wspięliśmy się na Chomiak. Z bólem odkryliśmy, że wielka butla złotego napoju została w lodówce;-( Na pocieszenie zjedliśmy ciepłe, drugie śniadanie, które okazało się obiadokolacją;-)
Polana Chomiaków jest rozległa, dobra pod namioty (dochodząc mija się źródło), przy lesie majaczyła szopa, przy szlaku powstawała chata.
Załącznik 29992
Kiedyś w tych okolicach stało polskie schronisko. Z mgły wynurzyła się kapliczka â całkiem nowa.
Załącznik 29993 Załącznik 29994
Póki co, nie poczułam Gorganów â tych jasnozielonych patrząc z dołu;-) Ale powolutku zaczęła się kosodrzewina i głazowiska. Serce radośniej mi zabiło...
Załącznik 29995
w Gorganach wszystko jest większe [...]
http://forum.bieszczady.info.pl/atta...chmentid=29988 Czy ja wiem? Cisowianka jest malutka :mrgreen:
Czy ja wiem? Cisowianka jest malutka :mrgreen: Cisowianka malutka ? czy grzybek wielgachny ?
ale nie przeszkadzajmy
Czy ja wiem? Cisowianka jest malutka :mrgreen: Racja, wszystko jest względne;-)
Cisowianka malutka ? czy grzybek wielgachny ?
ale nie przeszkadzajmy Heniu! W antrakcie miłe i pożądane są rozmowy kuluarowe:))
Tymczasem w tle brzmi âźLa donna e mobileâ;-)
Po pierwszej radości na widok prawdziwego gorganu, przyszedł czas na zmierzenie się z rzeczywistością a potem na ciężką walkę o przetrwanie;-) Po kwadransie miałam dość, a po godzinie zdecydowanie czułam, że tego nie lubię (proszę mi o tym przypomnieć, jak znów zachce mi się jechać w Gorgany;-)) Zaprawdę nie był to mój żywioł, nie podobało mi się fikanie po tym przeróżnie ukształtowanym i nieprzewidywalnym grechocie skalnym. Jaskrawy żółtozielony kolor, uznałam za ostrzeżenie âźnie stawaj na mnie, jestem złośliwyâ;-)
Pół biedy, jak było do pokonania kilkanaście metrów, gorzej jak zapowiadał cały grzbiecik.
Różne strategie stosowałam: szybko i zamkniętymi oczyma lub powoli, na czworakach, z kijkami w zębach (wtedy przynajmniej bez niecenzuralnych słów;-). Bywało, że stawałam z silnym postanowieniem, że już ani kroku w przód ni w tył nie zrobię:-))
Jednak Syniak w sumie jakoś bezboleśnie przeszliśmy, natomiast Mały Gorgan â właśnie ten dał mi popalić. Nie dość, że wbrew nazwie wyglądał jak wielka pogruchotana kupa kamieni, to jeszcze wyprowadził nas w maliny;-)
Na szczęście, poza tym co pod nogami, można było zerkać na boki i chwilami spoza mgły wyłaniały się widoki. Odsłaniał się w dolinie Bukowel, wraz ze swoimi, olbrzymimi stacjami narciarskimi (nie twierdzę, że było to śliczne). Pokazywały się na krótko okoliczne górki - to było ładne i malownicze:-)
Jednak kamienie mocno nas wciągały. Intrygowały wielkością, formą, ułożeniem. Oraz te ustawione ręką ludzką, w czasie wojny â były to chyba stanowiska strzelnicze i te obecnie ustawione przez turystów â magiczne stosiki, figury.
Jakoś tak nas to zwiodło, że szlak nam zniknął i utknęliśmy w skamieniałym, zielonym morzu. Opcja zawrócenia została odrzucona, wobec tego zaczęliśmy schodzić w kierunku możliwego noclegu i również słońca, które wyjrzało na koniec dnia.
Ostatnim pocieszeniem były limby, na które od dawna polowałam i które mam nadzieję, naturalnie wyrosły. Osiągnęliśmy piętro lasu i zaczęło się gwałtowne spadanie. Całkiem niekontrolowane. Przy drugim zjeździe z poplątanymi kończynami i wygiętym kiju byłam mocno zła;-). Jednak strzykające, odgięte dziwnie odnóża mnie tak nie zmartwiły, jak nowiutki, skrzywiony kijek! Moje pierwsze w życiu kije!;-)) I jeszcze raz zjechałam, wygrzmociłam głową w pień, aż szyszki pospadały, wtedy ryknęłam niczym jeleń na rykowisku;-) Obiektywnie rzecz biorąc sytuacja niewiele się zmieniła, ale mi pomogło:-) Niczym ofiara wojny (losu;-), zeszłam na tyły frontu, pozwoliłam się asekurować i karaskałam się powolutku aż na sam dół, w maliny, mniam:-) I zaczęło robić się optymistycznie.
Minęliśmy szałas i zagrodę dla bydła. W dolinie pojawiła się droga.
I tą drogą szliśmy, szliśmy...Jak dla mnie, już dawno powinna się skończyć;-)
Nie było ciężko, ale już chciało się usiąść, odpocząć, zjeść i zasnąć...
Dla urozmaicenia, czasem pojawiał się stary żółty szlak, czasem nowy.
Jak uczepiliśmy się tego nowego, to nam zaraz przepadł wraz z drzewami na wyrębie, potem zaś mignął i znów znikł w korycie potoku. Zaczęło się zmierzchać i zdecydowaliśmy się na obóz, w takim wąskim miejscu na górce, w widełkach dwóch potoków. Nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł, bo poprzednicy zostawili ślad po ognisku oraz inne udogodnienia:-)
Ależ ta woda szumiała w nocy...
Mały Gorgan wzbudził najwięcej emocji, potem już żadna górka nie pozostawiła tyle wrażeń. Jednak zawsze z oddali oceniałam kolejne wierzchołki i zastanawiałam się, czy je pokonam. Zerkałam z niepokojem na te jasne placki na szczytach.
Następnego dnia była w planach Doboszanka, wiedzieliśmy, że tam nie będzie szlaków.
Popatrzyłam na nią, na ten długi kamienisty grzbiet i ...wymiękłam.
Załącznik 30091
A rano wstała piękna pogoda i raźno ruszyliśmy potokiem, przeszliśmy mostek, pożegnaliśmy się ze szlakiem, który nagle się odnalazł;-) Załącznik 30093
Minęliśmy polankę z miejscami noclegowymi, która wczoraj miała być celem. Powędrowaliśmy dalej wygodną drogą, wzdłuż wody, która doszła do szlabanów i różnych tabliczek.
Załącznik 30092
Droga jednak się nie przejmowała i szła dalej, to my razem z nią:-)
Napotkaliśmy sporą grupę rosłej młodzieży ukraińskiej, która po âźdobryj dieńâ poradziła nam zmykać, bo tam są Leśniki.
Odwrót jednak nie wchodził w rachubę.
Trudno, poszliśmy dalej piękną drogą, z całym poczuciem niewinności.
Szło się prawie jak w tatrzańskiej dolinie.
Załącznik 30094
Aż doszliśmy do kolejnego mostku, a za nim stała cała miejscowa ekipa oraz leśnicy. Wiadomo było co się święci...
Padło zwyczajowe przywitanie, po czym zapadła głęboka cisza.
Wystąpił człowiek w niebieskim mundurze ze złotymi pagonami.
- pozwolenie na przejście macie?
- nie macie â odpowiedziałam zgodnie.
- to ja poproszę Starszego.
Starszy wyglądał co najmniej, jak generał.
Wyciągnął służbową legitymację i pochwalił się udanym zdjęciem.
Spojrzał srogo, westchnął...
Znów spojrzał, westchnął...
To ja też westchnęłam ze zrozumieniem powagi sytuacji. A cała grupa z pełną napięcia ciekawością czekała co będzie dalej.
Wykorzystałam chwilę na złapanie oddechu i dalej objaśniać, że my nie na tę piekielną (może nie tak dosłownie;-) Doboszankę, ale do zwykłej drogi chcemy dojść, Krzyżówki zwanej Stoły. Absolutnie i bezwzględnie chcemy się stąd wydostać! Żadnych rezerwatów nie chcemy oglądać!
Moja determinacja była na tyle silna, zapewnienia godne wiary, a skrucha wielka, że Generał zażądał długopisu i kartki. Po czym kilkoma kreskami wyrysował naszą dalszą trasę, ostatni raz westchnął i nas zwolnił:-)
I tak los zrządził, że nie poszliśmy na Doboszankę.
Mimo podanych wskazówek szybko pojawiły się wątpliwości, czy to już ten zakręt Zubrynki, czy następny. Zapytaliśmy siedzących po krzakach jagodziarzy, którzy skierowali nas na pobliską ścieżkę;-)
Ścieżka nie dość że była cała pokryta wiatrowałami, to w końcu wspięła się do lasu i znikła.
No i zaczęło się chaszczowanie. Przynajmniej miałam okazję poznać prawdziwy, dziki gorgański las;-)
Dość długo tak się przedzieraliśmy, to spadając do potoku to podchodząc wyżej, trzymając ogólny kierunek. W końcu wypatrzyłam w dole ścieżkę, która okazała się całkiem szeroką, starą drogą. Jednak dość bagnistą i rozdeptaną przez pędzone tędy bydło. Przechodząc parę razy Doużyńca, podnosząc jakość wędrowania, jak po sznurku doprowadziła nas do Bystricy â Rafajłowej. Choć szło się bez wątpliwości i z czasem dość wygodnie, to jednak te kolejne kilometry zaczynały mnie nudzić. Zaczęłam niecierpliwie spoglądać na okoliczne góry. Jestem w Gorganach, a szwendam się po dolinach:???:.
Na szczęście pokazał się przysiółek i pierwsze zabudowania.
W końcu zaczęło się coś dziać:-)Kobiety wracały z pola z kosami, młodzież szalała na motorach, pojawił się pierwszy i najlepszy od trzech dni sklep:)))
Sklep sprawił, że nastał zmrok;-) do centrum Rafajłowej doszliśmy już po ciemku.
Za karę dostaliśmy po łapach, bo polecany przez Wojtka nocleg, okazał się na głucho zamknięty (znaczy, trzeba było się wcześniej umówić), pozostało szukać cokolwiek innego. Poszliśmy więc znów do sklepu;-) - najlepszej informacji turystycznej. Pani sklepowa od razu nas sieroty zgarnęła pod dach. Gmach był wielki, ale jeszcze w budowie. Jednak mogliśmy przespać się na łóżkach:-)
A rano, lubię ten moment, gdy słońce budzi i wstępują w człowieka nowe siły.
Wędrówka przez wieś w pełnym świetle, przejście przez most i znów motory na pylistej drodze.
Upał się rozkręcał, doszliśmy do krzyżówki, a tam sklep;-)
Te ostatnie zakupy sprawiły, że na nasze zgarbione plecy lał się żar z jasnego nieba, a trzeba było się wspinać. Basia zachęcała, że ładne widoki będą po drodze. Owszem, były niczego sobie, ale jakoś tak rozpływały się z gorąca;-) Zaczęliśmy tęsknić do granicy lasu.
Jeszcze jakieś wypasione ławki ze stołami się trafiły, co nas chwilę zatrzymało...I wtedy pojawiły się pierwsze pomruki burzy, która wkrótce nas dopadła. Minęliśmy plantacje egzotów i trzeba było jakoś przeczekać w jagodowych krzakach:-)
Chwilę się zeszło, grzmiało i padało. Jak zwykle, nie chciało mi się wyciągać stroju ochronnego â bo przecież to zaraz przeleci;-) i zmokłam jak należy;-))
Ale wędrówka to zmiany, zaraz powróciło słońce i zaczęło suszyć mokre gatki.
Przy okazji suszenia, ugotowaliśmy szybką zupę.
Szlak był wygodny, przystępny, bezludny i z czasem całkiem widokowy. Ukazał nam się jutrzejszy cel â dwie Sywule. Spory kawałek drogi mogłam oglądać je w pełnej krasie. Podobał mi się ten spacer grzbietem Taupiszyrki. W pewnym momencie dołączyły do nas słupki graniczne, stojące i leżące, które towarzyszyły nam aż do noclegu. Zeszliśmy kamienistą ścieżką z grzbietu, żeby za chwilę znów drapać się na Taupisz. Było lesisto, były polanki, było pięknie.
Mieliśmy dotrzeć do Połoniny Ruszczyna, jednak zmogło nas wcześniej. Postanowiliśmy rozbić się na Przełęczy Pereniz. Jeszcze należało zdobyć wodę. Dzienne kilkulitrowe zapasy zostały zużyte.
Zrzuciliśmy wszystko w krzaki i ruszyliśmy w dół na poszukiwanie źródła. Pomogli nam robotnicy leśni, ale nie tak od razu;-) Zbierali się do drogi wypalając ostatniego papierosa, załadowane drewnem maszyny czekały na zjazd. Dygnęłam grzecznie i spytałam, czy gdzieś tu nie ma wody (z mapy wyglądało, że powinna być). Panowie popatrzyli po sobie, popatrzyli na mnie, zaciągnęli się mocno dymem.
Niczym w kalamburach odegrałam całą scenkę z butelką, piciem i że już padam z nóg.
To już zrobiło nieco większe wrażenie, bo całkiem jasno i wyraźnie skierowali mnie na Ruszczynę;-)
Niech idę kawałek pod górę a za jakieś pół godziny wody będzie pod dostatkiem.
Tym razem do gestów dołączyłam żałosne jęki. Poddali się:-) Dokładnie wytłumaczyli, że zaraz za zakrętem znajdę źródło tryskające ze skały i napiję się do woli. Pięknie podziękowałam a maszyny za chwilę serpentyną zsuwały się w dół. Owa tajemnica âźmiejsca wodyâ za chwilę się wyjaśniła. Idąc do źródła, trzeba było minąć tymczasowy obóz robotników, gdzie mieli pozostawione swoje rzeczy. Chyba nie bardzo chcieli, żeby ktoś się kręcił obok obozu. A woda była przednia!
Można było zjeść gorącą kolację.
Na krawędzi snu usłyszałam silne dudnienie kopyt i rżenie âźKurcze! chyba te galopujące konie zobaczą namiot...?â Była pełnia, miałam nadzieję, że nie stratują nas po drodze. Ścianki materii, co za iluzja bezpieczeństwa. Spałam jak mysz pod miotłą.
[Na krawędzi snu usłyszałam silne dudnienie kopyt i rżenie âźKurcze! chyba te galopujące konie zobaczą namiot...?â Była pełnia, miałam nadzieję, że nie stratują nas po drodze. Ścianki materii, co za iluzja bezpieczeństwa. Spałam jak mysz pod miotłą.[/FONT] Wlasnie w bardzo podobnych okolicznosciach gorskiej fauny postanowilismy zbudowac "zeribę". Pewnie jej ochrona przed galopujacym koniami miala charakter jedynie psychiczny- ale zawsze cos ;)
https://lh3.googleusercontent.com/-q...0/IMG_0604.JPG
Wlasnie w bardzo podobnych okolicznosciach gorskiej fauny postanowilismy zbudowac "zeribę". Pewnie jej ochrona przed galopujacym koniami miala charakter jedynie psychiczny- ale zawsze cos ;) Niezłe zasieki:-) ale trochę czasu i materiału trzeba mieć na taką konstrukcję.
Taupiszyrka to jest zdecydowanie jakaś taka bardzie "beskidzka" niż gorgańska. Szłam tamtędy tylko raz, ale wyjątkowo podobała mi się droga jej grzbietem wprost z Rafajłowej - piękna, widokowa i taka "swojska". A już jesienią to tam musi być przecudnie, bo rosną buki, jarzębiny i brzozy.
Rano przełęcz była skąpana w słońcu, ból w łydce minął. Można było ruszać w drogę na Sywule. W miarę podchodzenia, coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że wczorajsza decyzja o noclegu była jak najbardziej słuszna. Ciężko byłoby pokonać te ostatnie pół godziny pod górę. Minęliśmy strome urwisko-uroczysko Piekło. I za chwilę odsłoniła się rozległa Połonina Ruszczyna (przerosła moje wyobrażenie). Namiotów było sporo, ale wielkość i ukształtowanie terenu pozwalało na dość luźne rozrzucenie obozowisk. Nad źródłem Bystrzycy Sołotwińskiej chwilę zabawiliśmy, gawędząc z turystami przy kolejnym uzupełnianiu wody. Były też konie, złapane kiedyś w galopie przez iaa, teraz spokojnie skubiące trawę. Podeszliśmy do ruin schroniska. Smętny widok â pagórek i porozrzucane, zarastające chaszczami kamienie.
Gdy w końcu trafiliśmy na leśną ścieżkę wspinającą się do góry, rozkręciła się pierwsza tego dnia burza. Trzeba było gdzieś przycupnąć. Z gór zeszli âźjagodziarzeâ, po chwili wszyscy skuleni czekaliśmy na przejście ulewy i grzmotów. Z podziwem patrzyłam na kondycję tych ludzi. W różnym wieku, od dzieci po starsze pokolenie, a wszyscy z pełnymi wiadrami 10-20l w zielonych plecaczkach â takich, jak u nas kiedyś były, ze skórzanymi paskami i metalowymi sprzączkami.
Już niecierpliwie przebierałam nogami, bo przecież te długo wyglądane Sywule czekają.
Burza minęła, powróciliśmy do wędrówki. Już nie czułam niepokoju przed trudem wspinaczki tylko chęć pokonania wysokości i spojrzenia na wszystko z góry;-)
Szybko się szło, mijaliśmy kolejne piętra - przy kosówce zawsze czuję to radosne podniecenie, zaczynam czuć góry i coraz częściej odwracam się, bo widoki zmieniają się jak kalejdoskopie. Pod nogami pojawiały się kępy rudego situ skuciny i niewielkie kamienie. Aż się zdziwiłam, gdy tak bezproblemowo wyrobioną ścieżką dotarłam do betonowego obelisku na Małej Sywuli.
Ledwie zdążyłam podsumować âźnie taki diabeł straszny...â, gdy trzeba było zaliczyć kolejną lekcję pokory;-)
Przy schodzeniu na siodło dopadła nas kolejna burza.
Nie było co się pchać na grań, znów trzeba było przeczekać kaprysy pogody.
W skalnym krajobrazie byliśmy âźpostaciami pierwszoplanowymiâ, trzeba było coś z tym zrobić. Z pomocą przyszły mi kamienne umocnienia z czasów I wojny światowej. Zabunkrowałam się w takim zagłębieniu. Przy odpowiednim skuleniu i zgarbieniu, w zielonej kurtce wyglądałam, jak każdy inny gorganik;-)
Epicentrum strzałów było poza nami, spod kaptura podziwiałam panoramę. Niestety, lejąca się woda nie pozwoliła na wyciągnięcie mapy i identyfikację wierzchołków. Góry były częściowo zanurzone w chmurach, ale było widać, gdzie leje, gdzie niebo rozświetlają błyskawice, a gdzie jeszcze świeci słońce. Po pół godzinie, trzech kwadransach zaczęło się robić zimno. Deszcz zelżał.
Popatrzyliśmy na Dużą Sywulę, ciągle napływały ciemne chmury. Wtedy zapadła decyzja â między burzami musimy przeskoczyć szczyt. Z dołu wyglądałam chyba, jak jaszczurka pomykająca czterema łapami po głazach;-) z wysuniętym językiem... do miotania hm...zaklęć? To czasem działa;-)
A potem wszystko przeszło, jak ręką odjął. Wypogodziło się i nie spadła już jedna kropla wody:-).
Napotkaliśmy kolejne, wojenne okopy â dobrze zachowane, misternie ułożone z kamieni - schody, ściany z widokiem na inne grzbiety.
Schodzenie, coraz to inna okolica, lasy, niewielkie połoniny, okazy botaniczne w tym różne, słodkie owoce:) Ładnie się wędrowało, ale znów jakby ciut przydługo;-) Łopuszna, trawersem Borewka. Mijaliśmy liczne źródełka przed noclegiem na przełęczy.
Znów na końcu trasy zaczęłam utykać. W domu zdiagnozowałam, że było to przesilenie ścięgna Achillesa. I skąd ten Grek nagle w Gorganach?;-)
Dotarliśmy na biwak znów po ciemku. Stroma, nasiąknięta wodą polana, dalej namioty gęsto ustawione przy ścianie lasu - jedyne miejsce do spania. Wcisnęliśmy się gdzieś między nie a krzaki. I od razu myk w śpiwór, ostatnia myśl âźkurcze, niech ta noga pozwoli mi iść w góry!â:-(
Opowiadaj dalej!
O miejscach, które odwiedziłem we wrześniu 2012.
https://picasaweb.google.com/1115214...020374/Gorgany
Jak widać na fotach, pogoda trafiła nam się wyśmienita.
Gorgany z bazą w Osmołodzie. Masowy wyjazd zorganizowany przez PTTK Rzeszów.
A tydzień wcześniej byłem w Czarnohorze
https://picasaweb.google.com/1115214...374/Czarnohora
Na Syniak i Chomiak weszliśmy z Polanicy.
Budynek w Osmołodzie, o którym piszesz - koło przystanku, to siedziba ichszego GOPR-u.
Zapajęczona tabliczka nad wejściem tak mówi.
Ale nie zgadzają mi się drzwi wejściowe! Na moim zdjęciu z września, są z drewnianej mozaiki.
Gabaryty budynku, ilość okien - O.K.
Pytałaś o miejsca noclegowe w Osmołodzie.
Tam, gdzie sklep "Oksanka" - właściciel Tolik wynajmuje cały dom. Miejsc w pokojach około 15.
Ale, jak mogę polecić - to w domu jego teściowej, bliżej tartaku (skrót do domu przez opuszczony barak szkolny), na pietrze, są 3 i 2 osobowe pokoje w lepszym standardzie.
Ze wspólną, obszerną łazienką. I oddzielnie - toaleta. Razem 5 pokoi.
Budynek w Osmołodzie, o którym piszesz - koło przystanku, to siedziba ichszego GOPR-u.
Zapajęczona tabliczka nad wejściem tak mówi. Ja nawet kiedys bylam w srodku w tym budynku, w gabinecie GOPRowca. Przyciagnal mnie tam coby spisac dokumenty i plan naszej trasy.
Opowiadaj dalej!
O miejscach, które odwiedziłem we wrześniu 2012.
https://picasaweb.google.com/1115214...020374/Gorgany
Jak widać na fotach, pogoda trafiła nam się wyśmienita.
Gorgany z bazą w Osmołodzie. Masowy wyjazd zorganizowany przez PTTK Rzeszów.
A tydzień wcześniej byłem w Czarnohorze
https://picasaweb.google.com/1115214...374/Czarnohora
Na Syniak i Chomiak weszliśmy z Polanicy.
Budynek w Osmołodzie, o którym piszesz - koło przystanku, to siedziba ichszego GOPR-u.
Zapajęczona tabliczka nad wejściem tak mówi. Dobra, wychodzi na to, że w Gorganach człowiek ma więcej czasu niż poza nimi;-)
Już się mobilizuję i za chwilę piszę o odcinku, który jest najbardziej znany.
O widzę, że się nawet plecakami ocieraliśmy;-)
Kanu, dzięki za relację z waszej wędrówki oraz kolejne miejscówki noclegowe w Osmołodzie, bo kto wie...;-)
Zatem wracam do tych chwil, póki jeszcze mocno siedzą w pamięci.
Były dwie możliwości dotarcia do Osmołody: zejście do doliny Bystryka i drogą wzdłuż potoku, potem w towarzystwie Łomnicy do Ryzarni oraz wędrówka górami przez Ihrowiec, Wysoką â i na tej bardzo mi zależało...
Szczęśliwie wszystko âźgoiło się jak na psieâ, po nocy noga była zregenerowana (wprawdzie problem powracał pod koniec dnia, ale dało się z tym żyć). Jest taki etap zapoznania się z górami, gdy organizm adaptuje się do wysiłku, zwiększa swoje możliwości, wie z czym trzeba się zmierzyć. Wyraźnie to czułam przy kolejnym dniu.
Od rana słońce grzało i wszystkie namioty wyrzuciły ciuchy na sznurki. My obwiesiliśmy okoliczne krzaki, sęki, gałęzie âuważając na cieknącą z drzew żywicę . Po wczorajszych burzach trzeba było pozbyć się wilgoci. Ranek szybko stawał się pełnym dniem, wkrótce trzeba było sprawnie się pakować.
Mimo wielu namiotów wokół, ruszyliśmy na szlak samotnie, część chyba zatrzymała się na dłużej â może zdobywali okolicę âźna lekkoâ, może łapali oddech. Brak towarzystwa mi nie przeszkadzał. Czułam skrzydła u ramion, siły wróciły, mogłam wędrować zgodnie z planem. A największa była ciekawość, jakie będą te kolejne góry. Prowadziła wygodna ścieżka, piękne widoki, ciekawe rośliny pod nogami i na gorganie. Nic nie zakłócało tej sielanki. Minęliśmy szczyty Ihrowca i Wysokiej. I nagle na szlaku się zaludniło...Z przeciwka wędrowała duża grupa, bardzo rozproszona. Wykończona upałem młodzież pytała nas o wodę. Co parę minut pojawiała kolejna dwójka, trójka, którą trzeba było krzepić na duchu informacją, że jakąś godzinę z hakiem, wody będzie w bród. Trochę mokrego mieli, ale widać było, że już oszczędzają te ostatnie zapasy. Jakiś czas później poznaliśmy przyczyny tej biedy, a w zasadzie ...nieroztropności?
Weszliśmy w strefę lasu i cienia. Wysokość spadała długimi, spokojnymi odcinkami. Boczna ścieżka sprowadziła nas do chatki, na mały odpoczynek. Przywitała nas para sympatycznych Rosjan, którzy szykowali się już do drogi. Uprzedzili, że z wodą jest ciężko - może uda się coś nabrać i chociaż czaj zagotować. Okazało się, że mijająca nas młodzież, zrobiła bagno ze stojącej wody â jedynej do picia i jeszcze rozpuścili w niej mydło. Już nawet sami nie mogli z niej skorzystać. Na szczęście jeszcze nam coś zostało z zapasów. Ale za jakąś chwilę okazało się, że na tę wodę chatkową liczą kolejne grupy idące z Osmołody. Najpierw spotkaliśmy męską grupę z różnych stron Ukrainy. Nawiązała się rozmowa z jednym z uczestników ze Lwowa. Opowiedział jak ojciec wręczył mu w dzieciństwie elementarz Falskiegoâ i tak to się zaczęło...Dziś jest dziennikarzem i polski bardzo się przydaje, ostatnio w Łodzi prowadził wywiad z Andrzejem Sapkowskim. Niepewnie zapytał czy znamy gościa i...rozpędziliśmy się w rozmowie;-) Ale czas było ruszać dalej. Może uszliśmy kwadrans, jak zaczęli się pojawiać ludzie z następnej, sporej grupy i znów w dużych odstępach. Z przodu Ci bardziej zaprawieni, chyba przewodnicy, później dochodziły ledwie dychające ze zmęczenia nastolatki pytające o wodę. Znów trzeba było pocieszać, że domek już blisko.
Dalej już schodziliśmy samotnie, ale coraz bardziej ciągnęło nas do cywilizacji - czyli uciech ciała;-)
Tuż nad Osmołodą, z widokiem na miejscowość, zginął nam szlak wraz z wyrębem. Niby nie problem, a jednak. Właśnie tutaj trzeba było gwałtownie zejść w dół, ale niekoniecznie samobójczo. Wygodny turysta się nie poddaje i szuka szlaku;-) Wkrótce w pogoni za znaczkami zaczęło się nieco pijane schodzenie zakosami. Wprawdzie piękny las, stare jodły, róża alpejska, tawuła średnia â ciekawostki botaniczne, ale to w prawo i w lewo przyprawiało mnie o zawrót głowy;-)
Już, już słuchać szum strumienia, już, już coś jaśnieje na kształt drogi, ale jeszcze trzeba było się trochę pokręcić;-)
I na zwieńczenie górskiego szlaku kolebiąca się wdzięcznie kładka, a potem drogą, drogą ku Osmołodzie:-)
Jeszcze most na Mołodą i widać pierwsze zabudowania, pojazdy różne jadą, ludzie chodzą...
Sklep âźOksankaâ mimo niedzieli otwiera podwoje i raczymy się piwem z kija:-)
Potem do rozstajów i zakrętami do âźArnikiâ
I jakby czas się zatrzymał:
Taka mała tabliczka , a tak wiele zawiera w sobie nadzieji..
Idziemy w kierunku strzałki boczną drogą pełną kałuż większych od drogi. Deszcz nieustannie przybija. Dochodzimy do ostatniego domu , a tu żadnych oznaczeń.
Wchodzimy do niego aby zapytać czy coś wiedzą o noclegach.
Dwoje małych gospodarzy chłopiec i dziewczynka w wieku początku podstawówki tłumaczą że dobrze trafiliśmy.
Noclegi to tutaj.
Pytamy o dorosłych. Mama pojechała do Kałusza a tata po turystów - słyszymy w odpowiedzi.
Co to za kraj gdzie samotne dzieciaki przyjmują obcych ?
Tak więc, minęło lat dziesięć a ta sama panienka nam drzwi otworzyła;-)
Julii i Wiktora jeszcze nie było jeszcze w domu.
Ich córka pięknie sobie radziła i przyjmowała gościnnie. Zaraz dostaliśmy pokój i ech...soliankę:-)
Szybki prysznic i poszliśmy do drugiego, ulubionego sklepu.
Nastąpiło intensywne chłonięcie miejscowego ducha...:-)
Dziwne to co piszesz ? Trochę dużo tego luda jak najdziksze góry w Karpatach.
Ależ klimaciki można smakować niczym kromkę z miodem.
Oj, ale mi się chce pojechać do Osmołody.
Dziwne to co piszesz ? Trochę dużo tego luda jak najdziksze góry w Karpatach.
(...) Wyrzuciłam komentarz ze swojej relacji, ale skoro Heniu masz taką refleksję...
Chyba już niedługo tej dzikości. Mam wrażenie, że gospodarze dość gwałtownie robią biznes na turystyce masowej.
Samodzielnych turystów spotkaliśmy kilku przez te parę dni łażenia (poza namotami na Ruszczynie i połoninie Mszana).
Natomiast jednego dnia na zejściu do Osmołody trzy duże grupy. Męska trzymała się w całości, czuło się kondycję, przygotowanie i organizację. Zaś te dwie młodzieżowe to jakieś nieporozumienie...
Trochę dużo tego luda jak najdziksze góry w Karpatach. Dzikie to one były... 10 lat temu jak nie było szlaków i wyciętej kosówki :)
Niestety...
Dzikie to one były... 10 lat temu jak nie było szlaków i wyciętej kosówki :)
Niestety... Mam świadomość, że udogodnienia z których tak chętnie korzystam z braku wyrobienia w terenie, również zachęcają innych do wejścia na ścieżki.
Ale, ale...te szlaki były już przed wojną, pięknie miejscami "wybrukowane" poprawdzone, w dodatku z możliwością wędrowania od schroniska do schroniska.
Jednak samotnych wędrowców nie ma dużo, plagą stają się duże grupy (przepraszam, nie umiem pozbyć się tego niechętnego spojrzenia, choć równie dobrze mogłabym być uczestnikiem). Ludziska wolą jak ktoś za nich pomyśli, wytyczy trasę, policzy odległość, poprowadzi jak po sznurku, zadba o nocleg z wodą...W ten sposób wpiszą w rejestr kolejną dużą, znaną górkę. Przy tym wyżyją się towarzysko i turystycznie.
(...)
Ale, ale...te szlaki były już przed wojną, pięknie miejscami "wybrukowane" poprawdzone, w dodatku z możliwością wędrowania od schroniska do schroniska.
(...). Gwoli wyjaśnienia, to nie do końca było tak. Trochę tak, a trochę nie tak, w zależności od tego o jakich latach mówimy.
Przeglądam właśnie książkę wydaną równe 100 lat temu (1912) przez Krajowy Związek Zdrojowisk i Uzdrowisk.
Czytamy tam :
Następnym ku wschodowi pasmem górskim są Gorgany, najdziksza, najtrudniej dostępna i najmniej odwiedzana przez turystów część Karpat, chociaż pięknością przewyższająca tak Czarnohorę jak Bieszczady. Wpływa na to brak kolei, brak siedzib ludzkich w głębi gór oraz dziewicze lasy (...) w części górnej panoszy się kosodrzewina tak gęsta i wysoka , że marsz przez nią jest niesłychanie męczący, bo dla przebycia każdego metra borykać się trzeba z zastępującymi ze wszech stron gałęziami. (...) Jedyne turystyczne schronisko w Gorganach znajduje się na polanie Baraniej na 20 min pod szczytem Chomiaka. Na szczy Chomiaka prowadzą znakomite i wygodne ścieżki jakim równych nie ma w Karpatach galicyjskich.
.
Wynika z tego cytatu , że 100 lat temu tylko Chomiak był dostępny, reszta to sama dzicz, ale potem w latach międzywojennych następował rozwój turystyki w Gorganach i z każdym kolejnym rokiem cywilizowały się (zupełnie jak w dzisiejszych latach)
Dzikie to one były... 10 lat temu jak nie było szlaków i wyciętej kosówki :)
Niestety... Przepraszam, nie mam już możliwości edytowania swojej wypowiedzi, a szkoda! więc napiszę inaczej.
Mam świadomość, że udogodnienia z których tak chętnie korzystam z braku wyrobienia w terenie, również zachęcają innych do wejścia na ścieżki.
Ale, ale...te szlaki były już przed wojną, pięknie miejscami "wybrukowane" poprowadzone, w dodatku z możliwością wędrowania od schroniska do schroniska.
Jednak samotnych wędrowców nie ma dużo, natomiast coraz częściej spotyka się duże grupy.
Wydaje mi się oczywiste, że dzięki turystyce zorganizowanej - z pomocą i opieką przewodnika w teren trudniejszy trafia znacznie więcej turystów, niż w przypadku samodzielnego wędrowania. I na szlaku zamiast sześciu osób spotyka się sześćdziesiąt. Przewodnicy ułatwiają więc zdobywanie tej "dziczy".
Natomiast co do sposobu wędrowania, wyboru między wędrowaniem samotnym, w parze, w grupce, czy w dużej grupie zorganizowanej - to już kwestia upodobań, możliwości, innych uwarunkowań...I nic mi do tego!
Gwoli wyjaśnienia, to nie do końca było tak. Trochę tak, a trochę nie tak, w zależności od tego o jakich latach mówimy.
Przeglądam właśnie książkę wydaną równe 100 lat temu (1912) przez Krajowy Związek Zdrojowisk i Uzdrowisk.
Czytamy tam :
Następnym ku wschodowi pasmem górskim są Gorgany, najdziksza, najtrudniej dostępna i najmniej odwiedzana przez turystów część Karpat, chociaż pięknością przewyższająca tak Czarnohorę jak Bieszczady. Wpływa na to brak kolei, brak siedzib ludzkich w głębi gór oraz dziewicze lasy (...) w części górnej panoszy się kosodrzewina tak gęsta i wysoka , że marsz przez nią jest niesłychanie męczący, bo dla przebycia każdego metra borykać się trzeba z zastępującymi ze wszech stron gałęziami. (...) Jedyne turystyczne schronisko w Gorganach znajduje się na polanie Baraniej na 20 min pod szczytem Chomiaka. Na szczy Chomiaka prowadzą znakomite i wygodne ścieżki jakim równych nie ma w Karpatach galicyjskich.
.
Wynika z tego cytatu , że 100 lat temu tylko Chomiak był dostępny, reszta to sama dzicz, ale potem w latach międzywojennych następował rozwój turystyki w Gorganach i z każdym kolejnym rokiem cywilizowały się (zupełnie jak w dzisiejszych latach) Miałam na myśli właśnie okres przed II wojną, lata dwudzieste i trzydzieste.
Posiadam jednak bardzo mizerną wiedzę na ten temat, coś mi się o uszy obiło, że było tych baz noclegowych blisko trzydzieści: schronisk i schronów.
Nie mam dojść do źródeł, a na pewno można to zweryfikować. Dariusz Dyląg w przewodniku "Gorgany" umieścił rozdział "Schroniska, których nie ma" z powołaniem się na wydawnictwo PTT z 1934r, ze stanem schronisk również w Gorganach. Obecnie nie mam dostępu do tej książki.
A bardzo zaciekawiło mnie jaka była pełna lista tych obiektów. Znalazłam zaledwie kilka.
To był właśnie ten intensywny rozwój turystyki.
Jeśli chodzi o szlaki, to poza wspomnianym na szczyt Chomiaka, to niewiele wiem więcej, jak wygladały inne trasy, czy też były przygotowane...?
Czuję, że było ich jednak więcej;-)
Zainteresowała mnie ta książka, może ktoś zna?
Przewodnik po Karpatach Wsch. Cz. 2 Gorgany - reprint Przewodnik po Beskidach Wschodnich - Gąsiorowski Henryk.
"Reprint wydania Książnicy Atlas, Lwów - Warszawa z 1935 r. Mimo, że od wydania przewodnika minęło blisko 70 lat, stanowi on podstawową lekturą dla turystów jadących w Karpaty Wschodnie. Wprawdzie część ogólna ma obecnie wartość wyłącznie historyczną, za to część szczegółowa jest kopalnią wiadomości krajoznawczych, które jednak trzeba dość żmudnie wyłuskiwać ze szczegółowych opisów tras turystycznych. Opisane są kolejno: 1. Doliny Mizuńki i Świcy. Dolina, Wygoda, Mizuńka, Mizuń, Ludwikówka, Świca, Wyszków 2. Doliny Czeczwy i Łomnicy. Rożniatów, Ilemnia, Suchodół, Perehińsko, Broszniów, Podlute, Osmołoda, Jała 3. Dolina Złotej Bystrzycy (Sołotwińskiej). Krechowce, Bohorodczany, Sołotwina, Skit Maniawski, Maniawa, Porohy, Huta 4. Dolina Czarnej Bystrzycy (Nadwórniańskiej). Nadwórna, Pasieczna, Zielona, Zielenica, Rafajłowa. Opisane są także niektóre szlaki turystyczne po stronie czechosłowackiej: okolice Synewiru i przeł. Okole."
I jeszcze coś co dziabka chwaliła się, że ma na półce;-) Lenkiewicz Stefan "Dawnymi szlakami Gorganów". To może by coś wyjaśniło.
A tak poza tym, na naszym forum jest wielu kompetetnych ludzi związanych z turystyką i zapewne jej historią, że w mig rozwieją te wątpliwości:-)
I jeszcze fragmenty z tamtych odległych czasów, które jakoś tak poruszają swoją bliskością a zarazem nierzeczywistością...
âźOd północy biegnie ku Gorganom kilka szlaków - kolejowa linja
podkarpacka wypuszcza ze Stanisławowa odnogę, zdążającą w głąb
gór aż ku ich granicznej krawędzi; są też dobre szosy automobilowe
i drogi kołowe - na szczęście nie wchodzące aż do wnętrza górskiej
krainy. Głębiej nieco, bo od Perehińska daleko ku źródłom Łomnicy dobiega kolejka leśna i druga z Nadwórnej - przez Rafajłową aż do Ozirnego. Inne tam też wydeptano drogi, dostępne dla zwinnego, ostrożnego konika huculskiego lub dla pieszego turysty. Są to ścieżki znakowane, âźobłazy", zacienione okapami skał, duchty, przez drwali wyrąbane, płaje pasterskie, âźtrapasze" owcze i âźpolowaczki" - przesmyki myśliwskie.
Na północy Gorgan znaczne obszary należą do właścicieli prywatnych z grecko-katolicką metropolją na czele i do przedsiębiorców leśnych i oni to przecięli drogi przez knieje a zbocza gór zeszpecili żałosnemi łysinami âźwagaszów" - starych zrębów, gdzie tkwią szare, martwe pnie i butwieje ruda leżanina.â
Huculszczyzna. Gorgany i Czarnohora
Ferdynand Antoni Ossendowski
I jeszcze jedno wspomnienie o tym jak się kiedyś podróżowało i wędrowało w Gorganach...
âźByła druga godzina po południu, gdy opuściłem Osmołodę, a w godzinę później stałem przy wejściowych schodach schroniska na Jali. Skromniutkie było i puste, oparte o czarne ściany świerkowego lasu. Upłynęło piętnaście godzin od chwili, gdy wsiadałem do pociągu w Krakowie. Schronisko było oddalone od Krakowa, licząc w przybliżeniu, ponad pół tysiąca kilometrów drogi, przebytej podkarpacką koleją, wąskotorówką i na piechotę: Było to w krainie sprzed pół wieku, cofniętej jeszcze w głąb czasu o dwa, trzy dziesiątki lat przez odcięcie od świata.
Z lekkim sercem i plecakiem, z którego zostawiłem sporą część w schronisku, ruszyłem o świcie następnego dnia głównym szlakiem karpackim na Wysoką. Głębokie, zielonogranatowe cienie podnosiły się nad stromym parowem, którym płynął potok Jal. Wysoko, bardzo wysoko, tysiąc metrów nade mną, stała narysowana na jasnym niebie Wysoka. Ale jakże do niej daleko. W łanach kosodrzewiny żółciły się wysepki kwiatów, pachniało i szeleściło. Minąłem uroczy domek myśliwski na grzbiecie i już nie była taka smukła i odległa Wysoka. Wyglądała jednak groźnie w skalnych zwaliskach, w pogmatwanych spiętrzeniach gorganu. Lekko mi było. Przewiewał chłodny poranny wiatr, a każdy krok dawał mi klucz do coraz rozleglejszego okręgu świata, który na szczycie Wysokiej jeszcze się poszerzył. Ciągnęła mnie dalekość i kusiła tajemniczość głębi dolinki Kuźmieńca. Pięły się z niej ku mnie limby, kołysane podmuchami. Ach! Nie można być wszędzie równocześnie, a chciałaby się być wszędzie. Zachwyciłem się tym szczytem i nie mogłem się napatrzeć. Czy mogłem wtedy przewidywać, że za trzydzieści parę lat, któregoś majowego dnia, gdy znalazłem się o siódmej rano na Haliczu, zobaczę na dalekim wschodzie błyszczącą śniegami ścianę wyraźnie zaznaczonego szczytu, w którym rozpoznam wzrokiem, a później sprawdzę na mapie ośnieżone o tej porze roku zbocze Wysokiej i Matachowa?
Ani się, spostrzegłem, a byłem już na maleńkiej przełączce przed Ihrowyszczem. Jego grzbiet przypominał ogromne śpiące zwierzę, a był to rozległy płaskowyż zasłany głazami, przeorany rowami strzeleckimi i poplątany zasiekami z czasu wojny, bez wyraźnego szczytowego wzniesienia. A potem zejście na łeb na szyję na przełęcz Borewka. Naprzeciwko mnie prawie pionowy próg Łopusznej. Stały tu przytulone do zbocza dwa schroniska, stare i nowe, które zbudowali dzielni działacze PTT z Kałusza. Gdy pomyślę dziś, że to niewielkie, osiemdziesięciu członków liczące Koło PTT potrafiło w ciągu trzech lat zbudować schroniska na Borewce i równocześnie na Pasiecznym Wierchu i nowe schronisko w dolinie Zubrynki pod Doboszanką - wiem, że było to dziełem paru entuzjastów. Trudno mi dziś przypomnieć sobie, czy było to zasługą profesora Sytnika, inż. Wiktora Rokity lub jeszcze kogoś, ale należy się tym bezimiennym działaczom pamięć, po stokroć pamięć, choćbyśmy zapomnieli ich nazwisk. Niechże nawet będą nieznane, lecz niechaj się o nich, pamięta.
Płaj przewijał się wśród uroczystego lasu. Była tu górna granica jego zasięgu, wyżej kosodrzewina walczyła z gorganem. Ja zaś zmagałem się z myślą, że za chwilę - och, już za tym potoczkiem z uroczą rynienką - zacznę schodzić w las coraz niżej i w coraz bardziej tajemniczą ciszę popołudnia. Jeszcze mi się odsłaniały dalekości najdziwniejszej części Karpat nad wąwozem Darowa, jeszcze dalej snuła się w mgle odległości Koretwyna, Pietros i Popadia, jeszcze wielkim napiętrzonym łukiem podnosiła się Mołoda i strzelista Grofa, ale wkrótce ogarnął mnie głośny, gadatliwy potok Bystryk, spieszący do -Łomnicy, do ludzi.â
Władysław Krygowski âźW litworowych i piarżystych kolebachâ
Kolejki wąskotorowe jeździły w Gorganach do roku 1999 lub 1997 (do odszukania). Zostały zniszczone w czasie wielkiej powodzi (które nota bene często nawiedzają ten rejon).
Jeszcze sporo polskich turystów po roku 1990 nimi jeździło.
Ja niestety pierwszy raz byłam w Gorganach w roku 2003 i widziałam już w Osmołodzie tylko tory zwisające smętnie nad rzeką.
Kiedyś znalazłam na Internecie obszerne opracowanie na temat schronisk w Karpatach Wschodnich. Jak znajdę - podam link.
W 1997 powódź zniszczyła większość torowisk (ten sam czas co wielka woda we Wrocławiu itp). W przewodniku Gudowskiego z 1997 jest masa porad gdzie i jak podjechać waskotorówką :)
Szkoda że już nieaktualnie i nie było mi dane z tego skorzystać.
Kolejki wąskotorowe jeździły w Gorganach do roku 1999 lub 1997 (do odszukania). Zostały zniszczone w czasie wielkiej powodzi (które nota bene często nawiedzają ten rejon).
Jeszcze sporo polskich turystów po roku 1990 nimi jeździło.
Ja niestety pierwszy raz byłam w Gorganach w roku 2003 i widziałam już w Osmołodzie tylko tory zwisające smętnie nad rzeką.
W 1997 powódź zniszczyła większość torowisk (ten sam czas co wielka woda we Wrocławiu itp). W przewodniku Gudowskiego z 1997 jest masa porad gdzie i jak podjechać waskotorówką :)
Szkoda że już nieaktualnie i nie było mi dane z tego skorzystać. Szkoda, to tylko parę lat wstecz a wydaje się tak odległą epoką!
Na szczęście jeszcze mamy marszrutki, automobile oraz inne pojazdy...
I ten odcinek będzie właśnie o lokalnym transporcie:-)
Chłonięcie klimatu trwało też następnego dnia, gdy po sutym śniadaniu mistrzostwa Julii (jaja sadzone z powodzeniem zastępowały jajecznicę) ruszyliśmy do ulubionego sklepu po obiecane, świeżo smażone czebureki.
Ociekające tłuszczem, nadziane co nieco mięsem, ciepłe pyszne placki. Wzięliśmy je na drogę (o, jak bardzo żałowałam, że w chwili zakupu miałam pełny brzuch i nie myślałam perspektywicznie;-) Jeszcze mały popitek, zapasy na czarną godzinę. I w drogę!
Ale! żeby tak bez pożegnania Oksankę opuścić!? Nie godzi się!
Właściwie wszystko szło zgodnie z planem, bo szukaliśmy transportu a gdzie najlepiej pytać jak nie w magazynie. Było to słuszne rozumowanie, bo na miejscu zastaliśmy całą ekipę kierowniczą ciężkiego sprzętu. Kierujący pojazdami raczyli się obiadośniadaniem â ryby, mięsa pieczone, świeży chlebek i złote z pianką;-) Skoro nasz transport się wzmacniał to nie pozostało nam nic innego, jak towarzyszyć w nabieraniu sił. W końcu ugadaliśmy się, że staniemy na rozdrożach, a który pierwszy przyjedzie ten nas weźmie. Nie chcąc psuć tej miejscowej konkurencji ruszyliśmy do krzyżówki, którą osiągnęliśmy wczoraj nadchodząc z przeciwnego kierunku. Ledwie zrzuciliśmy plecaki pod płotem pola namiotowego, gdy usłyszeliśmy a wnet i ujrzeliśmy w tumanach kurzu trzy ścigające się monstra.
Zgodnie z umową zgarnęliśmy się do prowadzącego peleton. Plecaki na pakę, my do szoferki.
To była pierwsza taka moja jazda:-) Kierowca przyznał się, że nie zna drogi, więc musi przepuścić kolegów. Droga była prosta jak strzelił i jedyna, ale co tam dyskutować - grunt, że kilometrów nie trzeba robić na nogach. Dojechaliśmy do Mszany, podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się, po czym każdy ruszył w swoją stronę.
Dziarsko potuptaliśmy w skwierczącym upale. Ale po chwili okazało się, że szczęście nadal nam sprzyja a obrany kierunek pasuje również ciężkiej maszynie mozolnie sunącej po kapryśnej nawierzchni.
I tym razem udało nam się zapakować do kabiny (w moim przypadku było nie lada wyczynem wgramolenie na tę wysokość - przy pierwszej próbie potoczyłam się do rowu z klamką w ręce;-)). Kapitalnie wyglądała zmiana biegów, gdy kierowca ciągnął za wajchę, ja wtedy ciągnęłam w górę swój plecak, a potem wszystko opadało siłą rzeczy;-) Wrażenia niezapomniane, podziwiam spokój tych ludzi. Mimo ślimaczego tempa, na wertepach rzucało niemiłosiernie na wszystkie strony. Jeszcze z przeciwka pojawił się inny sprzęt i trzeba było się pomieścić na wąskiej drodze. A gdzieś tam w głębi parowu szumiała Mołoda. To wszystko było tak emocjonujące, że przegapiliśmy czas zejścia z pokładu. Kierowca wprawdzie obiecywał, że wysadzi nas pod Mołodą i rzeczywiście słowa dotrzymał, góra widniała na horyzoncie tyle, że âźna skuśkęâ nijak nie można się było do niej dobrać;-)
Trzeba było sporo zawrócić i znów z uporem maniaka poszukać szlaku. Chwilę to trwało, znaczek złośliwie się schował, ale przy okazji zaraz na początku trasy zerknęłam na ruiny schroniska. Tylko kawałeczek muru pozostał. Nabraliśmy parę litrów wody ze źródła i pochłonęliśmy czebureki.
Zaczynał się najciekawszy etap wędrowania â poza zasięgiem mapy.
Jeszcze tylko najbliższy cel â majestatyczna Mołoda, mieścił się w lewym, górnym rogu, dalej trzeba było sobie poradzić.
Wyruszyliśmy na północny zachód od Osmołody.
Niestety, nie umiem tak poetycko oddać urody Gorganów jak Władysław Krygowski, łatwiej mi opowiedzieć o tych bardziej przyziemnych doznaniach;-)
Wędrowaliśmy w górę strumienia, potem przez powierzchnie leśnych kikutów, dalej przez jeszcze stojące dziewicze lasy, aż do poziomu kosówkowych schodów. Tam ogarnęło mnie zmęczenie, musiałam na chwilę zalec wciskając się w płożące pędy. Za chwilę znów pięliśmy się ku wierzchołkowi, ogarniając przez plecy rosnące widoki. Upał zelżał, nadchodziła rześkość zachodu.
Formy złagodniały, gruchoty spokorniały, zieloność pociemniała, błękit stał się niebiesko-różowy. Ścieżka wiernie towarzyszyła i nie prowadziła na manowce, wkrótce doczekaliśmy się podpisanej na tabliczce Mołodej. Ktoś z podobnego mi znaku horoskopu zostawił na wieszaku czapkę;-)
Gdzieś tak za szczytem dopadły mnie kulinarne fantazje;-)
Będąc szczęśliwą posiadaczką jaj na twardo i kiełbasy rodem z Osmołody, zaczęłam dumać jak je najlepiej spożytkować w porze kolacji:-) I nagle mnie natchnęło, że ugotuję żurek. Zupę w torebce miałam, jak również ziemniaczki. Czego chcieć więcej?! Nie przyszło mi do głowy, że może zabraknąć najważniejszego składnika...
Zaczęłam w skrytości ducha przygotowywać recepturę i gotować ten maciejkowy żurek (a co mi tam pierogowy czy browarowy;-) a rozchodzący się zapach przyprawiał o zawrót głowy (stąd brak fotek, bo trudno w takich warunkach strzelać z biodra;-). Będzie ze dwie godziny trwało to platoniczne pichcenie, przeminął zachód a potem zmierzch powitał nas w leśnych ostępach. Jeszcze nie ta polana, jeszcze nie ta łąka...i w końcu Sołotwinka z jednym namiotem. Przy ognisku siedziało dwóch młodych Ukraińców. Po krótkim powitaniu przeszliśmy szybko do rzeczy czyli ustalenia miejsca poboru mokrego. Na wstępie dostaliśmy wiadro zimnej wody na głowę;-) czyli, że niżej jest tylko kałuża w dodatku rozdeptana przez zwierzęta. Optymistycznie zabraliśmy się za rozbijanie namiotu a roje meszek usiłowały zjeść nas żywcem (czerwone kropki zdobiły mę facjatę przez jakieś dwa tygodnie, podobnie swędzenie odkrytych w ten czas kończyn;-) Potem raźno ruszyliśmy w dół, w ciemność i las szukać wody. Zaraz wysiadła jedna czołówka, druga ledwie bździła niemrawo próbując oświetlić teren. Coraz niżej zagłębiając się w chaszcze, wślepiając się w czarne i nieprzeniknione usiłowaliśmy dostrzec coś podobnego do rozdeptanej kałuży...Zielsko, gałęzie, jakieś kłody, błocko...ale z niczego nie dało się wycisnąć ni kropli. I nadeszła taka chwila, że trzeba było się poddać, przyjąć do wiadomości, że tego wieczoru już nic z tego nie będzie. Powlekliśmy się ponuro do obozu, żurek rozpłynął się w niebycie a jeszcze tak cholernie chciało się pić. Został nam może kubek wody, wydzieliliśmy sobie po dwa łyki przed spaniem i cześć. Oby do jutra!:-)
Ps. Jedno zwierzę spotkałam:-) Szło jeszcze wolniej niż ja;-)
No tak, taki mały drobiazg - woda
W Gorganach inaczej jest postrzegana.
No tak, taki mały drobiazg - woda
W Gorganach inaczej jest postrzegana. To właśnie sobie cenię w takich wyprawach - odzyskanie radości ze zwykłych rzeczy...
Ze snu o górskim potoku wyrwało mnie uporczywe dzwonienie, które za chwilę powędrowało dalej. Ale już obudziła się ciekawość;-). Wystawiłam głowę z namiotu w poszukiwaniu kudłato-wełnistego stada, ale zdziwiłam się, gdy zobaczyłam konie z dzwoneczkami;-).
To był odpowiedni moment na wstawanie i poszukiwanie wody.
Tę samą ścieżką, co wczoraj zaczęliśmy schodzić w głąb lasu. Stało się jasne, że całe błoto, rozdeptana wokół okolica to końska robota;-). Za dnia mieliśmy szansę wypatrzeć jakieś zagłębienie z wodą, albo źródło. Miejscami trafiał się grząski, błotnisty teren, ale żadnej kałuży do wykorzystania. Trzeba było jeszcze zejść spory kawałek. Bez plecaków, z nowymi siłami nie było to dokuczliwe, liczyło się przede wszystkim napełnienie butelek. Udało się! Usłyszeliśmy słaby szmer wypływającej wody i wkrótce znaleźliśmy całkiem spore źródło. Było krystaliczne, chłodne i cudownie gasiło pragnienie:-). Nieopodal była niewielka polanka kończąca się skarpą i widokiem na góry, były też ślady po obozowiskach. Napełniliśmy bukłaki i pognaliśmy pod górkę do namiotu.
Na naszej polanie zrobił się spory ruch, chłopaki wstali i pichcili śniadanie, towarzyszyły im konie, całe stado garnęło się do ludzi. Coraz bliżej nas skubały trawę i nieśmiało zerkały. Skoro one skubały to i mnie przypomniało się o niedoszłym żurku, natychmiast przystąpiłam do rzeczy. To było najlepsze śniadanie świata!:-).
Spakowaliśmy graty i ruszyliśmy na Jajko, byłam pozytywnie nastawiona do tej góry. Podobała mi się nazwa, podobał jej kształt, podobał słoneczny poranek na wędrowanie:-).
Pożegnaliśmy się z chłopakami, powiedzieli, że zaraz ruszą po naszych śladach.
âźA jużci, pomyślałam, za chwilę śmigniecie obok, aż się zakurzy...â
Ale nic takiego nie nastąpiło, byliśmy tylko my i góry. Po kolejnym postoju stwierdziłam, że najwyraźniej zmienili plany. A my się uparcie trzymaliśmy ścieżki, która wiodła bez przeszkód na szczyt. Jajko okazało się bardzo przyjazne, delikatnie âźgorgańskieâ:-), spokojnie pokonywaliśmy wysokość, podziwialiśmy widoki.
Wszystko tak łatwo, sprawnie poszło, że za chwilę rozpoczęło się schodzenie na nocleg. Trasa tamtego dnia była wyraźnie krótsza, w dobrej formie i za pełnego dnia dotarliśmy do celu, czyli na połoninę Mszana. W rzeczywistości to były raczej takie małe polanki śródleśne, zarośnięte okazałymi malinami. Najwięcej przestrzeni było wzdłuż stromej doliny z potokiem. Na skraju lasu stały ze dwa, trzy namioty. Wierciliśmy się i kręciliśmy, bo albo był albo spadek, albo kłody;-). Wcześniej w lesie widzieliśmy klepiska po obozach, ślady ognisk, pniaki do siedzenia. W końcu wygrała opcja bliżej wody i z widokiem, na trawiastym, opadającym skrawku - takim ledwie pod namiot. Rozstawiliśmy się, zjedliśmy coś szybkiego, ciepłego. Ulokowałam się na pniu kontemplując zielone grzbiety w zachodzącym słońcu, jedynym uprzykrzeniem były kąsające meszki. Niespodziewanie pojawił się jeden ze znajomych chłopaków, teraz oni szukali miejsca pod namiot;-) Nurtowało mnie którędy szli, bo wolniej niż my to się chyba nie da;-) Jednak poznawszy ich upodobania, domyśliłam się, że wędrowali po swojemu. Pochodzili z Wyszkowa, kolejny raz dwutygodniowe wakacje spędzali w paśmie Arszycy, łażąc po lasach i chaszczach. Poznawanie, pokonywanie terenu, dzikie życie w górach stanowiło czystą frajdę. Narobili mi smaka i żałowałam, że rozumiałam zaledwie dziesiątą część tej opowieści. Przy okazji, dowiedzieli się od nas o tym źródle poniżej Sołotwinki, ucieszyli się z tej informacji.
Tego wieczoru dopadł mnie lekko nostalgiczny nastrój, ostatnia noc pod niebem, następnego dnia pożegnanie z Gorganami...
Zazwyczaj ostatni dzień wygląda tak, że ciało jeszcze wędruje natomiast głowa zaczyna myśleć o sprawach cywilizacji, natomiast po powrocie do domu ciało wchodzi w codzienny kierat, zaś głowa wraca w góry...
Gorgany żegnały nas kolejnym, pięknym dniem.
Potok w dolinie (nie wiem czy była to Mszana, czy jej dopływ) był na tyle szeroki i wartki, że można było sprawić sobie lodowatą, budzącą do życia kąpiel. Pomachaliśmy chłopakom i ruszyliśmy na Gorgan Ilemski. Podchodząc mijaliśmy całe połacie martwego lasu, za plecami widniało Jajko. Podobało mi się w tym wędrowaniu przez Gorgany, że miałam w zasięgu wzroku zdobyte wierzchołki, już ich nazwy nie były dla mnie puste â w pamięci miałam ścieżki i wspomnienia z ich pokonywania...A przed sobą kolejne cele.
Północna część Gorganów nie była trudniejsza orientacyjnie. Choć bardziej bezludna i słabiej opracowana, praktycznie bez map. Nie była też bardziej wymagająca terenowo. Zapewne pojawiło przyzwyczajenie to pokonywania pewnych przeszkód, do nagłych skoków wysokości, ale też nie było, na przykład, uporczywego przedzierania się przez kosówkę. W trakcie przejścia Gorganów z południa na północ, nigdy nie przyszło nam walczyć z kosodrzewiną. Wyprawa była dla nas wyzwaniem kondycyjnym, jednak sprzyjało nam szczęście, pogoda też dopisywała. Udało się zrealizować w całości plany i zmieścić w czasie.
Stroma wspinaczka miała swoje plusy, szybko zmieniającą się roślinność i wyłaniające się gwałtownie widoki. Gorgan Ilemski dał się bezboleśnie zdobyć:)
To było ostatnie skakanie po żółtym grechocie skalnym, potem ścieżka wiodła przez piękną, rozległą Polanę Nimecką czy też połoninę i dalej w lasy na oba Pustoszaki. Moje oczy tak przyzwyczaiły się do omszonych głazów, widłakowych darni, łanów kosmatki olbrzymiej, paprociowych zarośli â że nawet teraz je widzę. Przy schodzeniu rosło bogactwo roślin, pojawiły się sędziwe jawory. Nasilało się też zmęczenie...I pewna desperacja â skoro trzeba się żegnać to niech już się stanie, wskoczmy w inny wymiar rzeczywistości.
Na dole okolica wyglądała znajomo: most nad rzeką i ciągnąca się kilometrami wieś. Tym razem była to Ludwikówka (Myśliwka). Z każdym krokiem po wyłupanym asfalcie oddalaliśmy się od gór i myśleliśmy o pogrążeniu się w luksusie...Najpierw załapaliśmy się na sklep, który ukoił nieco nasz smutek...Sam widok schodzących "jagodziarzy" (czy też "borówkarzy";-) z gór dodał nam otuchy. Jagodziarze oddali bańki do skupu, po czym ruszyli do baraczku na piwko. To my za nimi:-)
Siedliśmy zgodnie pod płotem i nic nie mówiąc sączyliśmy zimne, patrząc o zachodzie słońca na to co przed nami, a właściwie za nami...
Potem powlekliśmy się dalej, a towarzyszyły nam miejscowe pieski. Minęliśmy âźzamek obronnyâ - miejsce wypoczynku oficjeli ukraińskich i lądowisko dla śmigłowców. Po czym kawałek dalej wpadliśmy w pułapkę dla turystów. Tak, daliśmy się złapać, bo nasza czujność cywilizacyjna była uśpiona. Trafiliśmy na nocleg w miejsce drogie i dziwaczne. Po nieudanej kolacji postanowiliśmy powrócić do baraczku na piwo. I to co lubię w tych wioskach - jak pojawia się klient to sklep się otwiera;-)
Wzięliśmy złociste na miejscu i zrobiliśmy wywiad względem komunikacji dnia następnego.
Informowała nas zza płotu cała rodzina pani sklepowej w humorach wieczorowo-świątecznych;-) Nie byliśmy pewni naszego porozumienia, ale ustaliliśmy, że rano będzie jechał autobus do Lwowa...
I był! Wszystko się zgadzało. A potem to już nas nieubłaganie wiozło ku granicy, na której poczuliśmy, co znaczy przejście piesze...Już rozumiem te całe torby z prażonym ziarnem słonecznika;-)
A i tak powrót był udany, bo trwał całe trzy dni, przebiegał przez Przemyśl, Pogórze i Bieszczady:-)
Fajnie się z Tobą wędrowało - dzięki! A jeśli chodzi o jagodziarzy to już sama nazwa wskazuje, że zbierają borówki :) To tak jak z wyjściem z domu - jak na spacer, boisko czy plac zabaw z dzieckiem to wiadomo, że się idzie na pole (a nie na czyjś dwór :wink:), a jak na zakupy, do kina to wtedy idzie się na miasto, czyli jagodziarz idzie na borówki :)
Fajnie się z Tobą wędrowało - dzięki! A to miło! Dzięki:-)
A jeśli chodzi o jagodziarzy to już sama nazwa wskazuje, że zbierają borówki :) To tak jak z wyjściem z domu - jak na spacer, boisko czy plac zabaw z dzieckiem to wiadomo, że się idzie na pole (a nie na czyjś dwór :wink:), a jak na zakupy, do kina to wtedy idzie się na miasto, czyli jagodziarz idzie na borówki :) Bazylu, w Gorganach podobnie jak w innych górach, rosły borówki: czarna, brusznica, halna.
Jednak miejscowi nie wyrywali całych krzaków, a zbierali wyłącznie ich owoce czyli jagody:-)
Przy okazji, lasy przez które wędrowaliśmy były przeważnie iglaste, wobec tego namiot rozbijaliśmy na igliwiu â natomiast turyści z południowej Polski przemierzają lasy szpilkowe i stawiają namioty na ...szpilkowiu? brrr...;-)
Ps. Kiedy ruszam w miasto :mrgreen: wychodzę na dwór i niestety, żal serce ściska, ale nie widzę pola:cry:
;)
...Z każdym krokiem po wyłupanym asfalcie oddalaliśmy się od gór i myśleliśmy o pogrążeniu się w luksusie ... Od 2 września podążałem po cichutku kilka kroków za wami i podglądałem oraz podsłuchiwałem, jak wam się wędruje. Miałem ten komfort, że było to w myślach. I w tym momencie nie idę dalej za wami, by się pogrążać:) Robię w tył zwrot i gnam z powrotem, gdzieś w stronę Popadii.
Od 2 września podążałem po cichutku kilka kroków za wami i podglądałem oraz podsłuchiwałem, jak wam się wędruje. Miałem ten komfort, że było to w myślach. I w tym momencie nie idę dalej za wami, by się pogrążać:) Robię w tył zwrot i gnam z powrotem, gdzieś w stronę Popadii. Wojtku, zatem byłeś cierpliwym towarzyszem podróży:-).
I masz rację, coraz mocniej mnie dusi - nie podążaj w tę stronę!
Popadia powiadasz, no jeszcze mnie tam nie było...;-)
Bazylu, w Gorganach podobnie jak w innych górach, rosły borówki: czarna, brusznica, halna.
Jednak miejscowi nie wyrywali całych krzaków, a zbierali wyłącznie ich owoce czyli jagody:-)
Przy okazji, lasy przez które wędrowaliśmy były przeważnie iglaste, wobec tego namiot rozbijaliśmy na igliwiu â natomiast turyści z południowej Polski przemierzają lasy szpilkowe i stawiają namioty na ...szpilkowiu? brrr...;-)
Ps. Kiedy ruszam w miasto :mrgreen: wychodzę na dwór i niestety, żal serce ściska, ale nie widzę pola:cry:
;)
Kaszubi, zamiast do piwnicy schodzą do.. sklepu!
Pięęęękna nasza Polska cała:roll: !!!