bigos - mój pamiętnik, wspomnienia, uczucia, przeżycia ...
Wreszcie zapad³a decyzja! Wyje¿d¿amy 13 lipca 2005 r!
Mam cich± nadziejê, ¿e 13 jest jednak normaln± liczb±...
13 lipca 2005 r. - dzieñ pierwszy
Ostatnie sprawdzenie czy wszystko zabrane i w drogê...
Ustalili¶my, ¿e spotkamy siê w Przemy¶lu- taki "zlot gwia¼dzisty"... i tam podejmiemy decyzjê, jak dalej jechaæ. Miejsce spotkania - dworzec autobusowy - raczej sugerowa³o, ¿e to bêdzie jednak podró¿ autobusem. Rzeczywi¶cie, ustalili¶my, ¿e na pocz±tek "pozwolimy" sobie na luksus dojazdu do Lwowa w³a¶nie autobusem. Przemawia³y za tym nasze 25-30 kg plecaki, które i tak bêdziemy przecie¿ pó¼niej d¼wigaæ. Lepiej jednak pó¼niej...
O 11.40 wyruszyli¶my ukraiñskim autobusem (20 PLN) do Lwowa. Pasa¿erów niewielu, tylko ten piekielny upa³... Otwarte wszystkie okna poprawia³y nastroje i wentylacjê. Po godzinie byli¶my ju¿ "po drugiej stronie". Kierowca znanymi tylko sobie sposobami potrafi³ przekroczyc granicê zaledwie w 45 minut, omijaj±c do¶æ spor± kolejkê pojazdów ró¿nej ma¶ci...
Ukraina, Ukraina... Powita³a nas deszczem i kilkoma "mrukniêciami" oraz... do³adowaniem autobusu do granic wytrzyma³o¶ci! Jak my dojedziemy? Mia³em obawy czy ten pamiêtaj±cy lata 70-te pojazd nas dowiezie zw³aszcza, ¿e co jaki¶ czas kierowca zatrzymywa³ siê by polaæ wod± tylne ko³a (hamulce siê zapieka³y!).
Mijali¶my kolejne miasteczka i wioski...Wra¿enia, jakby¶my odjechali tysi±ce kilometrów na wschód. Rzuca³y sie w oczy niezagospodarowane ogromne po³acie ziemi - tylko wokó³ domostw ma³e poletka z ziemniakami, kapust±, kukurydz± i warzywami. Nie sposób by³o oprzeæ sie nacjonalistycznym wspomnieniom: kresy, Lwów, Zakarpacie, Podole...Apage satanas! - to do tych nacjonalizmów.
Do rzeczywisto¶ci przywo³ywa³a od czasu do czasu nawierzchnia drogi, która skutecznie wybija³a z g³owy rozwa¿ania nad zawi³o¶ciami polsko-ukraiñskiej historii...
Za oknami ³±ki i pas±ce siê na nich stada krów, koni, kóz, gêsi i kaczek. Biednie, ale tak jako¶ "sielsko i anielsko" ... Tylko czemu nowe domy strasz± brakiem wstawionych okien i drzwi i s± ju¿ czêsto zaro¶niête chwastami i krzakami?
W ka¿dej mniejszej czy wiêkszej miejscowo¶ci pob³yskiwa³ dach nowej lub te¿ wyremontowanej ¶wi±tyni. Ludzie wracaj± do swoich korzeni - powiedzia³ nam jeden z pasa¿erów. Widocznie tego im trzeba...
Mijamy polskie pami±tki: zniszczone pa³acyki i dwory, pomniki Mickiewicza, nazwy ulic - Kopernika, Krakowska, Mickiewicza... "Tylko koni ¿al..."
Jeste¶my wreszcie we Lwowie... i obawa czy po 27 latach to miasto nie rozczaruje?
Obawê potêguje widok Dworca Stryjskiego: obraz nêdzy i rozpaczy! Brud, ba³agan, dziury na placu... Sprawdzamy wiêc szybko rozk³ad jazdy do Iwano Frankiwska - Stanis³awowa (najlepiej o 7.30 za 16 hrywien - ale to za dwa dni) i ruszamy do centrum. Pomaga nam w tym "marszrutka" nr 71, która dowozi nas do ulicy Ha³yckiej, gdzie mamy nocleg (6$ od osoby) u Mariana £awrisza (Ha³ycka 15/6). Wej¶cie okropne, tak jak pisa³a Szaszka, ale przyjêcie wspania³e. Jest mi³o, go¶cinnie i z... wielkim ³o¿em. Rozpakowujemy siê i ruszamy "w miasto".
Chcemy "na³ykaæ siê" Lwowa, sprawdziæ co siê zmieni³o, przypomnieæ sobie, jeszcze raz zachwyciæ... A jest czym! Trudno te¿ w tym mie¶cie pohamowaæ nasze polskie nacjonalistyczne ci±goty, choæ przecie¿ nie ten czas, nie ten czas...
Wra¿eñ, emocji, wspomnieñ mnóstwo! Noc zapowiada siê bezsennie...
A jutro...jutro m.in. Cmentarz £yczakowski i Cmentarz Orl±t. Ju¿ mi ¶ciska serce...
CDN
By ³em we Lwowie kilka razy. Mi³o powspominaæ. Trzy lata temu autobusy zw³aszcza ukrainskie mia³y jak±¶ dyspensê /by³y odprawiane poza kolejno¶ci±/ na przejazd granicy.
Czekam z niecierpliwo¶ci±
Pozdrawiam
14 lipca 2005 r. - dzieñ drugi
Mia³em racjê… Noc by³a bezsenna. Nie pomog³o s³ynne ju¿ „wielkie ³o¿e”, bo w g³owie t³uk³y siê my¶li a dobremu spaniu nie sprzyja³a te¿ pó¼no zjedzona, niez³a i w niez³ej knajpce kolacja. „Lwiwski Kurczata” za przyzwoit± cenê (ok. 25 hr/os) zaoferowa³a: sa³atkê a la grecka, barszcz, „pieczynki” (w±tróbki kurze), zestaw surówek, herbatê i oczywi¶cie piwo („Lwiwskie premium”). Dobre „jedzonko”, w mi³ej atmosferze z widokiem na katedrê i przeje¿d¿aj±ce tramwaje…
Rankiem decydujemy, ¿e na Cmentarz £yczakowski pójdziemy ulic± Piekarsk±. Spacer t± star± lwowsk± ulic± daje wgl±d w ró¿norodno¶æ i bogactwo architektoniczne budowli: kamienic, pa³aców (XIX wieczny rodziny Turku³³-Comello), Lwowskiego Uniwersytetu Medycznego Medycznego z koñca XIX wieku, socrealistyczny ogromny budynek Akademii Medycznej (Weterynaryjnej), ko¶cio³ów (Chrystusa Zbawiciela – obecnie ¶wi±tynia ewangelicka, Paulinów – obecnie cerkiew pw. ¶w. ¶w. Piotra i Paw³a).
Stajemy przed bram± g³ówn± Cmentarza £yczakowskiego. Kupujemy wi±zankê polnych kwiatów i kilkana¶cie zniczy, by chocia¿ w ten sposób uczciæ pamiêæ Wielkich Polaków. Wchodzimy i… zaskoczenie. Zwiedzanie cmentarza kosztuje 3 hr/os plus 3 hr za fotografowanie. Trudno, p³acimy.
Przystajemy przy kolejnych nagrobkach, pomnikach i kaplicach cmentarnych naszych Wybitnych Rodaków: Seweryna Goszczyñskiego, Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej, W³adys³awa Be³zy (trudno w tym miejscu nie zarecytowaæ „Kto ty jeste¶, Polak ma³y…”),
Karola Szajnochy, Stefana Banacha, Artura Grottgera, Maryli Wolskiej…Zapalamy znicze k³adziemy kwiaty…
Przed bram± Cmentarza Orl±t zdejmujê buty… Boso wchodzê na ¦wiêt± Ziemiê… Nie dodam tu ju¿ nic...
Wracamy na Plac Ha³ycki. Postanawiamy zmieniæ trochê trasê nr 1 opisan± w przewodniku Aleksandra Strojnego „Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu” i i¶æ najpierw na Kopiec Unii Lubelskiej i Wysoki Zamek. Panorama Lwowa z tego miejsca wygl±da szczególnie piêknie. Po drodze odwiedzamy ko¶ció³ i klasztor Bernardynów, zamkniête, nieczynne b±d¼ zamienione na cerkwie ko¶cio³y (¶w. Kazimierza, Matki Boskiej Gromniczej, Nawiedzenia NMP i klasztor Karmelitów).
Wracamy ulic± Podwaln± do centrum zwiedzaj±c kolejno basztê prochow± (fajne miejsce na zrobienie zdjêcia z figurami herbowych lwów), pomnik Iwana Fedorowa (zas³u¿ony dla lwowskiej sztuki drukarskiej). Obok Cerkwi Wo³oskiej (Uspieñskiej) skrêcamy w ulicê Rusk± zwiedzaj±c wie¿ê Korniakta i Kaplicê Trzech ¦wiêtych Hierarchów (¶w. Jana Chryzostoma, Bazylego i Grzegorza) i ulic± Fedorowa wkraczamy w kwarta³ ¿ydowski (z miejscem (jedynie!) po s³ynnej synagodze „Z³ota Ró¿a”, nazwanej tak na cze¶æ zas³u¿onej dla gminy ¿ydowskiej Ró¿y Nachman). Tu jedynie mo¿na i trzeba tylko milczeæ..
Ogl±damy piêkne kamienice w Rynku. Tu ka¿da z nich (np. Czarna Kamienica, Bandinellowska, Wilczków, Królewska oraz Pa³ac Arcybiskupi i Lubomirskich oraz inne) to pere³ki architektury miejskiej. Obok ratusza z czterema naro¿nymi fontannami przedstawiaj±cymi Neptuna, Dianê, Adonisa i Amfitrynê i ulic± Teatraln± dochodzimy do wielkiego, nieczynnego (co¶ niesamowitego!) ko¶cio³a i klasztoru Jezuitów, a nastêpnie Prospektem Swobody, obok graj±cych w warcaby i szachy Lwowian, do budynku pañstwowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu (dawny Teatr Wielki).
Przepiêkny z zewn±trz i wewn±trz (zwiedzanie 3 hr/os) budynek Opery ze s³ynn± kurtyn± malowan± przez H. Siemiradzkiego „Parnas” znów przywo³uje historiê i … dumê narodow±. To tu odbywa³y i odbywaj± siê premiery polskich sztuk teatralnych. Doprawdy duchowa uczta!
Obok cerkwi Preobra¿eñskiej docieramy do kwarta³u ormiañskiego, by znów podziwiaæ ulicê Wirmeñsk±, katedrê ormiañsk± i klasztor Benedyktynek obrz±dku ormiañskiego. Po takiej „dawce” znów wracamy do Rynku .
Czas na odpoczynek i … trafiamy do „Zo³otogo Wepra” (Z³otego Dzika) na spó¼niony obiad. Mi³e przyjêcie, obs³uga i smaczne jedzenie (p³acimy 28 hr/os za sa³atkê, pyszn± (!!!) zupê „solankê”, cielêcinê z grzybami i m³odymi ziemniakami, zestaw surówek, herbatê, piwo - tym razem „Obo³on” i sok pomidorowy; dostajemy gratis wspania³± kawiorowi pastê). Posileni, ale te¿ „dopieszczeni” przez obs³ugê postanawiamy skosztowaæ nocnego Lwowa. Oczywi¶cie ogranicza siê to do „³azêgowania” ulicami. Ca³kiem bezpiecznie, a przyjemnie i weso³o z uwagi na pogodê i cudownych Lwowian, którzy, co zrozumia³e zarówno na porê dnia i serdeczny stosunek do ¶wiata, s± weseli (w czym pomocna zapewne jest przys³owiowa 50-tka hory³ki). Nastrój udziela siê te¿ i nam. Nie ¶piewamy co prawda „Soko³ów”, ale niezbyt cicho pod¶piewujê „Dumkê Bohuna” z „Ogniem i mieczem”, co wzbudza ¿ywe zainteresowanie przechodz±cych…
Coraz bardziej jestem przekonany, ¿e wtedy dopiero poznasz, jak sam do¶wiadczysz. Mo¿e to niezbyt odkrywcze, ale…Ale przed nami nastêpny dzieñ, ten z podró¿± w góry, do Dzembroni… W serce Czarnohory …
Czy mo¿na spaæ w takim przypadku???
CDN
14 lipca 2005 r. - dzieñ drugi
Dalsze fotki ze Lwowa
15 lipca 2005 – dzieñ trzeci
Wyje¿d¿amy autobusem o 7.30 do Iwano-Frankiwska czyli Stanis³awowa (16 hr/os). Okazuje siê, ¿e chwilowo nie mamy miejsc. Wkracza jednak „w³adza” czyli kierowca autobusu. S³ysz±c polski jêzyk stanowczo ka¿e innym ust±piæ nam miejsca. Czujê siê za¿enowany i jak siê oka¿e nie ostatni to raz. W rozmowie jednak z „wysiedlonymi” okazuje siê, ¿e jad± do miejscowo¶ci oddalonej o 20 km od Lwowa i „nie ma problema”… Przegl±dam mapê Ukrainy. Chcê siê dowiedzieæ jakie miejscowo¶ci bêdziemy mijaæ, ale dwie zarwane noce, choæ w luksusowych warunkach, daj± o sobie znaæ… Zapadam w krótkie drzemki.
Zatrzymujemy siê w Rohatynie. Kierowca zabiera siê do zmiany ko³a (!) a my wêdrujemy do dworcowego baru. Kupujemy piwo i „pyri¿ki”. S± to sma¿one racuszki nadziewane d¿emem (1 hr). Pychota!!! I znów konsternacja i za¿enowanie, choæ przyznam bardzo mi³e… Kiedy „gruba pani w barze” us³ysza³a polski jêzyk natychmiast poleci³a kuchni usma¿yæ ¶wie¿e „pyri¿ki” (na ladzie le¿a³a sterta trochê wcze¶niej usma¿onych!). ¯egnani ¿yczeniami dobrej podró¿y i wszystkiego dobrego ruszamy w dalsz± drogê. Jeszcze w autobusie delektujemy siê tym „specja³em” .
Przekraczamy Dniestr. Za oknami krajobraz biedy, choæ zdarzaj± siê i bardziej okaza³e, bogatsze domostwa. Po godz. 11-tej docieramy do Stanis³awowa. Chcemy zobaczyæ miasto, ale okazuje siê, ¿e o 12.20 mamy „marszrutkê” do Werchowyny (14 hr/os + paczka marlboro za plecaki) wiêc, niestety, rezygnujemy ze zwiedzania. Ogl±damy miasto jedynie „zza szyb automobilu”. £adnie siê prezentuje… mo¿e nastêpnym razem lub w drodze powrotnej uda siê je zwiedziæ. Po ok. 3 godz. szybkiej jazdy jeste¶my w Werchowynie. Okazuje siê, ¿e o 17.40 za 2 hr/os. mo¿emy dojechaæ do Dzembroni, znów autobusem. £azimy wiêc po pobliskim targowisku a tak¿e jemy za 14 hr/os niez³y (pe³ny + piwo) obiad w jednej z restauracyjek (czy¶ciutko, mi³o i z polskim akcentem – m³oda szefowa kuchni, okazuje siê, pracowa³a w jednej z warszawskich restauracji). Wracamy na dworzec i czekamy na autobus. Widzimy jak podje¿d¿a pojazd z „poprzedniej epoki”, robiê zdjêcie (takie auto to kuriozum) i… mi³a pani z kasowego okienka stukaj±c w szybê pokazuje, ¿e mamy do niego wsiadaæ. Zaskoczenie kompletne!
Siadamy na koñcu wspólnie z podró¿uj±cymi z jakimi¶ tobo³ami, wiadrami, pakami. Robi siê ciasno, ale te¿ i weso³o. Za oknami akurat lun±³ deszcz i zaczê³a siê burza. Kierowca „odpali³” maszynê i w k³êbach dymu ruszyli¶my. Droga do Dzembroni to emocje do kwadratu: fruwamy czasami pod sufit a spojrzenia przez okno powoduj± palpitacje serca. Powoli robi siê coraz lu¼niej i mo¿na pogadaæ z pasa¿erami. Okazuje siê, ¿e trafili¶my na dzieñ targowy a pasa¿erowie to dorabiaj±cy sobie mieszkañcy okolicznych wiosek. Jedna z jad±cych kobiet proponuje nam nocleg w swoim domu (10hr/os). Bez chwili zastanowienia zgadzamy siê. Przecie¿ to nastêpna noc w ³ó¿ku a pogoda nie zachêca do spania pod namiotem – ci±gle kropi deszcz.
Nagle co¶ okropnie strzeli³o… My¶la³em, ¿e kto¶ kropn±³ przynajmniej z granatnika! Kierowca odwracaj±c siê do nas krzykn±³ – „Nic siê nie sta³o! To tylko ga¼nik…” i dalej krêci³ kó³kiem. Oko³o 20 –tej wysiadamy wreszcie z „piekielnej” maszyny. Pani Anna (zwraca siê do nas o przekazanie jej adresu innym wêdrowcom(!) – Anna Paliczuk Dmetrowa, Dzembronia – to ponoæ wystarczy!) prowadzi nas do swojego domu – od razu pod górê! Po 20 min. wdrapywania siê i prze³a¿enia przez ogrodzenia wchodzimy do skromnego domku. W drzwiach wita nas staruszka i dwóch ch³opców. Pani Anna zaprasza do izby, gdzie bêdziemy spaæ. Przynosi czy¶ciutk± po¶ciel, pokazuje, gdzie jest wychodek i ¼róde³ko, w którym mo¿na siê umyæ. Po chwili przynosi gor±c± herbatê z… macierzanki. Pychota!!!
Rozpakowujemy siê zadowoleni, ¿e tak szybko znale¼li¶my siê w Dzembroni, ¿e bêdziemy spaæ jeszcze pod prawdziwym dachem, i ¿e jeste¶my w Czarnohorze! Ogl±damy jeszcze przez lornetkê jutrzejsz± trasê na Smotrec i idziemy do ³ó¿eczek. Tym razem zasypiamy b³yskawicznie. Nikomu nie chce siê gadaæ. Ka¿dy chyba rozmy¶la o tym co nas czeka jutro. Oby tylko by³a pogoda…
CDN
Zrobi³e¶ mi du¿± frajdê zdjêciem tego "autobusu". Takim samym pojazdem przemieszcza³em siê 20 lat temu po Wietnamie. Wiem co to fruwanie pod sufit i strza³y ga¼nika. Jak nawali³o o¶wietlenie to nasz kierowca wyj±³ latarenkê, w³o¿y³ do niej zapalon± ¶wiecê, powiesi³ j± na drucie z przodu na masce i tak na postojowym dojechali¶my na miejsce. Ale to ca³kiem inna bajka..
Pozdrawiam
16 lipca 2005 r. – dzieñ czwarty
Pierwszy ranek w Czarnohorze przywita³ nas straszn± mg³±. Nic nie by³o widaæ, nawet ogrodzenia gospodarstwa pani Anny. Co robiæ? Zbyt du¿e ryzyko, by ruszaæ w góry. Zapewne nie mo¿na by³oby odnale¼æ czerwonego szlaku, którego tak d³ugo szuka³ Derty ze swoj± ekip±. No có¿ wypada nam czekaæ, wiêc… ¶pimy dalej. Ok. godz.10 znika ca³kowicie mg³a. Przed nami przepiêkne widoki gór w pe³nym s³oñcu. Zrywamy siê z ³ó¿ek i szykujemy do drogi. Po herbatce z macierzanki i wrêcz czu³ym po¿egnaniu z rodzin± pani Anny schodzimy do drogi. Przechodzimy po k³adce przez Dzembroniê (potok) i drog± wêdrujemy przez wioskê. Nie bez trudu odnajdujemy czerwony szlak (ledwo widoczny na ¶cianie jakiej¶ szopy). Okazuje siê, ¿e musimy przej¶æ przez podwórko. Pytamy dzieci czy to na pewno szlak na Smotrec i po potwierdzeniu otwieramy bramkê i wkraczamy na poln± drogê, przy której, po chwili, napotykamy tablicê informacyjn± Karpackiego Parku Narodowego.
¯mudnie wchodzimy na kolejne wzgórza. Jest gor±co. Postanawiamy zatrzymywaæ siê co godzinê na d³u¿szy odpoczynek. Od czasu do czasu wspomagamy siê „powerkiem” i wod± mineraln± z rozpuszczon± tabletk± „Energy Vigor”. Chyba pomaga bo idzie siê nam nie¼le. Pokonujemy kolejne ogrodzenia (znowu prze³a¿±c przez nie dziwnymi „schodkami”). Zatrzymujemy siê przy wiacie, gdzie odpoczywamy chwilê i ruszamy dalej. D³u¿szy odpoczynek z posi³kiem robimy dopiero przy ostatnich sza³asach pasterzy. Bierzemy ze ¼róde³ka wodê do pojemnika (jak siê pó¼niej okaza³o niepotrzebnie) i… musimy schroniæ siê przed deszczem. Niebezpiecznie w oddali pomrukuje burza. Postanawiamy jednak i¶æ dalej. Deszcz powoli ustaje, ale kr±¿± wokó³ burzowe chmury. Nie wró¿y to nic dobrego. Dochodzimy na po³oninkê pod Smotrecem. Jest poid³o z bie¿±c± wod±. Wybieramy w miarê bezpieczne miejsce i rozbijamy obóz. Zaczyna padaæ, gdy siedzimy ju¿ w namiotach.
Przez uchylone wej¶cie widaæ, jak nieopodal rozbijaj± siê inni. Pomruki szybko zamieniaj± siê w potê¿ne grzmoty. Co chwila uderza gdzie¶ piorun, niekiedy bardzo blisko. Trochê straszno… Burza powoli przechodzi a nam ukazuj± siê przepiêkne widoki na ca³y grzbiet Czarnohory.
W pobliskim obozowisku dziej± siê dziwne rzeczy… S³ychaæ jakie¶ pohukiwania (podobne do indiañskich), ludzie ¶migaj± na golasa, co poniektórzy strzelaj± z ³uku do tarczy…
Co u licha? Ukraiñscy Indianie czy co? Na ich pohukiwania, ¶miej±c siê w g³os, odpowiadaj± z kolei inni z rozbitego pod lasem obozu. Zaczyna byæ ciekawie. Na wszelki wypadek (jakby to mia³o pomóc) siêgam po siekierkê. Te dziwne rytua³y trwaj± oko³o dwóch godzin i … wszystko cichnie, a¿ do momentu nadci±gniêcia nastêpnej, tym razem ju¿, nocnej burzy. Co chwila niebo roz¶wietlaj± b³yskawice a tropik namiotu faluje po uderzeniach piorunów. Wreszcie oko³o 1 w nocy burza oddala siê na tyle by móc zasn±æ…
CDN
Dalej...dalej... Czekamy na jeszcze.
Jak to dobrze, ¿e tak szczegó³owo podajesz dane (adresy, godziny odjazdów, ceny i menu) Tego mi by³o trzeba.
Czekam na C.D
17 lipca 2005 r. – dzieñ pi±ty
Budzi nas s³oñce i …. pohukiwania ze wzgórza. Okaza³o siê, ¿e „ukraiñscy Indianie” wykonuj± swoje rytualne tañce. Wygl±da to w tym miejscu do¶æ egzotycznie, ale nie ekscytujemy siê ich sprawami. Trzeba zrobiæ szybkie ¶niadanie i ruszaæ na szlak. Po godzinie jeste¶my ju¿ objuczeni plecakami i ok. godz. 9 –tej zaczynamy wêdrówkê. Z pocz±tku idzie nam opornie – du¿e g³azy po deszczu s± ¶liskie a ¶cie¿ka niezbyt szeroka. Po chwili dogania nas trójka skromnie ubranych wêdrowców. Okazuje siê, ¿e to czê¶æ wiêkszej grupy, która nocowa³a pod lasem. Wymieniamy zwyczajowe pozdrowienia na szlaku - „Dobryj deñ” i kilka s³ów: dok±d idziecie, jak dotrzeæ na Smotrec. Ch³opaki chêtnie nawi±zuj± kontakt i ze ¶miechem opowiadaj± swoje nocne przygody z „ukraiñskimi Indianami”. „To sekta” – mówi±. „U nas na Ukrainie jest du¿o ró¿nych sekt. Oni akurat s± niegro¼ni, ale ¶miesznie siê zachowuj±” – twierdz±. Idziemy dalej w kierunku widocznego ju¿ niewielkiego wodospadu. I tu zaczyna siê nasza przygoda, która powoduje, ¿e nabijemy pó¼niej sporo kilometrów. W przewodniku A. Strojnego, K. Bzowskiego i A. Grossmana „Ukraina zachodnia. Tam szum Prutu, Czeremoszu…” (Wyd. Bezdro¿a) wyra¼nie jest napisane, ¿eby nie przekraczaæ strumienia lecz zmierzaæ dalej i znale¼æ zarastaj±c± ¶cie¿kê… Nie mo¿emy tej ¶cie¿ki znale¼æ. Dooko³a gêste krzaki. Wracamy wiêc do strumienia, przekraczamy go i… odnajdujemy czerwone znaki na wyra¼nej ¶cie¿ce. Idziemy dalej pocz±tkowo ³agodnym pó¼niej coraz bardziej stromym trawersem. Przekraczamy kolejny strumyk i znów siê wspinamy. Odwracam siê i … dostrzegam na przeciwleg³ym stoku (na tym obok wodospadu) zygzak ¶cie¿ki. Siêgam po lornetkê: to ¶cie¿ka na Smotrec!!! Cholera, gdzie my idziemy? Odpowiedzi na to pytanie udziela para lekko ubranych, w trampkach, bez plecaków m³odych Ukraiñców. „Idziecie na Wuchatyj Kamiñ” – mówi±. Mapa idzie w ruch. Faktycznie zmierzamy w tym kierunku, ale ca³e szczê¶cie mo¿na doj¶æ równie¿ têdy na g³ówny grzbiet Czarnohory. Niestety a mo¿e stety omijamy Smotrec! Wuchatyj Kamiñ jest o wiele ciekawszy (tak porównujê z odleg³o¶ci Smotrec). Ma formy skalne, w których mo¿na dojrzeæ postaci ludzi, zwierz±t, prehistorycznych gadów… Po ok. godzinie do¶æ intensywnego marszu znajdujemy siê wreszcie na szczycie tego tam Wuchatego Kaminia. Przed nami rozci±ga siê prawie ca³e pasmo Czarnohory z widocznymi w oddali ruinami polskiego przedwojennego obserwatorium na Popie Iwanie. To tam mamy zamiar spêdziæ kolejn± noc…Jak oceniam, dojdziemy tam za oko³o 2 godz. Schodzimy ³agodnym trawersem na siod³o miêdzy Smotrecem a Balcatulem (1851 m , s³upek na dawnej granicy polsko – czechos³owackiej nr 18). Robimy odpoczynek. Z chêci± zdejmujê buty i moje „jarzmo” – plecak. K³adê siê na trawie i patrzê w niebo. Naprawdê jestem w Czarnohorze, naprawdê zaraz wejdê na Popa Iwana, zobaczê dawne obserwatorium…Muszê siê uszczypn±æ, by stwierdziæ, ¿e to nie sen! Jeszcze ³yczek „powerka” i ruszamy dalej…Idzie mi siê coraz gorzej… Nogi nie nios±, jak wcze¶niej, coraz czê¶ciej muszê odpoczywaæ… Cholera, te ostatnie metry, choæ dosyæ stromo, s± przecie¿ do pokonania! Wreszcie jeste¶my na szczycie! Kompletne zaskoczenie! Ruiny ton± w ¶mieciach. Wokó³ walaj± siê butelki po wódce, puszki po konserwach i setki plastyków… Przygnêbiaj±ce wra¿enie! Do tego nadchodz± znienacka chmury, które jak woalem otaczaj± ca³y szczyt. Robi siê przera¼liwie zimno, wilgotno i wietrznie. Spotykamy wcze¶niej poznanych ch³opaków, którzy zapraszaj± na „czaj”. W rozmowie przyznaj± siê, ¿e wêdruj± ju¿ 8 dni i zmierzaj± na Howerlê, Pietros i dalej na ¦widowiec. Patrz±c na ich Ubogi sprzêt i ekwipunek, mo¿na by³o jedynie pokiwaæ g³ow±. Rewan¿ujemy siê snikersami i paczk± marlboro, robimy sobie pami±tkowe zdjêcia i umawiamy siê na jutro, ¿e bêdziemy siê wspieraæ na trasie! Szybko rozbijamy namioty i nie czekaj±c na zmierzch wskakujemy w ¶piwory. Znów zaczyna gdzie¶ „mruczeæ”… Czy¿by znów burza? Na szczê¶cie nie, choæ deszcz bêbni w tropik. ¦pimy na wysoko¶ci ponad 2000 m. Pierwszy raz…
Szybko liczê czas przej¶cia – 5,5 godz. Nie jest ¼le… choæ przecie¿ nikt z nas nie przyjecha³ tu by siê ¶cigaæ… W pobli¿u s³yszê dziwne d¼wiêki. Wygl±dam z namiotu i… widzê grupê kilku rowerzystów z ich pojazdami objuczonymi jak wielb³±dy. Po proporczyku rozpoznajê Francuzów… No có¿, ka¿dy ma swoje hobby a my jeste¶my (prawie) w UE…Zasuwam pod brodê suwak ¶piwora i oddajê siê w objêcia Morfeusza… A deszczyk kropi!
CDN
Jeszcze kilka fotek z tego dnia...
Tak , niestety, wygl±daj± ruiny polskiego przedwojennego obserwatorium na Popie Iwanie. Przykre...
I jeszcze kilka...
18 lipca 2005 – dzieñ szósty
Budzimy siê wcze¶nie rano, szykujemy ¶niadanie. Wreszcie udaje mi siê rozszyfrowaæ dzia³anie prymusa z kartuszem na gaz. Do tej pory od czasu do czasu musia³em nim potrz±sn±æ by wydobywa³ siê gaz. Podejrzewa³em ju¿ wadê tego kartusza, ale, dziêki Bogu, okaza³o siê, ¿e palnik trzeba dokrêciæ prawie na si³ê a wtedy pali siê bez zarzutu. Ot i nowe do¶wiadczenie…
Pakujemy swój „dobytek” i ¿egnamy Popa Iwana. Zaczyna porz±dnie wiaæ. Nie odczuwa siê tego podczas schodzenia, ale kiedy trzeba trochê podej¶æ strom±, w±sk± ¶cie¿k± dochodzi kwestia utrzymania równowagi. Kije trekingowe (po nich mo¿na poznaæ, ¿e wêdruj± rodacy!) s± w tym pomocne. Idziemy od s³upka do s³upka niekiedy oddalaj±c siê od g³ównej ¶cie¿ki. Oznakowanie bardzo s³abe, ale kompas na razie niepotrzebny. Pomocna jest za to mapa wigówka 1:75000 (¯abie), na której znakomicie pokazane s± kolejne numery s³upków granicznych, poziomice i stara granica.
Spotykamy na szlaku naszych trzech znajomych wêdrowców. Rozmawiamy chwilê i ruszamy dalej. Tak bêdzie siê dziaæ kilka razy w ci±gu dnia. Wiemy, ¿e zamierzaj± nocowaæ nad jeziorkiem Brebeniesku³ wiêc i my postanawiamy tam dotrzeæ i rozstawiæ swoje namioty. Idziemy spokojnie, choæ wiatr wzmaga siê. Ca³e szczê¶cie, ¿e ¶wieci s³oñce, co dodaje nam si³ i pozwala podziwiaæ wspania³± panoramê gór. A góry s± wszêdzie, dooko³a, otaczaj± nas z ka¿dej strony. Mam wra¿enie, ¿e te nieopodal s± wy¿sze od g³ównego grzbietu a idziemy przecie¿ ¶cie¿k± na wysoko¶ci 1800 – 2000 m. Czujê jak mi jest tu dobrze, ¿e mogê obcowaæ sam na sam z duchem tych gór. Nastrój ten opanowa³ chyba nie tylko mnie, bo wêdrujemy bez s³ów…
Dochodzimy do Muncze³a (1999 m n.p.m.), na którym widoczne s± bardzo wyra¼nie pozosta³o¶ci I wojny ¶wiatowej (zasieki z drutu kolczastego, transzeje umocnione kamieniami, fragmenty schronów). My¶li od razu lec± do tamtych czasów i wydarzeñ. ¦lady wojny nie zacieraj± siê tak szybko a rany ziemi d³ugo siê zabli¼niaj±…
Po 2 godzinach wêdrówki osi±gamy s³upek nr 25 a wiêc jeste¶my na Brebenieskule (2037 m n.p.m.). Zaliczamy wiêc drugi szczyt powy¿ej 2000 m. Robimy krótki odpoczynek i zaczynamy rozgl±daæ siê za wod±. Nie spotykamy ¿adnego strumyka ani ¼róde³ka (to efekt przej¶cia przez szczyt Muncze³a a nie trawersem) co mnie zaczyna niepokoiæ. Zosta³a nam ma³a pó³litrowa butelka. Powoli schodzimy do jeziorka, choæ jest do¶æ wcze¶nie i mo¿na by jeszcze ¶mia³o dotrzeæ do jeziorka Niesamowitego, ale… s³uchamy przestrogi Dertego, ¿eby tam za ¿adne skarby nie biwakowaæ. Schodz±c napotykamy ¼róde³ko. Nape³niamy kanister i pozosta³e opró¿nione butelki i ju¿ na samym dole spotykamy rozstawiony namiot naszych „trzech ukraiñskich muszkieterów”.
Nie³atwo jest znale¼æ równy, suchy i czysty teren na rozbicie namiotu. Rozbijamy siê wiêc w pobli¿u czerwonego namiociku jakiego¶ trochê dziwnie ubranego (kufajka, podarte spodnie, trampki) m³odego cz³owieka, który co¶ pichci w wielkim garze na ognisku. Robi siê tak jako¶ mniej bezpiecznie… Próbujê go zagadn±æ, ale zbywa mnie… Proponujê herbatê, ale odpowiada mi, ¿e ma „czaj”. Dalej nie ryzykujê i nie narzucam siê… Wywnioskowa³em, ¿e jest chyba Rosjaninem, bo nie mówi czysto po ukraiñsku. Szykujê wiêc obozowisko, rozstawiam namiot i przygotowujê posi³ek (tym razem jest to gor±cy kubek + poka¼ny kawa³ek suchej kie³basy ja³owcowej - Morliny najlepsze bo smaczne i zapakowane hermetycznie).
Nagle staje przede mn± ów dziwny s±siad i pyta czy mo¿e trochê pogadaæ. Jasne, tego by³o mi potrzeba, by zorientowaæ siê kto zacz. Okazuje siê, ¿e corocznie biwakuje tu piêæ, sze¶æ dni. Jest po czê¶ci Rosjaninem, Ukraiñcem i £otyszem. Pyta o Polskê, choæ bardzo dobrze orientuje siê co do geografii i polityki. Pyta jak jest w Alpach, my¶l±c chyba, ¿e tam byli¶my. Wyprowadzam go z b³êdu. Patrzy na namiot i krêci z niedowierzaniem g³ow±. Nie zwracam zbytnio na to uwagi ciesz±c siê, ¿e co¶ nieco¶ siê o nim dowiedzia³em i, prawdê mówi±c, uspokoi³em siê… Po chwili zaczêli obok rozbijaæ swoje namioty inni. Odprê¿am siê ju¿ zupe³nie…
Dostajemy zaproszenie od naszej trójki znajomych na, jak to okre¶lili, „takie ciut, ciut”. Nie wypada³o odmówiæ wiêc poszed³em. Okaza³o siê, ¿e ch³opaki to nauczyciele wêdruj±cy przez Po³oninê Hryniawsk±, teraz Czarnohorê i ¦widowiec. Wymienili¶my pogl±dy na temat sytuacji na Ukrainie, w Europie i ¿e na pewno musi byæ nam lepiej… Nie bratali¶my siê jednak d³ugo, bo ci±gle przed oczami sta³a mi piekielnie stroma ¶ciana, któr± musieli¶my jutro wydostaæ siê na szlak. Na tê „diablicê” trzeba byæ naprawdê w formie… Musia³em wiêc z rozs±dku skróciæ biesiadowanie…
Robi siê ch³odno i wilgotno. Zachodz±ce s³oñce ledwo co o¶wietla potê¿ne ramiê Gutin Tomnatka. Tym razem bêdziemy spali na wysoko¶ci 1801 m n.p.m.. Jezioro Brebeniesku³ (lub jak niektórzy mówi± Tomnackie) jest najwy¿ej po³o¿onym jeziorem na Ukrainie. Same atrakcje…! Wspominaj±c odleg³e w czasie wypady w nasze Tatry powolutku zasypiam. Nie przypuszczam, ¿e jest to trzeci i ostatni nocleg pod namiotem w tych górach …
CDN…
19 lipca 2005 r. – dzieñ siódmy
Wstajemy do¶æ wcze¶nie. Jak to dobrze, ¿e „integrowanie siê” z braæmi Ukraiñcami by³o symboliczne, w przeciwnym razie… strach nawet my¶leæ. Zwiniêcie obozowiska zajê³o nam niewiele czasu i zaczêli¶my siê wspinaæ. Powolutku, krok za krokiem, coraz wy¿ej… ¦cie¿ka jest tu naprawdê bardzo w±ziutka a do tego coraz silniejszy (wraz z wysoko¶ci±) wiatr nie sprzyja³y doj¶ciu do szlaku. Spogl±dam w dó³. Przy jeziorku jeszcze b³ogi spokój – wszyscy ¶pi±. My tymczasem jeste¶my coraz bli¿ej szlaku. Wreszcie wchodzimy na widoczn± ¶cie¿kê. Po lewej widnieje ramiê Gutin Tomnatka, ale my ruszamy w kierunku Rebry (2001 m n.p.m.), któr± zdobywamy z marszu. Warto jest byæ na wierzcho³ku, bo rozci±ga siê st±d piêkny widok na „skalny las” i Gad¿ynê. Robimy sobie spó¼nione ¶niadanie… ¦wieci s³oñce, ale wiatr jest coraz bardziej dokuczliwy… Siedzimy sobie zapatrzeni we wspania³e widoki i nie chce nam siê st±d ruszaæ. Mijaj± nas „trzej ukraiñscy muszkieterowie”, wymieniamy pozdrowienia i powoli zbieramy siê do dalszej wêdrówki. Kiedy znów wchodzimy na szlak naszych znajomych ju¿ nie widaæ. Id± jak wicher, który dmie ju¿ z „si³± wodospadu”.
Po ok. dwóch godzinach docieramy pod Turku³ i po prawej stronie poni¿ej ukazuje siê Jezioro Niesamowite. Wokó³ niego stoi ok. 20 namiotów i nie widaæ, by ich w³a¶ciciele spieszyli siê z opuszczeniem tego urokliwego miejsca (jest oko³o 10-tej!). My wspinamy siê zgodnie z oznakowaniem i… pope³niamy b³±d, który kosztuje nas sporo dodatkowego wysi³ku. Szlak prowadzi przez Turku³, na który prowadzi bardzo strome podej¶cie. Wspinamy siê bardzo powoli maj±c po prawej stronie widok na ³agodne podej¶cie znad jeziorka (piiiiiiiiiiiiiiip).
Po 30 minutach intensywnego wysi³ku wchodzimy na szczyt (1932 m n.p.m., s³upek nr 33), z którego widaæ wreszcie Howerlê. Jeszcze daleko…
Schodzimy na prze³êcz i tym razem z lewej strony trawersujemy Dancerz wpadaj±c na spore g³azy, po których trudno i¶æ. Zaczyna padaæ deszcz a zbocze przyobleka siê w nisko p³yn±ce chmury i mg³ê. Niestety taka pogoda utrzyma siê przez ca³± dalsz± drogê. My jednak idziemy dalej. Mijamy Po¿y¿ewsk± (1822 m n.p.m. s³upek nr 37 i ostro wspinamy siê na Bresku³ (1911 m n.p.m., s³upek nr 38), z którego powinna byæ widoczna Howerla w pe³nej okaza³o¶ci. Docieramy na szczyt i… nie widzimy Howerli! Ca³a spowita jest we mgle! Niestety nie zobaczymy „¦wiêtej Góry” Ukraiñców w ca³ej swojej krasie i potêdze!
Wahamy siê czy nie zej¶æ do schroniska i próbowaæ jutro spotkaæ siê z Howerl±. Zwyciê¿a jednak chêæ wdrapania siê na ni± dzi¶, mimo tej mg³y. Utwierdzaj± nas w tym przekonaniu spotkani na Breskule Czesi, którzy w³a¶nie zeszli i stwierdzili, ¿e na szczycie Howerli od czasu do czasu s± momenty lepszej widoczno¶ci na ca³e pasmo. Schodzimy na prze³êcz i zaczynamy podej¶cie. Jeste¶my na trasie ju¿ szóst± godzinê, a plecaki ci±¿± coraz bardziej. Powoli idziemy dalej. Po godzinie jeste¶my na najwy¿szym szczycie Ukrainy (2058 m n.p.m.). Niestety jest s³aba widoczno¶æ, wieje przera¼liwy wiatr, coraz to przelatuj± ko³o nas jakie¶ plastiki, powiewaj± jakie¶ proporczyki, szmatki i walaj± siê ¶mieci (puszki po piwie, butelki, papiery). To nie do wiary, ¿e dwa dni temu by³ tu prezydent Juszczenko ze swoj± ¶wit± (tez zostawili swoja pami±tkê – jak±¶ rurê stalowo-mosiê¿n± ze zobowi±zaniami, które chc± zrealizowaæ do 2015 r.). Postanawiamy po¿egnaæ „¦wiêt± Górê” i schodzimy obok zag³êbienia, w którym „odwiedzaj±cy” zrobili sobie kontener na ¶mieci! Od tego miejsca jako¶ idziemy szybciej… Mijamy wycieczkê dzieci w koszulkach i trampkach (adidasy to dopiero wyposa¿enie!!!), które dzielnie wchodz± popêdzane przez opiekuna. Po oko³o 30 minutach dostrzegam stoj±c± chatkê. Skrêcamy do niej. Okazuje siê byæ „Punktem Ekologicznym Karpackiego Parku Narodowego”. Otwieramy drzwi zamkniête na gwó¼d¼. W ¶rodku czy¶ciej ni¿ na szczycie, ale nie chcia³bym tu nocowaæ. Sprawdzam mapê. Poni¿ej chatki jest ¶cie¿ka, która ³agodnym trawersem schodzi w dó³. Postanawiamy ni± i¶æ, co potwierdzi³ na szczycie zapytany rosyjski turysta. Schodzimy jakie¶ 300 metrów i pojawia siê ¿ó³ty znak. Zamurowa³o mnie. To nie têdy droga – tak mi siê wydaje. Powinni¶my i¶æ dalej czerwonym szlakiem. Niechêtnie i tak do koñca nie przekonani wracamy nad chatkê i idziemy grzbietem a nastêpnie do¶æ stromo w dó³. U podnó¿a uzupe³niamy wodê (wyp³ywa z wnêtrza góry poprzez rurê!), trochê odpoczywamy i wychodzimy na obszerny p³askowy¿. ¦cie¿ka jest wyra¼na, ale jako¶ dziwnie odchodzi coraz bardziej na prawo. Niepokoi mnie to, wiêc pytam spotkanego turystê czy to droga na Pietros. Zdziwiony pokaza³ na Howerlê i powiedzia³, ¿e…nale¿y tam wróciæ i… obok chatki wej¶æ na schodz±c± w dó³ wygodn± ¶cie¿kê. Tego by³o ju¿ za wiele! Przez moj± zbytni± dociekliwo¶æ i ufno¶æ w oznakowania na mapie stracili¶my prawie 1,5 godziny. Do tego dochodzi coraz bardziej za³amuj±ca siê pogoda, wiêc postanawiamy i¶æ dalej t± drog±, która wg spotkanego wêdrowca doprowadzi nas do sio³a Ko¼mieszczyk, gdzie ponoæ jest schronisko.
Po krótkiej dyskusji jednomy¶lnie zmieniamy plany: odpuszczamy sobie tym razem Pietrosa. Widoczny jest w nas „kryzys woli”. Jeste¶my ju¿ 10 godzinê na szlaku, bardzo zmêczeni i chyba ka¿dy marzy o wskoczeniu do prawdziwego ³ó¿ka. Pogoda jest coraz gorsza. Ruszamy dalej, teraz ci±gle w dó³. Miejscami jest bardzo stromo a przecie¿ widoczne s± ¶lady ci±gników i samochodów ciê¿arowych. Zastanawiam siê, jak mo¿na tu wjechaæ?
Droga wydaje siê nie mieæ koñca…
Ci±gle schodzimy w dó³ i po 2 godzinach pojawiaj± siê w dole zabudowania. Wydaje siê, ¿e zajmie nam to jeszcze z godzinê. Zaczyna kropiæ i robi siê coraz ch³odniej. Wreszcie zza zakrêtu wy³aniaj± siê zabudowania: po prawej jakie¶ niedokoñczone gmaszysko a po lewej dwa budynki, wokó³ których krêc± siê jacy¶ m³odzi ludzie. Pod wiat± biesiaduj± drudzy. Przez zamkniêt± na ³añcuch i wielk± k³ódkê furtkê pytamy o gospodarza. Wychodzi starsza kobieta, która za 8 hr/os zgadza siê nas przenocowaæ. Po chwili znajdujemy siê w… sali schroniska. Nie ma niestety wody (trzeba wêdrowaæ do strumienia) i pr±du. Nam to nie przeszkadza. Myjemy siê w strumieniu i szybko (deszcz ju¿ ostro pada) wracamy (znów trzeba przechodziæ przez ogrodzenie obok furtki!!!) do naszego pokoju. £ó¿ka s± ¿elazne, piêtrowe, zas³ane kocami (trochê w±tpliwa ich ¶wie¿o¶æ i czysto¶æ), ale wygodne. Rozk³adamy na nich swoje maty i ¶piwory. Padamy jak ¶ciêci…
CDN...
20 lipca 2005 r. – dzieñ ósmy
Budzi nas s³oñce. W dolinie snuj± siê jeszcze gdzieniegdzie mg³y, ale zapowiada siê pogodny dzieñ. Dobry, by wyj¶æ w góry. Niestety mam k³opoty ¿o³±dkowe, które sprawiaj±, ¿e nie czujê siê zbyt dobrze. Naradzamy siê i dochodzimy do wniosku, ¿e na pierwszy raz w Czarnohorze to wystarczy. Pod¶wiadomie czujê, ¿e nie jeste¶my w bojowych nastrojach. Po czê¶ci biorê winê na siebie za tê pomy³kê podczas zej¶cia z Howerli. Dobi³o te¿ nas to d³ugie i mêcz±ce zej¶cie a moja niedyspozycja „zwieñczy³a dzie³o”. My¶lê, ¿e chyba nikt ju¿ tak naprawdê nie ma ochoty, na ten czas, „biæ siê z górami”… Snujemy siê po sali, przepakowujemy plecaki i widaæ, ¿e jeste¶my my¶lami przynajmniej we Lwowie.
Od gospodyni dowiadujemy siê, ¿e za chwilê odje¿d¿a gazik do Jasini, który za 10 hr mo¿e nas tam dowie¼æ. Wobec perspektywy 3 godzinnego „spaceru” po b³otnistej le¶nej drodze jest to super rozwi±zanie. £adujemy siê do wygl±daj±cego solidnie UAZ-a i machaj±c na po¿egnanie wyruszamy. Jak siê okaza³o by³ to strza³ w dziesi±tkê! Droga, miejscami ton±ca w ka³u¿ach po osie pojazdu, wyd³u¿y³aby ten nasz „spacer” przynajmniej o drugie tyle. Co jaki¶ czas mijamy wielkie ciê¿arówki jad±ce po drzewo. Od razu przypomina siê „Baza ludzi umar³ych”… Z zadumy wyrywa nas smród spalenizny. Z deski rozdzielczej naszego UAZ-a buchaj± k³êby dymu. Kierowca wy³±cza silnik. Siêga po skrzynkê z narzêdziami by po chwili wszystko naprawiæ i ruszamy dalej. Po ponad godzinnej je¼dzie jeste¶my w Jasini. Wy³adowujemy siê, dziêkujemy za jazdê i informacje co gdzie jest.
Miasteczko jak wszystkie poznane dotychczas têtni ¿yciem. Ludzie s± tu mobilni, ci±gle siê przemieszczaj±, co¶ za³atwiaj±. Wchodzê do sklepu by po tylu dniach napiæ siê wreszcie piwa. Ca³y czas o tym my¶la³em… Na ladzie stoj± kieliszki i kto chce mo¿e sobie zamówiæ „hory³kê”. Kilka babuszek korzysta w³a¶nie z tej us³ugi. Ja kupujê wodê mineraln± i butelkê piwa. Nie dane mi jest w spokoju to piwo wypiæ bo przed sklepem w³a¶nie zatrzymuje siê autobus z tablic± Iwano Frankiwsk. Po chwili siedzimy w ¶rodku trochê oszo³omieni szybko¶ci± wydarzeñ. Za 11 hr od osoby kierujemy siê ku „zachodniej cywilizacji”…
Co¶ ¶ciska za gard³o… W takiej chwili rodz± siê refleksje; mo¿e to ostatni raz, przelatuj± przed oczami obrazy z ostatnich dni, twarze poznanych, mi³ych i serdecznych ludzi…
Ech, „¿al, ¿al, za zielon± Ukrain±…” Mam wra¿enie, ¿e ju¿ têsknimy…
Po 3 godzinach jazdy jeste¶my znów w Iwano Frankiwsku. Mo¿e uda nam siê zobaczyæ wreszcie to miasto. Niestety, na s±siednim stanowisku stoi autobus do… Lwowa, którym (za 15 hr/os) oko³o 21 – ej jeste¶my na miejscu. Jeszcze przejazd „marszrutk±” nr 71 i „kotwiczymy”, a jak¿e, u p. Mariana na Ha³yckiej. Trafiamy jeszcze na ciep³± wodê, która wydaje siê balsamem. Biorê jeszcze dawkê wêgla, popijam piwem i wskakujê do ³ó¿ka… Zasypiam w momencie…
CDN…
21 lipca 2005 r. – dzieñ dziewi±ty i trochê dziesi±tego
Rankiem postanawiamy po³aziæ jeszcze po Lwowie. Tym razem wêdrujemy tras± nr 2 z cyt. wy¿ej przewodnika. Najpierw Prospektem Szewczenki (dawna Akademicka), przy której znajduj± siê ciekawe kamienice: kamienica adwokata A. Segala z istniej±c± tu przed 1945 r. kawiarni± Shneidera wybudowana w stylu secesyjnym, nastêpnie pod nr 8 – najlepsza ksiêgarnia lwowska i stare kino Kijów (dawne Chimera), dalej pod nr 10 cukiernia Zaleskiego (obecnie cukiernia ukraiñskiej firmy Switocz – z pe³nym asortymentem czekoladek, s³odyczy, trunków z trochê wy¿szej pó³ki i kawiarenk± (wspania³a kawa za 1 hrywnê – parzona w tygielku)).Po drugiej stronie ulicy gmach dawnej Izby Przemys³owo-Handlowej z mozaikowym herbem miasta a na rogu Prospektu Szewczenki i ul. Fredry s³ynna kawiarnia „Szkocka”, która szczególn± s³aw± cieszy³a siê w¶ród lwowskich matematyków. Znajdowa³a siê w niej „Ksiêga Szkocka”- zbiór zadañ matematycznych do rozwi±zania. Za rozwi±zanie zadañ przyznawano ró¿ne, nieraz dowcipne nagrody np. ¿yw± g궅
Nastêpnie powêdrowali¶my ulic± Hruszewskiego, gdzie znajduje siê ko¶ció³ pw. ¶w. Miko³aja (obecnie czynna cerkiew prawos³awna – Swiatopokrowski Sobor), który nale¿a³ do zakonu trynitarzy i obok budynek Starego Uniwersytetu. Obok starych budynków willowych doszli¶my do lwowskiej Cytadeli a nastêpnie ulic± Kopernika do starej Zajezdni Tramwajowej i ogromnego budynku by³ego NKWD i Gestapo. Na ulicy Gwardyjskiej za¶ stoi kamienica, w której w latach 1908-14 mieszka³ Józef Pi³sudski. Id±c ulic± Kopernika nale¿y na chwilê zatrzymaæ siê przy ko¶ciele pw. ¶w. £azarza z przyleg³ym do niego szpitalem dla ubogich. W murze otaczaj±cym te budowle umieszczone s± p³askorze¼by ze scenami z przypowie¶ci o £azarzu. Ni¿ej za¶ znajduje siê studzienka z figurami lwów trzymaj±cych kartusze herbowe rodów Szolc-Wolfowiczów i Kampianów. Ko¶ció³ obecnie wykorzystywany jest jako sala koncertowa chóru dzieciêcego „Dudaryk”. Id±c ulic± Bandery ogl±damy ko¶ció³ pw. ¶w. Marii Magdaleny, a obok na Placu Szaszkewycza pomnik ofiar komunizmu. Po drugiej stronie ulicy znajduje siê z kolei szko³a Marii Magdaleny, w której mie¶ci siê jedyna polska szko³a ¶rednia.
Dalej przepiêkny gmach Politechniki Lwowskiej. Wchodzimy do ¶rodka. Ochrona umo¿liwia nam obejrzenie tylko holu, na którego ¶cianach mieszcz± siê pami±tkowe tablice z nazwiskami rektorów – wiêkszo¶æ to polskie nazwiska… Szkoda, ¿e nie mo¿emy obejrzeæ auli z 11 obrazami Jana Matejki przedstawiaj±cymi najwa¿niejsze wydarzenia z dziejów cywilizacji. Dalsze zabytki warte obejrzenia to ko¶ció³ pw. ¶w. Teresy i klasztor ss. Mi³osierdzia oraz na koñcu ulicy Bandery neogotycki ko¶ció³ pw. ¶w. El¿biety. Jeste¶my ju¿ blisko dworca g³ównego. Idziemy sprawdziæ po³±czenia z Przemy¶lem. Mamy takie o godz. 13.50. U¶wiadamiam sobie, ¿e przygoda z Ukrain± powoli siê koñczy… Nie chc±c ca³kowicie poddaæ siê uczuciu smutku, który zajrza³ w oczy, robimy sobie przeja¿d¿kê tramwajem i pó¼niej spacer do greckokatolickiej katedry ¶w. Jura – pere³ki architektury barokowej. Chcemy te¿ przyklêkn±æ i pomodliæ siê przed cudown± ikon± Matki Boskiej Trembowlañskiej. Ikonê tê koronowa³ Ojciec ¦wiêty Jan Pawe³ II podczas swojej pielgrzymki na Ukrainê w 2001 r. Wnêtrze katedry robi na nas niesamowite wra¿enie. Widaæ, ¿e ca³y wystrój jest wycyzelowany, jakby wybrano najpiêkniejsze elementy baroku: o³tarz, boczne kaplice, ambonê… Kupujemy na pami±tkê folder opisuj±cy w skrócie katedrê i trochê drobiazgów…
Jest ju¿ pó¼ne popo³udnie. Wracamy wiêc na Rynek do „Z³otego Dzika” na ucztê za 33 hr/os (sa³atka grecka, solianka, sok pomidorowy, cielêcina ze ¶liwkami, piwo, herbata, woda mineralna). To praktycznie po¿egnalny obiad, wiêc jako¶ rozmowa siê nie klei… Wracamy na Ha³yck±, chwilê odpoczywamy i wychodzimy na drobne zakupy: przewodnik po Lwowie za 60 hr., s³odycze z firmowego sklepu „Switoczy”, oczywi¶cie kwas chlebowy (Olimpia, Monasterski, Lwowski – boczkowyj). Pyszne!!! Wracamy na kwaterê a tam p. Marian zaprasza na „piêædziesi±tkê”. Koñczy siê na dwóch butelkach, przegl±daniu starych zdjêæ i wspomnieniach. Idziemy spaæ po 23-ej, na niez³ym rauszu…
Nastêpnego dnia wyje¿d¿amy poci±giem (Czerniowce – Przemy¶l po 33,50 hr/os). Ok. 16.30 jeste¶my w Przemy¶lu. Stra¿ Graniczna przeprowadza nas przez t³um ukraiñskich podró¿nych z ró¿nymi pakami. Przypominaj± mi siê dawne handlowe wyprawy na Wêgry. By³o podobnie!
Podsumowanie:
- wra¿enia- mo¿na okre¶laæ tylko s³owami: cudownie, wspaniale, przepiêknie, bezpiecznie, go¶cinnie, mi³o, uprzejmie (nawet trochê uni¿enie)
- zaopatrzenie- bez problemów mo¿na wszystko kupiæ, chocia¿ z Polski trzeba wzi±æ trochê wiktua³ów: sucha kie³basa, chleb Vasa, „powerki’ (my mieli¶my Powerade- tani i dobrze s³u¿y na szlaku oraz tabletki „Energy Vigor” wrzucane b±d¼ do wody ze ¼ród³a b±d¼ mineralnej; wspomagali¶my siê te¿ tabletkami Asparginu: potas + magnez), konserwy (ale tez mo¿na kupiæ na miejscu, zw³aszcza rybne- paluszki lizaæ!), s³odycze lepiej kupiæ na miejscu – du¿y wybór, kilka paczek papierosów (mia³em cztery paczki marlboro z Polski, choæ na Ukrainie tañsze o wiêcej ni¿ po³owê, ale ponoæ „lepsze”)
- pieni±dze- lepiej wzi±æ dolary (p³acili¶my za spanie w³a¶nie dolarami), które mo¿na we Lwowie wymieniæ po lepszym kursie ni¿ w Przemy¶lu (ró¿nica prawie 30 kopiejek), kilka drobnych (dolarów) na wszelki wypadek mieæ na ewentualne „dowarto¶ciowanie” (choæ nam nie zdarzy³o siê to, nie by³o potrzeby)
- wyposa¿enie- dobry, sprawdzony namiot (mia³em namiot Islandia II firmy Fiord Nansen- bardzo dobry), dobre trekingowe buty, kijki, plecak z dobrym systemem no¶nym (trzeba nosiæ te 20-30 kg), palnik gazowy i resztê wg „sztuki przetrwania w górach”
- podró¿owanie po Ukrainie – nam siê tak z³o¿y³o, ¿e czekali¶my najd³u¿ej w Werchowynie; w Iwano Frankiwsku (2 razy) i w Jasini przeciêtnie 25 minut, z komfortem jednak trzeba siê po¿egnaæ.
- wêdrowanie- trzeba uwa¿aæ, bo szlaki s± s³abo oznakowane: konieczna dobra, najlepiej WIG-u, mapa i kompas; na szlaku spotyka siê raczej czêsto wêdrowców zarówno Ukraiñców jak i z innych krajów (Polaków spotkali¶my zaledwie dwukrotnie – moda jest na Krym!), mieæ intuicjê i nie szar¿owaæ, z noclegami raczej nie ma problemów: miejsca na namiot du¿o (jednak planowaæ spanie nad Jeziorem Niesamowitym!), miejsce w chacie huculskiej zawsze siê znajdzie za bzdurne grosze(!), miejscowe problemy z wod± pitn±(!)
- inne- ubezpieczenie od kosztów leczenia (np. w Warcie na 19 dni – 46 z³), nikt siê o takowe nie pyta³; s³ownik i rozmówki polsko-ukraiñskie oraz przewodniki bardzo wskazane (z porozumieniem nawet po polsku nie ma problemu)
- na koniec:du¿o u¶miechu, humoru i… cierpliwo¶ci
Tradycyjne ju¿ Pozdrowa¶ki
PS> Na wszelkie pytania chêtnie odpowiem na prive. Zachêcam: Czarnohora jest piêkna !!! Acha zapomnia³bym o najwa¿niejszym: na ca³± wyprawê wyda³em 700 PLN !!!
Ostatnie ujêcia lwowskiego pejza¿u...
Pozdrowa¶ki
Wielkie dziêki za szczegó³ow± relacjê i obfit± dokumentacjê foto.
Mi³o siê to czyta³o i ogl±da³o. Dziêki za godziny odjazdów i orientacyjne ceny - pomog± mi zaplanowac przysz³oroczny 9mo¿e ) wypad.
Dziêki,
czyta siê jednym tchem, a informacje nader przydatne, a i dziêki za podzielenie siê w³asnymi odczuciami...
Dziêki za relacje. Jest SUPER
pozdrawiam
Fantastyczne...
Chyba rozwi±za³e¶ mi problem przysz³orocznych wakacji :D
Bardzo dziêkujê i pozdrawiam
Cze¶æ Wojtku :D
Super, fantastyczna relacja. Od¿y³y wspomnienia...ehhh.
Tytu³em komentarza: sprawdzi³y siê chyba nasze zesz³oroczne przypuszczenia co do sposobu u¿ytkowania autobusu z Werchowyny do Dzembroni :P Wskazuje na to kolor grata. W ub. roku by³ ¶mietankowo-niebieski. To znaczy, ¿e jednak on jedzie w górê Czeremoszu do Burkutu, a w dó³ sp³awiany jest t± szalon± rzek± i po sezonie jest przerdzewia³y i pogiêty, a zatem trzeba go podmalowaæ na nastêpny sezon :D
Wasza oszybka w podej¶ciu na Smotrec i nam siê przyda¿y³a. W dodatku gonili¶my w strugach deszczu wiêc rado¶æ mieli¶my podwójn±. Ale fakt - warto by³o siê pomyliæ ze wzglêdu na owe fantastyczne formy skalne wystêpuj±ce na s±siedzie Smotreca.
Dziêki za relacjê, a¿ nabra³em smaku na kolejn± wyprawkê w tamte rejony...
Dobra relacja, znalaz³e¶ równowagê pomiêdzy jêzykiem literackim a jêzykiem faktu. Du¿o przydatnych informacji to dobry punkt wyj¶cia do planowania w³asnych wypraw. Z drugiej strony czuæ Twoje wra¿enia, nie jest to zwyk³y opis trasy.
Serdecznie Dziêkujê. Jak tylko ostatnia lewa noga wróci z warsztatu zacznie mnie nosiæ. Byæ mo¿e dziêki Tobie znaiesie mnie na Ukrainê.
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl brytfanna.keep.pl
Mam cich± nadziejê, ¿e 13 jest jednak normaln± liczb±...
13 lipca 2005 r. - dzieñ pierwszy
Ostatnie sprawdzenie czy wszystko zabrane i w drogê...
Ustalili¶my, ¿e spotkamy siê w Przemy¶lu- taki "zlot gwia¼dzisty"... i tam podejmiemy decyzjê, jak dalej jechaæ. Miejsce spotkania - dworzec autobusowy - raczej sugerowa³o, ¿e to bêdzie jednak podró¿ autobusem. Rzeczywi¶cie, ustalili¶my, ¿e na pocz±tek "pozwolimy" sobie na luksus dojazdu do Lwowa w³a¶nie autobusem. Przemawia³y za tym nasze 25-30 kg plecaki, które i tak bêdziemy przecie¿ pó¼niej d¼wigaæ. Lepiej jednak pó¼niej...
O 11.40 wyruszyli¶my ukraiñskim autobusem (20 PLN) do Lwowa. Pasa¿erów niewielu, tylko ten piekielny upa³... Otwarte wszystkie okna poprawia³y nastroje i wentylacjê. Po godzinie byli¶my ju¿ "po drugiej stronie". Kierowca znanymi tylko sobie sposobami potrafi³ przekroczyc granicê zaledwie w 45 minut, omijaj±c do¶æ spor± kolejkê pojazdów ró¿nej ma¶ci...
Ukraina, Ukraina... Powita³a nas deszczem i kilkoma "mrukniêciami" oraz... do³adowaniem autobusu do granic wytrzyma³o¶ci! Jak my dojedziemy? Mia³em obawy czy ten pamiêtaj±cy lata 70-te pojazd nas dowiezie zw³aszcza, ¿e co jaki¶ czas kierowca zatrzymywa³ siê by polaæ wod± tylne ko³a (hamulce siê zapieka³y!).
Mijali¶my kolejne miasteczka i wioski...Wra¿enia, jakby¶my odjechali tysi±ce kilometrów na wschód. Rzuca³y sie w oczy niezagospodarowane ogromne po³acie ziemi - tylko wokó³ domostw ma³e poletka z ziemniakami, kapust±, kukurydz± i warzywami. Nie sposób by³o oprzeæ sie nacjonalistycznym wspomnieniom: kresy, Lwów, Zakarpacie, Podole...Apage satanas! - to do tych nacjonalizmów.
Do rzeczywisto¶ci przywo³ywa³a od czasu do czasu nawierzchnia drogi, która skutecznie wybija³a z g³owy rozwa¿ania nad zawi³o¶ciami polsko-ukraiñskiej historii...
Za oknami ³±ki i pas±ce siê na nich stada krów, koni, kóz, gêsi i kaczek. Biednie, ale tak jako¶ "sielsko i anielsko" ... Tylko czemu nowe domy strasz± brakiem wstawionych okien i drzwi i s± ju¿ czêsto zaro¶niête chwastami i krzakami?
W ka¿dej mniejszej czy wiêkszej miejscowo¶ci pob³yskiwa³ dach nowej lub te¿ wyremontowanej ¶wi±tyni. Ludzie wracaj± do swoich korzeni - powiedzia³ nam jeden z pasa¿erów. Widocznie tego im trzeba...
Mijamy polskie pami±tki: zniszczone pa³acyki i dwory, pomniki Mickiewicza, nazwy ulic - Kopernika, Krakowska, Mickiewicza... "Tylko koni ¿al..."
Jeste¶my wreszcie we Lwowie... i obawa czy po 27 latach to miasto nie rozczaruje?
Obawê potêguje widok Dworca Stryjskiego: obraz nêdzy i rozpaczy! Brud, ba³agan, dziury na placu... Sprawdzamy wiêc szybko rozk³ad jazdy do Iwano Frankiwska - Stanis³awowa (najlepiej o 7.30 za 16 hrywien - ale to za dwa dni) i ruszamy do centrum. Pomaga nam w tym "marszrutka" nr 71, która dowozi nas do ulicy Ha³yckiej, gdzie mamy nocleg (6$ od osoby) u Mariana £awrisza (Ha³ycka 15/6). Wej¶cie okropne, tak jak pisa³a Szaszka, ale przyjêcie wspania³e. Jest mi³o, go¶cinnie i z... wielkim ³o¿em. Rozpakowujemy siê i ruszamy "w miasto".
Chcemy "na³ykaæ siê" Lwowa, sprawdziæ co siê zmieni³o, przypomnieæ sobie, jeszcze raz zachwyciæ... A jest czym! Trudno te¿ w tym mie¶cie pohamowaæ nasze polskie nacjonalistyczne ci±goty, choæ przecie¿ nie ten czas, nie ten czas...
Wra¿eñ, emocji, wspomnieñ mnóstwo! Noc zapowiada siê bezsennie...
A jutro...jutro m.in. Cmentarz £yczakowski i Cmentarz Orl±t. Ju¿ mi ¶ciska serce...
CDN
By ³em we Lwowie kilka razy. Mi³o powspominaæ. Trzy lata temu autobusy zw³aszcza ukrainskie mia³y jak±¶ dyspensê /by³y odprawiane poza kolejno¶ci±/ na przejazd granicy.
Czekam z niecierpliwo¶ci±
Pozdrawiam
14 lipca 2005 r. - dzieñ drugi
Mia³em racjê… Noc by³a bezsenna. Nie pomog³o s³ynne ju¿ „wielkie ³o¿e”, bo w g³owie t³uk³y siê my¶li a dobremu spaniu nie sprzyja³a te¿ pó¼no zjedzona, niez³a i w niez³ej knajpce kolacja. „Lwiwski Kurczata” za przyzwoit± cenê (ok. 25 hr/os) zaoferowa³a: sa³atkê a la grecka, barszcz, „pieczynki” (w±tróbki kurze), zestaw surówek, herbatê i oczywi¶cie piwo („Lwiwskie premium”). Dobre „jedzonko”, w mi³ej atmosferze z widokiem na katedrê i przeje¿d¿aj±ce tramwaje…
Rankiem decydujemy, ¿e na Cmentarz £yczakowski pójdziemy ulic± Piekarsk±. Spacer t± star± lwowsk± ulic± daje wgl±d w ró¿norodno¶æ i bogactwo architektoniczne budowli: kamienic, pa³aców (XIX wieczny rodziny Turku³³-Comello), Lwowskiego Uniwersytetu Medycznego Medycznego z koñca XIX wieku, socrealistyczny ogromny budynek Akademii Medycznej (Weterynaryjnej), ko¶cio³ów (Chrystusa Zbawiciela – obecnie ¶wi±tynia ewangelicka, Paulinów – obecnie cerkiew pw. ¶w. ¶w. Piotra i Paw³a).
Stajemy przed bram± g³ówn± Cmentarza £yczakowskiego. Kupujemy wi±zankê polnych kwiatów i kilkana¶cie zniczy, by chocia¿ w ten sposób uczciæ pamiêæ Wielkich Polaków. Wchodzimy i… zaskoczenie. Zwiedzanie cmentarza kosztuje 3 hr/os plus 3 hr za fotografowanie. Trudno, p³acimy.
Przystajemy przy kolejnych nagrobkach, pomnikach i kaplicach cmentarnych naszych Wybitnych Rodaków: Seweryna Goszczyñskiego, Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej, W³adys³awa Be³zy (trudno w tym miejscu nie zarecytowaæ „Kto ty jeste¶, Polak ma³y…”),
Karola Szajnochy, Stefana Banacha, Artura Grottgera, Maryli Wolskiej…Zapalamy znicze k³adziemy kwiaty…
Przed bram± Cmentarza Orl±t zdejmujê buty… Boso wchodzê na ¦wiêt± Ziemiê… Nie dodam tu ju¿ nic...
Wracamy na Plac Ha³ycki. Postanawiamy zmieniæ trochê trasê nr 1 opisan± w przewodniku Aleksandra Strojnego „Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu” i i¶æ najpierw na Kopiec Unii Lubelskiej i Wysoki Zamek. Panorama Lwowa z tego miejsca wygl±da szczególnie piêknie. Po drodze odwiedzamy ko¶ció³ i klasztor Bernardynów, zamkniête, nieczynne b±d¼ zamienione na cerkwie ko¶cio³y (¶w. Kazimierza, Matki Boskiej Gromniczej, Nawiedzenia NMP i klasztor Karmelitów).
Wracamy ulic± Podwaln± do centrum zwiedzaj±c kolejno basztê prochow± (fajne miejsce na zrobienie zdjêcia z figurami herbowych lwów), pomnik Iwana Fedorowa (zas³u¿ony dla lwowskiej sztuki drukarskiej). Obok Cerkwi Wo³oskiej (Uspieñskiej) skrêcamy w ulicê Rusk± zwiedzaj±c wie¿ê Korniakta i Kaplicê Trzech ¦wiêtych Hierarchów (¶w. Jana Chryzostoma, Bazylego i Grzegorza) i ulic± Fedorowa wkraczamy w kwarta³ ¿ydowski (z miejscem (jedynie!) po s³ynnej synagodze „Z³ota Ró¿a”, nazwanej tak na cze¶æ zas³u¿onej dla gminy ¿ydowskiej Ró¿y Nachman). Tu jedynie mo¿na i trzeba tylko milczeæ..
Ogl±damy piêkne kamienice w Rynku. Tu ka¿da z nich (np. Czarna Kamienica, Bandinellowska, Wilczków, Królewska oraz Pa³ac Arcybiskupi i Lubomirskich oraz inne) to pere³ki architektury miejskiej. Obok ratusza z czterema naro¿nymi fontannami przedstawiaj±cymi Neptuna, Dianê, Adonisa i Amfitrynê i ulic± Teatraln± dochodzimy do wielkiego, nieczynnego (co¶ niesamowitego!) ko¶cio³a i klasztoru Jezuitów, a nastêpnie Prospektem Swobody, obok graj±cych w warcaby i szachy Lwowian, do budynku pañstwowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu (dawny Teatr Wielki).
Przepiêkny z zewn±trz i wewn±trz (zwiedzanie 3 hr/os) budynek Opery ze s³ynn± kurtyn± malowan± przez H. Siemiradzkiego „Parnas” znów przywo³uje historiê i … dumê narodow±. To tu odbywa³y i odbywaj± siê premiery polskich sztuk teatralnych. Doprawdy duchowa uczta!
Obok cerkwi Preobra¿eñskiej docieramy do kwarta³u ormiañskiego, by znów podziwiaæ ulicê Wirmeñsk±, katedrê ormiañsk± i klasztor Benedyktynek obrz±dku ormiañskiego. Po takiej „dawce” znów wracamy do Rynku .
Czas na odpoczynek i … trafiamy do „Zo³otogo Wepra” (Z³otego Dzika) na spó¼niony obiad. Mi³e przyjêcie, obs³uga i smaczne jedzenie (p³acimy 28 hr/os za sa³atkê, pyszn± (!!!) zupê „solankê”, cielêcinê z grzybami i m³odymi ziemniakami, zestaw surówek, herbatê, piwo - tym razem „Obo³on” i sok pomidorowy; dostajemy gratis wspania³± kawiorowi pastê). Posileni, ale te¿ „dopieszczeni” przez obs³ugê postanawiamy skosztowaæ nocnego Lwowa. Oczywi¶cie ogranicza siê to do „³azêgowania” ulicami. Ca³kiem bezpiecznie, a przyjemnie i weso³o z uwagi na pogodê i cudownych Lwowian, którzy, co zrozumia³e zarówno na porê dnia i serdeczny stosunek do ¶wiata, s± weseli (w czym pomocna zapewne jest przys³owiowa 50-tka hory³ki). Nastrój udziela siê te¿ i nam. Nie ¶piewamy co prawda „Soko³ów”, ale niezbyt cicho pod¶piewujê „Dumkê Bohuna” z „Ogniem i mieczem”, co wzbudza ¿ywe zainteresowanie przechodz±cych…
Coraz bardziej jestem przekonany, ¿e wtedy dopiero poznasz, jak sam do¶wiadczysz. Mo¿e to niezbyt odkrywcze, ale…Ale przed nami nastêpny dzieñ, ten z podró¿± w góry, do Dzembroni… W serce Czarnohory …
Czy mo¿na spaæ w takim przypadku???
CDN
14 lipca 2005 r. - dzieñ drugi
Dalsze fotki ze Lwowa
15 lipca 2005 – dzieñ trzeci
Wyje¿d¿amy autobusem o 7.30 do Iwano-Frankiwska czyli Stanis³awowa (16 hr/os). Okazuje siê, ¿e chwilowo nie mamy miejsc. Wkracza jednak „w³adza” czyli kierowca autobusu. S³ysz±c polski jêzyk stanowczo ka¿e innym ust±piæ nam miejsca. Czujê siê za¿enowany i jak siê oka¿e nie ostatni to raz. W rozmowie jednak z „wysiedlonymi” okazuje siê, ¿e jad± do miejscowo¶ci oddalonej o 20 km od Lwowa i „nie ma problema”… Przegl±dam mapê Ukrainy. Chcê siê dowiedzieæ jakie miejscowo¶ci bêdziemy mijaæ, ale dwie zarwane noce, choæ w luksusowych warunkach, daj± o sobie znaæ… Zapadam w krótkie drzemki.
Zatrzymujemy siê w Rohatynie. Kierowca zabiera siê do zmiany ko³a (!) a my wêdrujemy do dworcowego baru. Kupujemy piwo i „pyri¿ki”. S± to sma¿one racuszki nadziewane d¿emem (1 hr). Pychota!!! I znów konsternacja i za¿enowanie, choæ przyznam bardzo mi³e… Kiedy „gruba pani w barze” us³ysza³a polski jêzyk natychmiast poleci³a kuchni usma¿yæ ¶wie¿e „pyri¿ki” (na ladzie le¿a³a sterta trochê wcze¶niej usma¿onych!). ¯egnani ¿yczeniami dobrej podró¿y i wszystkiego dobrego ruszamy w dalsz± drogê. Jeszcze w autobusie delektujemy siê tym „specja³em” .
Przekraczamy Dniestr. Za oknami krajobraz biedy, choæ zdarzaj± siê i bardziej okaza³e, bogatsze domostwa. Po godz. 11-tej docieramy do Stanis³awowa. Chcemy zobaczyæ miasto, ale okazuje siê, ¿e o 12.20 mamy „marszrutkê” do Werchowyny (14 hr/os + paczka marlboro za plecaki) wiêc, niestety, rezygnujemy ze zwiedzania. Ogl±damy miasto jedynie „zza szyb automobilu”. £adnie siê prezentuje… mo¿e nastêpnym razem lub w drodze powrotnej uda siê je zwiedziæ. Po ok. 3 godz. szybkiej jazdy jeste¶my w Werchowynie. Okazuje siê, ¿e o 17.40 za 2 hr/os. mo¿emy dojechaæ do Dzembroni, znów autobusem. £azimy wiêc po pobliskim targowisku a tak¿e jemy za 14 hr/os niez³y (pe³ny + piwo) obiad w jednej z restauracyjek (czy¶ciutko, mi³o i z polskim akcentem – m³oda szefowa kuchni, okazuje siê, pracowa³a w jednej z warszawskich restauracji). Wracamy na dworzec i czekamy na autobus. Widzimy jak podje¿d¿a pojazd z „poprzedniej epoki”, robiê zdjêcie (takie auto to kuriozum) i… mi³a pani z kasowego okienka stukaj±c w szybê pokazuje, ¿e mamy do niego wsiadaæ. Zaskoczenie kompletne!
Siadamy na koñcu wspólnie z podró¿uj±cymi z jakimi¶ tobo³ami, wiadrami, pakami. Robi siê ciasno, ale te¿ i weso³o. Za oknami akurat lun±³ deszcz i zaczê³a siê burza. Kierowca „odpali³” maszynê i w k³êbach dymu ruszyli¶my. Droga do Dzembroni to emocje do kwadratu: fruwamy czasami pod sufit a spojrzenia przez okno powoduj± palpitacje serca. Powoli robi siê coraz lu¼niej i mo¿na pogadaæ z pasa¿erami. Okazuje siê, ¿e trafili¶my na dzieñ targowy a pasa¿erowie to dorabiaj±cy sobie mieszkañcy okolicznych wiosek. Jedna z jad±cych kobiet proponuje nam nocleg w swoim domu (10hr/os). Bez chwili zastanowienia zgadzamy siê. Przecie¿ to nastêpna noc w ³ó¿ku a pogoda nie zachêca do spania pod namiotem – ci±gle kropi deszcz.
Nagle co¶ okropnie strzeli³o… My¶la³em, ¿e kto¶ kropn±³ przynajmniej z granatnika! Kierowca odwracaj±c siê do nas krzykn±³ – „Nic siê nie sta³o! To tylko ga¼nik…” i dalej krêci³ kó³kiem. Oko³o 20 –tej wysiadamy wreszcie z „piekielnej” maszyny. Pani Anna (zwraca siê do nas o przekazanie jej adresu innym wêdrowcom(!) – Anna Paliczuk Dmetrowa, Dzembronia – to ponoæ wystarczy!) prowadzi nas do swojego domu – od razu pod górê! Po 20 min. wdrapywania siê i prze³a¿enia przez ogrodzenia wchodzimy do skromnego domku. W drzwiach wita nas staruszka i dwóch ch³opców. Pani Anna zaprasza do izby, gdzie bêdziemy spaæ. Przynosi czy¶ciutk± po¶ciel, pokazuje, gdzie jest wychodek i ¼róde³ko, w którym mo¿na siê umyæ. Po chwili przynosi gor±c± herbatê z… macierzanki. Pychota!!!
Rozpakowujemy siê zadowoleni, ¿e tak szybko znale¼li¶my siê w Dzembroni, ¿e bêdziemy spaæ jeszcze pod prawdziwym dachem, i ¿e jeste¶my w Czarnohorze! Ogl±damy jeszcze przez lornetkê jutrzejsz± trasê na Smotrec i idziemy do ³ó¿eczek. Tym razem zasypiamy b³yskawicznie. Nikomu nie chce siê gadaæ. Ka¿dy chyba rozmy¶la o tym co nas czeka jutro. Oby tylko by³a pogoda…
CDN
Zrobi³e¶ mi du¿± frajdê zdjêciem tego "autobusu". Takim samym pojazdem przemieszcza³em siê 20 lat temu po Wietnamie. Wiem co to fruwanie pod sufit i strza³y ga¼nika. Jak nawali³o o¶wietlenie to nasz kierowca wyj±³ latarenkê, w³o¿y³ do niej zapalon± ¶wiecê, powiesi³ j± na drucie z przodu na masce i tak na postojowym dojechali¶my na miejsce. Ale to ca³kiem inna bajka..
Pozdrawiam
16 lipca 2005 r. – dzieñ czwarty
Pierwszy ranek w Czarnohorze przywita³ nas straszn± mg³±. Nic nie by³o widaæ, nawet ogrodzenia gospodarstwa pani Anny. Co robiæ? Zbyt du¿e ryzyko, by ruszaæ w góry. Zapewne nie mo¿na by³oby odnale¼æ czerwonego szlaku, którego tak d³ugo szuka³ Derty ze swoj± ekip±. No có¿ wypada nam czekaæ, wiêc… ¶pimy dalej. Ok. godz.10 znika ca³kowicie mg³a. Przed nami przepiêkne widoki gór w pe³nym s³oñcu. Zrywamy siê z ³ó¿ek i szykujemy do drogi. Po herbatce z macierzanki i wrêcz czu³ym po¿egnaniu z rodzin± pani Anny schodzimy do drogi. Przechodzimy po k³adce przez Dzembroniê (potok) i drog± wêdrujemy przez wioskê. Nie bez trudu odnajdujemy czerwony szlak (ledwo widoczny na ¶cianie jakiej¶ szopy). Okazuje siê, ¿e musimy przej¶æ przez podwórko. Pytamy dzieci czy to na pewno szlak na Smotrec i po potwierdzeniu otwieramy bramkê i wkraczamy na poln± drogê, przy której, po chwili, napotykamy tablicê informacyjn± Karpackiego Parku Narodowego.
¯mudnie wchodzimy na kolejne wzgórza. Jest gor±co. Postanawiamy zatrzymywaæ siê co godzinê na d³u¿szy odpoczynek. Od czasu do czasu wspomagamy siê „powerkiem” i wod± mineraln± z rozpuszczon± tabletk± „Energy Vigor”. Chyba pomaga bo idzie siê nam nie¼le. Pokonujemy kolejne ogrodzenia (znowu prze³a¿±c przez nie dziwnymi „schodkami”). Zatrzymujemy siê przy wiacie, gdzie odpoczywamy chwilê i ruszamy dalej. D³u¿szy odpoczynek z posi³kiem robimy dopiero przy ostatnich sza³asach pasterzy. Bierzemy ze ¼róde³ka wodê do pojemnika (jak siê pó¼niej okaza³o niepotrzebnie) i… musimy schroniæ siê przed deszczem. Niebezpiecznie w oddali pomrukuje burza. Postanawiamy jednak i¶æ dalej. Deszcz powoli ustaje, ale kr±¿± wokó³ burzowe chmury. Nie wró¿y to nic dobrego. Dochodzimy na po³oninkê pod Smotrecem. Jest poid³o z bie¿±c± wod±. Wybieramy w miarê bezpieczne miejsce i rozbijamy obóz. Zaczyna padaæ, gdy siedzimy ju¿ w namiotach.
Przez uchylone wej¶cie widaæ, jak nieopodal rozbijaj± siê inni. Pomruki szybko zamieniaj± siê w potê¿ne grzmoty. Co chwila uderza gdzie¶ piorun, niekiedy bardzo blisko. Trochê straszno… Burza powoli przechodzi a nam ukazuj± siê przepiêkne widoki na ca³y grzbiet Czarnohory.
W pobliskim obozowisku dziej± siê dziwne rzeczy… S³ychaæ jakie¶ pohukiwania (podobne do indiañskich), ludzie ¶migaj± na golasa, co poniektórzy strzelaj± z ³uku do tarczy…
Co u licha? Ukraiñscy Indianie czy co? Na ich pohukiwania, ¶miej±c siê w g³os, odpowiadaj± z kolei inni z rozbitego pod lasem obozu. Zaczyna byæ ciekawie. Na wszelki wypadek (jakby to mia³o pomóc) siêgam po siekierkê. Te dziwne rytua³y trwaj± oko³o dwóch godzin i … wszystko cichnie, a¿ do momentu nadci±gniêcia nastêpnej, tym razem ju¿, nocnej burzy. Co chwila niebo roz¶wietlaj± b³yskawice a tropik namiotu faluje po uderzeniach piorunów. Wreszcie oko³o 1 w nocy burza oddala siê na tyle by móc zasn±æ…
CDN
Dalej...dalej... Czekamy na jeszcze.
Jak to dobrze, ¿e tak szczegó³owo podajesz dane (adresy, godziny odjazdów, ceny i menu) Tego mi by³o trzeba.
Czekam na C.D
17 lipca 2005 r. – dzieñ pi±ty
Budzi nas s³oñce i …. pohukiwania ze wzgórza. Okaza³o siê, ¿e „ukraiñscy Indianie” wykonuj± swoje rytualne tañce. Wygl±da to w tym miejscu do¶æ egzotycznie, ale nie ekscytujemy siê ich sprawami. Trzeba zrobiæ szybkie ¶niadanie i ruszaæ na szlak. Po godzinie jeste¶my ju¿ objuczeni plecakami i ok. godz. 9 –tej zaczynamy wêdrówkê. Z pocz±tku idzie nam opornie – du¿e g³azy po deszczu s± ¶liskie a ¶cie¿ka niezbyt szeroka. Po chwili dogania nas trójka skromnie ubranych wêdrowców. Okazuje siê, ¿e to czê¶æ wiêkszej grupy, która nocowa³a pod lasem. Wymieniamy zwyczajowe pozdrowienia na szlaku - „Dobryj deñ” i kilka s³ów: dok±d idziecie, jak dotrzeæ na Smotrec. Ch³opaki chêtnie nawi±zuj± kontakt i ze ¶miechem opowiadaj± swoje nocne przygody z „ukraiñskimi Indianami”. „To sekta” – mówi±. „U nas na Ukrainie jest du¿o ró¿nych sekt. Oni akurat s± niegro¼ni, ale ¶miesznie siê zachowuj±” – twierdz±. Idziemy dalej w kierunku widocznego ju¿ niewielkiego wodospadu. I tu zaczyna siê nasza przygoda, która powoduje, ¿e nabijemy pó¼niej sporo kilometrów. W przewodniku A. Strojnego, K. Bzowskiego i A. Grossmana „Ukraina zachodnia. Tam szum Prutu, Czeremoszu…” (Wyd. Bezdro¿a) wyra¼nie jest napisane, ¿eby nie przekraczaæ strumienia lecz zmierzaæ dalej i znale¼æ zarastaj±c± ¶cie¿kê… Nie mo¿emy tej ¶cie¿ki znale¼æ. Dooko³a gêste krzaki. Wracamy wiêc do strumienia, przekraczamy go i… odnajdujemy czerwone znaki na wyra¼nej ¶cie¿ce. Idziemy dalej pocz±tkowo ³agodnym pó¼niej coraz bardziej stromym trawersem. Przekraczamy kolejny strumyk i znów siê wspinamy. Odwracam siê i … dostrzegam na przeciwleg³ym stoku (na tym obok wodospadu) zygzak ¶cie¿ki. Siêgam po lornetkê: to ¶cie¿ka na Smotrec!!! Cholera, gdzie my idziemy? Odpowiedzi na to pytanie udziela para lekko ubranych, w trampkach, bez plecaków m³odych Ukraiñców. „Idziecie na Wuchatyj Kamiñ” – mówi±. Mapa idzie w ruch. Faktycznie zmierzamy w tym kierunku, ale ca³e szczê¶cie mo¿na doj¶æ równie¿ têdy na g³ówny grzbiet Czarnohory. Niestety a mo¿e stety omijamy Smotrec! Wuchatyj Kamiñ jest o wiele ciekawszy (tak porównujê z odleg³o¶ci Smotrec). Ma formy skalne, w których mo¿na dojrzeæ postaci ludzi, zwierz±t, prehistorycznych gadów… Po ok. godzinie do¶æ intensywnego marszu znajdujemy siê wreszcie na szczycie tego tam Wuchatego Kaminia. Przed nami rozci±ga siê prawie ca³e pasmo Czarnohory z widocznymi w oddali ruinami polskiego przedwojennego obserwatorium na Popie Iwanie. To tam mamy zamiar spêdziæ kolejn± noc…Jak oceniam, dojdziemy tam za oko³o 2 godz. Schodzimy ³agodnym trawersem na siod³o miêdzy Smotrecem a Balcatulem (1851 m , s³upek na dawnej granicy polsko – czechos³owackiej nr 18). Robimy odpoczynek. Z chêci± zdejmujê buty i moje „jarzmo” – plecak. K³adê siê na trawie i patrzê w niebo. Naprawdê jestem w Czarnohorze, naprawdê zaraz wejdê na Popa Iwana, zobaczê dawne obserwatorium…Muszê siê uszczypn±æ, by stwierdziæ, ¿e to nie sen! Jeszcze ³yczek „powerka” i ruszamy dalej…Idzie mi siê coraz gorzej… Nogi nie nios±, jak wcze¶niej, coraz czê¶ciej muszê odpoczywaæ… Cholera, te ostatnie metry, choæ dosyæ stromo, s± przecie¿ do pokonania! Wreszcie jeste¶my na szczycie! Kompletne zaskoczenie! Ruiny ton± w ¶mieciach. Wokó³ walaj± siê butelki po wódce, puszki po konserwach i setki plastyków… Przygnêbiaj±ce wra¿enie! Do tego nadchodz± znienacka chmury, które jak woalem otaczaj± ca³y szczyt. Robi siê przera¼liwie zimno, wilgotno i wietrznie. Spotykamy wcze¶niej poznanych ch³opaków, którzy zapraszaj± na „czaj”. W rozmowie przyznaj± siê, ¿e wêdruj± ju¿ 8 dni i zmierzaj± na Howerlê, Pietros i dalej na ¦widowiec. Patrz±c na ich Ubogi sprzêt i ekwipunek, mo¿na by³o jedynie pokiwaæ g³ow±. Rewan¿ujemy siê snikersami i paczk± marlboro, robimy sobie pami±tkowe zdjêcia i umawiamy siê na jutro, ¿e bêdziemy siê wspieraæ na trasie! Szybko rozbijamy namioty i nie czekaj±c na zmierzch wskakujemy w ¶piwory. Znów zaczyna gdzie¶ „mruczeæ”… Czy¿by znów burza? Na szczê¶cie nie, choæ deszcz bêbni w tropik. ¦pimy na wysoko¶ci ponad 2000 m. Pierwszy raz…
Szybko liczê czas przej¶cia – 5,5 godz. Nie jest ¼le… choæ przecie¿ nikt z nas nie przyjecha³ tu by siê ¶cigaæ… W pobli¿u s³yszê dziwne d¼wiêki. Wygl±dam z namiotu i… widzê grupê kilku rowerzystów z ich pojazdami objuczonymi jak wielb³±dy. Po proporczyku rozpoznajê Francuzów… No có¿, ka¿dy ma swoje hobby a my jeste¶my (prawie) w UE…Zasuwam pod brodê suwak ¶piwora i oddajê siê w objêcia Morfeusza… A deszczyk kropi!
CDN
Jeszcze kilka fotek z tego dnia...
Tak , niestety, wygl±daj± ruiny polskiego przedwojennego obserwatorium na Popie Iwanie. Przykre...
I jeszcze kilka...
18 lipca 2005 – dzieñ szósty
Budzimy siê wcze¶nie rano, szykujemy ¶niadanie. Wreszcie udaje mi siê rozszyfrowaæ dzia³anie prymusa z kartuszem na gaz. Do tej pory od czasu do czasu musia³em nim potrz±sn±æ by wydobywa³ siê gaz. Podejrzewa³em ju¿ wadê tego kartusza, ale, dziêki Bogu, okaza³o siê, ¿e palnik trzeba dokrêciæ prawie na si³ê a wtedy pali siê bez zarzutu. Ot i nowe do¶wiadczenie…
Pakujemy swój „dobytek” i ¿egnamy Popa Iwana. Zaczyna porz±dnie wiaæ. Nie odczuwa siê tego podczas schodzenia, ale kiedy trzeba trochê podej¶æ strom±, w±sk± ¶cie¿k± dochodzi kwestia utrzymania równowagi. Kije trekingowe (po nich mo¿na poznaæ, ¿e wêdruj± rodacy!) s± w tym pomocne. Idziemy od s³upka do s³upka niekiedy oddalaj±c siê od g³ównej ¶cie¿ki. Oznakowanie bardzo s³abe, ale kompas na razie niepotrzebny. Pomocna jest za to mapa wigówka 1:75000 (¯abie), na której znakomicie pokazane s± kolejne numery s³upków granicznych, poziomice i stara granica.
Spotykamy na szlaku naszych trzech znajomych wêdrowców. Rozmawiamy chwilê i ruszamy dalej. Tak bêdzie siê dziaæ kilka razy w ci±gu dnia. Wiemy, ¿e zamierzaj± nocowaæ nad jeziorkiem Brebeniesku³ wiêc i my postanawiamy tam dotrzeæ i rozstawiæ swoje namioty. Idziemy spokojnie, choæ wiatr wzmaga siê. Ca³e szczê¶cie, ¿e ¶wieci s³oñce, co dodaje nam si³ i pozwala podziwiaæ wspania³± panoramê gór. A góry s± wszêdzie, dooko³a, otaczaj± nas z ka¿dej strony. Mam wra¿enie, ¿e te nieopodal s± wy¿sze od g³ównego grzbietu a idziemy przecie¿ ¶cie¿k± na wysoko¶ci 1800 – 2000 m. Czujê jak mi jest tu dobrze, ¿e mogê obcowaæ sam na sam z duchem tych gór. Nastrój ten opanowa³ chyba nie tylko mnie, bo wêdrujemy bez s³ów…
Dochodzimy do Muncze³a (1999 m n.p.m.), na którym widoczne s± bardzo wyra¼nie pozosta³o¶ci I wojny ¶wiatowej (zasieki z drutu kolczastego, transzeje umocnione kamieniami, fragmenty schronów). My¶li od razu lec± do tamtych czasów i wydarzeñ. ¦lady wojny nie zacieraj± siê tak szybko a rany ziemi d³ugo siê zabli¼niaj±…
Po 2 godzinach wêdrówki osi±gamy s³upek nr 25 a wiêc jeste¶my na Brebenieskule (2037 m n.p.m.). Zaliczamy wiêc drugi szczyt powy¿ej 2000 m. Robimy krótki odpoczynek i zaczynamy rozgl±daæ siê za wod±. Nie spotykamy ¿adnego strumyka ani ¼róde³ka (to efekt przej¶cia przez szczyt Muncze³a a nie trawersem) co mnie zaczyna niepokoiæ. Zosta³a nam ma³a pó³litrowa butelka. Powoli schodzimy do jeziorka, choæ jest do¶æ wcze¶nie i mo¿na by jeszcze ¶mia³o dotrzeæ do jeziorka Niesamowitego, ale… s³uchamy przestrogi Dertego, ¿eby tam za ¿adne skarby nie biwakowaæ. Schodz±c napotykamy ¼róde³ko. Nape³niamy kanister i pozosta³e opró¿nione butelki i ju¿ na samym dole spotykamy rozstawiony namiot naszych „trzech ukraiñskich muszkieterów”.
Nie³atwo jest znale¼æ równy, suchy i czysty teren na rozbicie namiotu. Rozbijamy siê wiêc w pobli¿u czerwonego namiociku jakiego¶ trochê dziwnie ubranego (kufajka, podarte spodnie, trampki) m³odego cz³owieka, który co¶ pichci w wielkim garze na ognisku. Robi siê tak jako¶ mniej bezpiecznie… Próbujê go zagadn±æ, ale zbywa mnie… Proponujê herbatê, ale odpowiada mi, ¿e ma „czaj”. Dalej nie ryzykujê i nie narzucam siê… Wywnioskowa³em, ¿e jest chyba Rosjaninem, bo nie mówi czysto po ukraiñsku. Szykujê wiêc obozowisko, rozstawiam namiot i przygotowujê posi³ek (tym razem jest to gor±cy kubek + poka¼ny kawa³ek suchej kie³basy ja³owcowej - Morliny najlepsze bo smaczne i zapakowane hermetycznie).
Nagle staje przede mn± ów dziwny s±siad i pyta czy mo¿e trochê pogadaæ. Jasne, tego by³o mi potrzeba, by zorientowaæ siê kto zacz. Okazuje siê, ¿e corocznie biwakuje tu piêæ, sze¶æ dni. Jest po czê¶ci Rosjaninem, Ukraiñcem i £otyszem. Pyta o Polskê, choæ bardzo dobrze orientuje siê co do geografii i polityki. Pyta jak jest w Alpach, my¶l±c chyba, ¿e tam byli¶my. Wyprowadzam go z b³êdu. Patrzy na namiot i krêci z niedowierzaniem g³ow±. Nie zwracam zbytnio na to uwagi ciesz±c siê, ¿e co¶ nieco¶ siê o nim dowiedzia³em i, prawdê mówi±c, uspokoi³em siê… Po chwili zaczêli obok rozbijaæ swoje namioty inni. Odprê¿am siê ju¿ zupe³nie…
Dostajemy zaproszenie od naszej trójki znajomych na, jak to okre¶lili, „takie ciut, ciut”. Nie wypada³o odmówiæ wiêc poszed³em. Okaza³o siê, ¿e ch³opaki to nauczyciele wêdruj±cy przez Po³oninê Hryniawsk±, teraz Czarnohorê i ¦widowiec. Wymienili¶my pogl±dy na temat sytuacji na Ukrainie, w Europie i ¿e na pewno musi byæ nam lepiej… Nie bratali¶my siê jednak d³ugo, bo ci±gle przed oczami sta³a mi piekielnie stroma ¶ciana, któr± musieli¶my jutro wydostaæ siê na szlak. Na tê „diablicê” trzeba byæ naprawdê w formie… Musia³em wiêc z rozs±dku skróciæ biesiadowanie…
Robi siê ch³odno i wilgotno. Zachodz±ce s³oñce ledwo co o¶wietla potê¿ne ramiê Gutin Tomnatka. Tym razem bêdziemy spali na wysoko¶ci 1801 m n.p.m.. Jezioro Brebeniesku³ (lub jak niektórzy mówi± Tomnackie) jest najwy¿ej po³o¿onym jeziorem na Ukrainie. Same atrakcje…! Wspominaj±c odleg³e w czasie wypady w nasze Tatry powolutku zasypiam. Nie przypuszczam, ¿e jest to trzeci i ostatni nocleg pod namiotem w tych górach …
CDN…
19 lipca 2005 r. – dzieñ siódmy
Wstajemy do¶æ wcze¶nie. Jak to dobrze, ¿e „integrowanie siê” z braæmi Ukraiñcami by³o symboliczne, w przeciwnym razie… strach nawet my¶leæ. Zwiniêcie obozowiska zajê³o nam niewiele czasu i zaczêli¶my siê wspinaæ. Powolutku, krok za krokiem, coraz wy¿ej… ¦cie¿ka jest tu naprawdê bardzo w±ziutka a do tego coraz silniejszy (wraz z wysoko¶ci±) wiatr nie sprzyja³y doj¶ciu do szlaku. Spogl±dam w dó³. Przy jeziorku jeszcze b³ogi spokój – wszyscy ¶pi±. My tymczasem jeste¶my coraz bli¿ej szlaku. Wreszcie wchodzimy na widoczn± ¶cie¿kê. Po lewej widnieje ramiê Gutin Tomnatka, ale my ruszamy w kierunku Rebry (2001 m n.p.m.), któr± zdobywamy z marszu. Warto jest byæ na wierzcho³ku, bo rozci±ga siê st±d piêkny widok na „skalny las” i Gad¿ynê. Robimy sobie spó¼nione ¶niadanie… ¦wieci s³oñce, ale wiatr jest coraz bardziej dokuczliwy… Siedzimy sobie zapatrzeni we wspania³e widoki i nie chce nam siê st±d ruszaæ. Mijaj± nas „trzej ukraiñscy muszkieterowie”, wymieniamy pozdrowienia i powoli zbieramy siê do dalszej wêdrówki. Kiedy znów wchodzimy na szlak naszych znajomych ju¿ nie widaæ. Id± jak wicher, który dmie ju¿ z „si³± wodospadu”.
Po ok. dwóch godzinach docieramy pod Turku³ i po prawej stronie poni¿ej ukazuje siê Jezioro Niesamowite. Wokó³ niego stoi ok. 20 namiotów i nie widaæ, by ich w³a¶ciciele spieszyli siê z opuszczeniem tego urokliwego miejsca (jest oko³o 10-tej!). My wspinamy siê zgodnie z oznakowaniem i… pope³niamy b³±d, który kosztuje nas sporo dodatkowego wysi³ku. Szlak prowadzi przez Turku³, na który prowadzi bardzo strome podej¶cie. Wspinamy siê bardzo powoli maj±c po prawej stronie widok na ³agodne podej¶cie znad jeziorka (piiiiiiiiiiiiiiip).
Po 30 minutach intensywnego wysi³ku wchodzimy na szczyt (1932 m n.p.m., s³upek nr 33), z którego widaæ wreszcie Howerlê. Jeszcze daleko…
Schodzimy na prze³êcz i tym razem z lewej strony trawersujemy Dancerz wpadaj±c na spore g³azy, po których trudno i¶æ. Zaczyna padaæ deszcz a zbocze przyobleka siê w nisko p³yn±ce chmury i mg³ê. Niestety taka pogoda utrzyma siê przez ca³± dalsz± drogê. My jednak idziemy dalej. Mijamy Po¿y¿ewsk± (1822 m n.p.m. s³upek nr 37 i ostro wspinamy siê na Bresku³ (1911 m n.p.m., s³upek nr 38), z którego powinna byæ widoczna Howerla w pe³nej okaza³o¶ci. Docieramy na szczyt i… nie widzimy Howerli! Ca³a spowita jest we mgle! Niestety nie zobaczymy „¦wiêtej Góry” Ukraiñców w ca³ej swojej krasie i potêdze!
Wahamy siê czy nie zej¶æ do schroniska i próbowaæ jutro spotkaæ siê z Howerl±. Zwyciê¿a jednak chêæ wdrapania siê na ni± dzi¶, mimo tej mg³y. Utwierdzaj± nas w tym przekonaniu spotkani na Breskule Czesi, którzy w³a¶nie zeszli i stwierdzili, ¿e na szczycie Howerli od czasu do czasu s± momenty lepszej widoczno¶ci na ca³e pasmo. Schodzimy na prze³êcz i zaczynamy podej¶cie. Jeste¶my na trasie ju¿ szóst± godzinê, a plecaki ci±¿± coraz bardziej. Powoli idziemy dalej. Po godzinie jeste¶my na najwy¿szym szczycie Ukrainy (2058 m n.p.m.). Niestety jest s³aba widoczno¶æ, wieje przera¼liwy wiatr, coraz to przelatuj± ko³o nas jakie¶ plastiki, powiewaj± jakie¶ proporczyki, szmatki i walaj± siê ¶mieci (puszki po piwie, butelki, papiery). To nie do wiary, ¿e dwa dni temu by³ tu prezydent Juszczenko ze swoj± ¶wit± (tez zostawili swoja pami±tkê – jak±¶ rurê stalowo-mosiê¿n± ze zobowi±zaniami, które chc± zrealizowaæ do 2015 r.). Postanawiamy po¿egnaæ „¦wiêt± Górê” i schodzimy obok zag³êbienia, w którym „odwiedzaj±cy” zrobili sobie kontener na ¶mieci! Od tego miejsca jako¶ idziemy szybciej… Mijamy wycieczkê dzieci w koszulkach i trampkach (adidasy to dopiero wyposa¿enie!!!), które dzielnie wchodz± popêdzane przez opiekuna. Po oko³o 30 minutach dostrzegam stoj±c± chatkê. Skrêcamy do niej. Okazuje siê byæ „Punktem Ekologicznym Karpackiego Parku Narodowego”. Otwieramy drzwi zamkniête na gwó¼d¼. W ¶rodku czy¶ciej ni¿ na szczycie, ale nie chcia³bym tu nocowaæ. Sprawdzam mapê. Poni¿ej chatki jest ¶cie¿ka, która ³agodnym trawersem schodzi w dó³. Postanawiamy ni± i¶æ, co potwierdzi³ na szczycie zapytany rosyjski turysta. Schodzimy jakie¶ 300 metrów i pojawia siê ¿ó³ty znak. Zamurowa³o mnie. To nie têdy droga – tak mi siê wydaje. Powinni¶my i¶æ dalej czerwonym szlakiem. Niechêtnie i tak do koñca nie przekonani wracamy nad chatkê i idziemy grzbietem a nastêpnie do¶æ stromo w dó³. U podnó¿a uzupe³niamy wodê (wyp³ywa z wnêtrza góry poprzez rurê!), trochê odpoczywamy i wychodzimy na obszerny p³askowy¿. ¦cie¿ka jest wyra¼na, ale jako¶ dziwnie odchodzi coraz bardziej na prawo. Niepokoi mnie to, wiêc pytam spotkanego turystê czy to droga na Pietros. Zdziwiony pokaza³ na Howerlê i powiedzia³, ¿e…nale¿y tam wróciæ i… obok chatki wej¶æ na schodz±c± w dó³ wygodn± ¶cie¿kê. Tego by³o ju¿ za wiele! Przez moj± zbytni± dociekliwo¶æ i ufno¶æ w oznakowania na mapie stracili¶my prawie 1,5 godziny. Do tego dochodzi coraz bardziej za³amuj±ca siê pogoda, wiêc postanawiamy i¶æ dalej t± drog±, która wg spotkanego wêdrowca doprowadzi nas do sio³a Ko¼mieszczyk, gdzie ponoæ jest schronisko.
Po krótkiej dyskusji jednomy¶lnie zmieniamy plany: odpuszczamy sobie tym razem Pietrosa. Widoczny jest w nas „kryzys woli”. Jeste¶my ju¿ 10 godzinê na szlaku, bardzo zmêczeni i chyba ka¿dy marzy o wskoczeniu do prawdziwego ³ó¿ka. Pogoda jest coraz gorsza. Ruszamy dalej, teraz ci±gle w dó³. Miejscami jest bardzo stromo a przecie¿ widoczne s± ¶lady ci±gników i samochodów ciê¿arowych. Zastanawiam siê, jak mo¿na tu wjechaæ?
Droga wydaje siê nie mieæ koñca…
Ci±gle schodzimy w dó³ i po 2 godzinach pojawiaj± siê w dole zabudowania. Wydaje siê, ¿e zajmie nam to jeszcze z godzinê. Zaczyna kropiæ i robi siê coraz ch³odniej. Wreszcie zza zakrêtu wy³aniaj± siê zabudowania: po prawej jakie¶ niedokoñczone gmaszysko a po lewej dwa budynki, wokó³ których krêc± siê jacy¶ m³odzi ludzie. Pod wiat± biesiaduj± drudzy. Przez zamkniêt± na ³añcuch i wielk± k³ódkê furtkê pytamy o gospodarza. Wychodzi starsza kobieta, która za 8 hr/os zgadza siê nas przenocowaæ. Po chwili znajdujemy siê w… sali schroniska. Nie ma niestety wody (trzeba wêdrowaæ do strumienia) i pr±du. Nam to nie przeszkadza. Myjemy siê w strumieniu i szybko (deszcz ju¿ ostro pada) wracamy (znów trzeba przechodziæ przez ogrodzenie obok furtki!!!) do naszego pokoju. £ó¿ka s± ¿elazne, piêtrowe, zas³ane kocami (trochê w±tpliwa ich ¶wie¿o¶æ i czysto¶æ), ale wygodne. Rozk³adamy na nich swoje maty i ¶piwory. Padamy jak ¶ciêci…
CDN...
20 lipca 2005 r. – dzieñ ósmy
Budzi nas s³oñce. W dolinie snuj± siê jeszcze gdzieniegdzie mg³y, ale zapowiada siê pogodny dzieñ. Dobry, by wyj¶æ w góry. Niestety mam k³opoty ¿o³±dkowe, które sprawiaj±, ¿e nie czujê siê zbyt dobrze. Naradzamy siê i dochodzimy do wniosku, ¿e na pierwszy raz w Czarnohorze to wystarczy. Pod¶wiadomie czujê, ¿e nie jeste¶my w bojowych nastrojach. Po czê¶ci biorê winê na siebie za tê pomy³kê podczas zej¶cia z Howerli. Dobi³o te¿ nas to d³ugie i mêcz±ce zej¶cie a moja niedyspozycja „zwieñczy³a dzie³o”. My¶lê, ¿e chyba nikt ju¿ tak naprawdê nie ma ochoty, na ten czas, „biæ siê z górami”… Snujemy siê po sali, przepakowujemy plecaki i widaæ, ¿e jeste¶my my¶lami przynajmniej we Lwowie.
Od gospodyni dowiadujemy siê, ¿e za chwilê odje¿d¿a gazik do Jasini, który za 10 hr mo¿e nas tam dowie¼æ. Wobec perspektywy 3 godzinnego „spaceru” po b³otnistej le¶nej drodze jest to super rozwi±zanie. £adujemy siê do wygl±daj±cego solidnie UAZ-a i machaj±c na po¿egnanie wyruszamy. Jak siê okaza³o by³ to strza³ w dziesi±tkê! Droga, miejscami ton±ca w ka³u¿ach po osie pojazdu, wyd³u¿y³aby ten nasz „spacer” przynajmniej o drugie tyle. Co jaki¶ czas mijamy wielkie ciê¿arówki jad±ce po drzewo. Od razu przypomina siê „Baza ludzi umar³ych”… Z zadumy wyrywa nas smród spalenizny. Z deski rozdzielczej naszego UAZ-a buchaj± k³êby dymu. Kierowca wy³±cza silnik. Siêga po skrzynkê z narzêdziami by po chwili wszystko naprawiæ i ruszamy dalej. Po ponad godzinnej je¼dzie jeste¶my w Jasini. Wy³adowujemy siê, dziêkujemy za jazdê i informacje co gdzie jest.
Miasteczko jak wszystkie poznane dotychczas têtni ¿yciem. Ludzie s± tu mobilni, ci±gle siê przemieszczaj±, co¶ za³atwiaj±. Wchodzê do sklepu by po tylu dniach napiæ siê wreszcie piwa. Ca³y czas o tym my¶la³em… Na ladzie stoj± kieliszki i kto chce mo¿e sobie zamówiæ „hory³kê”. Kilka babuszek korzysta w³a¶nie z tej us³ugi. Ja kupujê wodê mineraln± i butelkê piwa. Nie dane mi jest w spokoju to piwo wypiæ bo przed sklepem w³a¶nie zatrzymuje siê autobus z tablic± Iwano Frankiwsk. Po chwili siedzimy w ¶rodku trochê oszo³omieni szybko¶ci± wydarzeñ. Za 11 hr od osoby kierujemy siê ku „zachodniej cywilizacji”…
Co¶ ¶ciska za gard³o… W takiej chwili rodz± siê refleksje; mo¿e to ostatni raz, przelatuj± przed oczami obrazy z ostatnich dni, twarze poznanych, mi³ych i serdecznych ludzi…
Ech, „¿al, ¿al, za zielon± Ukrain±…” Mam wra¿enie, ¿e ju¿ têsknimy…
Po 3 godzinach jazdy jeste¶my znów w Iwano Frankiwsku. Mo¿e uda nam siê zobaczyæ wreszcie to miasto. Niestety, na s±siednim stanowisku stoi autobus do… Lwowa, którym (za 15 hr/os) oko³o 21 – ej jeste¶my na miejscu. Jeszcze przejazd „marszrutk±” nr 71 i „kotwiczymy”, a jak¿e, u p. Mariana na Ha³yckiej. Trafiamy jeszcze na ciep³± wodê, która wydaje siê balsamem. Biorê jeszcze dawkê wêgla, popijam piwem i wskakujê do ³ó¿ka… Zasypiam w momencie…
CDN…
21 lipca 2005 r. – dzieñ dziewi±ty i trochê dziesi±tego
Rankiem postanawiamy po³aziæ jeszcze po Lwowie. Tym razem wêdrujemy tras± nr 2 z cyt. wy¿ej przewodnika. Najpierw Prospektem Szewczenki (dawna Akademicka), przy której znajduj± siê ciekawe kamienice: kamienica adwokata A. Segala z istniej±c± tu przed 1945 r. kawiarni± Shneidera wybudowana w stylu secesyjnym, nastêpnie pod nr 8 – najlepsza ksiêgarnia lwowska i stare kino Kijów (dawne Chimera), dalej pod nr 10 cukiernia Zaleskiego (obecnie cukiernia ukraiñskiej firmy Switocz – z pe³nym asortymentem czekoladek, s³odyczy, trunków z trochê wy¿szej pó³ki i kawiarenk± (wspania³a kawa za 1 hrywnê – parzona w tygielku)).Po drugiej stronie ulicy gmach dawnej Izby Przemys³owo-Handlowej z mozaikowym herbem miasta a na rogu Prospektu Szewczenki i ul. Fredry s³ynna kawiarnia „Szkocka”, która szczególn± s³aw± cieszy³a siê w¶ród lwowskich matematyków. Znajdowa³a siê w niej „Ksiêga Szkocka”- zbiór zadañ matematycznych do rozwi±zania. Za rozwi±zanie zadañ przyznawano ró¿ne, nieraz dowcipne nagrody np. ¿yw± g궅
Nastêpnie powêdrowali¶my ulic± Hruszewskiego, gdzie znajduje siê ko¶ció³ pw. ¶w. Miko³aja (obecnie czynna cerkiew prawos³awna – Swiatopokrowski Sobor), który nale¿a³ do zakonu trynitarzy i obok budynek Starego Uniwersytetu. Obok starych budynków willowych doszli¶my do lwowskiej Cytadeli a nastêpnie ulic± Kopernika do starej Zajezdni Tramwajowej i ogromnego budynku by³ego NKWD i Gestapo. Na ulicy Gwardyjskiej za¶ stoi kamienica, w której w latach 1908-14 mieszka³ Józef Pi³sudski. Id±c ulic± Kopernika nale¿y na chwilê zatrzymaæ siê przy ko¶ciele pw. ¶w. £azarza z przyleg³ym do niego szpitalem dla ubogich. W murze otaczaj±cym te budowle umieszczone s± p³askorze¼by ze scenami z przypowie¶ci o £azarzu. Ni¿ej za¶ znajduje siê studzienka z figurami lwów trzymaj±cych kartusze herbowe rodów Szolc-Wolfowiczów i Kampianów. Ko¶ció³ obecnie wykorzystywany jest jako sala koncertowa chóru dzieciêcego „Dudaryk”. Id±c ulic± Bandery ogl±damy ko¶ció³ pw. ¶w. Marii Magdaleny, a obok na Placu Szaszkewycza pomnik ofiar komunizmu. Po drugiej stronie ulicy znajduje siê z kolei szko³a Marii Magdaleny, w której mie¶ci siê jedyna polska szko³a ¶rednia.
Dalej przepiêkny gmach Politechniki Lwowskiej. Wchodzimy do ¶rodka. Ochrona umo¿liwia nam obejrzenie tylko holu, na którego ¶cianach mieszcz± siê pami±tkowe tablice z nazwiskami rektorów – wiêkszo¶æ to polskie nazwiska… Szkoda, ¿e nie mo¿emy obejrzeæ auli z 11 obrazami Jana Matejki przedstawiaj±cymi najwa¿niejsze wydarzenia z dziejów cywilizacji. Dalsze zabytki warte obejrzenia to ko¶ció³ pw. ¶w. Teresy i klasztor ss. Mi³osierdzia oraz na koñcu ulicy Bandery neogotycki ko¶ció³ pw. ¶w. El¿biety. Jeste¶my ju¿ blisko dworca g³ównego. Idziemy sprawdziæ po³±czenia z Przemy¶lem. Mamy takie o godz. 13.50. U¶wiadamiam sobie, ¿e przygoda z Ukrain± powoli siê koñczy… Nie chc±c ca³kowicie poddaæ siê uczuciu smutku, który zajrza³ w oczy, robimy sobie przeja¿d¿kê tramwajem i pó¼niej spacer do greckokatolickiej katedry ¶w. Jura – pere³ki architektury barokowej. Chcemy te¿ przyklêkn±æ i pomodliæ siê przed cudown± ikon± Matki Boskiej Trembowlañskiej. Ikonê tê koronowa³ Ojciec ¦wiêty Jan Pawe³ II podczas swojej pielgrzymki na Ukrainê w 2001 r. Wnêtrze katedry robi na nas niesamowite wra¿enie. Widaæ, ¿e ca³y wystrój jest wycyzelowany, jakby wybrano najpiêkniejsze elementy baroku: o³tarz, boczne kaplice, ambonê… Kupujemy na pami±tkê folder opisuj±cy w skrócie katedrê i trochê drobiazgów…
Jest ju¿ pó¼ne popo³udnie. Wracamy wiêc na Rynek do „Z³otego Dzika” na ucztê za 33 hr/os (sa³atka grecka, solianka, sok pomidorowy, cielêcina ze ¶liwkami, piwo, herbata, woda mineralna). To praktycznie po¿egnalny obiad, wiêc jako¶ rozmowa siê nie klei… Wracamy na Ha³yck±, chwilê odpoczywamy i wychodzimy na drobne zakupy: przewodnik po Lwowie za 60 hr., s³odycze z firmowego sklepu „Switoczy”, oczywi¶cie kwas chlebowy (Olimpia, Monasterski, Lwowski – boczkowyj). Pyszne!!! Wracamy na kwaterê a tam p. Marian zaprasza na „piêædziesi±tkê”. Koñczy siê na dwóch butelkach, przegl±daniu starych zdjêæ i wspomnieniach. Idziemy spaæ po 23-ej, na niez³ym rauszu…
Nastêpnego dnia wyje¿d¿amy poci±giem (Czerniowce – Przemy¶l po 33,50 hr/os). Ok. 16.30 jeste¶my w Przemy¶lu. Stra¿ Graniczna przeprowadza nas przez t³um ukraiñskich podró¿nych z ró¿nymi pakami. Przypominaj± mi siê dawne handlowe wyprawy na Wêgry. By³o podobnie!
Podsumowanie:
- wra¿enia- mo¿na okre¶laæ tylko s³owami: cudownie, wspaniale, przepiêknie, bezpiecznie, go¶cinnie, mi³o, uprzejmie (nawet trochê uni¿enie)
- zaopatrzenie- bez problemów mo¿na wszystko kupiæ, chocia¿ z Polski trzeba wzi±æ trochê wiktua³ów: sucha kie³basa, chleb Vasa, „powerki’ (my mieli¶my Powerade- tani i dobrze s³u¿y na szlaku oraz tabletki „Energy Vigor” wrzucane b±d¼ do wody ze ¼ród³a b±d¼ mineralnej; wspomagali¶my siê te¿ tabletkami Asparginu: potas + magnez), konserwy (ale tez mo¿na kupiæ na miejscu, zw³aszcza rybne- paluszki lizaæ!), s³odycze lepiej kupiæ na miejscu – du¿y wybór, kilka paczek papierosów (mia³em cztery paczki marlboro z Polski, choæ na Ukrainie tañsze o wiêcej ni¿ po³owê, ale ponoæ „lepsze”)
- pieni±dze- lepiej wzi±æ dolary (p³acili¶my za spanie w³a¶nie dolarami), które mo¿na we Lwowie wymieniæ po lepszym kursie ni¿ w Przemy¶lu (ró¿nica prawie 30 kopiejek), kilka drobnych (dolarów) na wszelki wypadek mieæ na ewentualne „dowarto¶ciowanie” (choæ nam nie zdarzy³o siê to, nie by³o potrzeby)
- wyposa¿enie- dobry, sprawdzony namiot (mia³em namiot Islandia II firmy Fiord Nansen- bardzo dobry), dobre trekingowe buty, kijki, plecak z dobrym systemem no¶nym (trzeba nosiæ te 20-30 kg), palnik gazowy i resztê wg „sztuki przetrwania w górach”
- podró¿owanie po Ukrainie – nam siê tak z³o¿y³o, ¿e czekali¶my najd³u¿ej w Werchowynie; w Iwano Frankiwsku (2 razy) i w Jasini przeciêtnie 25 minut, z komfortem jednak trzeba siê po¿egnaæ.
- wêdrowanie- trzeba uwa¿aæ, bo szlaki s± s³abo oznakowane: konieczna dobra, najlepiej WIG-u, mapa i kompas; na szlaku spotyka siê raczej czêsto wêdrowców zarówno Ukraiñców jak i z innych krajów (Polaków spotkali¶my zaledwie dwukrotnie – moda jest na Krym!), mieæ intuicjê i nie szar¿owaæ, z noclegami raczej nie ma problemów: miejsca na namiot du¿o (jednak planowaæ spanie nad Jeziorem Niesamowitym!), miejsce w chacie huculskiej zawsze siê znajdzie za bzdurne grosze(!), miejscowe problemy z wod± pitn±(!)
- inne- ubezpieczenie od kosztów leczenia (np. w Warcie na 19 dni – 46 z³), nikt siê o takowe nie pyta³; s³ownik i rozmówki polsko-ukraiñskie oraz przewodniki bardzo wskazane (z porozumieniem nawet po polsku nie ma problemu)
- na koniec:du¿o u¶miechu, humoru i… cierpliwo¶ci
Tradycyjne ju¿ Pozdrowa¶ki
PS> Na wszelkie pytania chêtnie odpowiem na prive. Zachêcam: Czarnohora jest piêkna !!! Acha zapomnia³bym o najwa¿niejszym: na ca³± wyprawê wyda³em 700 PLN !!!
Ostatnie ujêcia lwowskiego pejza¿u...
Pozdrowa¶ki
Wielkie dziêki za szczegó³ow± relacjê i obfit± dokumentacjê foto.
Mi³o siê to czyta³o i ogl±da³o. Dziêki za godziny odjazdów i orientacyjne ceny - pomog± mi zaplanowac przysz³oroczny 9mo¿e ) wypad.
Dziêki,
czyta siê jednym tchem, a informacje nader przydatne, a i dziêki za podzielenie siê w³asnymi odczuciami...
Dziêki za relacje. Jest SUPER
pozdrawiam
Fantastyczne...
Chyba rozwi±za³e¶ mi problem przysz³orocznych wakacji :D
Bardzo dziêkujê i pozdrawiam
Cze¶æ Wojtku :D
Super, fantastyczna relacja. Od¿y³y wspomnienia...ehhh.
Tytu³em komentarza: sprawdzi³y siê chyba nasze zesz³oroczne przypuszczenia co do sposobu u¿ytkowania autobusu z Werchowyny do Dzembroni :P Wskazuje na to kolor grata. W ub. roku by³ ¶mietankowo-niebieski. To znaczy, ¿e jednak on jedzie w górê Czeremoszu do Burkutu, a w dó³ sp³awiany jest t± szalon± rzek± i po sezonie jest przerdzewia³y i pogiêty, a zatem trzeba go podmalowaæ na nastêpny sezon :D
Wasza oszybka w podej¶ciu na Smotrec i nam siê przyda¿y³a. W dodatku gonili¶my w strugach deszczu wiêc rado¶æ mieli¶my podwójn±. Ale fakt - warto by³o siê pomyliæ ze wzglêdu na owe fantastyczne formy skalne wystêpuj±ce na s±siedzie Smotreca.
Dziêki za relacjê, a¿ nabra³em smaku na kolejn± wyprawkê w tamte rejony...
Dobra relacja, znalaz³e¶ równowagê pomiêdzy jêzykiem literackim a jêzykiem faktu. Du¿o przydatnych informacji to dobry punkt wyj¶cia do planowania w³asnych wypraw. Z drugiej strony czuæ Twoje wra¿enia, nie jest to zwyk³y opis trasy.
Serdecznie Dziêkujê. Jak tylko ostatnia lewa noga wróci z warsztatu zacznie mnie nosiæ. Byæ mo¿e dziêki Tobie znaiesie mnie na Ukrainê.